Przedtakt i dekadencja. Początek i śmierć przez autopsję.

Przedtakt i dekadencja.

 

On był jedyną chmurą pod jej idealnym sklepieniem, na które patrzyła przez kraty splecione z gałęzi jabłoni. Leżąc pod bladym odcieniem szarości w jasne, letnie popołudnie, retrospekcją obarczała cały swój dzień. Był jedyną skazą w jej idealnym życiu. Czy można kochać coś złego? Czy można myśleć o czymś co niszczy od środka? Jej świat był zbudowany z błędnych kół. Do takich wniosków właśnie doszła.

 

Słońce przesunęło się szesnaście stopni na zachód. Przebijało się przez szkielety liści i niczym laser pomniejszały jej prawie martwe już źrenice. Uwiąd jej twarzy nie pozostawiał wątpliwości, że usycha jak liście jesienią. Miłość, którą została otoczona wybuchła jak bomba atomowa, która spaliła wszystkie jej komórki. Sięgnęła pamięcią do czasów kiedy uśmiechała się częściej. Nie pamięta co miała wtedy w głowie, o czym myślała, co sobie wyobrażała. Nie potrafi do tego wrócić. Jest zwykłym pokrowcem na ssaka, który przyjmuje dary wypróżniania drzew, pewną magią, która porusza się bez wtyczki, organizmem kooperującym z trwającym wszechświatem. Nie myśli, nie czuje.

 

 

JEJ historia w kilku "razach":

 

 

Pierwszy RAZ spotkała oprawcę swojego ostatniego dnia w hali pełnej zapatrzonych w siebie dusz. Teraz wie, że już wtedy nie czuła nic. Potrzebowała zapełnić wyschnięte kanaliki łzowe. Zapełniła je reakcją atomową jak się później okazało. Początek... to był początek spalonej trawy, łamanych kości i zalążek powietrza nieskażonego odzewem żadnej zwierzyny. W jej miłości do różowych chmur zawitał rak. Wredny potwór lipca. Wiatr nad wodą omijał już jej kontury policzków i nosa. Nie odżywiał skóry, niczym najlepszy krem w najdroższej drogerii. Nie raz próbowała ponownie zaprzyjaźnić się z wiatrem, ale ten, skutecznie odrzucał jej prośby o podpisanie cyrografu. Wtedy pierwszy raz promień słońca już nie zwężył jej źrenicy, choć jeszcze tego nie wiedziała.

 

Po RAZ drugi spotkała go przekazując mu cały dekalog swoich zastrzeżeń, oczekując magicznego spotkania z wróżką zębową. Mówiąc mu o tym, nie wiedziała, że jest terrorystą. Nie wiedziała również, że w jej życiu banalny cytat Portmanna będzie miał racje bytu i przykładowe zastosowanie.

 

Po RAZ trzeci przeszła na ciemną stronę mocy zwaną pozornym szczęściem. Umierała z każdym uśmiechem, endorfiny zmuszały do ruchu mięśni twarzy, jej własny organizm z premedytacją zabijał swojego kapitana. Zawsze przerażał ją ogrom żywiołu wody, jednocześnie kochała czar łączenia istoty myślącej z zabójczym ruchem, który był zależny od księżyca. Często zastanawiała się gdzie uciekają myśli gdy umiera kapitan, do jakiej księgi zostają wpisane doświadczenia skoro brak im sternika. Jedyne co mogła zrobić z Mount Everst swoich pytań to zabrudzić nimi kartkę i bez echa wsadzić prawie 9 tysięcy metrów do małej szufladki pod swoim biurkiem. Wielkie rzeczy mieszczą się w małych sklejkach, wielkie rzeczy czasami nie chcą wyjść pod światło energooszczędnej żarówki w piętnastu metrach kwadratowych. Po raz kolejny wysnuła swój indywidualny, życiowy wniosek.

 

 

Po RAZ czwarty stanęła przed lustrem, była swoim odbiciem. Postacią, która tylko powtarza ruchy, nie wydaje dźwięków, stara się wypaść jak najlepiej. Wyćwiczone miny, układ warg, sposób mrużenia oczu... Wszystko wyćwiczone przez jakiś okres czasu na swoim oprawcy. Działało to na każdego innego zabójcę. Replika, która wyszła z tafli prawdy przestała widzieć swoje złe strony, bo przecież zawsze ustawiała się tak, by ich nie było. Po 21 dniach niczym z kartki, ołówek uchybień został wymazany białą gumką. Tabula rasa defektów.

 

 

Po RAZ piąty pozbyła się pamięci krótkotrwałej. Każde jedno indywiduum mogłoby pozazdrościć tak pięknie znikomego szkieletu osiowego bez cech rycerskich. Była świetnym graczem, który zdobywał najwyższe trofea w dwóch grach na raz. Nie wiedziała jaką cenę płaci za pierwsze miejsca w pisanych przez nią turniejach. Była pewna swoich umiejętności, a to był kompetencja, która teraz powiększa jej źrenice. Piękna, zawiła rozgrywka sprawiła za dużo satysfakcji, która uzależniała coraz bardziej jak nikotyna. Odcisk ze zwierciadła na dobre pozbawił swój oryginał kryształowości.

 

 

Po RAZ szósty i ostatni zwierzchnik kooperacji myśli z żywiołami namalował rysunek. Odbicie zniknęło. Infantylny prototyp musi sam zabarwić narzucone kształty, aby miały rację bytu. Wnioski zdobyte w ascetycznych grach nie przydadzą się w życiowej monotonii. Zgasły, pierwowzór kapitana po długiej przerwie nie potrafi odnaleźć się na morzu zgryzot, które przynosi codziennie budzące się słońce.

 

 

Persona jej umiera pod drzewem po RAZ pierwszy, dziewiczy. Roślina ta pokazuje, że sprosta powiewom wiatru dzięki swojej genezie. Nie złamie się, bo mocna kora nauczyła się bronić przed mieczem Damoklesa jak i też przed samym sobą.

W chwili śmierci nie widzi obrazów ze swojego życia, nie widzi nawet swojego diabolicznego odbicia. Widzi tylko drzewo, które kabalistycznym patentem sterowanym przez świat, pokazuje jak mogła onegdaj zbawić swoją kostuchę.

 

Konglomerat z opóźnieniem.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania