Podglądacz

Kiedy miałem bodajże dziesięć lat przeżyłem ostre zapalenie opon mózgowych. Ciężko to zniosłem, ale koniec końców wyszedłem z tego wzmocniony. Choroba otworzyła moje zmysły. Zdaje mi się, że potrafię więcej od innych. Mam lepszy wzrok, węch i słuch. Lekarze zaprzeczyli, ale ja swoje wiem. Wiedziałem to również tamtej październikowej nocy.

To nie przyszło nagle, nie zaatakowało mnie tak jak to lampart skacze z drzewa na niespodziewającą się niczego antylopę. Co najmniej od tygodnia czułem, że ktoś "ma na mnie oko". W drodze do pracy, w tramwaju, a nawet (O! Jezu Chryste!) w moim własnym domu! Z początku starałem się to ignorować, a lekarze tylko mnie w tym utwierdzali: “ma pan nerwicę natręctw”, “jest pan chory”, “dam panu skierowanie do specjalisty”. Teraz mam dowód, że to ja od początku miałem rację.

Było niewiarygodnie cicho. Do tego stopnia, że cisza stawała się wręcz nieprzyjemna. Powodowała w głowie ten potworny pisk i ból. Po tym poznałem, że Oni już tu są. Gdzieś z daleka przebijał się szum pędzących po autostradzie samochodów. Widoczne z okna, ciągnące za sobą setki mikroskopijnych światełek przywodziły mi na myśl krwinki przesuwające się po żyłach jakiegoś wielkiego organizmu.

Włożyłem w zamek klucz do swojego mieszkania na ósmym piętrze i przekręciłem. Było około godziny drugiej w nocy. Myślę, że wszyscy w budynku pogrążeni byli we śnie. Wciągnąłem powietrze do płuc i wypuściłem z głośnym świstem. Byłem gotowy. Wiele można o mnie powiedzieć. Niektórzy mogą obwołać i wariatem, ale na pewno nie tchórzem. Jeśli chcą walki, będę walczył. Będę walczył dopóki nie padnę ja, albo oni. Zabiję ich - będę miał dowód, zabiją mnie - nie będą mogli mnie więcej dręczyć. Wszedłem do środka i zamknąłem za sobą. Przekręciłem zamek dwa razy, jak nigdy. Raz dla ochrony przed intruzem, drugi, żeby intruz nie uciekł. Zwykle zamykana tylko na jeden obrót. Na dwa to bezsensowny przesąd dający złudzenie większego bezpieczeństwa. Ściągnąłem płaszcz i powiesiłem za kołnierz na wieszaku przymocowanym na drzwiach. Wiem, że nie powinno się tego robić, ale krawiec nie przyszył do niego pętelki. W pokoju paliło się światło, nie miałem w zwyczaju gasić go wychodząc. Macanie po ścianach na oślep nie jest dla mnie zbyt przyjemnym doświadczeniem. Wolę nawet przeboleć trochę wyższe rachunki, niż to przeżywać.

Rozejrzałem się po mieszkaniu. Zajrzałem nawet do tej małej szafki, w której mógłby się ukryć chyba tylko intruz - karzeł. Było pusto… Wiedziałem jednak, że to tylko pozory. Moja głowa, mój szósty zmysł wyszeptywał do ucha jak mantrę: “Oni na pewno już tu są...”. Teraz byłem pewien. Ten głos nie odzywał się często, ale kiedy już to robił powierzał mi najciekawsze sekrety innych lokatorów. To od niego wiem, że moja sąsiadka z drzwi obok jest najprawdziwszą dziwką, a sąsiad z dołu jak by to powiedzieć delikatnie… lubi dzieci. Rzecz jasna zgłosiłem to na policję, jak dotąd nic nie zrobili. Będę musiał wziąć sprawy we własne ręce. Ale wróćmy do rzeczy.

Usiadłem w fotelu i czekałam. Długo im zeszło zebrać się na odwagę. Mała wskazówka zegara ściennego prawie zdążyła zrobić półtora obrotu wokół własnej osi. W dziurce od klucza przy drzwiach wejściowych zobaczyłem oko. Wielkie i żółte. Pokryte gąszczem żyłek i z szeroką źrenicą. Oparłem łokcie na kolanach, podbródek podparłem pięściami. Patrzyliśmy na siebie długo, a Ono, mokre i przekrwione mrugało w równych odstępach czasu, jak światło latarni morskiej. Nie niosło jednak nadziei i ocalenia, lecz krystalicznie czystą grozę.

“Czego tu!?” - spytałem ostro. Jedyną odpowiedzią było mokre mrugnięcie. “Czego chcesz!?” - wrzasnąłem na cały głos. Zbudziłem tym krzykiem na pewno pół okolicy. Z oka wypłynęła łza, niemal czułem jakby płynęła po moim własnym policzku. Puściłem się do drzwi jak gepard. Przekręciłem je raz, jak to miałem w zwyczaju i szarpnąłem za klamkę. Dalej zamknięte. Zakląłem ostro i zrezygnowany przekręciłem jeszcze raz. Tak jak myślałem. Już nikogo nie było. Wiedziałem jednak, że wrócą. A wtedy będę gotowy.

Podchodzę do szafy, wyrzucam z niej wszystkie ubrania, nie ma tego za dużo. Szukam tego przedmiotu. Jest, schował się pod kurtką. Prosty wieszak na ubrania, wygięty z jednego kawałka drutu. Rozginam go i prostuję. Staję pod ścianą obok drzwi. Czuję chłód przejmujący moje ciało. Czekam. Zegar tyka, nigdy wcześniej nie myślałem, że jest aż tak głośny. Jak ja mogłem przy tym zasnąć? Nie kazali mi długo czekać. Żółta poświata zalśniła przez dziurkę od klucza. Oko łypie na wszystkie strony, szuka mnie. Wbijam drut najgłębiej jak mogę. Krew tryska mi na palce. Słyszę krzyk, znajomy głos! Czyj to? Kto to? Ja! To niemożliwe! Ale musi być! Czuję ból w głowie! Oko się rozpływa! Ale to nic. Ach! Jak to dobrze, że w końcu pozbyłem się tego potwora!

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania