Porozmawiajmy o snach

– Posłuchajcie – rozpoczął Szaweł. – Opowiem wam sen. Zaczęło się od tego, że lekko się upiłem. Ludzka rzecz. Starając się to ukryć przed matką, z którą mieszkam, a którą bardzo szanuję, mówię jej, że jeszcze dziś żenię się z Esterą, koleżankę ze szkolnej ławy, której nie widziałem całe wieki. Wiem, że to głupie, ale… Staram się w ten sposób odciągnąć uwagę rodzicielki od nieciekawego stanu, w jakim się znalazłem. Trzeźwiejąc z wolna, stwierdzam, że nie mam najmniejszej ochoty, by żenić się z kimkolwiek, a już na pewno nie z rówieśniczką, osobą przecież niemłodą, której na dodatek nie znam. Albo inaczej: pamiętam, ale tak jak przez mgłę. Co robić, skoro się raz rzekło. A słowo w moim śnie jest cholernie ważne. Chcę się zabić, ale miast do siebie strzelam do wiszących zegarów, które przypominają o upływie czasu i zbliżającym się nieuchronnie weselu. Panikuję. Na szczęście mam plan. Jest plan – klawo jak cholera. I oto wdrapuję się na wieżę, by zatrzymać największy czasomierz w mieście, włażę tam i włażę. Wreszcie stoję na samym szczycie, ale miast wycelować w tarczę i ją zestrzelić, decyduję się skoczyć z wysokości i ze sobą skończyć. Prawda jakie proste? Teraz najlepsze. Tuż przed upadkiem, jakby w zwolnionym tempie, spostrzegam w locie twarz dziewczyny. To Estera, moja niedoszła partnerka, która miała zabrać mi kawalerską swobodę. Przed ślubem jej nie widziałem. Okazuje się, że jest o wiele ładniejsza niż sądziłem. Niestety dla mnie jest za późno. Bum! Krew tryska i ginę. Taki to koszmarek mi się przyśnił, ładny bardzo. I teraz to sam nie wiem, co gorsze: mara czy samo życie.

– Paskudny – powiedział ktoś.

– Tragedia. Sen, dramat i horror w jednym – ocenił ktoś.

– Taki trochę niezbyt ten twój koszmarek – mruknął ktoś.

– No niezbyt, ale jaki prawdziwy za to, jaki realistyczny – rzekłem. – Samo życie. Wy tego nie zrozumiecie, boście kochliwi, a na dodatek żonaci. I ja z wami o tym gadać nie będę, o!

– No to nie gadaj, jeśli nie chcesz, kawalerze zatwardziały – skwitował właściciel aksamitnego głosu, po czym rzucił: – Tak czy siak, trzeba powiedzieć, że mi się trafił koszmarek wart zapamiętania. Ale zaczekajcie. Opowiem wam drugi. Kanibale prowadzą kino, w którym uśmiercają swe ofiary. Pewnego razu udaje mi się wyminąć wał przy kanale w Slough, w którego podziemiach znajduje się owe kino. Wyminąłem wał i prawie uszedłem z życiem, prawie! Nagle ktoś mnie bierze pod ramię i wciąga na siłę do mrocznych podziemi przerażającego the cinema. Dalej już nie pamiętam.

– Też paskudny – ryknęli chóralnie.

– Paskudny do kwadratu – oznajmił ktoś.

W izbie było cichuteńko, światełeczko nastrojowo pełgało, a w rozgrzanym piecyku monotonny trzask zwracał na siebie uwagę zebranych, zwracał, ale nie absorbował zanadto uwagi. Każdy oddychał swobodnie w ciemności i każdy nasłuchiwał aksamitnego głosu z atencją, bo to był bas piękny, który nadaje głębi wypowiadanym przez siebie treściom za sprawą li tylko tego, w jaki sposób owe treści artykułuje. A jak zaczął nieśpiesznie, tak o snach mówił, a mówił tak:

– Śni mi się, że jestem seryjnym mordercą, który jeszcze dziś wieczór spodziewa się w domu gości. Ogarnia mnie niepokój. Lekki dyskomfort to chyba za mało powiedziane, ale właśnie… niepokój to dobre słowo. Muszę szybko zatuszować ślady krwawych zbrodni, jakich się dopuściłem, by przybyli niczego podejrzanego nie zauważyli, co wcale nie jest proste, bo oto za szybą, na dworze, znajduje się coś jakby ukryty wymiar, który może mnie pogrążyć w każdej jednej sekundzie. Nagle rozlega się dźwięk – kołatanie do drzwi. Goście przybywają. Siadamy w saloniku, rozmawiamy, tego, śmego, pijemy winko, gadka szmatka, a czas płynie. Nagle ogarnia mnie jeszcze większy niepokój, który narasta z każdą chwilą, a z zewnątrz dobiega jakby drapanie o ścianę. Właśnie tego się obawiałem. Powstałe na skutek licznych zabójstw monstra starają się za wszelką cenę przedostać do naszej rzeczywistości, zwracając na siebie uwagę, wynurzając się z mroku, stukając o szyby okienne, drapiąc w ściany. Goście są przerażeni. Podchodzę do okna i otwieram je na oścież, wyglądam na zewnątrz. Wreszcie daję się ukatrupić tak licznie przybyłym potworom, moim ofiarom, których pełno na dworze, a których zęby połyskują w księżycowym blasku. I nagle mam święty spokój jako trupek właśnie.

– Paskudny – ocenił ktoś.

– Istny horror – powiedział ktoś.

– Horror do kwadratu – oznajmił ktoś.

– Nie za fajny, ale za to jaki filmowy, jaki dramatyczny – rzekłem.

– To teraz ja, posłuchajcie. Jadę nocnym pociągiem z Bieguna Północnego do Opola na dwa sposoby: najpierw przez Warszawę, potem przez Wrocław. Obserwuję tory. To mój ulubiony kolejarski konik, przedmiot kontemplacji i doznań estetycznych. Dostrzegam sporą ilość wietrznych i opustoszałych zupełnie korytarzy i podziemnych tuneli. Zastanawiam się nad rentownością nordyckiej i polarnej magistrali. W Gdańsku – dłuższy postój, jedyny zresztą. Wyskakuję na sekundę z pociągu i kupuję w kiosku czekoladę. Jest tak samo czarna jak wnętrza arktycznych tuneli nocą. Gryzę kawałek i od razu też wypluwam. Smakuje trupem.

– Paskudny.

– Istny horror.

– Horror do kwadratu.

W izbie było cichuteńko, światełeczko nastrojowo pełgało. Tymczasem przemówił kolejny:

– Moje dwa sny są takie. Pierwszy. Handlarze spotykają się w obszernej dziupli prastarego dębu. Nakładają charakterystyczne czapki. Z tego, w jaki sposób je nakładają można wydedukować, co i ile poszczególni członkowie sprzedali i jaką pozycję zajmują w spółdzielczej hierarchii. To rodzaj dziwnego rytuału, ta cała zabawa z nakryciami. Jeden ze spółdzielczych ludków ma zamiar pożegnać się i odejść na dobre. Obserwuję to z uwagą, a następnie schodzę żółtym szlakiem z Żarnowca do Skoczowa. Jest to ten sam, co znajdujący się w rzeczywistości szlak, tyle, że bardziej stromy. I może jeszcze kolorek znakowania jest inny – dokładnie nie wiem, nie pamiętam. Idąc wzdłuż strumyka, natykam się na turystkę, z którą ucinam sobie pogawędkę o tutejszych nazwach ulic. Znajdują się tu na przykład ulice imienia Kiszczakowa, Urbanowa, Jaruzelskowa i tym podobnych „bohaterów”. Sen nie jest może jakoś bardzo straszny, ale zastanawiające są owe ludki i ich ciemne cechowe sprawki. A drugi jest taki: podstępem wymykam się czarownicy kanałowo-dziuplowej. Przemierzam ośnieżone zakątki Nibylandii i jakieś ciemne zakamarki. Pomaga mi w tym moje ulubione zwierzątko – nie wiem, co to za zwierzątko. Tymczasem w lesie, niedaleko od siedziby wiedźmy, trwa właśnie narada ogrów. Zamierzam wmieszać się w tłum i uratować skórę. Mam świadomość, że ktoś jeszcze w dziupli pozostał i jest przez wiedźmę torturowany, obdzierany ze skóry, podtapiany i duszony. Ja natomiast jestem bacznie obserwowany. I czuję, dosłownie czuję na sobie w sposób namacalny przeszywający jej wzrok.

– Paskudny.

– Istny horror.

– Horror do kwadratu – zawyrokowałem. – No to teraz moja kolej. Jest to sen o wspólnej wędrówce po górach. Ja i kompan się rozdzielamy, co wzbudza we mnie nieokreślony żal. Po pewnym czasie dowiaduję się, że mój towarzysz był pięć godzin temu na tej właśnie górze, w której wnętrzu znajduje się ten tajemniczy dom towarowy. Idę jego schodami, a wnętrzem góry… aż wychodzę na sam szczyt. Wchodzę w las i odczuwam coś w rodzaju nostalgii, poszukując w tym lesie sam nie wiem czego. I oto, bez wyraźnej przyczyny, manifestuje się cały potencjał możliwości wędrowania. Jaki to dar, gdy można robić wszystko, co się chce. Wolno znieruchomieć albo iść naprzód i wędrować to tu, to tam. I przebywać jednocześnie w wielu miejscach. Będąc wszędzie, można być sytym i zarazem głodnym, pijanym i trzeźwym, można zjeść ciastko i mieć ciastko. I wszystko byłoby ładnie, pięknie, gdyby nie ów żal przerażający i zastanawiający. A drugi jest taki: kupuję z rodzicami na spółkę tratwę, która po roku nieprzerwanego użytkowania wygląda na dość już zniszczoną. Chcę więc ją za wszelką cenę komuś odsprzedać, na co nie godzą się z kolei bliscy. Mimo złego stanu, nadal funkcjonuje jako statek wycieczkowy, który przyjmuje w porywach – uwaga – do pięciu aut. Ma się niekiedy wrażenie, że na płaski pokład przedostaje się woda. Ludzie nurkują wtenczas wokół tratwy, bawią się, pluskają, a ich amfibie i auta poruszają się tam i z powrotem, z promu i na prom, z promu i na prom, i to nawet podczas rejsu, ku niezadowoleniu mojej mamy, która zauważa liczne uszkodzenia, spowodowane przez owych łobuzów. No dobrze, rozumiem, że ten sen nie jest straszny, ale może być odebrany jako nieprzyjemny.

W izbie było cichuteńko, światełeczko nastrojowo pełgało. Tymczasem przemówił następny:

– Ten będzie straszny, obiecuję. Posłuchajcie. Moi sąsiedzi, państwo Łotoccy mieszkają na miejscu Bąbenków. Nie chcemy ich niepokoić, więc włazimy, ja i moi kumple, ukradkiem na potężne wzgórze ulokowane w ogrodzie pani Staszyńskiej, naszej sąsiadki oraz sąsiadki Bąbenków, to znaczy teraz już Łotockich. Włamujemy się do drewnianej chatki, znajdującej się na samym szczycie tegoż wzgórza, by odnaleźć psa, który – może to dziwnie zabrzmi – wybuchł albo miał wybuchnąć. Wybuchowy pies, ot co. Być może ze złości na kota pies jest pirotechnicznie aktywny, że tak się wyrażę. Bo tak się mówi nieraz, że ktoś pęka ze złości albo zazdrości. Nie wiemy, co dokładnie odnajdziemy i czy to coś nadal żyje. Trudno wleźć do środka, bo drzwi, okna, ściany i całą resztę przesypały zwały śniegu i przyozdobiły bielą. Drugi sen jest taki: zdobywam szczyt znajdujący się w pewnym mieście. Moi koledzy alpiniści są już daleko, daleko przede mną, ale ja się nie śpieszę. Niepokoi natomiast piaszczyste, sypkie podłoże pod stopami, a także niebywała stromizna w pobliżu samego wierzchołka. Okazuje się, że zdobyte przeze mnie wzniesienie nie jest tym samym, które sobie pierwotnie upatrzyłem. Co gorsza nie udaje mi się również odnaleźć towarzyszy.

– Sen mara, Bóg wiara – powiedział ktoś.

– Ale gdzie tutaj masz Boga, kolego? Gdzie? – zaprotestował inny ktoś.

– Moja kolej. Śni mi się, że złotnika dom podwójny ze złotnikiem w środku należy teraz do mnie. A jest tam przejście sekretne, które wypadałoby czym prędzej zamurować, by nie dzielić spraw nieswoich ze swoimi. A z tego domu pełnego tajemnic rozpościera się widok na wierch, wierch w tak gęstym gąszczu zieleni skryty, że nikt nań nie łazi, choć przecież górka to niewielka i symetryczna. Ku dołowi brukowana la strada opada, a przy niej znajduje się sklep z piweczkami w małych butelkach, drogich i o dziwnych kształtach… jakby po szamponach. Na samym dole zaś rynek się mości, bo to miasteczko, choć całkiem malutkie. Drugi koszmarek jest bardzo malarski. Jest to sen, w którym dominują żółć i zieleń, zwłaszcza zaś zieleń. Ta droga, te lasy, bliższe i dalsze, ech! A dokoła tego wszystkiego nic, tylko żółć. Okoliczne, bliższe nieco uprawy – to jest właśnie owa żółć. A wśród tych pól i tych lasów biegnie sobie dróżka, po której wędruję. I jestem sam, chyba. Ptaszki śpiewają wesolutko, a sceneria jest uroczysta. Słyszę, jak na polach pękają dojrzewające ziarenka pszenicy. Z początku nie potrafię rozpoznać delikatnych dźwięków, ale później udaje mi się załapać. Załapałem i rozeznałem się w mowie polno-leśnej. I wszystko to pięknie, ładnie, ale gdzieś coś się czai złego, niewypowiedzianego wśród tych żółtych kłosów i łodyg. Oj, boję się, tylko nie wiem jeszcze czego.

– Sen mara, Bóg wiara – powiedział ktoś.

– Masz rację. Nawet życie nie jest nigdy aż tak podłe i przerażające jak najmroczniejszy koszmar, koszmar wyzuty z bożej obecności. Sen mara, Bóg wiara, a życie to jest nadzieja na lepsze jutro.

W izbie było cichuteńko, światełeczko nastrojowo pełgało, a w rozgrzanym piecyku monotonny trzask zwracał na siebie uwagę zebranych, zwracał, ale nie absorbował za bardzo. Nagle do baraku wpadł esesman i ryknął:

– Ej, Żydy! Zbierajcie się no na prysznic, ino migiem, bo Bóg nie znosi przecież brudasów! Sen mara, Bóg mara, życie mara.

Wstali, poszli i już nie wrócili.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Joanna Gebler pół roku temu
    Bardzo mi się podoba, najbardziej spodobał mi się sen o seryjnym mordercy. W trakcie czytania myślałam, że to będzie opowieść o ludziach na jakiejś terapii czy w ośrodku, więc zakończenie troszkę mnie zdziwiło. Przez to też, tak myślę, nadało ono charakteru temu opowiadaniu :)
  • maciekzolnowski pół roku temu
    Dzięki bardzo. Dokładnie o to mi chodziło, z tym zakończeniem. Starałem się operować prostym i plastycznym słowem i stronić od wszelkich fajerwerków, no może z wyjątkiem tego finalnego. ;-) Pozdrawiam! MZ
  • Bożena Joanna pół roku temu
    Cała gama snów, a ten ostatni to więcej niż horror. Życzenia noworoczne dalekie od snów!
  • maciekzolnowski pół roku temu
    Dzięki, Bożenko, za odwiedziny i pozostawienie swojego komentarza. Powinienem był czytelnika w jakiś sposób przygotować na takie, a nie inne zaskoczenie (jak z horroru), wprowadzić elementy symboliki żydowskiej, żydowskie imiona itp. Zdaję sobie również sprawę z tego, że nie każdy lubi zapoznawać się z cudzymi snami albo snami w ogóle, ale... cóż, taki miałem pomysł na opoko tym razem. Serdecznie pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję. MZ

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania