Planety - Rozdział 4

Wiatr nie tracił na sile. Kołysał drzewami na prawo i lewo, rozwiewając przy tym ich włosy i czerwoną apaszkę dziewczynki, która w końcu spadła na ziemię. Podniosła ją i spojrzała na kobietę, która w tym czasie zdążyła się od niej oddalić kilka metrów.

— Właściwie to po co idziemy do kościoła, proszę pani? — zapytała nieśmiało, pokierowała wzrok na apaszkę i zaczęła ją miętolić w rękach.

— Pomodlić się — powiedziała kobieta, patrząc przed siebie. — Za moją córkę — dodała, nie zwalniając tempa.

Dziewczynka przyspieszyła. Widziała jak pani Lindzie na tym zależy, jak daje jej to siłę i choć wychowywana w niewierzącej rodzinie, mocno wmawiającej wszystkim, że Bóg nie istnieje, zachowała swoje uwagi dla siebie.

Szły w ciszy przez większość czasu. Sophia podążała za kobietą, rozglądając się na wszystkie strony. Koło domów stały brudne, nieużywane zapewne od dłuższego czasu samochody, a śmieci opatuliły całą okolicę. Nie zdziwiło jej to. Widziała wcześniej ten widok już z okna, gdy razem z rodzicami patrzyła na burzę. Śmieci fruwały na wietrze, a deszcz padał tak mocno, że na ulicach zrobiły się ogromne kałuże, które po jakimś czasie zamieniały się w prawdziwą, uliczną rzekę. Gdy burza się skończyła, porozrzucane były, gdzie tylko się dało, a niektóre pływały w brudnej, deszczowej wodzie. Zrobiła wtedy małą, papierową łódkę z różowego papieru i puściła ją z prądem. Wyszło wtedy słońce i razem z rodzicami patrzyła jak odpływa. Potem zaczęła skakać po kałużach. Euforia najwyższych lotów. Zapominała przez chwilę, że być może ostatni raz widzi mokre ulice po deszczu, a świat za niedługo jak jej mały Titanic - przepadnie na zawsze.

Gdy tak patrzyła na znajomą ulicę, zaczęła płakać. Lecz nie był to już głośny, dziecięcy płacz, a tak ciche szlochanie, że pani Linda nie była w stanie go usłyszeć. Nie umiała pogodzić się z ich śmiercią. To nie miało tak być. Mieli umrzeć wspólnie jak każda rodzina na tym świecie. Jeszcze niedawno ją przytulali, próbowali cieszyć się ostatnimi dniami, które im zostały, a teraz? Była sama. Czuła się tak, jakby ktoś zaproponował jej ostatnią w życiu wycieczkę po plaży, a potem wrzucił do ruchomych piasków i zostawił na pastwę losu.

Otarła ręką łzy, pociągnęła nosem i załzawionymi oczami zaczęła wpatrywać się w domy. Wszystkie okna były zasłonięte. Przez chwilę czuła się jak dziewczynka z zapałkami, która wpatrywała się w okna szczęśliwych rodzin. Tyle, że tym razem nie umrze tylko ona, a wszyscy bohaterowie. Podążała wzrokiem po każdym najmniejszym domu, po każdym oknie. Nawet po tych wybitych, których pozostałości szyby porozrzucane były pod ścianą. Pustka. Wyglądało to tak jakby nikogo już nie było. Od środka zapewne umarli już wcześniej, a śmierć fizyczna to była tylko kwestia czasu.

Nagle okno w jednym z domów została otwarte. Obie momentalnie zawiesiły tam wzrok. Ujrzały tam chłopaka w podobnym wieku do Sophii. Miał bujne, brązowe włosy i zieloną bluzę. Za nim stanęła rodzina. Rosły mężczyzna dotknął jego ramienia, a ten podniósł średnich rozmiarów klatkę, w której znajdował się mały ptak. Otworzył ją i pogłaskał zwierzę łagodnie po główce. Następnie wziął go na rękę i wystawił na zewnątrz. Chłopiec ze smutnym wyrazem twarzy wpatrywał się w ptaszka, który po chwili wzbił się w górę i poszybował wysoko w stronę ciemnego nieba. Wzrok wszystkich domowników nie opuszczał go, aż do momentu, gdy schował się za innymi domami.

Dziewczynka odwróciła wzrok i spojrzała znów na chłopca. Ich spojrzenia przez chwilę się ze sobą spotkały, lecz potem zniknął w otchłani mieszkania., a jedna z kobiet zamknęła okno. W tym momencie wiatr zawiał mocniej, a firanka jeszcze przez chwilę się ruszała, zanim znieruchomiała na dobre.

— Piękny gest — powiedziała pani Linda — Sophia spojrzała na kobietę. — W ostatnich dniach życia, dali ptaku wolność.

 

***

Znalazły się w końcu przed małym, starym budynkiem. Z brązowych ścian opadał tynk, a wielkie drzwi były do granic możliwości podrapane i zaniedbane. Kościół otoczony był przez jesienne drzewa, które szumiały na wietrze, a prowadziła do niego zasypana przez kolorowe liście ścieżka. Pani Linda patrząc na to miejsce, mocno odczuła pustkę. Cisza wypełniła teren, w którym kiedyś na kwiecistym trawniku biegały dzieci, a w kościele biły dzwony dla wielu ludzi, tam przychodzących. W tamtym momencie nikogo nie było, dzwony nie biły, a na wielkim krzyżu osiadły czarne wrony, które spoglądały w ich stronę, co jakiś czas kracząc. Gdy szły, pod nogami szeleściły liście, które przez porywisty wiatr co chwilę obijały się o ich ciała.

Stanęły przed drzwiami. Sophia dokładnie obserwowała ruchy kobiety, stojącej z przodu. Nigdy nie była w kościele. To miejsce zawsze wydawało się dla niej straszne, ale może dlatego, że nie wiedziała co jest w środku. Wyobrażała sobie, że jest to miejsce przepełnione starociami, kolorem czarnym i ślepo wierzącymi ludźmi w kogoś kto nie istnieje.

"Zwykła sekta" — powtarzali rodzice.

Pani Linda dotknęła dużej, czarnej klamki i szybkim ruchem ją pociągnęła. Drzwi otwarły się głośno i powoli. Weszły do środka. Kobieta o wiele pewniej niż Sophia, która czuła jakby wchodziła przepełnionego tajemnicą miejsca.

Dla dziewczynki pomieszczenie wydawało się o wiele większe niż się spodziewała. Zaczęła rozglądać się na wszystkie strony. Jej uwagę przykuły kolorowe witraże, które po bliższym przyjrzeniu przedstawiały jakieś symbole lub postacie i stare, odrapane na suficie malunki nagich aniołków. Były pulchniutkie, miały małe, białe skrzydła i latały na tle błękitnego nieba.

Echo kroków kobiety i Sophii roznosiło się po całym kościele. Dziewczynka spojrzała na obrazy, znajdujące się na ścianach. Przeraził ją widok zakrwawionego, umęczonego Jezusa, zaś pozytywne wrażenie przywróciła Maryja z sympatycznym wyrazem twarzy i delikatną dłonią uniesioną ku górze. Zatraciła się w tych widokach, lecz wiedziała, że to wszystko jest zmyślone, a wiara stworzona jest po to by ludziom lepiej się żyło, żeby myśleli, że po śmierci istnieje jakieś życie. Odwróciła wzrok i spojrzała przed siebie. Stanęła jak wryta. W pierwszym rzędzie oprócz pani Lindy, siedziała jakaś kobieta. Po jej szarych, zaniedbanych włosach, wywnioskowała, że jest to starsza kobieta. Widać było, że rozmawiały. Niepewnym krokiem zaczęła iść w ich stronę. Gdy stanęła koło nich i jej buty wydały dość głośny dźwięk, odwróciły się w jej stronę. Miały łzy w oczach.

Starsza kobieta spojrzała na Sophię jakby ze współczuciem. Oczy miała zaczerwienione, a twarz pokryta była licznymi zmarszczkami.

— Chcesz z nami się pomodlić? — szepnęła kobieta, lecz pani Linda po tym pytaniu, szepnęła jej coś na ucho.

Staruszka wtedy pokiwała głową i odwróciła się w stronę ołtarza i złożyła swoje pomarszczone dłonie do modlitwy. Dziewczynka również pokierowała tam wzrok. Ujrzała coś przypominające stół, potrzaskane figurki świętych postaci i wielki obraz Jezusa z domalowanym, czerwonym napisem "7 - nie zabijaj". Z boku zaś porozrzucane były zwiędłe kwiaty. Wyglądało na to, że ktoś zrobił to specjalnie. Z tyłu słyszała szepty kobiet, a gdy co jakiś czas się odwracała, widziała jak patrzą w jeden punkt, a każda pogrążona była w swoich myślach.

W drodze powrotnej pani Linda powiedziała, że była to staruszka, która nie miała już nikogo i umrze w samotności. Przyszła jedynie pomodlić się za Mię i resztę wylosowanych. Powiedziała kobiecie też, że pewnie nie są losowi, że może stworzą gdzieś lepszy świat, wolny od zła, a szatana w końcu trafi szlag.

"Kolejna zmyślona postać" — pomyślała Sophia, lecz nic nie powiedziała i szła dalej, patrząc przed siebie.

***

 

Za plecami rozpościerał się szary dym z rakiety, a oni jak armia, stali w jednym miejscu i patrzeli przed siebie. Żaden z nich nie raczył powiedzieć słowa. Szok i niedowierzanie odebrało im mowę. Otaczała ich roślinność, choć nieco inna niż na Ziemi. Do mniej więcej połowy brzucha sięgało coś w rodzaju trawy, tyle, że ta była żółta i miała grubość noża myśliwskiego. Dalej znajdowały się drzewa. Niektóre były zakrzywione i pochylone, a korony drzew były złote. Większość jednak zamiast koron, posiadała złote kule na końcu każdej gałęzi, powykrzywianej w każdą możliwą stronę. Olivia po dokładnym obejrzeniu wszystkiego dookoła, spojrzała w górę. Ujrzała jasno różowe niebo i coś podobnego do słońca. Nie wierzyła, że to naprawdę się dzieje. Wyglądało to raczej na naprawdę dobry sen, jednak myśl o rodzicach i wcześniejszej planecie, odebrało jej zachwyt. Tak samo jak pozostałym. Chwyciła brata za rękę i spojrzała na niego pytającym wzrokiem, który oznaczał czy mają iść dalej. Jacob był w szoku, ale po jednym spojrzeniu siostry powrócił do rzeczywistości i przerwał niekończącą się obserwację terenu swoich towarzyszy. Odetchnął głęboko i zabrał głos:

— Idziemy? — zapytał i wszyscy spojrzeli po sobie, aż w końcu gruby, niski mężczyzna o krótkich brązowych włosach poszedł do przodu. Był to Michael. Kiedy nieco oddalił się od reszty, odwrócił się do tyłu.

— Musimy to zrobić — powiedział niskim głosem i poszedł dalej.

Jacob z Olivią zaczęli iść dopiero wtedy, gdy wszyscy ich wyprzedzili. Dziewczynka kurczowo trzymała się brata, a reszta rozglądała się na wszystkie strony i wolnym krokiem podążała za Michaelem, który wyglądał na w ogóle nieprzestraszonego. A może po prostu nie bał się śmierci i było mu wszystko jedno czy przeżyje? W końcu ciężko jest żyć z myślą, że nie ma się nikogo, a wszyscy ludzie na Ziemi umrą.

Szli ostrożnie, a po drodze napotykali złote krzewy, złote kule, które zapewne spadły z gałęzi i coraz to dziwniejsze kształty drzew.

— Olivia, chodź na barana — powiedział Jacob i schylił się, widząc jak wielka trawa obejmuje prawie całą dziewczynkę.

Bez wahania weszła na brata i poszli dalej. Jedyny dźwięk jaki słyszeli to własne kroki i trzask pękającej trawy. Dziewczynka dotknęła jasno brązowej kory. Była twarda, gładka i po każdym przejechaniu dłonią sypał się z niej biały proszek, który miał mocny, specyficzny zapach, a że wszyscy zaczęli dotykać drzew, w końcu nie dało się wytrzymać. Przyspieszyli kroku, aby jak najszybciej oddalić się od źródła odoru.

— Co to tak śmierdziało? Co to do jasnej cholery było? — zapytała Tamara, wciąż zatykając nos.

— Nie mam pojęcia — powiedział Ethan, kiwając głową.

Mimo, że dalej trawa była już o wiele mniejsza, Olivia wciąż siedziała na Jacobie i rozglądała się na wszystkie strony. Głęboko oddychała powietrzem o wiele czystszym niż na Ziemi i raz na jakiś czas spoglądała też na innych. Po pięciu minutach drogi, nagle przystanęli.

— Słyszycie to? — zapytał Michael.

Wszyscy wytężyli słuch.

— Woda! — krzyknął Ethan, ale reszta skarciła go wzrokiem i ten momentalnie się uciszył, choć ciężko było zachować spokój.

Zaczęli iść o wiele szybciej niż wcześniej, a z każdym kolejnym krokiem dźwięk wody był wyraźniejszy. Ich serca zaczęły bić szybciej, a oddech mieli przyspieszony. Czuli się wtedy jak w thrillerze. Cel był coraz bliżej. W końcu ujrzeli wielkie złote krzewy, a ich oczy szeroko się otworzyły, gdy ujrzeli za nimi wodospad z błękitną wodą.

— Czy wy to widzicie?! — zaczął drzeć się Ethan i pobiegł w jego stronę.

Wszyscy spojrzeli po sobie i również zaczęli biec. Byli w szoku. Ale ta euforia była tylko chwilowa i dobrze o tym wiedzieli, bo choćby znaleźli raj - będą mieszkać w nim tylko oni, a życia ich rodzinie nic nie przywróci. Gdyby tylko ich rodziny to widziały... Gdyby tylko to była niesamowita wycieczka, a nie ostatnia szansa na przeżycie...

Ethan minął krzew i stanął naprzeciw wodospadu, który spływał do jeziora. Stanął jak wryty. Za nim stanęła reszta. W wodzie kąpały się półnagie kobiety. Jedynie ich łono i piersi były okryte wielkimi, złotymi liśćmi. Włosy miały różnego koloru. Jeden mężczyzna z grupy chciał się nagle wycofać, gdy jedna z kobiet spojrzała w ich stronę. Otworzyli szeroko oczy. Zahipnotyzował ich jej wygląd. Miała niesamowicie długie, błękitne włosy, takie same oczy i drobne ciało. Mężczyźni nie mogli oderwać od niej wzroku, lecz ta była przerażona. Stanęła nieruchomo jak oni, objęła się rękami i mocno trzymała na sobie liście, gdy nagle na jej twarzy dostrzegli ulgę. Nie zdążyli się nawet obrócić, bo nagle zaczął rozmazywać im się obraz, wodę słyszeli w oddali, aż w końcu upadli bezwładnie na ziemię. Olivia uderzyła nieszczęśliwie głową o drzewo, a potem spadła z większej wysokości niż inni. Leżała nieruchomo na ziemi, a jej krew zaczęła barwić żółtą trawę na czerwono.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania