Proboszcz

W latach mojej młodości byłem ministrantem w głównym kościele małej parafii w Skarbówce Większej. Kościółek był małą, ceglaną budowlą o prostokątnym kształcie, pięknych witrażach w oknach pochodzących z dawnych dziejów i przedstawiających święte postacie z kanonu dawnego chrześcijaństwa, już zapomnianego w wielkim świecie, lecz w tej małej wiosce nadal żywego. Zwykle kościelną wieżę buduję się nad wejściem, lecz tutaj była na tyłach, a dostać się do niej można było jedynie przez pokój przygotowań do mszy, za ołtarzem. Kościół ulokowano na wzniesieniu, dlatego też był widoczny z każdego miejsca wioski; czuwał nad nią, jak ośmiornica, pochłaniając mackami każdy budynek i człowieka.

Przez Skarbówkę Większą nie przechodziła żadna znacząca droga, co dawało spokój od przejezdnych, obcych ludzi i zapewniało wieczny odpoczynek, niczym w trumnie. W domach, w większości starych mieszkali również starzy ludzie. Młodych było mało, dlatego też miałem bardzo ograniczony wybór znajomych. Mieszkałem z rodzicami i dziadkami w nowym jak na tutejsze warunki budynku z blachodachówką zamiast azbestu na dachu, z trudnością otwieranych podwójnych oknach i odpadającym tynku. Nie miałem rodzeństwa, więc dane mi było przeżyć dzieciństwo w spokoju. Chodziłem do szkoły w Grochowie, oddalonym pięć kilometrów od Skarbówki, a jednocześnie najbliższej miejscowości. Spokojne pola i lasy otaczały moją wioskę i kościół na wzniesieniu.

W wieku dwunastu lat dowiedziałem się, że w kościele potrzebni są ministranci do pomocy. Moja rodzina rzadko bywała na mszy, ale ja dla urozmaicenia życia postanowiłem spróbować i poszedłem wraz z kilkoma innymi chłopcami do kościoła o wyznaczonej godzinie.

Letnia pogoda przyniosła w nocy ulewę i burze; pioruny strzelały na prawo i lewo. Dobrze, że nie było wiatru. Mogliśmy wtedy wziąć parasolki i ochronić się od kropel deszczu. Zebraliśmy się w wyznaczonym miejscu i ruszyliśmy razem w stronę kościoła. Nie widzieliśmy go przez materiał parasoli w czasie drogi, dopiero gdy zaczęliśmy wchodzić pod górę, po ociekającym od błota wzgórzu, powoli jawiła się jego groza. Będąc całkowicie blisko, odsłoniliśmy trochę materiał i zobaczyliśmy całokształt. Ceglane dachówki jęczały od nadmiaru wody, wołając, byśmy uciekali z tego strasznego miejsca. Święci w witrażach przybrali groteskowego wyrazu, jakby dostali paraliżu mięśni, a wpatrzone oczy nie spuszczały z nas wzroku. Ponadto wydawało się, że wszystkie pioruny walą w kościelną wieżę, wznoszącą się w piekielnej budowie wprost do czarnego nieba, jak przekaźnik między światem materialnym, a wielce odległych marzeń.

Drewniane wrota były uchylone. Weszliśmy do środka, w głąb ciemności i oparliśmy przemoknięte parasole o ścianę, zaraz obok chrzcielnicy. Nawy boczne lekko jaśniały przez wpadające dzięki oknom nocne pozostałości promieni słonecznych. Deszcz huczał o dach, a w tle przejawiały się dźwięki piorunów. Staliśmy tak chwilę, pogrążeni w kościelnych ciemnościach, gdy nagle koło ołtarza zaczęło pojawiać się światło. Najpierw nikłe, potem coraz bardziej zauważalne. W pewnym momencie z pokoju wyszedł niski, garbaty człowieczek, trzymający świece wyżej niż miał głowę. Spojrzał na nas i zawołał do siebie; grzecznie podeszliśmy do pierwszej ławki, w której usiedliśmy. Zszedł z ołtarza po schodkach i oświetlił nasze twarze świecą. Przyglądał się z uwagą każdemu, lecz my jemu nie mogliśmy. Uniemożliwiał nam to płomień oraz to, że na twarzy miał swojego rodzaju czarny materiał, prawdopodobnie chustę. Jedynie czerwone usta pozostały odsłonięte i ledwo widoczne. Wszyscy moi koledzy pochodzili z katolickich rodzin, lecz ja nie. Patrząc im w oczy, widziałem przenikający ich strach. Jedynie ja się nie bałem. Człowiek, który nas sprawdzał, wrócił na ołtarz. Rzekł, żebym tylko ja przyszedł jutro w godzinach popołudniowych i zniknął w pokoju, a razem z nim jedyne światło w kościele.

Następnego dnia wczorajsze kałuże suszyły się w promieniach słońca, a ja dziarsko szedłem w stronę kościoła; nie owładnęła mną żadna nutka strachu. Nie wyglądał tak jak w burzową noc. Prezentował się znacznie okazalej pod względem spokoju. Jedynie to dziwne czuwanie nad całą wioską. Czułem dziwne siły przytrzymujące całą Skarbówkę wraz z mieszkańcami, dając ich niewidzialnej władzy tajemniczych zachowań.

Wszedłem do kościoła. Wreszcie widziałem wszystkie ławki, piękne witraże i odległy, jaśniejący od złotych zdobień ołtarz. Nad stołem okrytym białym obrusem klęczał człowiek. Budową przypominał księdza proboszcza, mojego wczorajszego kontrolera. Dopiero gdy byłem całkowicie blisko, odwrócił się i przeprosił za nieuwagę. Wyglądał inaczej niż wcześniej: młodziej i zgrabniej. Na twarzy rósł mu lekki zarost, a kolor warg podchodził pod blady róż. Dałbym mu trzydzieści lat, podczas gdy osobie z wczoraj z siedemdziesiąt. Przedstawił mi się jako nowy ksiądz tej parafii, bo stary został przeniesiony z bliżej nieujawnionych powodów.

Zaprowadził mnie na tyły ołtarza, do pokoju przygotowań. W ogólnym chaosie panującym w pokoju dało mi się rozpoznać szafę z sutannami i komżami, półkę z bardzo starymi księgami, wyglądającymi na religijne, stół zastawiony kielichami, świecznikami i innymi złotymi przedmiotami, których znaczenia i zastosowania nie znałem oraz małe, ukryte drzwiczki. Przedstawił mi przebieg mszy oraz moje w niej zadanie; głównie to podawanie przedmiotów, pomoc w podawaniu wiernym ciała bożego i chodzenie z koszykiem, do którego wrzucali pieniądze. Niedziela była za kilka dni, więc miałem trochę czasu.

Koledzy nie ukrywali zazdrości. Każdy z nich chciał wtedy robić coś, za co mógłby dostawać pieniądze. Ja dostawałem aż dziesięć złotych za mszę, a w tygodniu były ich trzy: jedna w poniedziałek, piątek oraz w niedziele. Za miesiąc wychodziło sto sześćdziesiąt złotych!

W niedziele na mszy zebrał się tłum wiernych. Wstałem wcześnie rano, z powodu stresu moją pierwszą pomocą. Ksiądz pokazał mi małe wejście w wieży zakryte gąszczem porostów, kwiatów i krzaków, co uniemożliwiało niewiedzącemu o nich oku, ujrzenie drzwi. Wszedłem przez nie, upewniając się wpierw czy nikt nie patrzy. Potem przebrałem się w komże i rozpoczęła się msza. Robiłem to, co leżało w moich kompetencjach doskonale. W pewnym momencie nie byłem już potrzebny i mogłem przebrać się w normalne ubrania. Czyniąc to, spojrzałem na malutkie drzwiczki; były lekko uchylone. Odrzuciłem od siebie możliwość wejścia tam. Nie powinno mnie obchodzić, co jest za nimi. Przebrałem się i zaczekałem na księdza. Pochwalił mnie, dał pieniądze i puścił mnie do domu. Podczas krótkiej rozmowy, co tłumaczył brakiem czasu, jego wzrok uciekał w stronę tajemniczych drzwiczek. Patrzył na nie z lekkim strachem w oczach.

Na mszy w poniedziałek osób było mało z racji początku tygodnia; w ławkach widziałem jedynie moherowe berety, czyli stałych gości. Moje czynności znów wykonałem bezbłędnie i znów przebierałem się w pokoju przygotowań, ze wzrokiem skierowanym w znów uchylone małe drzwiczki. Sytuacja się powtórzyła, lecz tym razem ciekawość wygrała. Zajrzałem przez lufcik, a nic nie widząc, odchyliłem drzwi bardziej. Wszedłem do środka i w oparach ciemności ujrzałem kręte, stare, wilgotne schody prowadzące na szczyt wieży. Chwile tak stałem, nasłuchując jednocześnie dźwięków z ołtarza i szczytu. W pewnym momencie usłyszałem krzyk. Doleciał do mnie krętymi schodami, z samej góry, lecz został przytłumiony nawoływaniem księdza, który kończył mszę. Kolejny jęk i tak samo kolejny głośny zaśpiew proboszcza. Msza się skończyła, a ja szybko wróciłem do pokoju, zostawiając drzwi tak, jak je zastałem.

Przez kolejne dni chodziłem zamyślony, rozmyślając o dziwnych dźwiękach z kościelnej wieży. Nikomu ze starszych o tym nie opowiedziałem, bo i kto chciałby słuchać dziecka. Natomiast moich rówieśników gryzła ukrywana zazdrość o moją posadę ministranta. Piątek zbliżał się wielkimi krokami.

Na mszy było więcej osób niż w poniedziałek, ale mniej niż w niedziele. W swych zajęciach nie mogłem się skupić, cały czas nasłuchując w kierunku wieży. Doszedłem do wniosku, że krzyki są w tych samych momentach, co podniesiony ton głosu księdza; jakby próbował je zagłuszyć. Msza dla mnie się skończyła. Nawet się nie przebrałem, tylko do razu wszedłem przez uchylone drzwi. Lekko przestraszony, lecz z wiedzą, że mam mało czasu na karku, zacząłem wchodzić po zimnych schodach. Byłem coraz wyżej. Na szczycie schodów zobaczyłem drzwi, także lekko uchylone, jakby miało to czemuś służyć.

Stojąc przy nich, usłyszałem pierwszy krzyk: zapowiedź końca mszy. Brzmiał na człowieczy. W środku paliło się światło, ale dziwnie przygaszone, także za wielu szczegółów nie ujrzałem. Rozpoznałem w czarnej plamie klęczącej na podłodze garbatego człowieka, który kilka dni temu skontrolował, czy nadaję się na ministranta. Mówił coś pod nosem. Każde słowo głośniej, aż wydarł się niemiłosiernie, odginając głowę do tyłu tak mocno, że mógł mnie zobaczyć. Uciekłem do pokoju, prawie upadając ze schodów. Zdążyłem idealnie z księdzem, lecz odgadł coś niepokojącego. Przeleciał mnie wzrokiem i powiedział, żebym zrobił sobie przerwę i w niedziele nie przychodził na służbę. Zgodziłem się, ale jedynie słownie, bo w głowie miałem własny plan.

W sobotę w nocy wymknąłem się z domu i udałem do kościoła. Nikt po drodze mnie nie widział, a ja sam umykałem od wszystkich źródeł światła. Kościół nie był oświetlony. Zakradłem się na tyły, do wejścia do wieży. Drzwi zakluczono, dlatego nie mogłem przedrzeć się do pokoju przygotowań. Z racji lekkiej wagi i pnączy obrastających wieże do samej iglicy, wspiąłem się po tych drabiniastych roślinach. Okno umiejscowiono wysoko; było jedynym oknem w wieży i dawało światło do tajemniczego pokoju. Z trudem piąłem się wyżej, stawiając ostrożnie stopy. Wreszcie znalazłem się na równi z oknem, które okazało się zakratowane od środka.

Dobrze, że wziąłem ze sobą małą latareczkę na baterię. Przy świetle księżyca widziałem niewiele. Gdybym włączył latarkę, część światła odbiłaby się, lecz widziałbym więcej niż przy nikłym księżycu. Teraz cały ciężar mojego ciała spoczął na prawej ręce; lewą wyjąłem latarkę i oświetliłem okno. Oczy przeżyły wielki trud, ale po dłuższej analizie zacząłem rozpoznawać zarysy przedmiotów. Pokój był obskurny i paskudny. Na ścianach widniały napisy, których treści nie byłem w stanie odczytać z racji tego, że nie były w naszym języku. Na środku pokoju namalowano symbol. Wtedy go nie znałem, ale teraz wiem, że jest to symbol odnowionego ruchu pogańskiego, czczącego zamierzchłych słowiańskich bogów. Rogaty trójkąt ze swastyką w środku, otoczony sześciokątną obręczą. Prócz tego w pokoju znajdywało się kilka szafek, której zawartości dotąd nie jestem w stanie poznać oraz mały stoliczek przy ścianie, z krzesłem u boku, na którym zobaczyłem czarny kształt. Skierowałem na niego latarkę i w tym momencie moja dłoń ześlizgnęła się z pnączy, a ja wylądowałem na ziemi.

Zemdlałem na kilka minut. Wszystko to przez zaiste przeraźliwą i groteskową sytuację. Mianowicie, w kształtach czarnej plamy siedzącej na krześle rozpoznałem posturę księdza proboszcza. Jego oczy wpatrzone w okno były szkliste i pozbawione źrenic. Policzki zapadnięte do środka jak u kogoś martwego od kilku dni, a włosy siwe, jak u starca. Był wyssany z życia i energii niczym zmarszczone winogrono bez miąższu. Próbował mi coś powiedzieć przez trupie oczy, które dawały oznaki, że mnie widzą. Nie zapomnę tego widoku do końca życia. Uciekłem do domu i poszedłem od razu spać. Rodzice byli tak zajęci, że nawet nie zauważyli mojego zniknięcia.

Obudziły mnie kościelne dzwony na niedzielną mszę. Wstałem przerażony wczorajszą wizją, która nawiedziła mnie, gdy pełen tajemniczych rojeń zdecydowałem się na ruch iście zdesperowany i wszedłem po pnączach na szczyt wieży. Inaczej nie mogłem sobie tego tłumaczyć. Wyczołgałem się z łóżka i stanąłem przed oknem. Spojrzałem na kościół, wyrastający jak ropny bąbel na tle wsi i wiejskich zabudowań. Skupiłem wzrok na tajemniczej wieży, z której wydobywał się dziwaczny dym przypominający ten z palonego siana. Chwile później całą wieś przeszył huk trotylu, a z pokoju wystawionego teraz na widok publiczny wzbił się w niebo czarny demon, który swoim wybiciem spowodował całkowite zawalenie się pozostałości wieży.

Nikt prócz mnie go nie widział. Nikt prócz mnie nie wie, co było w straszliwym pomieszczeniu na szczycie. Wybuch spowodował zniszczenie ołtarza, a tym samym śmierć już martwego księdza, który właśnie wtedy, z rękami wystawionymi w górę święcił ciało boże. Uratował mi życie, odsyłając mnie do domu. Kiedy bardziej o tym myślę, zdaję sobie sprawę, że musiał być w to zamieszany, jednak nie mógł przewidzieć, co tak naprawdę planował jego garbaty, człekokształtny i przerażający gość.

 

9 marca 2019 - 14 marca 2019

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 8 miesięcy temu
    Hm... klimat starego horroru jest, intryga całkiem zacna.
    Pozdrawiam:)
  • Oskar Szomburg 8 miesięcy temu
    Dzięki :3
  • Feliks Dworski 8 miesięcy temu
    od połowy zrobiło się naprawdę ciekawe. Gratuluję i pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania