Problematyka bezproblemowości

Klaus siedział w swej komnacie, trzymając w dłoniach księgę oprawioną w ciemnoczerwoną skórę. Pomieszczenie skąpane w półmroku rozświetlał jedynie migotliwy płomień świecy stojącej na szafce nocnej. Spomiędzy wiszących dookoła barwnych arrasów wystawały gdzieniegdzie szare, kamienne cegły składające się na ściany obszernej izby. Mężczyzna energicznie odchylał się raz do przodu, raz do tyłu w bujanym fotelu, wpatrując się szeroko rozwartymi oczami w papier i żarłocznie pochłaniając słowo za słowem. Kiedy skończył, rozejrzał się po meblach i dekoracjach - szafa z ciemnego drewna wydawała się mniejsza, niż wcześniej, baldachim nad łożem mniej rozłożysty, stolik szachowy mniej ekstrawagancki. Wszystko mniejsze było, mniej wszystkiego. Taki syndrom budził się w nim często, kiedy ukończył czytanie kolejnej książki. Jednocześnie przeklinał tego, który je mu podarował - i błogosławił go całym sercem. Czemuż opowieści wydawały się tak pełne w porównaniu do jego pustego życia? Czemu po oderwaniu wzroku od ostatniej karty miał wrażenie, jakby właściwe życie właśnie się skończyło i wrzucony został do jakiegoś pośledniego symulakrum, karykaturalnej imitacji? Nic nie było tak barwne, tak piękne, tak wspaniałe jak w opowieściach. Klaus odłożył książkę na nocną szafkę i rozłożył się na łóżku aby rozmyślać. Jego umysł błądził po historiach prawdziwych, jak i nieprawdziwych, wyczytanych, jak i zmyślonych, zasłyszanych niegdyś od obieżyświatów, jak i niepowiedzianych nigdy przez nikogo. Jeżeli czegoś nie da się ugryźć od jednej strony, spróbować należy od drugiej - mawiano często. Cóż tylko w tej sytuacji pomogą podobne frazesy? Klaus uniósł się na łokciach i popatrzył na siebie samego. Po chwili zaczął ściągać białą koszulę, wywinął ją na drugą stronę i założył tak na siebie. Cóż ja robię? - pomyślał. Na drugą stronę... może i świat należy wywinąć na drugą stronę? Opowieści uznać za realne, świat za mit, legendę? Ale cóż moje uznanie zmieni? Czy w szafie wrota się otworzą do wymiarów tajemnych? Czy partia szachów zacznie sama się rozgrywać, wyzywając mnie zapraszająco? Uznać - wiele można - ale nijak ma się to do prawdy. Jedynym, na co ma się realny wpływ - jesteśmy my. Od siebie zacząć trzeba zmiany. Ja więc muszę zostać bohaterem opowieści. Cóż jest fundamentem opowieści, fundamentem bohatera? Przeciwność oczywiście. Wróg, przeszkoda, problem - coś pokonać trzeba, przezwyciężyć. W życiu rzadko wielki kłopot się zdarza, toteż nudne jest życie. Skąd tu tylko wziąć teraz kłopoty wielkie? O tej godzinie jeszcze? Klaus wstał z łóżka i zaczął chodzić po pokoju. Po chwili podszedł do stoliczka szachowego i zrzucił wszystkie pionki z szachownicy. Pozbierać trzeba - faktycznie, problem, cios bolesny w leniwą duszę i mięśnie zmęczone nie robieniem niczego przez cały dzień. Czy to problem jednak dla świata? Zagrożenie? Czy spędza komuś sen z powiek ten rozgardiasz na podłodze? Nic podobnego. Klaus zaczął grzebać w szafie i przebierać w swych kostiumach i uniformach. Może przebrać się straszliwie i po dworku zacząć biegać w nocy, strachu wpędzić nieco w serca domowników, samemu stać się problemem? Mężczyzna poczuł dobry trop - przebrał się w czarny płaszcz i owinął jeszcze twarz czarnym szalem. Po wyjściu na korytarz zaczął cicho przemykać pod ścianą, aż zaszedł do kuchni. Spomiędzy wszystkich narzędzi zbrodni, jakie rzuciły mu się w oczy najbardziej przemawiającym do wyobraźni był nóż kuchenny - nie sztylet co prawda, nieidealne narzędzie zabójcy, jednak któż to w nocy dostrzeże? Czas wyruszyć na łowy. Klaus wszedł na schody i zsunął się na dół po poręczy, aby nie stukać obcasami o skrzypiące, drewniane stopnie. Przefrunął niczym chmura przez ciemność, zmienił się w nietoperze - w wyobraźni - w nikczemnej gracji wynurzył się z mroku tuż za pokojówką, która późną porą zazwyczaj wracała do swoich komnat. Chciał unieść nóż, jednak jakoś głupio mu było, jak już przyszło co do czego. "Cóż panicz robi o tej porze?" - spytała kobieta z nieskrywanym zdziwieniem na twarzy. Klaus schował nóż za plecy - "Ja... problemy robię." - odparł. "A skąd, panicz to żaden problem, panicz to skarb istny. Jak coś będzie potrzeba to ja mogę pomóc." - odpowiedziała. Cholera. "Nie... nic nie potrzeba." - odparł mężczyzna. Zobaczy jeszcze - pomyślał, z rezygnacją kierując się z powrotem w stronę schodów - ja jej dam, żaden problem. Żaden problem, phi. Że co, cóż ona insynuuje? Że ja tu jestem źródłem nudy w tym dworze? Że przeze mnie tak niebarwne życie wiodą tutaj, pozbawione zdarzeń niewiarygodnych? Żaden problem - bezczelna.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania