Powrót nocą do domu

Kiedy wracałem do mojego mieszkania, panowała już całkowita ciemność. Byłem zmęczony po ciężkim dniu, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Zawód nauczyciela nie jest łatwy; wymaga opanowania, poświęcenia i ciągłego znoszenia nadzwyczajnie wielu frustrujących wypadków; jednak najgorsze w nim jest to, że pracy nie kończy się w momencie powrotu do domu. Zamiast odpoczynku czeka na mnie siedzenie w pokoju, przy drażniącym, żółtym świetle, i poprawianie jakichś sprawdzianów czy zadań domowych. Monotonia ta, wielokrotnie doprowadzała mnie na skraj szaleństwa; jedynym co ratowało mój umysł od skoczenia w bezdenną przepaść, były, na szczęście zdarzające się często, okresowe wyłączenia prądu. Nie mogłem wtedy pracować w domu. Zazwyczaj ubierałem się najszybciej jak potrafiłem i po prostu wybiegałem z mieszkania na spacer, udając się na jakieś wzgórze, czy do pobliskiego lasu.

Tym razem wracałem nieco później. Zebranie z rodzicami na koniec semestru przeciągnęło się, jednak nie tak, jak to ma w zwyczaju się przedłużać; wydawało mi się, że niektórzy celowo zadawali bezsensowne pytania, na które to odpowiedzi udzieliłem już wcześniej, a mimo to padały ponownie, aby jak najbardziej opóźnić moment mojego powrotu do domu.

Szedłem więc szybko, po równiutkim chodniku, położonym obok niemal idealnie prostej jezdni. Światła latarni oświetlały moją nocną drogę przez miasto. Czułem się dzięki nim bezpiecznie; przeszkadzały mi jedynie spojrzenia rzucane okazjonalnie przez mieszkańców okolicznych domów, wyglądających przez swoje okna, jakby przechodzący pod nimi nauczyciel stanowił jakiś swoisty fenomen. Ilekroć nawiązywałem z jedną z takich osób kontakt wzrokowy, uśmiechałem się serdecznie, czasem nawet machałem przyjaźnie ręką, rzadko kiedy jednak dostawałem jakąkolwiek odpowiedź; a nawet jeśli, to sprowadzała się ona zwykle do błyskawicznego zamknięcia okna i zgaszenia światła w pokoju, przez co mniej padało go na ulicę. Tylko nieliczni odmachiwali, a i to zawsze z jakimś wstrętem na twarzy. Być może wyczuwali nieszczerość moich gestów? A może ich odpowiedzi też były fałszywe?

Im dłużej szedłem, tym okrutniejsze zimno odczuwałem i tym większej doświadczałem frustracji.

Zmieniłem taktykę; odłożyłem plecak i zdarłem z siebie kurtkę oraz koszulę. Zsunąłem z siebie spodnie, a czapkę wyrzuciłem gdzieś obok, w jakąś śnieżną zaspę. Stanąłem w rozkroku, ubrany w samą bieliznę i biały podkoszulek, ozdobiony szarymi plamami niewiadomego pochodzenia. Donośnym gwizdnięciem przywołałem mojego wiernego rumaka. Właściwie, wcale nie był on moim wierzchowcem; skoro jednak przybiegł, musiał być ze mną w jakiś sposób powiązany. Dosiadłem zwierzęcia i ruszyłem wprost przed siebie w rytm zupełnie nieznanej mi melodii, którą jednak czułem już dużo wcześniej.

Galopujący koń, ze mną na grzbiecie, przeciskał się przez kolczaste krzaki jakiejś rośliny, prawdopodobnie dzikiej odmiany malin lub jeżyn, tratując przy tym, ostre jak brzytwa, zgniło-zielone chaszcze.

Używałem strzemion, by jeszcze bardziej przyspieszyć bieg mojego wierzchowca. Nie zwracałem uwagi na jego otwarte rany i otarcia kopyt, z których sączyły się coraz to większe krople krwi, miałem bowiem nadzieję, że potworne zimno przyspieszy proces krzepnięcia i żaden opatrunek nie będzie mu potrzebny.

Gnałem przez coraz ciemniejsze gęstwiny; światło księżyca prawie już tutaj nie sięgało, przyspieszałem ciągle, nie dając mojemu środkowi transportu odpocząć. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że mój rumak dawno już padł na ziemię, a ja galopuję tylko dzięki sile swoich własnych nóg. Nie sprawiało mi to jednak żadnego problemu; biegłem dalej w mrozie, przez cierniste krzewy, aż przez nieliczne pomiędzy zasłaniającymi niebo gałęziami drzew, dotarły do mnie pierwsze promienie wschodzącego słońca.

Ponieważ miałem już wystarczająco dużo mocy, a moja władza nad światem była teraz niemal całkowita, nakazałem wzgórzu wyłonić się spod ziemi, dokładnie na miejscu w którym stałem. Jednocześnie, skinieniem dłoni odsunąłem przesłaniające nieboskłon gigantyczne krzewy, kazałem im uschnąć, po czym powaliłem martwe rośliny na glebę.

Ziemia wywyższyła mnie ponad rośliny. Ujrzałem otaczające mnie, nieskończone połacie chaszczy. Wśród nich tylko ja i żadnej żywej duszy. Zza horyzontu powoli wyłaniało się słońce. Raziło mnie i parzyło moje poranione kolcami ciało. Położyłem się na boku i z impetem sturlałem ze wzgórza, wprost na miejski chodnik.

Powiał mocniejszy wiatr, naciągnąłem czapkę na uszy i wtuliłem się w kurtkę, aby uniknąć przewiania, które mogłoby być fatalne w skutkach; przeziębiony nauczyciel, który utraci głos, nie może dostatecznie dobrze wypełniać swoich obowiązków.

W końcu, po niemal godzinnej udręce, wróciłem do mieszkania. Od razu, z zapałem, zabrałem się do sprawdzania zaległych prac, których stos czekał na mnie w moim pokoju. Obawiałem się, że uporanie się z nimi potrwa do około północy, jednak, jakimś cudem, udało mi się z nimi uporać jeszcze przed dziesiątą wieczór, co pozwoliło mi na spokojne siedem godzin regeneracyjnego snu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • sensol 4 dni temu
    Zebranie z rodzicami na koniec semestru przeciągnęło się, jednak nie tak zwyczajnie, jak to ma w zwyczaju przedłużać się zazwyczaj; - zwyczajnie zwyczaju zazwyczaj - zwyczajnie za dużo tego w jednym zdaniu. nie bardzo wiem, co autor chciał przekazać pisząc to wypracowanie
  • xfhc 4 dni temu
    Powtórzenie poprawione, dzięki za przeczytanie
  • xfhc 4 dni temu
    xfhc Swoją interpretację może wstawię jutro, chociaż nie wiem czy takie działanie ma sens
  • kalaallisut 4 dni temu
    xfhc nie dawaj jeszcze nie przeczytałam ;)
  • Dekaos Dondi 4 dni temu
    Szczególnie ta druga część jest ciekawa. Mam pewne skojarzenia z takim filmem, gdzie facet na początku stoi w korku, wie że nie zdąży, a ujście jego emocji, ma złe skutki. Dobrze się czytało.
    P.S.→Ziemia wywyższyła mnie ponad chaszcze. Ujrzałem otaczające mnie, nieskończone połacie chaszczy - 2 x chaszczy?
    Ostatnio skorzystałem z programu: licznik gęstości słów. Ile razy powtarza się dane słowo. Byłem zdziwiony.
    Lepiej nie tłumaczyć swoich tekstów. To zmniejsza ilość interpretacji. To jeno me zdanie. Pozdrawiam→5
  • xfhc 3 dni temu
    Dzięki za radę, zobaczę ten program!
    Powtórzenia już nie ma
  • kalaallisut 3 dni temu
    Przeczytałam narazie trudno mi zinterpretować, odreagowanie frustracji hmm
  • xfhc 3 dni temu
    Dzięki za przeczytanie! :)
  • kalaallisut 3 dni temu
    Hmm pewien rodzaj ekshibicjonizmu?
  • kalaallisut 3 dni temu
    Emocjonalnego...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania