Pośród burzy

Od wschodu kolor nieba powoli, ale konsekwentnie przechodził z czerni nocy w szarość. Ostatnie gwiazdy na niebie blakły, a wąski sierp księżyca, który za dzień lub dwa miał wejść w pierwszy nów tego lata, powoli chylił się ku horyzontowi. Już za chwilę miał ustąpić miejsca na nieboskłonie słońcu, ale na razie na tym małym kawałku świata panował ów niesamowity okres przejściowy. Już nie noc, ale jeszcze nie dzień. Świt. Czas, gdy nocne zmory chowają się w swych norach, a na ich miejsce wychodzą stwory siejące postrach za dnia. I choć dziś nikt już w ich istnienie nie wierzy, one nie zdając sobie z tego sprawy, zmieniają swoje warty tak, jak i przed tysiącami lat.

 

Jezioro było podłużne i szerokie na tyle, aby do niewielkiej wyspy na jego środku trudno było dopłynąć wpław. Od północy wpływała do niego mała rzeczka, której nazwy próżno szukać na mapach, kończąc w tym miejscu swój bieg. Dookoła rósł gęsty, stary bór sosnowy. Nie było na brzegu żadnej plaży, ani kąpieliska. Jedynie na krótkim cyplu zaburzającym owalny kształt zbiornika wybudowana była krótka kładka. Tuż nad gładką jak lustro powierzchnią wody unosiła się mgła. Wysepka wręcz tonęła w niej tak, że z brzegu było widać tylko korony rozłożystych buków na niej rosnących.

 

Nagle ciszę przerwał przeraźliwy krzyk, który niejednemu człowiekowi zmroziłby krew w żyłach. Był to jednak tylko kruk, który hałaśliwie spłoszył się i wzbił ze swojego gniazda i ledwie widoczny na tle nieba odleciał na drugą stronę jeziora. Hałas ten zbudził inne ptaki żyjące wśród trzcin i koron nadbrzeżnych drzew. Po chwili z każdej strony dało się słyszeć śpiew oraz kolejne okrzyki. Ptasi mieszkańcy okolicy budzili się ze snu.

 

Pośród mgieł, w kierunku wyspy powoli płynęła łódka. Miarowe ruchy wioseł zniekształcały taflę jeziora. Nagły krzyk kruka sprawił, że po plecach młodego mężczyzny w niej siedzącego przeszedł dreszcz. Od zawsze ten dźwięku wzbudzał w nim irracjonalny, dziecięcy niepokój, którego nie potrafił się pozbyć mimo wielu lat i wielu doświadczeń. Na chwilę przestał wiosłować i z niepokojem rozejrzał się wokół, ale nie dojrzał nic w półmroku świtu. Gdzieś z boku rozległ się plusk. Na powierzchni wody zaczęły się tworzyć koncentryczne okręgi. Mężczyzna zwrócił głowę w tamtym kierunku. Po chwili usłyszał kilka kolejnych krótkich plusków. Zorientował się, że to tylko jakiś wodny drapieżnik rozpoczął poranne łowy i zeszło z niego napięcie. Serce, które przed chwilą przyspieszyło, znów biło zwykłym rytmem. Zawstydził się sam przed sobą, że wystraszył się ryby. Zaraz jednak uznał, że każdy na jego miejscu by się wystraszył, więc po prostu popłynął dalej.

 

Nie minęło piętnaście minut, a mężczyzna przywiązywał łódkę do drewnianego słupka wbitego w piasek na brzegu. Wyspa miała średnicę zaledwie trzydziestu metrów i nie licząc małej zatoczki, w której obok solidnie wykonanej kładki stała właśnie zacumowana łódka, była otoczona szerokim pasmem trzcin i tataraków. W głębi rosły rozłożyste buki oraz niskie przy nich kępki akacji. Tuż przed ścianą drzew stał drewniany dom zbudowany z sosnowych belek i kryty szarymi gontami. Był raczej prostym domkiem letniskowym, niż willą nad jeziorem. Prostokątna jednopiętrowa bryła z niewielkim gankiem przed drzwiami wyraźnie zaczęła nadgniwać przy murowanym fundamencie na skutek wszechobecnej wilgoci. Do lewej ściany domu przylegał ceglany komin, idąc przez środek szczytowej ściany, wystawał lekko ponad dach.

 

Niebo powoli się rozjaśniało, a zza horyzontu padały pierwsze promienie słońca. Mężczyzna ostatni raz sprawdził węzeł przy łódce i powoli ruszył w stronę domu. Był średniego wzrostu, szczupły i ubrany w spodnie i kurtkę khaki oraz skórzane buty za kostkę. Miał krótkie włosy w kolorze ciemnego brązu oraz kilkudniowy zarost. Mimo tak wczesnej pory na jego twarzy widniał uśmiech i chęć do działania.

 

Mężczyzna obszedł dookoła budynek i otworzył na oścież wszystkie okiennice. Wreszcie stanął przy drzwiach i otworzył je kluczem, który wyciągnął z kieszeni kurtki. Wszedł do małego przedsionka, pustego nie licząc stojącego w rogu wieszaka. Zdjął kurtkę i powiesił na jednym z haczyków. Podwinął rękawy znoszonej, szarej koszuli do łokci i przeszedł do pomieszczenia, które pełniło rolę salonu z aneksem kuchennym. Na środku lewej ściany wbudowany był kominek z czerwonej cegły, z paleniskiem odgrodzonym metalową siatką. Obok stała kanapa i niewielki stolik kawowy przed nią – wszystko przykryte białymi płachtami. Przy drugiej ścianie znajdował się wysoki regał, częściowo zapełniony książkami, a częściowo ramkami ze zdjęciami.

 

Nagle zegar wiszący nad kominkiem zaczął hałaśliwie wybijać dwunastą. Mężczyzna po raz drugi tego ranka się przestraszył. Podszedł do starego urządzenia i nastawił go zgodnie z tym, co pokazywał elektroniczny zegarek na ręce. Wtedy rzuciły mu się w oczy zdjęcia na regale. Jedno z nich, stojące na środku przedstawiało jego samego, obejmującego atrakcyjną, wysoką kobietę z długimi, rozwianymi i ogniście rudymi włosami. Oboje byli szeroko uśmiechnięci i wpatrywali się w obiektyw.

 

Mężczyzna przez moment wpatrywał się w swoje zdjęcie. Pamiętał, kiedy je zrobili. Musieli powtarzać ujęcie kilkukrotnie, bo wiatr wciąż przewracał ich prowizoryczny statyw z ułamanych gałęzi. Obrócił ramkę w dłoniach. Na odwrocie napisane było „Marcin i Emilia” oraz data zrobienia zdjęcia – maj ubiegłego roku.

 

Marcin odstawił fotografię na półkę i zaczął zdejmować białe płachty, którymi przykryta była większość mebli. Z każdą kolejnym ściągniętym okryciem, wnętrze ze starego, przywodzącego na myśl horrory o duchach mieszkania przemieniało się w przytulny domek letniskowy. Przeszedłszy do części kuchennej odsłonił wyspę, taborety barowe stojące przy niej i szafki kuchenne pod ścianą ze zlewozmywakiem i kuchenką gazową. Mimo, że meble pod narzutami nie były zakurzone, to dom nadal wymagał porządnego sprzątania po tak długim czasie. Marcin nawet nie chciał zaglądać do łazienki i sypialni na poddaszu. Zaczął od ścierania kurzu.

 

Słońce było już wysoko, a nie było jeszcze południa. Okolica nie miała w sobie nic, z nocnego wyglądu. Szarość ustąpiła pełnej gamie kolorów. Błękit nieba, niezakłócony nawet najmniejszym obłokiem i głęboka zieleń drzew na brzegach odbijała się w toni jeziora i mieniła w promieniach słońca. Wyspa przestała być tylko ciemną plamą. Teraz była całkiem zielona od trzcin, trawy i rosnących na niej buków. Nawet domek letniskowy sprawiał dużo lepsze wrażenie, niż wczesnym rankiem. On również nabrał w świetle dnia ładniejszych barw.

 

Marcin podziwiał to wszystko z dziecięcym zachwytem, który towarzyszył mu każdego lata, gdy powracał do tej pustelni. Zawsze dziwił się, jak bardzo różni się świat w świetle od tego spowitego w ciemności. Zupełnie jak gdyby były to dwa zupełnie różne światy.

Właśnie skończył sprzątać parter i postanowił zrobić sobie krótką przerwę. Wystawił przed dom, w miejscu gdzie było trochę cienia, składany stolik i krzesło ze składziku i ciężko usiadł. Zaczął jeść przygotowaną przed chwilą kanapkę, od czasu do czasu popijając wodą. Spoglądał na jezioro, las i słuchał śpiewu ptaków. Odpoczywał. Po kilkunastu minutach skrzydlate zwierzątka zaczęły milknąć wraz z narastającym upałem, który nad jeziorem był tylko odrobinę słabszy. Lato nie zaczęło się jeszcze w pełni, a wszędzie padały już pierwsze rekordy temperatur. Siedząc w cieniu, Marcin nie przejmował się tym zbytnio. Opróżniwszy szklankę do dna, odstawił ją na stolik i wrócił do pracy w domku.

 

Do sypialni wchodziło się po stromych schodach, znajdujących się na lewo od kominka. Pod półokrągłym oknem, z którego poprzez korony drzew można było dostrzec połyskujące jezioro, ustawione było wezgłowiem do parapetu drewniane łóżko dla dwóch osób. Po obu stronach stały szafki nocne z lampkami do czytania i pojedynczymi szufladami. Przy przeciwległej ścianie, obok zejścia na parter stała pasująca do pozostałych mebli komoda. Ze względu na ukośne ściany nie było możliwości, aby zmieścić tu inne meble, chyba że stałyby na środku pomieszczenia.

 

Żeby obejść bokiem łóżko i dostać się do okna Marcin musiał się mocno zgarbić. Rozsunął ciemne rolety, które zasłaniały szyby i wpuścił do pomieszczenia światło, w którego promieniach zaczął wirować kurz. Mężczyzna przekręcił klamki i na oścież otworzył okno. Zamiast oczekiwanego powiewu świeżego powietrza, uderzyło go duszące gorąco, jak gdyby otworzył rozgrzany piekarnik. Zdziwił się tym, ponieważ jeszcze chwilę temu, kiedy był na zewnątrz, nie czuł, żeby było aż tak upalnie. Postanowił sprawdzić to, ale najpierw zdjął z łóżka przykrywającą je kapę, zabrał kołdrę i poduszki i ostrożnie stawiając stopy zszedł z nimi na dół.

 

Marcin wyszedł ponownie na dwór i na rozstawionym krześle położył poduszki, a na stoliku kołdrę, zestawiwszy wcześniej szklankę na ziemię. W końcu przeszedł na pomost, który znajdował się w pełnym słońcu. Z nieba rzeczywiście lał się nieznośny wręcz żar, a słońce odbijało się od lustra wody oślepiając mężczyznę. Marcin jęknął i przysłoniwszy ręką oczy spojrzał w niebo, ale nadal nie było na nim żadnej chmury. Do tego wszystkiego, nie wiał nawet najlżejszy wietrzyk, przez co było niewiarygodnie duszno. Mężczyzna wycofał się w nieco chłodniejszy cień drzew. Dobrze wiedział, co oznacza taka pogoda. Nie wróżyło to dobrze jego planom na wieczór.

 

Postanowił jednak nie denerwować się tym na razie i z nadzieją, że jego przewidywania się nie sprawdzą, wrócił do sprzątania poddasza. Zajęło mu to dłużej niż przewidywał, gdyż był zmuszony robić częste przerwy na odsapnięcie. Na koniec pracował już bez koszulki, tylko w krótkich sportowych spodenkach, a pot dosłownie lał się z niego, mimo że nie wykonywał przecież aż tak trudnej pracy.

 

Gdy nareszcie zszedł na parter, zostawiając nad sobą całkowicie wysprzątaną sypialnię, jego myśli krążyły jedynie wokół chłodnej kąpieli. Powolnym krokiem ruszył w stronę drzwi frontowych, chwytając po drodze litrową butelkę wody źródlanej i opróżniając na raz prawie połowę jej zawartości. Marcin poszedł na tyły budynku, gdzie obok niewielkiej, niedbale zbitej z desek szopy stała ręczna pompa. Na kranie zawieszone było blaszane wiadro, częściowo zapełnione deszczówką – ktoś zapomniał schować je w zeszłym roku i teraz, całe zardzewiałe, nie nadawało się już do niczego. Mężczyzna wylał wodę i poszedł z wiadrem do szopy. Na prowizorycznej zasuwie założona była niezamknięta kłódka. Zastanawiając się, czy ostatnio opuszczał wyspę w aż takim pośpiechu, Marcin otworzył drzwi. Większość miejsca zajmowało ułożone i porąbane drewno do palenia w kominku, jednak przy jednej ścianie stały oparte narzędzia ogrodnicze, a tuż obok zapasowe wiadro w dobrym stanie. Mężczyzna wziął je ze sobą, rzucając stare w kąt i wrócił do pompy. Zaczął miarowo unosić i opuszczać żeliwny uchwyt, przez chwilę bez efektu, ale potem z kranu trysnęła woda. Najpierw w brudnym, czerwonawym kolorze, dopiero później czysta. Wtedy Marcin podstawił wiadro i napełnił je po brzegi. Następnie wysilił się, uniósł nad siebie i wylał całą zawartość na głowę. Ulga, jaką w tym momencie poczuł, była, jego zdaniem, nie do opisania.

 

Ze schłodzonym ciałem i odświeżonym umysłem udał się w głąb małego lasku porastającego wyspę w poszukiwaniu chrustu na wieczorne ognisko. Oczywiście miał całą szopę porąbanego drewna, ale potrzebował czegoś suchego i cienkiego na rozpałkę, a zapas zgromadzony w szopie z dziurawym dachem mógł nie spełniać tych wymagań.

 

Zimna woda powoli spływała z niego, ale nie wysychała od razu w cieniu drzew. Spacerowym krokiem krążył pomiędzy rozrosłymi bukami i akacjami, co rusz schylając się i podnosząc suchsze gałęzie. Pogwizdywał przy tym wesoło, przerywając ciszę letniego południa.

 

Wyspa była naprawdę mała, więc już po kilku minutach chodzenia zygzakiem dotarł do jej centrum, wyznaczonego przez największy dąb, jaki Marcin gdziekolwiek widział. Jego korzenie rozchodziły się jak macki ośmiornicy w każdą stronę wyspy i zatapiały w ziemi. Pień miał w średnicy chyba dwa metry i nawet trzy osoby miały problem żeby go wspólnie objąć. Marcin nie miał pojęcia jak wysokie jest drzewo, ale z pewnością przewyższało wszystkie inne rosnące na wysepce, a jego korona niczym wielki baldachim roztaczała cień nad całkiem sporą polaną

 

Mężczyzna, jak zwykle oczarowany, rozglądał się po tym miejscu, wprost przeniesionym z baśni lub legendy. Zbliżył się do drzewa i powoli je obszedł, przyglądając się korze. W końcu znalazł to, czego szukał – niewielkie serce z napisem „M+E” wycięte nożem. Sztampowy gest, ale kiedy je wycinali wydawało im się bardzo romantyczne.

 

Marcin sięgnął do kieszeni spodni po scyzoryk i rozłożył go. Po chwili rysunek był poprawiony i wyglądał jak nowy. Mężczyzna przez chwilę przyglądał się swojemu dziełu i zadowolony usiadł pod drzewem, opierając się o jego szeroki pień, żeby chwilę odpocząć. Było mu przyjemnie, a wczesna pobudka i poranna praca zaczęła o sobie przypominać. Nie minęła chwila, a zapadł w drzemkę.

 

We śnie spoglądał na wyspę i jezioro z lotu ptaka. Nie, nie tylko spoglądał. On był ptakiem. Leciał na swoich długich skrzydłach wysoko ponad koronami drzew. Czuł promienie słońca na swoich plecach oraz wiatr w piórach. Widział ciemne grzbiety ryb snujące się leniwie w wodzie. Widział inne, dużo mniejsze ptaki latające poniżej. Widział drewnianą chatę krytą gontem, a obok szopę z dachem z podrdzewiałej blachą. Zakołował i wzniósł się jeszcze wyżej. Przelatywał właśnie nad największym drzewem na wysepce – potężnym, wiekowym dębem rosnącym w samym jej środku – kiedy dostrzegł coś w oddali. Na horyzoncie niebo przechodziło z błękitu w granat oraz czerń. Ciemne burzowe chmury rozrastały się na północy zatruwając niebo, niczym kropla atramentu w szklance wody. Zdawało mu się, że widzi tam nawet zarysy błyskawic. Wbrew wszelkim instynktom skierował się w stronę chmur. Nie wiedział, czy to on leci tak szybko, czy może burza mknie ku niemu popychana wiatrem, który jeszcze nie dotarł do niego. Niezależnie od tego, co było prawdą, odległość od nisko wiszących ciemnych chmur zmniejszała się w zatrważającym tempie. Teraz nie miał już wątpliwości, błyskawice co rusz przecinały tutaj niebo. Ale to nie wszystko. Chmury kłębiły się, wirowały, wręcz kotłowały się, jak gdyby były żywą istotą. Zanim się spostrzegł, dotarł do granicy ciemności zasnuwającej niebo i został przez nią pożarty.

 

Marcin gwałtownie podniósł się z ziemi, ciężko oddychając. Wziął do ręki butelkę i opróżnił ją, opierając się o dąb. Ze zdziwieniem zauważył, że ptaki znów wróciły na niebo. Latały jednak w ciszy i pośpiechu, a do tego nisko, na jednym poziomie, zupełnie jakby jakaś siła nie pozwalała im się wzbić wyżej. Marcin spojrzał na swój sportowy zegarek na nadgarstku. Było kilka minut przed piętnastą. Upał trochę zelżał, ale nadal było duszno. Mężczyzna nie miał już wątpliwości. Tej nocy, a może nawet wcześniej, nad okolicą przejdzie burza.

 

Wówczas przypomniał sobie cały swój sen i z pewnym niepokojem uniósł wzrok, spoglądając między liśćmi na północ. Odetchnął z ulgą, widząc, że nie ma tam jak na razie żadnych kłębiących się chmur. Wstał nieco uspokojony, podniósł zebrany chrust i wrócił do domku przygotować sobie coś na obiad.

 

Przez cały czas jednak, nawet kiedy już siedział na kanapie w salonie, analizował ten nietypowy sen, zastanawiając się, co też może on znaczyć. Nie doszukawszy się jednak żadnych ukrytych sensów ani przesłań, zrezygnował. Zamiast tego wyjął z kieszeni kurtki swój telefon komórkowy i sprawdził, czy nie ma żadnych wiadomości. Była tylko jedna, od Emilii. „Stoję w korku i przyjadę pewnie dopiero późnym wieczorem. Czekaj z kolacją”. Marcin westchnął i odpisał na smsa od narzeczonej.

 

Skończył całą pracę, jaką miał do wykonania. Nie pozostało mu nic innego, tylko czekać na przybycie Emilii. Zrezygnowany wziął jedną z książek z regału i wyszedł z powrotem przed dom. Usiadł na trawie i pogrążył się w lekturze.

 

Nie skończył pierwszego rozdziału, kiedy poczuł delikatny, nieśmiały wręcz powiew powietrza na twarzy. Uniósł wzrok znad strony, którą właśnie czytał. Zobaczył, że tatarak lekko porusza się na wietrze, a na jeziorze zrobiła się fala. Zaskoczony wstał, odkładając książkę na ganek i podszedł bliżej plaży. Kiedy wyszedł na otwartą przestrzeń, uderzył go silniejszy poryw wiatru. Liście drzew szumiały szaleńczo, targane na różne strony, a ptaki poukrywane wśród gałęzi głośno protestowały przeciw trzęsieniu, jakie odczuwały.

 

Marcin bezwiednie spojrzał na północ – kierunek, z którego wiało. Tuż nad linią drzew porastających drugi brzeg jeziora widział powoli ciemniejące niebo. Nie zastanawiając się nad tym, że jego sen okazał się proroczy, szybko zabrał się do pracy. Najpierw zamknął wszystkie okna i okiennice, żeby wiatr ich nie uszkodził. Kiedy zatrzaskiwał okno na poddaszu, przypomniał sobie o pościeli zostawionej na zewnątrz. Szybko zbiegł po schodach, ale stanął niefortunnie na przedostatnim stopniu. Stracił równowagę i przewrócił się, uderzając głową w ścianę. Podnosząc się, dotknął bolącego miejsca i sprawdził, czy nie krwawi. Ręka jednak była czysta, więc skrzywił się tylko i wybiegł przed dom.

 

W tym czasie wiatr przybrał na sile i teraz przewracał już stół i krzesło, na którym mężczyzna rozwiesił pościel. Zdążył pozbierać poduszki i kołdrę, ale przykrywająca je kapa odfrunęła gdzieś, a on nie widział nigdzie po niej śladu. Wnosząc wszystko co mógł do domu, spostrzegł, że chmury powoli zasnuwają całe niebo nad jeziorem.

 

Wisiały nisko i były tak gęste oraz ciemne, że na zewnątrz zrobiła się niemal noc. Marcin stał przez chwilę zahipnotyzowany tym, jak szybko przesuwają się i wirują. Ptaki teraz już wręcz darły się, przekrzykując siebie nawzajem i niemal zagłuszając wycie wiatru. Gdzieś całkiem blisko huknął grom, choć mężczyzna nie widział wcześniej żadnego rozbłysku. Otrząsnął się i wszedł do mieszkania, zamykając za sobą drzwi.

 

Zaniósł pościel na poddasze, tym razem ostrożnie stawiając stopy na schodach. Rzucił wszystko na łóżko i sam ciężko usiadł spoglądając przez małe okienko. Wiatr wciąż przybierał na sile. Pod jego wpływem, małe akacje uginały się niemal do samej ziemi, a czubki trzcin tworzyły łuki, dotykając wzburzonej powierzchni jeziora. Na niebie nie został już nawet skrawek błękitu. Na zewnątrz zapanował mrok, a Marcinowi zdawało się, że wciąż on gęstnieje. I wtedy zaczął padać deszcz.

 

Najpierw wydawało mu się, że to tylko cykanie zegara na parterze, ale dźwięk był zbyt nieregularny. Z początku pomiędzy kolejnymi uderzeniami kropli w dach mijało kilka sekund, ale odstęp ten bardzo szybko malał. Po niespełna minucie, uderzenia zlewały się w jeden jednostajny szum, który uciszył ptaki, a nawet zagłuszył wiatr. Jezioro pokryło się bąblami powietrza wywoływanymi deszczem, tak że w połączeniu z falami wywołanymi zawieruchą, wyglądało jakby wrzało. Niewiele zresztą było widać już przez to szczytowe okienko, gdyż strugi deszczu skutecznie zniekształcały i zamazywały widok. Gromy rozlegały się już coraz częściej i teraz wyprzedzały je rozbłyski, choć było to wyprzedzenie bardzo krótkie.

 

Marcin zszedł ostrożnie na parter, gdzie hałas był nieco mniejszy. Usiadł na kanapie i wsłuchiwał się w odgłosy burzy, zastanawiając się ile ona potrwa oraz czy zdąży minąć, nim przyjedzie Emilia. Jeśli nie, nie będzie w stanie popłynąć po nią na brzeg. Sprawdził telefon, ale zgodnie z przewidywaniem, nie miał zasięgu. W miejscowości, gdzie stała najbliższa wieża radiowa musiało zabraknąć prądu. Westchnął tylko i zamknął uczy, zapadając się głębiej na wysłużonej sofie.

 

Nagle wydało mu się, że pośród całej kakofonii wiatru, wody i błyskawic słyszy coś jeszcze. Jakby trzaskanie okien lub drzwi. Obszedł raz jeszcze wszystkie pomieszczenia, ale okiennice były pozamykane podobnie drzwi. Wtedy przypomniał sobie o szopie, z której brał wiadro. Nie był pewien, czy zamknął za sobą drzwi, ale uporczywy, drewniany stukot wskazywał, że raczej tego nie zrobił.

 

Wyjście w sam środek tej nawałnicy nie było najlepszym pomysłem, ale bał się, że w innym wypadku, wiatr może zupełnie roznieść drewniany składzik. Narzucił na siebie koszulkę i kurtkę, naciągnął kaptur i wyszedł w burzę.

 

Wiatr od razu próbował zerwać z niego wojskową kurtę, więc zapiął ją pod szyję. Deszcz zacinał niemiłosiernie przybijając do ziemi latające wokół kartki, które wichura wyrwała z zostawionej przez niego książki. Marcin machnął tylko ręką i poszedł na tył domu, przeciwstawiając się kolejnym podmuchom.

 

Miał rację. Drzwi od szopy pod wpływem wiatru na zmianę otwierały się i zamykały z hukiem, uderzając to we framugę to w ścianę. Marcinowi wydawało się, że słyszy wręcz trzask pękającego drewna, ale grom, który uderzył gdzieś bardzo blisko zagłuszył wszystko.

 

Mężczyzna poprawił kaptur, który wiatr usilnie próbował mu zdjąć i wszedł do szopy. W środku wszystko wydawało mu się być na swoim miejscu, mimo że teraz lepiej słyszał jak wszystkie belki i deski pracują pod naciskiem wichury. Nagle coś z hukiem uderzyło w dach budynku. Marcin momentalnie podniósł wzrok do góry. Na szczycie zrobiło się spore wgniecenie w dachu z blachy falistej. Pewnie ułamała się gałąź z drzewa, pomyślał w pierwszej chwili. Ale zaraz przypomniał sobie, że w pobliżu szopy nie rosną żadne wysokie drzewa. Wówczas spłynęło na niego przerażenie, kiedy coś przywołało w jego pamięci wspomnienie ptasiego snu, który miał wcześniej. Ostrożnie chwycił siekierę do rąbania drewna leżącą na stosie drewna i powoli wyszedł na zewnątrz.

 

Oddalił się na kilka kroków szopy, cały czas obserwując dach. Wcześniej zdjął kaptur, żeby mieć lepszą widoczność, a teraz woda spływała strugami po jego twarzy. Powszechny mrok ponadto sprawiał, że ciężko było dostrzec cokolwiek poza deszczem i konturami. Nigdy nie widział, żeby podczas burzy było aż tak ciemno.

 

Nagle mrok nad szopą jakby się poruszył. Marcin chwycił mocniej siekierę mokrymi od deszczu i potu dłońmi, czując jak po plecach przebiega mu dreszcz. Coś załopotało i nagle cień z szopy wzleciał do góry i skierował w stronę plaży. Marcin pobiegł za nim. Gdy przystanął obok domu, niebo rozświetliła potężna błyskawica przecinająca różnymi odnogami całe niebo i ujawniająca przerażający widok, o którym Marcin wiedział, że będzie mu się śnił po nocach do końca życia, o ile będzie mu jeszcze dane usnąć.

 

Cień był bez wątpienia humanoidalny, ale pomiędzy jego rękoma a tułowiem rozpinały się cienkie błoniaste skrzydła, a w miejscu gdzie powinny znajdować się dłonie, wyrastały długie, ostro zakończone szpony. Jego ciało było wychudzone, zupełnie jakby szkielet opinała sama skóra. Z niekształtnej głowy zwisały szczątki włosów, przyklejone wodą do czaszki, która wyraźnie rysowała się pod skórą. Istota nie machała skrzydłami, a jedynie używała ich do sterowania i unoszenia się na wietrze. Co gorsza, nie była sama. W bladym świetle pioruna ukazały się dziesiątki jej podobnych stworów szybujących nad jeziorem, zataczających kręgi jak drapieżniki polujące na nieostrożne gryzonie i mniejsze ptaki.

 

Marcin nie chciał się zastanawiać, na co one polują. Drżącym krokiem szedł w stronę domu, starając się nie rzucać tym monstrom w oczy, jeżeli w ogóle je mają. Niestety miały. Jeden z przelatujących nad brzegiem stworów dostrzegł jego ruch i zawrócił w jego stronę. Kolejny piorun uderzył w drzewo po drugiej stronie jeziora. W jego świetle Marcin zobaczył, że istota pikuje na niego. Instynkt żołnierza wziął górę nad początkowym strachem. Mężczyzna padł na ziemię i przetoczył się na bok, przyciskając swoją jedyną broń do piersi. Usłyszał, że coś uderzyło w ziemię, w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą stał, więc zerwał się na nogi. Pokraczny stwór również właśnie się podnosił. Miał dobrze ponad dwa metry wzrostu i z bliska był jeszcze bardziej przerażający. Jego skóra była zgniłozielona i pokryta liszajami lub wrzodami. Twarz w żadnym stopniu nie przypominała ludzkiej. Chorobliwie żółte oczy były idealnie okrągłe i wpatrywały się w mężczyznę. Bezpośrednio pod nimi znajdowała się paszcza. Potwór otworzył ją szeroko, wydając z siebie makabryczny, piskliwy krzyk i prezentując komplet stalowoszarych ostrych kłów.

 

Na ziemi stwór nie był tak zwinny jak w powietrzu, a wręcz niezgrabny. Stawiał pokraczne kroki i chwiał się cały czas, używając swoich nietoperzo podobnych skrzydeł do zachowania równowagi. Mimo to, uparcie parł w stronę Marcina. Ten uniósł siekierę do ciosu i ostrożnie wycofywał się. W myślach jednak intensywnie analizował całą sytuację, jej niedorzeczność, nierealność oraz to, jak z niej wyjść. Wciąż jeszcze miał nadzieję, że to tylko kolejny sen, z którego zaraz się obudzi.

 

Potwór niespodziewanie skoczył do przodu, wyciągając jednocześnie szponiaste dłonie w stronę Marcina. Ale on był gotowy. Zamachnął się siekierą i uderzył na oślep. Istota zawyła tym samym piskliwym głosem, kiedy ostrze rozerwało jedno z błoniastych skrzydeł i bez wątpienia złamało jego górną kończynę. Zachwiała się i cofnęła, kłapiąc gębą i pokrzykując. Wokół nadal szalała burza, a w powietrzu latały istoty podobne tej, z którą mierzył się Marcin. Szczęśliwie dla niego, nie decydowały się wspomóc swojego pobratymca.

 

Mężczyzna postanowił wykorzystać swoją chwilową przewagę i ruszył do ataku. Uniósł siekierę raz jeszcze, tym razem celując w łeb pokracznego stwora. Istota próbowała zasłonić się sprawnym skrzydłem, ale cios Marcina był szybszy. Toporek wbił się głęboko pomiędzy oczy potwora z obrzydliwym trzaskiem pękającej kości. Mężczyzna wyszarpnął broń. Ociekała bordową, gęstą mazią, która musiała być krwią lub mózgiem stwora, który martwy padł z głośnym plasknięciem na podmokłą już trawę.

 

Teraz Marcin nie marnował już ani chwili na przyglądanie się potworowi, który właśnie poległ z jego ręki. Szybko pobiegł do domku, zakluczył za sobą drzwi i zabarykadował kanapą. Oparł się o wyspę kuchenną i oddychał ciężko. To nie był sen. Ale to nie mogła też być przecież prawda. Takie stwory istnieją jedynie w legendach i mitach. Nikt nigdy nie widział ich naprawdę. Marcin nie zetknął się z żadnymi doniesieniami, opowieściami, czy udokumentowanymi spotkaniami z nimi. Już nawet kosmici wydali mu się w tej chwili bardziej realni. Wówczas jednak przyszła mu do głowy przerażająca myśl. Być może nikt nigdy nie przeżył spotkania z nimi, żeby o tym opowiedzieć. Ileż to razy słyszał o zaginięciach po wielkich nawałnicach. Ludzie znikali bez śladu i zdarzało się, że nigdy się nie odnajdywali…

 

Nagle usłyszał jakiś hałas z góry. Wzdrygnął się, ale chwycił mocniej siekierę i ruszył w stronę schodów. Woda ściekała z niego zostawiając mokre plamy na drewnianej podłodze, którym towarzyszył ciemnoczerwone krople krwi, które powoli skapywały z broni.

Wspinając się na poddasze, do uszu Marcina zaczęły dobiegać kolejne dźwięki. Jakieś drapanie, skrobanie, stukot i trzask. Trzask pękającego drewna. Dźwięki dochodziły z każdej strony. Nagle je wszystkie zagłuszył donośny huk, który skojarzył się Marcinowi z wybuchem granatu. Ogłuszony mężczyzna padł na podłogę. Leżał zamroczony i wpatrywał się, jak poczerniała, kopcąca się dziura w suficie – efekt uderzenia pioruna – nagle wypełnia się pazurami innych latających potworów i powiększa się. Istoty rozdrapywały dach domku, jakby był zrobiony z papieru.

 

W końcu otwór zrobił się wystarczająco duży i jedna z nich wsadziła do środka swój szkaradny łeb, potem tors, aż cała przecisnęła się i wylądowała na łóżku, łamiąc je z głośnym trzaskiem. Potwór stał zgarbiony, wypełniając niemal całe pomieszczenie swoim przerośniętym ciałem i, co dopiero teraz poczuł Marcin, odrażającym zapachem jeziornego mułu.

 

Mężczyzna próbował się podnieść, ale w głowie nadal mu dzwoniło, a wszystko wokół kręciło się z dużą szybkością. Opadł z powrotem na kolana i zwymiotował. Potwór odwrócił się w jego stronę, a jego oczy rozjarzyły się jeszcze bardziej tym nienaturalnym blaskiem. Wyciągnął szponiastą łapę w stronę Marcina, wykonując taki zamach, na jaki pozwalała mu ograniczona przestrzeń, kiedy coś go powstrzymało.

 

Gdy Marcin później wspominał tę chwilę, wstrząsał nim dreszcz, choć sam nie był pewien dlaczego i co tak naprawdę się wydarzyło. Na pewno uderzył kolejny grom. Nie tak głośny, jak poprzedni, ale nadal potężny. Niebo widoczne przez wyrwę w suficie przybrało na ułamek sekundy kolor krwawej czerwienie, a nie bieli, jak przy zwykłej błyskawicy. Mężczyzna widywał zdjęcia czerwonych piorunów, ale nigdy nie miał okazji ujrzeć ich w rzeczywistości. Jednakże nie to go przeraziło. Zdawało mu się bowiem, że oprócz huku usłyszał coś więcej. Niski, wibrujący głos mówiący w nieznanym mu języku – taki, który przeszywał na wskroś.

Potwór zamarł w bezruchu, a następnie wyciągnął ręce do dziury przez którą wlazł do środka i wydźwignął się z powrotem na zewnątrz, prosto w burzę.

 

Marcin doszedł do siebie i zszedł na dół. Nie wiedział, co nim kierowało, kiedy odsuwał spod drzwi kanapę i wychodził z domku. Stanął w deszczu, wciąż ściskając w dłoni siekierę. Spoglądał w zasnute chmurami niebo, które niczym nie różniło się od lasu, ziemi i jeziora. Wszystko było nienaturalnie ciemne i niewyraźne. Ze zdziwieniem zauważył, że nigdzie nie ma latających istot, mimo że przed minutą na dachu siedziała ich cała grupa. A może mu się wydawało? Ale wtedy niebo rozświetliła kolejna czerwona błyskawica, a zaraz po niej jeszcze jedna, zmieniając je w wielką popękaną czarną kopułę i ujawniając największą zgrozę, z jaką przyszło zetknąć się Marcinowi, a przecież brał on udział w najkrwawszym konflikcie zbrojnym w ostatnich latach, potępianym przez prawie cały świat.

Ta zgroza była jednak zupełnie inna, bo wydawała się nie dotyczyć tego świata. Marcin wiedział i widział, do czego zdolni są ludzie. Znał to z kart historii dawnej i współczesnej. Nie zaskakiwało go już cierpienie i katastrofy. Ale nie był przygotowany na potworność tak odrealnioną, którą w dawnych czasach babki straszyły swoje wnuki, a którą ludzie dnia dzisiejszego włożyli między legendy i baśnie. Gdyby tylko widzieli to, co zobaczył wtedy on, z całą pewnością nigdy nie spaliby już spokojnie. A każda wzmianka o możliwej burzy sprawiłaby, że drżeli by ze strachu.

 

Niebo żyło. Chmury żyły. Burza żyła. To, co Marcinowi przyśniło się wcześniej, wróciło do niego ze zwielokrotnioną mocą i powaliło go na kolana. Pośród chmur, błyskawic i strug deszczu, wysoko nad ziemią poruszało się ogromne, obrzydliwe, czarne i połyskujące cielsko. Jak wielki wąż prześlizgiwało się pomiędzy obłokami odbijając od siebie pioruny, jak natrętne muchy odbijają się od szyby. Wężopodobne monstrum skręcało się i wiło nad całym jeziorem, ale niepodobna było ocenić jego rozmiary. Marcin wodził po nim wzrokiem, nie mogąc się w ogóle poruszyć. Był sparaliżowany. Ręce spuścił po bokach, a z dłoni wypuścił swoją ostatnią broń, która w obliczu tego, co poruszało się nad nim była niczym pistolet na wodę wobec pożogi.

 

Podniebna bestia okazała się mieć również wężową paszczę. Zwróciła ją w stronę wyspy i ukazała się mężczyźnie w całej okazałości. Były żołnierz otworzył jedynie usta w niemym okrzyku przerażenia, którego nie zdołał nawet z siebie dobyć.

 

Poły jego kurtki załopotały, kiedy potężny wiatr zerwał się zza jego pleców, prosto w kierunku tego... Marcin do dziś nie potrafi znaleźć słowa, które mogło by oddać czym tak naprawdę była ta istota. Potwór, monstrum, bestia – żadne z tych słów nie było wystarczająco bliskie prawdy. Co prawda, odkrył wiele lat później prawdziwe, legendarne miano tego nieziemskiego tworu. Dla niego jednak zawsze pozostanie on po prostu najczystszą zgrozą.

 

Wiatr zaczął wirować nad jeziorem z szaloną prędkością tworząc wodną, stalowoszarą trąbę, która powoli rosła ku niebu, wprost w stronę bestii. Ta rozwarła szeroko swoją gębę i wchłonęła całą wodę. Kolejny piorun uderzył w jej bok, ale odbił się tylko i trafił w drzewo na brzegu wyspy, stawiając je w płomieniach.

 

Marcin mógł jedynie obserwować to wszystko, jak bierny widz. Nie mógł wstać, ani upaść. Nie mógł też jednak oderwać wzroku od tej prastarej istoty, która powoli i nieustępliwie ślizgała się wśród chmur w stronę wyspy. W jego stronę.

 

Kolejne błyskawice uderzały w nią i odbijały się w stronę wysepki. Mimo deszczu, wiele drzew stało już w płomieniach, a ogień nieubłaganie przenosił się na kolejne.

 

W końcu wąż dotarł nad wyspę i spoglądał na nią ognistym wzrokiem istoty zupełnie rozumnej. Marcinowi wydawało się, że spogląda na niego i że, o zgrozo, zniża się ku niemu. Jego łeb stawał się coraz większy i większy w miarę jak zbliżał się do ziemi. Mężczyzna dostrzegł, że z pleców potwora wzlatują na powrót latające, wychudzone potwory, które pierwsze go zaatakowały, a których nazwę również dane mu było później poznać. Gdy łeb bestii znajdował się już tak blisko, że Marcin mógł liczyć łuski na jej ciele i przeglądać się w jej wielkich jak okna ślepiach, z wielką radością pojął że traci świadomość. Na sekundę przed tym, jak pochłonęła go pustka nieprzytomności, usłyszał ponownie ten wibrujący niski głos, który zdawało mu się, że słyszał, gdy leżał na poddaszu. Nie był jednak w stanie nigdy sobie przypomnieć, co ów głos mówił. A może tylko nie chciał sobie tego przypomnieć, żeby zachować resztki zdrowych zmysłów.

 

Gdy ocknął się, niebo znów było błękitne, ale nieco zasnute siwymi chmurami. Słońce dopiero wschodziło, ale i tak świeciłoby mu prosto w twarz, gdyby nie zasłaniała go twarz ładnej kobiety o burzy rudych loków, teraz przerażona i zatroskana. Podniósł się z największym trudem, mimo bólu ogarniającego każdą część jego ciała oraz głośnych protestów kobiety. Stojąc rozejrzał się wkoło. Jego wyspa przeobraziła się w szare cmentarzysko popiołów i poczerniałych drzew. Z domku i szopy pozostały jedynie fundamenty i nadpalone resztki ścian. Wszystko spłonęło, zginęło, zostało doszczętnie zniszczone. Nawet trawa wypalona była wszędzie, oprócz miejsca gdzie on sam leżał. Dopiero po chwili Marcin dostrzegł, że jeszcze jedno miejsce ocalało z pożaru. Pomiędzy zwęglonymi kikutami martwych drzew bujnie rósł zupełnie nienaruszony ogniem ogromny dąb, samotnie stojący na środku wyspy, wyróżniający się swoją zielenią na tle tego szarego obrazu zniszczenia.

 

Mężczyzna ruszył w jego stronę szurając nogami i wzbijając chmury jeszcze ciepłego pyłu. Jego narzeczona wołała go i próbowała zatrzymać, ale nie zważał na to. Kiedy stanął na wilgotnej po deszczu, ciemnozielonej trawie polanki, na której rosło ostatnie na tej wyspie żywe drzewo, zobaczył to, czego się spodziewał. W miejscu, gdzie znajdował się jego rysunek, znajdowała się teraz ciemna, wypalona plama. Marcin bezwiednie dotknął jej i poczuł, że miejsce jest nadal gorące. Oprócz tego skrzywił się, kiedy dotarł do niego ostry ból z klatki piersiowej. Zerwał z siebie kurtkę oraz przesiąkniętą krwią i porwaną koszulkę. Z zaskakującą jego samego obojętnością, spostrzegł, że na piersi ma wycięte jakimś ostrym narzędziem nieznane mu symbole, przypominające jakieś pradawne pismo.

 

Gdzieś wysoko nad nim zakrakał kruk, płosząc okoliczne ptaki. Marcin nie wzdrygnął się nawet. Wiedział, że na świecie są bardziej przerażające rzeczy, aniżeli kruki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania