Pomidorowy Woźnica

Lubił sobie iść tam i z powrotem. Dlaczego nie mógł iść w bok? Utarty schemat w umyśle nakazywał mu chodzić jedynie po linii prostej bez gwałtownego zbaczania z określonej trasy. Potrafił nie jedno, i tyle samo brakło w jego papierowym rysopisie. Na kartce zesztywniałego pergaminu spisał raz pewnego dnia pięknego krwistym piórem koloru żółci żywot osoby przeciętnej, biednej. Od życia oczekującej tylko sprawiedliwego sądu nad każdą nawet najbrudniejszą, zakrwawioną duszyczką. Tym kimś był on — woźnica z rozkwaszonym nosem, bezpłodnością i prawdopodobnie ostatnimi dniami życia.

Ile zostało godzin, a ile minut? Lepiej było egzystować w świecie pozbawionym tak ogólnej i niszczącej miary, jaką był dzień. Zaczął żyć minutami. Wszystko wokoło jakby straciło dawną szybkość przemijania. Teraźniejszość nadal pozostawała nieuchwytna, ale przyszłość spowolniona względem punktu, jaki objął zawczasu, wywoływała na jego sinych, zabliźnionych ustach lekki uśmiech. Niewymuszony. Po prostu nawet szczęśliwy człek.

Tej środy, ostatniej jak wskazywało wiele czynników — silne zawroty głowy i nagłe krwotoki z nosa, wstał normalnie z ukrytą wewnątrz obojętnością. Sięgnął odruchowo po wiszący na starym gwoździu płaszcz i narzucając go na wychudzone ciało, poszedł do kuchni. Silny, oślepiający blask słońca wdarł się szturmem przez pustą przestrzeń, gdzie niedawno znajdowało się okno. Porąbana na części rama leżała ukryta pod stołem. Przystanął. Dwa cuchnące ręczniki — alternatywna zasłona okienna, leżały w ceramicznym zlewie.

— Zostawić was na jedną noc. Już do zlewu. Nic niewarte szmaty — syknął.

Kwadrans. Piętnaście minut. Nie mógł sobie wybaczyć, że zmarnował tyle cennego czasu, tyle życiodajnych oddechów.

Zbiegł po częściowo zrujnowanej przez ząb czasu klatce schodowej. Minął grupkę uroczo szczerbatych bachorów w pidżamowych kreacjach. Ich niewinne, a jednak żądne zaspokojenia potrzeb spojrzenia przywiodły mu na myśl lata dziecinnej beztroski. W jego przypadku te wspaniałe lata wyglądały jak zbiór elementów, które, gdy na nie patrzysz, dziwną siłą wywołują odruchy obrzydzenia i pogardy.

Gdy skończył lat dziesięć miejscowy znachor, znany również jako sługa bożej litości uznał, że jest on poważnie chory. Rzekł, że jego dusza jest umęczona tak bardzo, iż nawet lekarstwa stwórcy wszystkiego nie pomogą.

— Mord w sprawie słusznej jest wskazany — rzekł, pocierając dłonią zarośnięty policzek.

Opuszczony budynek szkoły podstawowej numer 66 przy ulicy Szeryfa Zgrymasiałęgo. Miał się grzecznie pożegnać z każdą osobą w klasie. Nic nie mówiąc wyjść przed szkołę, gdzie dziwnym zbiegiem okoliczności zginie. A jednak. Los swą tarczą pecha stanął po jego stronie. Ale to, co dostał, miało swoją cenę. Po niespodziewanym wyjściu z sali lekcyjnej wrócił tam z powrotem. Kobieta, która robiła tam za nauczyciela, nazwała go niespodziewanie zgniły pomidorem, co w odniesieniu do sytuacji było lekko mówiąc zaskakująco tajemnicze. To przelało kielich zrozumienia. Całą wesolutka ferajna klasowa zaczęła naśmiewać się z niego używając właśnie tego zwrotu. Za każdym razem, nawet gdy jedyne co robił to siedział na ławce i oddychał.

Przestał. Nie potrafił brnąć w to dalej. Tramwajem dotarł na samiutkie obrzeża mieściny, gdzie jak najszybciej zaprzągł podstarzałego konia do co najmniej cztery razy starszej, karety turystycznej i ruszył przed siebie. Pamiętał dokładnie. Gospodarstwo agroturystyczne w Zwiędłowicach Rynnoskoczkach. Podróż do celu trwała może dwadzieścia labo trochę więcej minut. Sflaczałą oponą przedniego koła po prawej stronie karety nie wyglądała najlepiej. Ale czas na takie błahostki nie mógł być zmarnowany. Pięć z dwudziestu ludzi wsiadło, do jego drewnianego kuśtyka. Reszta do o wiele lepszych karet za nim.

Jechali polną drogą w ciszy i wymuszonej powadze. Łysol siedzący przy drzwiach wyraźnie nie mógł wytrzymać, aby nie puścić choć jednego rechotu w eter. Woźnica tylko pokiwał głową. Pozostałe osoby — pomarszczone i zesztywniałe kobiety podskakiwały na twardych nieobitych materiałem siedzeniach za każdym razem, gdy koła natrafiał na większe kamienie.

— Och, ach. Oj, oj — łagodnie pobrzmiewały ich głosiki.

W oddali widać było stary stoczony przez robactwo drewniany przystanek z niewiele lepszym wychodkiem.

— Proszę się tam zatrzymać — usłyszał. - To zajmie minutkę.

— Zgniły pomidor — rzucił łysy. — Zobaczcie, tam jest ich więcej. Cały stos.

Wielka na wpół rozbełtana kupa pomidorów leżała obok drogi. Kareta zatrzymała się gwałtownie.

— Mamy iść dalej na piechotę? - Tylko cisza przytaknęła jej. Nikt nie odpowiedział. Woźnica siedział jak zamrożony i gapił się w dal. Nie wiadomo gdzie.

Turyści wyszli z karety markotnie i podążyli w stronę upragnionej ubikacji. Dalej był już tylko krzyk i dźwięk miażdżonych przez koła kości.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Majonez XvX tydzień temu
    Dzięki wielkie za dodanie. Jestem rad
  • jolka_ka tydzień temu
    Cześc Majonez,
    to Twój pierwszy tekst, który czytam. Podobno byłeś pod innym nickiem, ale nie wiem, czy coś publikowałeś ;) Pierwszy akapit mnie wciągnął i już zostałam. Rzuca się w oczy tendencja do dłuższych zdań, które trzeba czytać minimum dwa razy, żeby cokolwiek zrozumieć. A zdania te są bardzo ładne, gdybyś tylko czasami podzielił je na pół ;) Np. to: "Na kartce zesztywniałego pergaminu spisał raz pewnego dnia pięknego krwistym piórem koloru żółci żywot osoby przeciętnej, biednej". - moim zdaniem za dużo tu wszystkiego. Gdzieniegdzie też dziwny szyk stosujesz. Interpunkcja troszeczkę kuleje, ale, że ja sama nie jestem w tym ekspertem, to czepiać się nie będę. Na pewno ktoś tu wkroczy i Ci rozpisze co jest nie tak :P
    Podobało mi się, i pomysł, i opisy, i dialog też taki nawet nawet :D
    Pisz dalej :)
  • Majonez XvX tydzień temu
    To jest tekst oferma
  • Margerita 2 dni temu
    Tekst czytało się dość przyjemnie błędy pozostawiam fachowcom powiem tylko tyle, że bohater jest dość dziwny pięć

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania