Pogoń za odpowiedziami - Rozdział 1 - Zakłócenie

— Dziewięćdziesiąt osiem… Dziewięćdziesiąt dziewięć… Sto! — wydusił z siebie Logan, odkładając siekierę na ziemię i samemu siadając pod drzewem, które przed chwilą usilnie próbował ściąć. — Nie ma opcji, że wyrobimy się z tym, nim słońce zajdzie. Przecież rąbiemy i rąbiemy, a nic to nie daje! —

— Tak tylko ci się wydaje młody. Ale racja, mała przerwa nam nie zaszkodzi. — odparł mężczyzna, przysiadując na pieńku obok.

Dzień chłopaka akurat nie był jednym z lepszych w jego krótkim życiu. Od świtu pomagał matce w domowych obowiązkach, czego nie cierpiał najbardziej na świecie. Obieranie kartofli i noszenie wody ze studni nie rajcowało go za bardzo, przez co cały czas szukał sposobu na ucieczkę od pracy. Gdy wybiło południe zdołał zabrać się z dorosłymi do lasu by nazbierać wystarczająco drzewa na nadchodzące chłodne dni.

Mężczyzną towarzyszącym mu był Henry, często zwany przez Logana wujkiem Henrym. Był on dobrym przyjacielem rodziny i pomagał jej w trudnych chwilach, a czasami nawet opowiadał nastolatkowi opowieści ze swojej młodości. Mimo, że był to facet po pięćdziesiątce, o czym dawały znać pierwsze siwe włosy i obolałe kości, to dogadywał się z młodym jak mało kto.

Jak to miał w zwyczaju brunet, zawsze gdy miał okazję pytał go o trapiące go rzeczy. Tym razem nie było inaczej.

— Wujku Henry, powiedz mi. Jak było w akademii rycerskiej? — zapytał, obracając ku niemu głowę.

— W akademii rycerskiej? Hoho, to dopiero pytanie. — Podrapał się po bródce mężczyzna, po czym chrząknął parę razy. — Gdy tam zawitałem miałem ledwie dwadzieścia dwa lata. To był dla mnie kompletnie inny świat. Zamiast wideł w rękach miałem miecz. Zamiast chłopów ze wsi czekali na mnie mężczyźni zakuci w blachy. A zamiast mojej kochanej Joanny, ładna pani generałowa… Szkoda tylko, że krzyczała jeszcze bardziej niż ta pierwsza. — Po jego śmiechu dało się wywnioskować, że na starość zaczął się rozbawiać swoimi własnymi żartami.

— W takim razie nie było tam tak źle? —

— Źle? Ba, powiedziałbym, że nawet bardzo dobrze. W końcu to tam poznałem twojego ojca. — Posłał Loganowi mały uśmiech, jednak po krótkiej chwili zniknął on, a na jego miejscu pojawił się wyraz niepewności. Może jednak nie powinien poruszać tego tematu.

Musiało minąć kilkanaście sekund, by oboje otrząsnęli się i wrócili do rozmowy.

— A więc czemu tam nie pozostałeś? — spytał, nie rozumiejąc jego decyzji o odejściu i wróceniu na rolę.

— Wiesz, to nie jest takie proste… Każdy chce być rycerzem na białym koniu, dopóki nie przyjdzie wojna. Tak było i ze mną. — odparł cichszym głosem Henry.

— Uciekłeś przed wojną? —

— Nie, nie, nie uciekłem. Kiedy zaczęła się druga wojna między Królestwem Redmontów a państwem Sethinów wszyscy powyżej pierwszego stopnia zostali wysłani na front. Nie było opcji odmowy, każdy kto nadawał się do walki miał w jeden dzień przygotować się do wymarszu. Wśród tych znalazłem się ja i twój ojciec. Wtedy też zobaczyliśmy, jak naprawdę wygląda wojna. — Spokojnym głosem opowiadał o przeżyciach z akademii, z której jednak wolał nie pamiętać nic. Mimo wszystko nie mógł zabronić młodzieńcowi pytać się o takie rzeczy, więc chcąc nie chcąc ciągnął temat dalej.

Logan podrapał się po głowie zdezorientowany.

— W takim razie co się stało? —

— Zdarzył się incydent. Gdy wstąpiliśmy do jednego z miast zaatakowali nas. Pieprzeni wzięli nas z zaskoczenia. Odparliśmy ich, ale z jedną ofiarą. Tak, to był on, twój ojciec… Po tym nie chciałem widzieć, jak umiera więcej ludzi. Powiedziałem dość. W środku nocy wymknąłem się z obozowiska i uciekłem. — mówił ciągle tym samym tonem, nie okazując żadnych negatywnych emocji.

— Rozumiem… To dlatego tak wcześnie wróciłeś. — odpowiedział ze zrozumieniem młodzieniec. — Matka wmawiała mi, że… —

Mężczyzna niespodziewanie wstał i powolnym krokiem do niego podszedł, po czym nachylił się, kładąc mu rękę na barku.

— Twoja matka to złota kobieta. Z pewnością nie chciała cię martwić. — Po tych słowach wypowiedzianych szeptem rozprostował się. — A teraz idź zobaczyć co u niej. Przy okazji w drodze powrotnej zajdź do studni i napełnij bukłak. Nie tylko tobie chce się pić. — polecił mu przyjaciel.

— Dobrze wujku. Wrócę za jakiś czas, tymczasem ty możesz ścinać dalej. Jak przyjdę to cię zmienię. —

 

Logan wstał z ziemi i żegnając się z dorosłym ruszył przed siebie. Całe szczęście ścinali drzewa nieopodal dróżki biegnącej przez cały las. Nawet gdyby jej nie było brunet z pewnością trafiłby do wioski, gdyż w owym lesie spędził całe swoje dzieciństwo. Czyli jednak zabawa w wojowników czy włażenie na drzewa przydały mu się na coś w późniejszym życiu. Szkoda tylko, że matka chłopaka nie dzieliła jego zadowolenia z tego faktu.

Nie minęło pięć minut drogi, kiedy to dwieście metrów przed nim nie mógł już dostrzec drzew. Za to widział koniec dróżki i pierwsze budynki na horyzoncie. Przez te wszystkie lata tak poznał zwyczaje mieszkańców miejscowości, że mógł rozpoznać ich z daleka, jedynie na podstawie czynności jakie wykonywali. Stara Helga siedziała właśnie przed domem i karmiła kury. Gromadka dzieci wymachiwała patykami w powietrzu, udając bohaterów walczących z potworami. A starszyzna jak zawsze rozmawiała z… Dwoma obcymi? W miarę zbliżania się brunet dostrzegł, że ci “obcy” są rycerzami w stalowych zbrojach i błękitnych pelerynach. Zupełnie jak ci z opowieści.

Młody przetarł oczy ze zdziwienia, jednak nieznajomi nadal byli na swoim miejscu. Zaprzestał kroku, z kilkudziesięciu metrów przyglądając się rycerzom. W pierwszej chwili był przestraszony ich wizytą. Skąd oni tutaj? Nikt w wiosce nie mówił nic o tym, że mieliby do nich zawitać. Po kilkunastu sekundach niepewność zmieniła się w podekscytowanie. Rycerze! Prawdziwi rycerze! Nie żadni przebierańcy, tylko wyszkoleni żołnierze z prawdziwym orężem! Logan uśmiechnął się od ucha do ucha i wznowił chód, który po chwili stał się biegiem, coraz to szybszym i szybszym. Kiedy w końcu wyszedł z lasu zwolnił i ukrył się za najbliższym domem, zza rogu obserwując całą sytuację.

Jeden z mężczyzn ze starszyzny, Algerd, rozmawiał z dwójką rycerzy przez dobre parę minut. Podglądając ich, chłopaczyna mógł wywnioskować tylko dwie rzeczy. Dorosły nie był zadowolony z ich wizyty i z pewnością nie była to spokojna rozmowa. Na twarzy jegomościa dało się gołym okiem zobaczyć poddenerwowanie, zapewne spowodowane całą sytuacją. Od czasu do czasu nawet tupnął nogą czy machał rękami w powietrzu.

Niepokoiło to Logana do tego stopnia, że nie mógł się powstrzymać i zaczął dokładniej przysłuchiwać się rozmowie, mając nadzieję na usłyszenie czegoś ważnego.

— Ale nie możecie od tak wparować do wioski i powiedzieć, że… — wykłócał się starszy facet, jednak jeden z rycerzy wtrącił mu się w połowie zdania.

— W obliczu nadchodzącej wojny owszem, możemy. I właśnie to robimy. Nakaż zebrać wszystkich chłopów i starsze dzieci. I to już! — warknął na niego groźnie.

— Ale… Ale… —

— Ale już! Albo oskarżymy cię o niepodporządkowywanie się rozkazom władcy. Uwierz mi staruszku, miejsca w lochu nie brakuje, a bat tylko czeka by zostać użytym. — po raz kolejny odezwał się wkurzonym głosem, tym razem grożąc mu palcem.

 

Ciemnowłosy nie wierzył w to, co słyszał. W jednej chwili szczęście i podekscytowanie zniknęło, a pojawił się strach. Wojna? Jak to?! Przecież nie było żadnej od ponad trzydziestu lat. Skąd miałaby się wziąć? Zresztą, plotki o tym, że nadchodzi już dawno obiegły by okolice.

Siedemnastoletni chłopak intensywnie myślał o tym wszystkim, ciężko przy tym dysząc. Przynajmniej do czasu, kiedy nie poczuł na swoim barku czyjejś ręki. Zamierając w bezruchu usłyszał jedynie:

— Nie ruszaj się. —

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania