Pewnego razu w Nottingham

PROLOG

Anglia rok 1191.Powoli zbliżała się jesień,pierwsze liście spadły z drzew a pogoda zaczynała

się psuć ,wieczory bywały coraz chłodniejsze co skutkowało tym że lordowie grzali się w

swoich zamczyskach przy kominku a biedota przy swoich paleniskach w chatach.

Były to ciężkie czasy ,pod rządami księcia Jana mało kto nie narzekał na trudy życia z jakimi

musiał się zmagać,szeryfowie zdzierali ostatnie grosze z biedoty i innych lordów każdego

miesiąca,podatki rosły a w kraju bieda aż piszczała.Wszystkiemu winne były te przeklęte

wyprawy krzyżowe w których brał udział nasz miłościwie panujący z Bożej łaski król Anglii

Ryszard Lwie Serce,książę Normandii i Akwitanii, hrabia Andegawenii,syn Henryka ll i

Eleonory Akwitańskiej brat Jana zwanego bez ziemi.Ryszard od roku znajdował się w ziemi

świętej prowadząc zaciekły bój z Saladynem, wielkim wodzem Saracenów który podniósł ich

potęgę z kolan zdobywając Jerozolimę i niszcząc jedną po drugiej armię rycerzy

Chrystusa,co ze sobą niosło ogromne ilości złota które musiały napływać z Anglii, dlatego też

Jan mimo swoich niechęci do brata musiał posłać mu ogromne ilości pieniędzy i zapasów

dzięki którym Lwie Serce mógł kontynuować swoją świętą wojnę.Janowi nie przeszkadzało

to w podburzaniu wszystkich ważniejszych osób w państwie przeciwko Ryszardowi za to jak

zlekceważyły swój kraj i marnował pieniądze na swoje wojny,zostawiając przy tym ojczyznę

bez opieki materialnej jak i militarnej.Jan miał swego zaufanego człowieka niejakiego

Szeryfa z Nottingham,człowieka od brudnej roboty,to on w brutalny i nieuczciwy sposób

gnębił zwykła ludność ściągając od nich ostatnie miedziaki,przy tym rozkazując swoim ludziom

mordować i siać terror w każdej wsi która nie chciała zapłacić.Lordowie w tych

niespokojnych czasach wcale nie czuli się bezpieczniej,musieli się słuchać albo skończyli

marnie.Szczególnie stary biedny sir Walter Loxley, jakiś czas temu doszły go wieści że jego

jedyny i ukochany syn, sir Robin Loxley walczący w ziemi świętej zginął podczas oblężenia

Akki,biedny starzec od roku przesiaduje w swej samotni odmawiając jadła jak i obecności

ludzi, a podstępny szeryf ciągle szuka sposobu jak się go pozbyć by zagarnąć jego ziemie.

Lecz są pewni ludzie, wyrzekli się oni swoich tytułów,ziemi ,swoich praw,porzucili rodziny i

gospodarstwa, aby stworzyć jedną wielką rodzinę, która walczy o coś większego niż dobra

doczesne,oni walczą o każdego z was a ja jestem jednym z nich,jesteśmy ludźmi Sherwood!

Tuck.

PLAN

-Braciszku!,co tam tyle skrobiesz w tych swoich księgach?-Zapytał Robin.

-Nic takiego drogi Robinie,próbuje za wszelką cenę upamiętnić choć trochę z tego co

robimy.

-Nie mamy się raczej czym chwalić, jesteśmy wyjętymi spod prawa,banitami,myślisz ze ktoś

kiedyś przeczyta te twoje grube księgi ?

-Jestem tego pewien,inaczej by mnie tu nie było,jestem pewien że nasza sprawa jest

słuszna.

-A ja ciągle mam wahania,ale przyjacielowi wierzę na słowo ha,

-Byłem dzisiaj w Nottingham,musiałem uzupełnić zapasy mojej spiżarni.

-Raczej bym powiedział że piwiarni.

-Oj tam mój drogi Robinie, czyżby nie smakował ci mój napitek?Piwo które warze jest

wyśmienite-powiedział gruby mnich śmiejąc się głośno.

-Smaku bym się tam nie doszukiwał znacznego,lecz głowę do twego trunku trzeba mieć nie

byle jaką.

-W naszej wesołej kompani same tęgie głowy więc muszę stawiać na mocne napitki bo mnie

pogonią .

-Jak tam uważasz ja i tak wolę wino.

-Boś za długo u boku Ryszarda przebywał.

-Rok to zaledwie początek jego walki z Saladynem ,coś czuję że to o wiele dłużej potrwa.

-Nasz król w gorącej wodzie kąpany któż zna jego plany-zrymował grubas zamykając

księgę.

-Znakomity z ciebie poeta,a do tego świetny mnich i uzdrowiciel-zażartował Robin.

-Pochlebiasz mi dzisiaj aż za bardzo,coś czuje ze interes będziesz do mnie miał.

-Jaki ja mogę mieć do ciebie interes ,jestem ciekaw co cię spotkało podczas wizyty w

mieście a ty jak zwykle odbiegasz od tematu.

-A własne byłem w mieście,odwiedziłem mojego dostawce,swoją drogą poczciwa duszyczka

z niego,może trochę za dużo pije i się objada, ale mówię ci to porządny mnich,ręczę za

niego.

-Macie wiele wspólnych cech ha.

-Ja nie przesadzam z alkoholem-mnich sięgnął po butelczynę piwa pociągając mocny łyk.

-Właśnie widzę, nie znam większego pijaka od ciebie ,będę musiał poprosić małego Johna

by powiększył drzwi do naszej chaty,za niedługo będziesz miał problem się w nich zmieścić.

-Nic w tym śmiesznego drogi chłopcze,widzisz żebym się śmiał?no popatrz nawet

najmniejszego uśmieszku.A tak wgl nie uważam piwa za alkohol,jest to pyszny napój

podarowany nam przez boga,z którego nie korzystać to grzech, wino to zguba ludzkości.

-Wino? No tak ja zawsze bronisz swego,ale niech ci będzie bo nigdy się nie dowiem co się

stało w Nottingham. Możesz troszkę streścić i przejść do rzeczy?

-Spokojnie młody człowieku,nie wiem skąd u dzisiejszych młodzieńców ten pośpiech.

-Może musimy coś zaplanować?czyżbyś zapomniał?

-Nigdy nie zapominam,w końcu jestem tu zaraz po tobie drugim dowódcą.

-Ciekawe co reszta kompani na to powie.

-Phii nikogo zdanie reszty nie obchodzi, ale gdyby mnie ktoś zapytał…

-TUCK…...Nottingham.

-Oczywiście,już mówię,to tez ten mój dostawca zdradził mi że tego miesiąca Król Ryszard

zmierzył się z Saladynem i go pokonał w walnej bitwie niedaleko miasteczka Arsuf.

-Czy to może być prawda?

-Z całą pewnością,dobrze go znasz, nie bez powodu zwą go Lwie Serce.

-Wygrywa już kolejna walkę i idzie naprzód,kto by pomyślał że mu się to uda.

-Wszyscy znają jego cel.Odzyskać Jerozolimę.

-Odkąd Saraceni ją zdobyli pół europy oszalało na punkcie odbicia królestwa niebieskiego.

-Jestem pewien że się mu uda, on nie wie co to litość,a rycerze go kochają pójdą za nim na

koniec świata.

-Być może,ale to już nie nasze zmartwienia.

-Jeszcze niedawno to były nasze zmartwienia..

-Nie czas na wspominki,dlaczego wgl o tym mi mówisz?

-Myślałem że cię to zaciekawi, w końcu temat bliski twojemu sercu i naszej sprawie.I po

usłyszeniu tych wieści naszły mnie wspomnienia.-gruby kapłan opróżnił butelkę piwa po

czym sięgnął po druga.

-O nie...znowu ?będziesz mi teraz opowiadał o swoim dzieciństwie?,proszę cie osczędz mi

tych sprośnych historii.

-Nie o to mi chodzi na boga!

- Odstaw już to piwo potrzebuje cie trzeźwego.

-Dwie butelczyny jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziły,a na pewno nie mi,wgl to ja się tak

szybko nie upijam….

-Niech ci będzie tylko szybko,już dość czasu zmarnowaliśmy.

-Pamiętasz jak się poznaliśmy?

-Mam słabą pamięć do wielu rzeczy,ale jak ktoś mi ratuje życie zapamiętam to do śmierci.

-Pięknie powiedziane,wspominałem jak podczas oblężenia Akki Ryszard na czele armii

przeprowadził ponowny szturm na południową bramę.

-Pamiętam to jak dzisiaj,oberwał wtedy strzałą w nogę.

-Ty oberwałeś tego dnia jeszcze mocniej,byłeś najbliżej króla,ty ściągnąłeś go rannego z

konia, strzały świstały ci obok ucha,skwar był nie do wytrzymania lecz ty z mieczem w ręku

niczym prawdziwy templariusz przedzierałeś się przez stosy trupów ciągnąc za sobą

Ryszarda,wtedy cię zobaczyłem ,dzielnego rycerza całego we krwi przepasanego biała

tunika z czerwonym krzyżem na piersi.

-Byłem tylko zwykłym piechurem,jakich pełno było wokół tego cholernego zamku.

-Czy aby na pewno……?

Nagle ktoś pojawił się w progu chaty,otwierając delikatnie drzwi.

-Robin mogę wejść? już wszyscy się zebrali,jesteśmy gotowi.Był to Will zwany Szkarłatnym

mój kuzyn,dzielny był z niego chłopak,gdy do nas dołączył odrazu widzialem w nim niezłego

zabijake,ale to nie jego styl nosił się od początku jak rycerz z gracją i honorem,mianował

bym go od razu gdybym tylko miał taką władzę.Mimo tego że był niskiego wzrostu posiadał

ikrę i charyzmę w dzisiejszych czasach nie trzeba więcej,i oczywiście świetnie walczył

wywijając swoim buzdyganem który zawsze nosił przy pasie w drugiej ręce dzierżąc tarcze

którą odebrał dawno temu zabitemu francuskiemu rycerzowi, ozdobiona w złote lilie które po

takim czasie zdawały się już całkiem wyblaknąć.

-Oczywiście kuzynie,skończyliśmy rozmawiać z Tuckiem.

Do pomieszczenia zaraz po Willu wszedł Mały John, chłop potężnej postury który już dawno

chciał przerobić te drzwi,trafiał go szlag za każdym razem gdy uderzał głową w futryny, nasz

kochany piwowar też by na tym skorzystał.

-A gdzie reszta?-zapytał Robin.

-Reszta kompani chleje w karczmie.-odpowiedział wielkolud.

-Czyżby zapomnieli co dzisiaj mamy do zrobienia?

-Ja tam nie zapomniałem,od rana rwie się do bitki-rzekł Mały John uśmiechając się szeroko.

-Will. Możesz to jakoś wytłumaczyć?

-Nie czepiaj się mnie kuzynie,mówiłem Alanowi z doliny ze ma z chłopakami przybyć na

naradę,ale oni posłali mi chłopaka z wiadomością że narada może ich ominąć,oni sa od

brudnej roboty a nie snucia planów.

-Do kurwy nędzy.Zapomniałeś powiedzieć że tego samego dnia po ustaleniu planu ruszamy

na akcję?

-To już dzisiaj ruszamy na łowy?- zapytał zdziwiony John.

-Następny się znalazł nie poinformowany,ja przy was oszaleje.

-Chciałeś rządzić,to proszę bardzo,musisz znosić takie sytuacje to nie wojsko.-odparł Will.

-Sami żeście mnie wybrali,mnie do rządzenia taką banda nigdy się nie spieszyło,ale jebać to

to robota w sam raz dla czterech osób.

-Jak to czterech?ktoś musi zostać na tyłach i pilnować naszej wioski w Sherwood..aa i

oczywiście spiżarni.

-Chociaż ty kapłanie się słuchaj,w końcu twierdzisz ze jesteś drugim dowódcą.

-On? ten grubas?

-Zamknij ryj wielkoludzie,podziękuj mi za uratowanie życia podczas ostatniego napadu na

karawanę szeryfa.

-Masz szczęście że święty człek z ciebie,bo popłatał bym ci buźkę arghh.O mało wtedy nie

rozwaliłeś mi czaszki-John pogroził pięścią Tuckowi.

-Rycerzowi który chciał cię zabić również,to było dla twojego dobra.

-Już prawie go miałem,lecz ty musiałeś się wtrącić ze swoimi pulchnymi rękoma.

-Pulchnymi rękoma?Lepiej jeszcze podziękuj za piwo którym się upijasz ot co.

-Te szczyny nazywasz piwem?-Mały splunął na podłogę.

-Jak śmiesz obrażać mój napitek który podarował nam sam bóg?chodź tu zaraz ci pokażę

kto tu rządzi-Mnich ruszył z miejsca podwijając rękawy.

-No chodź,zobaczymy czy i tym razem bóg ci pomoże.

-DOŚĆ TEGO! W tej chwili skończcie się kłócić,ileż można wysłuchiwać tych chorych

bredni-krzyknął rozgniewany Robin.

-Mój kuzyn ma racje,mamy dzisiaj coś do załatwienia,a północ już się zbliża, później

dokończycie wasze kłótnie.Pamiętajcie że to bardzo ważny transport,dawno takiego nie

było,możemy dzięki temu trafić Szeryfa w słaby punkt.

-A on ma wgl jakieś słabe punkty?

-Jak każdy człowiek ma wiele słabości

-Pod warunkiem że się uda-rzekł Tuck.

-Na pewno się uda jeśli wszyscy będziemy się trzymali planu.

-Wkoncu nam go zdradzisz Robinie?-zapytał John.

-A więc słuchajcie mnie, zrobimy to prawie jak zawsze.Czyli, Braciszek do ciebie należy

odwrócenie uwagi woźnicy i ściągnięcie na siebie pierwszej straży.John zajmujesz się

ludźmi szeryfa..

-W tym jestem najlepszy.

-A ja i Will zajmiemy się resztą.

-Cos krótki ten plan.

-Czekaj jeszcze nie skończyłem,powiedziałem że zrobimy to prawie jak zawsze.A więc ja i

Will……..

AKCJA

-Jest strasznie duszno,pewnie będzie padać.

-Nie może,jeszcze chwile musi wytrzymać,dopóki moi ludzie mają coś ważnego do zrobienia

nie będzie padać.

-Myślisz że się nam uda,kuzynie?

-Czuję w głębi serca że się nam uda, już trzykrotnie napadliśmy na karawany w

poszukiwaniu tego ładunku,lecz zawsze jakimś cudem Szeryfowi udawało się nas

wykiwać,tym razem musi być inaczej.

-Myślisz ze ten informator jest pewniejszy od poprzednich?Nie Chce zabijać kolejnego.

-Wszyscy poprzedni nas sprzedali, nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy się ich pozbyć.

-Tylko mowie,ze niezbyt by mi się to uśmiecha.Najgorsze jest to że zazwyczaj mieliśmy całą

drużynę i nic,a teraz jesteśmy tylko we czworo,i w dodatku mamy przy sobie Tucka.

-On jest w porządku wszyscy go niedocenianie,ale ma coś w sobie czego reszta z was nie

dostrzega.

-Mówisz tak bo uratował ci życie?To chyba jego największe życiowe osiągnięcie.

-Między innymi dlatego-odparł Robin uśmiechając się lekko do Willa.

-Patrz! to chyba oni.

W oddali zaczęło migotać delikatne światło pochodni,po leśnej ścieżce powoli toczył się wóz

z ludźmi szeryfa,ciągnięty przez dwa wyrośnięte konie. Nottingham zawsze posyłało z

konwojami 10 ludzi,tym razem było ich 20 bowiem była to specjalna przesyłka.Jeden

woźnica,przed nim trzech ludzi jadących konno,a z tyłu za powozem sześciu

piechurów,wszyscy odziani w czarne szaty zakrywające kolczugi.Dwóch z nich było

kusznikami a reszta miała zwykłe miecze i garnczkowe hełmy.Stanowiło to nie lada

wyzwanie ale odpowiedni plan i efekt zaskoczenia powodował że ta przewaga nie miała

wielkiego znaczenia.Robin był genialnym łucznikiem jednym z najlepszych na świecie jak i

nie najlepszym,Will świetnie walczył w zwarciu. Wygrał mnóstwo pojedynków będąc jeszcze

nie wyjętym spod prawa,a John to był istny kolos walczący toporem lub swoim wielkim

bukowym kijem nie było mu równych potrafił pokonać pięciu chłopów w walce,a ja może nie

byłem jakimś wielkim wojownikiem czy zręcznym złodziejem ale miałem swój umysł ha.

To mnie Hood powierzył jedno z ważniejszych zadań i to ja pierwszy wkroczę do akcji.

Tuck.

-Hej,ty co tam tyle się grzebiesz?-spytał Mały John.

-Daj mi jeszcze chwile muszę schować swoja księgę.

-No jasne nie ma to jak czytanie ksiąg w takim momencie.

-Nie czytałem,zapisywałem coś.

-Brzmi jeszcze lepiej.Ruszaj się,już się zbliżają.

-Ilu?

-Widzę dwudziestu chłopa,tego Will i Robin nie przewidzieli.

-Naszą przewagą jest element zaskoczenia.

-Nie mów mi o strategii kapłanie tylko bierz się do roboty.Powoli się zbliżają do naszej

zasadzki.

-Dobrze ruszam życz mi powodzenia.

-Zobaczymy na co cię stać.-powiedział John dotykając ramienia Tucka.

-Witam was dobrzy wojowie!-krzyknął gruby mnich na zbliżających się jeźdźców.

-Ktoś ty! dlaczego blokujesz królewski szlak?

-Jestem poczciwym mnichem z Loxley,podróżuje do Yorku z dużym zapasem piwa. Mój

wóz ugrzązł w błocie bylibyście tak mili i pomogli mi się stad wydostać?

-To zależy od ceny.-mruknął groźnie strażnik konwoju.

-Dam wam dwie beczułki mego pysznego piwa.

-Ha chyba masz nas za durni gruby kapłanie,sami sprawdzimy co tam przewozisz!

-Jak to?świętego człeka będziecie przeszukiwać?

-Jaki tam z ciebie święty, gruby pijaczyna nic więcej.

-Grzeczniej proszę,jeśli tkniecie ten powoź biskup Yorku o tym usłyszy i będziecie mieć nie

lada kłopoty.

-Grozisz mi kościołem głupcze?Wiesz komu służymy?Jesteśmy ludźmi szeryfa mamy prawo

kontrolować wszystkich przewoźników jakich napotkamy.Wy dwaj złaźcie z koni i

sprawdźcie co tam ma.

-Skoro taka wasza wola,proszę bardzo.

-Rzeczywiście są tutaj beczki,mnóstwo beczek.-powiedział człowiek szeryfa.

-Ile tego tam ma?

-Jakies dwadziescia beczek.

-Mówiłem, jestem porządnym kapłanem.

-To się jeszcze okaże. Rekwirujemy twój wóz i zabieramy go do Nottingham.

-Co takiego?Biskup wszystkiego się dowie,jeszcze pożałujecie swojej decyzji..

-Nie stawaj nam na drodze Klecho bo oberwiesz.No dalej,wyciągac ten wóz i bierzemy go

do miasta.

-Robin,ruszajmy teraz ,Tuck ściągnął wszystkich na siebie.

-Spokojnie kuzynie musimy jeszcze chwilę zaczekać.-odpowiedział Robin.

-Ruszajmy lepiej od razu póki jeszcze mamy przewagę zaskoczenia.

-Czekamy na sygnał od braciszka.Gdy tylko sięgnie po bukłak z piwem i pociągnie trzy łyki

to wtedy ruszamy.

-Ty spasiony głupcze , przecież masz pęknięte koło.-powiedział zdenerwowany człowiek

szeryfa.

-Na swieta Maryje ! Oczywiście ,jak mogłem tego nie zauważyć.

-Szefie ! Ten wóz ma zniszczone koło,co z nim robimy?

-A jak myślisz durniu, idź po narzędzia i się tym zajmijcie.

-Patrz Will,jeden z nich po coś się wraca.

-Pewnie już odkryli że koło jest uszkodzone,jak na razie nasz plan przebiega idealnie.

-Oby tylko to był człowiek z kluczem inaczej z naszego planu nici.

-To na pewno on.Patrz,przy pasie ma cały pukiel kluczy.

-Jak tylko otworzy drzwi by wziąć narzędzia ruszamy go zabić.

-Musze ci przyznać kuzynie że całkiem przebiegły jesteś.Ja bym się nie bawił w takie

zasadzki tylko silą odebrał to co mi się należy.

-Początkowo miałem dokładnie takie same myśli jak ty,zebrać całą kompanię i zaatakować

znienacka wyrzynając wszystkich co do jednego.Ale po co?

-By nie tracić czasu na takie przy czajki w krzakach.

-Tyle razy tego próbowaliśmy i nic z tego nie wychodziło. Wiec posiedziałem trochę i

wykombinowałem taki plan,jak się nie uda wrócimy do naszego starego stylu,chociaż

wolałbym byśmy stawali się coraz bardziej zręczni w tym co robimy i z większa gracja

dokonywali naszych luzpiezczych napadow.

-Bos od zawsze był łucznikiem,dlatego wolisz wszystko rozgrywać bardziej po kryjomu.Ja

jestem urodzonym wojownikiem i kocham walkę dlatego trochę marudzę.

-Nie musisz mówić już się przyzwyczaiłem do tego że zrzęda z ciebie.

-Co to to nie ,po prostu lubię mówić to co myślę a że przy tym trochę ponarzekam to nic w

tym złego.

-Przecież żartuje kuzynie,muszę cie od czasu do czasu trochę ruszyć byś nie chodził

wiecznie osępiały.

-Doprawdy szlachetny z ciebie człowiek Robinie…

-Ciiii..otwiera drzwi,przygotuj się.

-Cos długo czasu mu to zajmuje.Strasznie się tam krząta.

-Atakujmy teraz nawet nie zdąży pisnąć.-Will spokojnie się podniósł zmierzając w stronę

wozu.

-Stój!Słyszę jakieś glosy.

-To Tuck rozmawia ze strażnikami,nie przesadzaj kuzynie ja idę go załatwić.

-Czekaj,coś mi tu śmierdzi poczekajmy jeszcze chwile.

-Ja ruszam a ty możesz tutaj dalej leżeć.

-Spójrz idioto ktoś tam w środku jest.

-To nasz cel,ten na którego polujemy.Idę po niego.

-Kurwa Will to nie nasz cel.Patrz ładują kusze,musimy się wycofać

-Już za późno,ktoś nas zdradził……

ZAKOŃCZENIE

Była ciemna noc,na niebie migotały jasne gwiazdy które tworzyły przepiękny

gwiazdozbioru,dawno nie widziałem czegoś tak pięknego. Ale czy był to tylko twór

mojego umysłu czy też rzeczywistość,nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie, w

mojej głowie tysiące myśli, a ciemność zapanowała nad moja dusza. Sen stawał się

coraz to bardziej prawdziwy.W Nottingham psy wyły cały wieczór aż nagle

ucichły.Miasto wydawało się jakby martwe wszyscy zamarli we śnie. Na murach strażnicy

powoli przysypiali, noc była tak cicha i spokojna aż nie mogłem uwierzyć w moje

mroczne koszmary pełne krwi, goryczy i śmierci. Do Miasta powoli zbliżał się konwój tak

długo wyczekiwany przez Szeryfa. Światła pochodni migotały nad wielkim mostem

prowadzącym do głównej bramy.Strażnicy opuścili most zwodzony i podnieśli kraty

ludzie szeryfa wjechali na dziedziniec.Powróciła ich garstka lecz ich zadanie było

wykonane. tej nocy wydarzyło się coś strasznego o czym ludzie będą mówić po wsze

czasy,będą powstawały o tym najróżniejsze legendy i opowiadania.Bohaterów tych będą

wysławiać jak Króla Artura i jego rycerzy okrągłego stołu,razem z czarodziejem Merlinem

i panią jeziora.Dla mnie był to bowiem cios którego nie potrafiłem przeboleć,tego dnia

zło wygrało nad dobrem a moje myśli spowił mrok.Zadawałem sobie pytanie co się stało

z moimi towarzyszami,oczy to widziały ale serce i rozum mówiły ze to nieprawda,takie

coś nie mogło się wydarzyć,boże jak mogłeś do tego dopuścić?! przecież to tobie służę i

tobie oddaje cześć, jak mogłeś mnie tak potraktować! ,czy aż tak źle czyniliśmy?

czym są nasze uczynki przy grzechach Szeryfa lub księcia Jana? czym tak zawiniliśmy

że zesłałeś na nas ta tragedie i okrucieństwo?To nie ważne..te lamenty i pretensje nic

mi nie pomogą..Moja głowa zdawała się zaraz wybuchnąć ręce mi drżały a po skroni

ślizgał się pot,usta stały się słone a serce waliło jak oszalałe, to był tylko sen,pieprzony

sen nic więcej,obudziłem się w lesie leżąc pod wielkim dębem.Muszę to przelać na

papier,wtedy moje myśli trochę się uspokaja, gdzie jest ta cholerna księga….

Tuck.

W sali było by cicho jak na cmentarzu gdyby nie tlący się mały ogienek w zamkowym

kominku, który troszkę dodawał ciepła temu wielkiemu zimnemu i mrocznemu

pomieszczeniu.Na samym koncu pomiędzy filarami stał wielki jesionowy tron, na którym były

wyrzeźbione herby Nottingham.Nad całością zwisała chorągiew Anglii ,proporzec króla

Ryszarda Lwie Serce, bardzo stary, zniszczony i zakurzony.Jan jak i jego ludzie w tym

szeryf,gardzili swoim królem, więc jego królewskie barwy trzymali tylko dlatego że

pozostawał on przy życiu i lordowie mogli by się temu nie chętnie przyglądać gdyby ktoś

nagle próbował się ich pozbyć. Szeryf siedział na swoim dużo mniejszym fotelu,grzejąc stare

nogi przy kominku w ta zimna noc.Nigdy nie lubił swego tronu, uważał że należy się on

władcy nie jakiemuś pomniejszeniu lordowi.Miał już koło siedemdziesiątki a jego ludzie

zawsze byli pod wrażeniem jak dobrze się trzyma, a przede wszystkim jak tęgi posiadał

umysł mimo swojego podeszłego wieku.Głowa mu zwisała a światło paleniska odbijało się

na jego łysiejącej głowie.Zostały mu tylko siwe bokobrody i kozia bródka które powodowały

że momentami gdy sobie przysypiał na fotelu przypominał spokojnego i starego

dziadka.Twarz miał całą pomarszczona pełna blizn z młodzieńczych lat. Swoją posturą

przypominał jakiegoś żebraka ze wsi pod miastem a nie wielkiego szeryfa.Ale to nie

wyglądem budzi się strach wśród podanych lecz okrutnym i mściwym charakterem jaki

posiadał ten starzec.Jego poprzednik był dobrym i spokojnym człowiekiem o pokojowym

usposobieniu, nikt nie spodziewał się że jego następca będzie prowadził rządy żelazną reką.

-Panie. Właśnie wróci…-próbował powiedzieć człowiek szeryfa.

-Miałem przedziwny sen.-rzekł starzec powoli unosząc swoja głowę po chwilowej drzemce.

-Jaki sen,mój panie?

-Sen w którym zniknęły moje problemy.-kontynuował tajemniczo.

-Chciałem ci panie oznajmić że…

-Przypomnij mi swoje imię.-przerwał mu szeryf.

-Eee yyy Cedrik,tak się nazywam.

-Dlaczego zakłócasz mój spokój Cedriku?

-Nasze zadanie to które nam powierzyłeś, chciałem zdać raport.

-O coś innego mi chodzi.Powiedz mi coś jeszcze.

-Co takiego?

-Od jak dawna u mnie służysz chłopcze?

-Będzie z siedem lat mój panie.

-Hmmm szmat czasu.Aa już sobie przypominam twoja matka,ta śliczna kobieta ze wsi

przyprowadziła mi ciebie małego chłopca na wychowanie.Ze tak dawno to juz bylo,pamięć

coraz bardziej mnie zawodzi.

-Jak nas wszystkich panie.

-Nie przerywaj mi.Hmmm twoja matka naprawdę była piękną kobieta,pamiętam jej piękne

kręcone rude włosy i delikatna skore,niebieskie niczym błękit oczy.Pamiętasz młodzieńcze

co ja spotkało?-szeryf gładził swoja bródkę.

-Aż za dobrze.-Rycerz z grymasem bólu schylił głowę.

-Tego wieczoru podłoga tej komnaty była równie zakrwawiona co dzisiaj.Tyle ze wtedy

leżała na niej twoja martwa matka.Rozumiesz?Gdybym dawno temu w tej pieprzonej wsi nie

pobierał podatków nie byłoby cię na świecie Cedriku. Ale to już dokładnie wiesz

niepotrzebnie przypominam ci po raz kolejny ta historie.Wiec powiedz mi dlaczego

wszedłeś do mojej komnaty cały zakrwawiony, w uwalonych końskim gnojem buciorach?

-Wykonałem zadanie i myślałem ze będziesz chciał od razu zobaczyć.-chłopakowi po

policzku spływały łzy ale udawał twardego.

- Nie potrzebuje od ciebie raportów w moim śnie już wszystko zobaczyłem,teraz moje serce

pragnie jednego.

-Posłałem już mojego człowieka na dziedziniec zaraz powinien wrócić.

-A co z moim bękartem czy już śpi w swoim łożu?

-Tak panie osobiście dopilnowałem by podróżował bezpieczna droga.

-Moje kochane bękarty, widzisz ilu was mam?Wszystkim wam muszę zapewnić godna

przyszłość ale tylko jeden zostanie moim następcą.

-Jak każesz panie.

-A jak tam ludzie Sherwood? chodź trochę sprawiali wam kłopoty?

-Nie mój lordzie,bardzo szybko się uwinęliśmy.

-Biedny Robin myślał że ma tak genialny plan.Chciał mnie trafić w słaby punkt.Pewnie by mu

się udało gdyby nie zrządzenie losu.Masz już to na czym mi najbardziej zależy?

-Oczywiście,zrobiłem tak jak kazałeś.-Cedrik otworzył worek który już sczerniał od

zaschniętej na nim krwi,a po posadzce poturlała się głowa Robin Hooda.

EPILOG

Trzymałem chyba z pół dnia ręce pod źródłem wypływającym z góry, lecz za cholerę nie

mogłem tego się pozbyć. Dlaczego krew tak trudno zmyć? Zadawałem sobie to pytanie w

kółko.Już łatwiej nasz kochany pan odpuszcza nasze grzechy,ale nie szeryfowi ten sukinsyn

będzie smażył się w piekle za to co uczynił.Potrzebowałem całej nocy by nad sobą

zapanować i nad moimi mrocznymi myślami które nie dawały mi spokoju.Nie mam przy

sobie nawet ociupinki piwa,tylko ta przeklęta woda która nic nie pomagała a w głowie kłębiło

mi się od czarnych myśli które nie pozwalały mi działać. Przed oczami ciągle miałam

martwego Johna,ciągle się o coś kłóciliśmy ale w głębi serca zawsze miałem go za dobrego

człowieka bo takim tez był. To dzięki niemu przeżyłem, on wziął na siebie trzech strażników

bym ja mógł jak tchórz uciec do lasu i chować się po krzakach.Taka jest prawda i nic tego

nie zmieni, nawet kochany Robin który ciągle mnie bronił i mówił ze mam w sobie inny rodzaj

odwagi,dla niego wyjątkowy. Że też tym razem nie mogłem znów go uratować tak samo jak

podczas oblężenia Akki,zawaliłem na całej linii,to wszystko moja wina, bóg mi tego nie

wybaczy nie pomogłem w walce przyjaciołom tylko ich zostawiłem na pewna śmierć,nie

będzie już ze mnie żadnego pożytku, powinienem wgl nie ruszać się z Sherwood, nie dla

mnie wojaczka i to wszystko.Biednemu Willowi dwa bełty przeszły szyje, chłopak na moich

oczach dławił się własna krwią wywijając swoim buzdyganem na lewo i prawo powalając

przed śmiercią pięciu ludzi szeryfa. Nie będzie już drugiego takiego jak on dzielnego rycerza

który do końca walczył o dobro i uciśnionych.Próbowałem się jeszcze na chwile przespać by

odzyskać nadwątlone siły,ale to tylko pogorszyło sprawę.Ponownie wróciły wspomnienia jak

Robin ruszył z lasu za wychodzącym Willem,próbował go powstrzymać,mądry chłopak

pewnie wyniuchał że szykuje się zasadzka.

Ale ludzie szeryfa byli w dużej przewadze otoczyli go i zaszlachtowali jak dzikiego

zwierza,na koniec odcinając mu głowę.Jak mogli tak bezcześcić jego ciało. Za takie czyny

na pewno spadnie na nich kara ,a na pewno na tego z którego rozkazu dopuścili się takiego

aktu diabelskiej przemocy.Przeklinam Szeryfa z Nottingham tego nikczemnego psa niech

sczeźnie marnie,takiego mu losu życzę jak i wszystkim jego zdradzieckim bękartom,oby

smażyli się w piekle.Z drugiej strony,kimże jestem by móc przeklinać drugiego

człowieka. Jestem sługą bożym i powinienem wybaczać bliźniemu swemu.Ale tego nie dało

się wybaczyć ktoś musiał pomścić wesołą kompanie ,zebrać jej resztki i dowiedzieć się kto

za tym wszystkim stoi,kto nas sprzedał i doprowadził do tej tragedii, a przede wszystkim to

król Ryszard musi się o tym wszystkim dowiedzieć.Przebrała się miarka lud pozna tą

historie, nie zaginie legenda o Robin Hoodzie,będę głosił ją do końca swoich dni a

szlachetne serca które pójdą za mną będą częścią mścicieli z Sherwood . To będzie misja

na resztę mojego życia, bóg mi świadkiem że wcześniej czy później ludzie za przykładem

swojego ducha lasu który przez tak długi czas dbał o nich, walcząc ze złym Księciem Janem i

Szeryfem Z Nottingham doprowadza do ich upadku.

Tuck.

DO WSZYSTKICH MIESZKAŃCÓW NOTTINGHAM!!!

ROBIN HOOD I JEGO NAJBLIŻSI NIE ŻYJĄ! ZOSTALI PODSTĘPNIE ZAMORDOWANI

PRZEZ SZERYFA I JEGO NĘDZNE GADY! ZWRACAM SIĘ DO WAS WSZYSTKICH

DOBRYCH LUDZI. POWSTAŃCIE PRZECIWKO SWEMU LORDOWI! STAŃCIE PO

STRONIE KRÓLA RYSZARDA, PRAWOWITEGO KRÓLA ANGLII KTÓREMU WIERNY

BYŁ ROBIN JEGO ODWIECZNY PRZYJACIEL.DOŁĄCZCIE DO MNIE I STANCIE SIE

LUDŹMI SHERWOOD.DUCH HOODA BĘDZIE CZUWAŁ NAD NAMI .ZABIJMY TYCH

DRANI!!!

WASZ KOCHANY BRACISZEK TUCK,NIECH BÓG BĘDZIE Z NAMI!

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Mane Tekel Fares 2 tygodnie temu
    Zapis ma bardzo duży wpływ na odbiór. Nikt nie jest nieomylny i błędy się zdarzają każdemu. Jednak u Ciebie jest ich takie nagromadzenie, że bardzo ciężko się czyta. Edytuj, popraw.
  • F4bi 2 tygodnie temu
    Chaos, to najlepiej opisuje forme w jakiej czyta się ten tekst.
  • Zaciekawiony 2 tygodnie temu
    Tekst jest okropny, w wielu miejscach w ogóle nie robisz spacji, wiele zdań jest źle zapisanych
    "-[ ]Braciszku![ C]o tam tyle skrobiesz w tych swoich księgach?[ ]-[ z]apytał Robin.
  • krajew34 ponad tydzień temu
    Nie jestem w stanie ocenić fabuły, początek to ściana, litego tekstu, przez który nie da się przedrzeć. Dialogi też za długie i bez odpowiednich wstawek. Popraw widoczne błędy, dodaj akapity i "ubierz" i przykróć dialog.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania