Posłaniec (cz. 4): Ślady

Kiedyś będę miał dom

I ogród

Będę miał las pachnący

I kwiaty prawdziwe

 

Ale nie dziś jeszcze

Następnym razem

 

Częstochowa, noc z 15 na 16 stycznia 1945

 

Horch zatrzymał się przy budce wartowniczej. Kierowca wysiadł z auta, poprawił kołnierz wojskowego płaszcza i podszedł do opuszczonego szlabanu. Wzrokiem próbował przeniknąć ciemność. Wokół panowała cisza. Częściowo przysłonięte reflektory samochodu słabo oświetlały posterunek ogniowy umocniony workami z piaskiem. Mężczyzna chcąc przyjrzeć się bliżej zwinnym ruchem przemknął pod szlabanem. Na szczycie obiektu, w tle rozgwieżdżonego nieba dostrzegł zarys ciężkiego karabinu maszynowego. Obszedł umocnienie i znalazwszy otwór zajrzał do środka. Sięgnął do kieszeni, wyjął latarkę i kilkanaście razy nacisnął dźwignię uruchamiając miniaturową prądnicę. Żarówka rozproszyła mrok.

Na gołej ziemi leżało pięciu żołnierzy. “Śpią, czy nie żyją?, mężczyzna kopnął najbliżej leżącego. Ten wierzgnął nogami a spod płaszcza wytoczyła się pusta butelka. Ponownie oberwał kopniakiem, tym razem znacznie mocniejszym. Żołnierz obrócił się na brzuch i zaczął niezdarnie piąć się po ścianie.

— Co jest do... — wybełkotał, ale przekleństwo było już niezrozumiałe.

— Baczność! — huknął kierowca horcha. Żołnierz gwałtownie wyrzucił ręce w górę. Z płaszcza wypadła kolejna butelka.

— Co robisz durniu, poddajesz się?

Zdezorientowany obrońca posterunku próbował coś powiedzieć ale z jego ust wylał się tylko potok niezrozumiałych sylab.

— SS- OberScharfuhrer Erwin Unster — kierowca przedstawił się — Wiozę ważnego gościa z Berlina. Gdzie jest warta na posterunku?

Żołnierz nadal trzymał ręce w górze. I milczał.

— Którędy do komendanta?

Śmiertelnie przerażony żołnierz nie wiedział, czy może wykonać jakikolwiek ruch. Skinął tylko głową mając nadzieję, że właśnie pokazał drogę.

Podoficer schował latarkę, odwrócił się i bez słowa odszedł. Usłyszał tylko szelest osuwającego się na ziemię ciała.

Podniósł szlaban i wsiadł do samochodu.

— Są kompletnie pijani. Na tym mrozie nie dożyją poranka. Być może część już zamarzła.

— Może to i lepiej — pozbawiony emocji głos odpowiedział z tylnej kanapy pojazdu. — Trafisz na miejsce?

Budynek koszar miał kilkaset metrów długości. Pełnił też funkcję więzienia. Przetrzymywano tu głównie sowieckich jeńców, później, po obaleniu Mussoliniego, włoskich. Od września 1944 roku był prawie opuszczony.

Pasażer klepnął w ramię kierowcę.

— Zatrzymaj się tutaj. Chcę się rozejrzeć.

W wejściu do budynku brakowało jednego skrzydła drzwi. Drugie było uchylone. Ostrożnie weszli do środka.

— Stać! Kto idzie? — oślepiający blask latarki i szczęk odbezpieczanego karabinu świadczył, że ktoś jednak tego miejsca pilnuje.

— Przyjechaliśmy z Berlina. Mamy spotkać się z komendantem. — Oficer ubiegł swojego adiutanta. Dał też dwa kroki do przodu, by być lepiej widocznym w świetle latarki. Cywilny płaszcz zasłaniał patki z dystynkcjami na mundurze. Za to trupia czaszka na czapce powinna rozwiać wszelkie wątpliwości.

Nie rozwiała.

— Hans! — krzyknął wartownik nie przestając mierzyć z karabinu do przybyszów — Hans! Hans!

Odpowiadało tylko echo odbijające się od pustych ścian budynku.

— Pokaż mu — oficer kiwnął dłonią przywołując Unstera. Ten podszedł bliżej i z kieszeni wyciągnął dokumenty. Drugą dłonią odsunął wymierzoną w swą pierś lufę. Wartownik snop światła skierował na papier.

— Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy — odczytał na głos, po czym latarką oświetlił twarz stojącego bez ruchu oficera — A ten?

— Wolałbyś nie wiedzieć. — Unster zdecydowanym ruchem złożył dokument i schował na powrót do kieszeni munduru. — Prowadź do komendanta.

— Ale... — żołnierz próbował protestować. Jednak Unster odsunął poły płaszcza i odpiął kaburę pistoletu

— Nie dosłyszałeś? — Zgrzyt zamka odbezpieczanej broni wzmocnił retoryczność pytania. Wartownik zarzucił karabin na plecy.

— Tędy.

Szli długim, pogrążonym w mroku korytarzem. Gdzieniegdzie na suficie tliła się żarówka. Mijali pozbawione drzwi pomieszczenia, które jeszcze nie tak dawno były więziennymi celami. W kilku z nich paliły się ogniska. A wokół, oparci o siebie żołnierze, otuleni w grube derki drzemali. Kilkunastu leżało wprost na podłodze, na korytarzu. Unster wściekle kopnął jednego z nich. Ten powstał gwałtownie i wyprostował prawą dłoń.

— Heil, Hitler — burknął. Zamroczony błędnik nie pozwolił na precyzyjny ruch. Zatoczył się i uderzył barkiem w ścianę. W połowie pusta butelka roztrzaskała się o kamienną posadzkę. Powietrze wypełnił zapach bimbru.

— Wehrmacht w pełnej gotowości bojowej.

— Zamknij się Erwin! — uciął oficer — nie po to tu przyjechaliśmy.

Odepchnął nogą ciało, które zdążyło się już osunąć na twarde podłoże i delikatnie pchnął swojego adiutanta.

To były chyba jedyne ocalałe drzwi. Idący przodem wartownik stuknął w nie kilka razy palcami zaciśniętej pięści. Unster nie czekał na odpowiedź, tylko nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły bez oporu.

Na środku dużego pomieszczenia siedział czterdziestokilkuletni mężczyzna. Zmierzwione szare od kurzu włosy, kilkudniowy zarost, rozpięta koszula i zarzucona na barki kurtka munduru, na której przyszyto dystynkcje kapitana Wehrmachtu. Niebieskie oczy były całkowicie obojętne. Tuż przed nim stał stalowy kosz, w którym palił się ogień.

— Czego? — zdawał się nie być wystraszony tym wtargnięciem.

Unster wypchnął wartownika za drzwi i upewnił się, że zamek jest zaryglowany.

— Jesteśmy z Berlina... — nie dokończył, gdyż gospodarz roześmiał się.

— Ale wybraliście sobie porę i miejsce na wycieczki. Zimno, brak wszystkiego. To nie jest miejsce na wakacje. — Podniósł z podłogi kawałek deski i dorzucił do ognia.

— Jeszcze parę okien i drzwi zostało. Może nie zamarzniemy przed… końcem — dodał grobowym już tonem.

W pokoju było bardzo ciepło, mimo to Unster dorzucił do kosza kilka książek walających się po podłodze. Jego towarzysz zdjął płaszcz i rzucił go na oparcie stojącego przy drzwiach krzesła. W świetle ogniska błysnęły dystynkcje wysokiej rangi oficera SS. Stanął tak, by można go było dokładnie obejrzeć.

— To zaszczyt pułkowniku, ale zbyteczny. — Mężczyzna nie podniósł się na powitanie. Wzrok przeniósł na ogień. — Sowieci są sto kilometrów stąd. Dwa, góra trzy dni...

— Będziecie się bronić. — Słowa wybrzmiały tak pusto, że pułkownik chyba sam nie uwierzył w swoje słowa.

— Oczywiście, SS-Standanterfuhrer — na twarzy kapitana znów pojawił się szyderczy uśmiech — Mamy do dyspozycji pięć tysięcy ludzi, trochę ciężkich karabinów i jak pan zauważył sporo woli walki. Tak swoją drogą, nie chcę nawet sobie wyobrażać ile tam stoi sowieckich czołgów.

Pułkownik minął mężczyznę i przysiadł na znajdującym się w przeciwległym roku pokoju biurku. W świetle stojącej na nim lampki przeglądał porozrzucane dokumenty. Nie bardzo wiedział, co ma powiedzieć.

— Przepraszam za bałagan — gospodarz przerwał przeciągającą się ciszę — komendant ostatnio nie dba o porządek.

— To kim pan jest? — pułkownik ożywił się.

— Wartownik nie powiedział? W zasadzie jestem jego adiutantem i chyba zastępcą.

— Co to znaczy “w zasadzie”?

Kapitan poprawił się na krześle. Zdawał się być rozbawiony i rozluźniony:

— Adiutant oszalał. Komendanta i jego zastępcy głownie nie ma. A ja tu siedzę, bo jest ciepło, to raz. Nie piję alkoholu, więc nawet nie mam z kim porozmawiać, to dwa. I czytam książki. To trzeci powód.

— Kiedy możemy spodziewać się komendanta? — pułkownik spojrzał na Unstera, który odwzajemnił porozumiewawcze spojrzenie.

— Niestety, to trudno przewidzieć — gospodarz podrapał się po zmierzwionej czuprynie — raczej nie przed świtem. Spróbowałbym około południa. Tak będzie najpewniej.

Pułkownik podniósł się z biurka i podszedł bliżej do rozmówcy.

— Zatem to pan nam pomoże.

— Jeśli tylko będę mógł...— sarkazm nie opuszczał kapitana.

— Będzie pan mógł.

To był znak dla Unstera. Zbliżył się.

— Ma pan zaszczyt rozmawiać z wysokim oficerem Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy — powiedział poważnym i ściszonym głosem.

Gospodarz skrzywił się mimowolnie i chyba nawet cicho jęknął. Na ogół takie wizyty nie wróżyły nic dobrego. Przybysze zdawali się tego nie zauważyć, a jeśli nawet, byli przyzwyczajeni do takich reakcji. Inicjatywę przejął pułkownik.

— Musimy zabezpieczyć pewne bardzo ważne dokumenty. To pomoże nam kontynuować walkę, gdyby nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności Niemcy przegrały tę wojnę.

— A to ciekawe, pułkowniku — kolejny wybuch śmiechu w tej sytuacji dopełniał nastrój, jaki panował w koszarach. — A kto ma niby kontynuować walkę? Przecież będziemy się bronić do ostatniego niemieckiego żołnierza.

Oficer SS wzdrygnął się na ton parodiujący przemówienia fuhrera.

— Pan zapomina z kim rozmawia — syknął zaciskając zęby. Zbliżył się tak, że ich twarze niemal dotykały się. Za nimi rozległo się trzeszczenie skórzanej kabury pistoletu.

Gospodarz spoważniał. Dotarło do niego, że nie na ogół, ale zawsze wizyta takich ludzi to kłopoty. Jego umysł ogarnął lęk, że jego los nie zakończy sowiecki pocisk, a stanie się to wcześniej. Może nawet za chwilę.

— Przepraszam panowie. Tutaj naprawdę jest ciężko.

Pułkownik szyderczo skrzywił usta. Odwrócił się i odsunął kilka kroków. Złożył ręce na plecach i zaczął przechadzać się po pokoju. Jego pryncypialny, nie znoszący sprzeciwu głos wypełnił pomieszczenie.

— Wiadomym jest, że każdy niemiecki żołnierz ma obowiązek bronić swojej ojczyzny tak długo, jak będzie mógł. Jego obowiązkiem jest również wykonywanie rozkazów i wierna służba fuhrerowi. Dlatego też bez cienia sprzeciwu, ma te rozkazy wykonywać. A rozkaz brzmi: chronić dobra tysiącletniej Rzeszy przed hordami sowieckich barbarzyńców.

— Tak jest! — gospodarz wyprostował się. Zbyt gwałtownie. Kurtka munduru spadła z pleców na podłogę. Przez chwilę wahał się co ma uczynić. Podnieść kurtkę nie czekając na słowa o hańbieniu munduru, czy trwać w pozycji wyprostowanej. Przerażenie wzmagało się. Pułkownik mówił dalej nie zmieniając tonu.

— Jak już wspomniałem musimy odpowiednio zabezpieczyć bardzo ważne dokumenty i pan powie gdzie.

— Tak jest!

— Zatem? - oficer urzędu bezpieczeństwa przyglądał się pogardliwie znieruchomiałemu ze strachu żołnierzowi. Ten jeszcze przez chwilę pozostawał bez ruchu, panicznie szukając w głowie odpowiedzi.

— Idziemy do piwnicy. Pan przodem kapitanie. — SS-Standanterfuhrer wcale nie oczekiwał odpowiedzi.

***

Kapitan otarł pot z czoła. Wymieszał w naczyniu zaprawę i postawił obok otworu w ścianie, który właśnie skończył powiększać. Oficer SS zbliżył się wyraźnie zadowolony.

— Jak pan się nazywa? Zapomniałem zapytać.

— Hauptman Johann Rauch.

Pułkownik otworzył kopertę i wyciągnął ją przed siebie:

— Proszę kapitanie, może pan zajrzeć do środka. Skoro stał się pan powiernikiem jednej z największej tajemnic Rzeszy, ma pan prawo wiedzieć, co jest jej przedmiotem.

Rauch lekko drżącą dłonią odebrał kopertę i wydobył z niej plik papierów. Przeglądał uważnie dokument po dokumencie a na twarzy malowało się przerażenie mieszane z zachwytem.

— Toż to jest... — przełknął łapczywie ślinę. Gardło w jednej sekundzie wyschło mu na wiór.

— Zgadza się kapitanie — twarz pułkownika pojaśniała. — Kiedy wojna się skończy wrócimy tu i będziemy mogli korzystając z tych planów przywrócić pełny blask temu nadzwyczajnemu dziełu.

Kapitan wpatrywał się w dokumenty zauroczony. W oczach pojawiły się łzy. Nie zwrócił uwagi na Unstera, który stanął za nim. Pułkownik odsunął się w bok i delikatnie odebrał papiery. Raucha wyrzuciło do przodu. Sekundę później leżał na podłodze, gdzie łzy mieszały się ze stróżką krwi wypływającej z czoła. Tłumik spełnił swoje zadanie. Rauch odszedł cicho.

— Erwin, kończymy.

Adiutant schował pistolet. Wytarł dłonie o spodnie, chwycił kopertę. Schował do niej dokumenty. Całość owinął lnianą chustą i zawinął sznurkiem. Podszedł do otworu w ścianie i ostrożnie umieścił w nim zawiniątko. Otwór dokładnie zamaskował dopasowując cegłę. Szczeliny wypełnił przygotowaną przez Raucha zaprawą wapienną. Taka zaprawa twardnieje bardzo długo, więc konieczne były dodatkowe czynności maskujące, takie jak zebranie z podłoża sporej ilości piasku wymieszanego z ziemią i zabrudzenie sporej połaci ściany.

— No teraz Bursztynowa Komnata będzie bezpieczna. — Unster wyraźnie dumny przyglądał się jeszcze chwilę swojemu dziełu odruchowo wycierając dłonie o spodnie.

— Jeszcze nie, Erwin. — Pułkownik uniósł rękę. Z tej odległości nie mógł chybić. Unster runął na ścianę. Odbił się od niej i upadł na plecy. Na jego twarzy malowało się wyłącznie zdziwienie.

Adam przypatrywał się scenie oparty o framugę:

— Jest pan pewien pułkowniku, że to wszyscy świadkowie?

Zapytany wymierzył w niego pistolet.

W tym samym momencie w kącie celi jak na komendę spod sterty desek wyłoniła się postać pokryta wielodniowym kurzem. Uniosła ręce w geście poddania, pełzając na kolanach w błagalnym geście.

— Ja tylko te deski... dzieci mam... zimno — bełkotał pojedyncze słowa.

Oficer zareagował automatycznie. Nacisnął spust. Niski mężczyzna, nawet nie krzyknął. Westchnął i usunął się na podłogę jak baletnica kończąca swój występ.

Adam skamieniał. W głowie mu zawirowało. Panicznie myślami przywoływał Achmetysta. Ten nie nadchodził. Pułkownik ponownie skierował lufę w jego stronę.

— Coś ty za jeden? — ciekawość wzięła górę nad poczuciem obowiązku natychmiastowego wypełnienia rozkazu do samego końca.

Adam powoli odzyskiwał równowagę. Coś mu podpowiadało, że skoro pomoc nie nadchodzi, to znaczy, że poradzi sobie z tym sam.

— Zastanawiam się, czy są w panu resztki czegoś, co nazywa się człowieczeństwem.

Pułkownik w pierwszym odruchu chciał wybuchnąć śmiechem ale przeszywające spojrzenie niespodziewanego gościa przeraziło go. Wielokrotnie widział taki wyraz oczu, jednak zawsze było to… u ludzi martwych. Poczuł chłód. Nagły odpływ adrenaliny rozluźnił jego mięśnie. Mówienie przychodziło mu z trudem.

— Nikt na tej wojnie nie jest człowiekiem.

— A jakie jest pańskie największe pragnienie? — Adam był już opanowany i w pełni świadomy swojej przewagi.

— Chciałbym spacerować wśród kwiatów... — oficer zawahał się, nie rozumiejąc, co skłoniło go do wypowiedzenia tych słów. Wpatrywał się w nieruchome oczy nieznajomego i nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Czuł jednak, że właśnie te oczy czytają jego myśli, jak otwartą książkę. — Chciałbym, aby to się wreszcie skończyło.

Adam zacisnął wargi.

— I dlatego z taką łatwością rozdaje pan ten koniec wszystkim, których napotka na swojej drodze?

Pułkownik opuścił pistolet. Spojrzał na trzy leżące ciała.

— To niestety konieczna cena przyszłości Niemiec.

Przez chwilę oboje milczeli. Adam przeszukiwał swój umysł. Przeczytał mnóstwo książek o drugiej wojnie światowej, obejrzał kilkanaście ekranizacji próbujących ukazać światu okropieństwo tego czasu. Te wszystkie obrazy głęboko zapadły mu w pamięć. Wielokrotnie je przywoływał i analizował, ale za nic nie mógł zrozumieć sposobu myślenia hitlerowskich oprawców. To było połączenie wyzwolonych najmroczniejszych instynktów znanych tylko ludziom z głęboką wiarą w słuszność idei wpojonej przez cyniczny mechanizm propagandy.

— Czy wyobraża pan sobie przyszłość bez zabijania?

— Oczywiście - pułkownik nie potrzebował zastanawiać się nad odpowiedzią.

— To, co pan przed chwilą zrobił spowoduje, że śmierć nadal będzie udziałem przyszłości.

— Nie rozumiem?

Adam wskazał miejsce na ścianie z wciąż wyraźnymi świadectwami zacierania śladów.

— To właśnie będzie powodem wielu tajemniczych zbrodni długo po tym kiedy, jak pan to nazwał, przyjdzie wreszcie koniec. Będzie obiektem pożądania i chciwości. Ludzie nie cofną się przed niczym, by te żądze zaspokoić. W tajemnicy powiem panu, że te plany ukrycia Bursztynowej Komnaty i tak do niej by nie doprowadziły. Przez kilka następnych miesięcy jeszcze sporo się zmieni. I niech mi pan wierzy. Koniec jest blisko ale nie taki, jak pan sobie wyobraża. — Podszedł do ściany i przy pomocy podniesionego z podłogi dłuta otworzył schowek. Odwinął chustę i wręczył kopertę pułkownikowi. — Niech pan to zniszczy. Tak będzie lepiej.

Oficer wreszcie znalazł w oczach nieznajomego odpowiedź. Z kieszeni munduru wyciągnął zapalniczkę. Płomień objął dokumenty.

— Będę wisiał za to na strunie od fortepianu.— roztarł butem popiół.

— A od kiedy się tak pan przejmuje życiem? — Adam spojrzał na ciała zabitych. Po czym zniknął w korytarzu.

Pułkownik opadł na kolana. Tłumik pistoletu i tym razem nie zawiódł.

***

— Teraz będę się nienawidził przez całą wieczność.

Achmetyst uśmiechnął się z autentyczną troską. Podszedł bliżej i obie dłonie położył na ramionach Adama.

— W tej robocie tak już jest. Nie jest ważne to, co się wydarzyło teraz. Ważne jest to, jakie to będzie miało skutki w przyszłości. Musisz wreszcie przestać postrzegać czas w kategorii długości jednego życia.

W jego dłoni pojawiła się pożółkła karteczka:

— Musisz trochę ochłonąć. Kiedy ostatnio byłeś na wakacjach nad morzem?

Adam przejął papier i odczytał na głos:

— Wilhelm de Rode.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz rok temu
    Świetne! Naprawdę warte czytania.
    5!
  • kalaallisut rok temu
    Jest 4 część super! :)
  • kalaallisut rok temu
    Dobra, jestem na koniec do poduszki zostawiałam sobie :))
  • kalaallisut rok temu
    Uwielbiam! Ten cykl i sposób poprowadzonego opowiadania, te opisy przy dialogach, wszystko można sobie wyobrazić krok po kroku, i ogólnie całość trafia mocno w moje gusta: tajemniczość, poplątane losy, podróże w czasie, historia... Nie pamiętam kiedy mi się tak coś podobało:)))

    "Nie jest ważne to, co się wydarzyło teraz. Ważne jest to, jakie to będzie miało skutki w przyszłości. Musisz wreszcie przestać postrzegać czas w kategorii długości jednego życia." - co za ironia :)
  • Mane Tekel Fares rok temu
    Dziękuję, że jesteście :-) Aż żałuję, iż tak długo mnie nie było...
  • Mane Tekel Fares, oto Twój zestaw:
    Postać: Złodziej paluszków
    Zdarzenie: W oku cyklonu

    Gatunek (do wyboru): Kryminał lub Bajka/baśń/legenda/przypowieść lub Horror i pochodne
    Czas na pisanie: 12 maja (niedziela) godz. 19.00

    Powodzenia :)
  • Mane Tekel Fares rok temu
    już zapisałem sobie. Dziękuję. Postaram się.
  • Fajnie :) Kibicujemy!
  • pkropka 10 miesięcy temu
    Cieszę się, że postanowiłam czytać od początku. Świetnie prowadzisz historię.
    Zaskoczyłeś mnie biegiem wydarzeń. Polubiłam kapitana...
  • Mane Tekel Fares 10 miesięcy temu
    Jest mi bardzo miło.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania