Przygody Glena

Na wstępie chciałbym dodać, że jest to historia postaci do papierowego RPG dlatego użyłem tu piosenek nie mojego autorstwa, drugi raz pisze dłuższą historię, proszę o obiektywną opinię, miłego czytania ^^

 

Wschód słońca. Wiatr wieje od zachodu na rozległej polanie, słychać z oddali dźwięk uderzeń w struny lutni oraz cichy śpiew. W oddali widać małą osobę w kapeluszu trzymającą instrument który wydaje kojącą melodię. Zza drzewa wychodzi dziewczynka i siada obok chłopca śpiewając z nim nieznaną nikomu piosenkę. Struny brzmią coraz ciszej, głos zanika. Wiatr przestaje wiać, jest cisza i spokój, świerszcze grają swoją muzykę. Na polanę wychodzi chłopak w tym samym kapeluszu, parę lat starszy, w ręce trzyma lutnie z wygrawerowanym imieniem. Siada w gęstej trawie, chwyta akordy i zaczyna pieśń.

 

Lato było jakieś szare

I słowikom brakło tchu

Smutnych wierszy parę,

Ktoś napisał znów

Smutnych wierszy nigdy dosyć,

I zranionych ciężko serc

Nieprzespanych nocy,

Które trapi lęk

 

Ref: Kap, kap płyną łzy

W łez kałużach ja i Ty

Wypłakane oczy

I przekwitłe bzy

Płacze z nami deszcz

I fontanna szlocha też

Trochę zadziwiona

Skąd ma tyle łez

 

Nad dachami muza leci

Muza czyli weny znak

Czemuż wam poeci

Miodu w sercach brak?

Muza ma sukienkę krótką

Muza skrzydła ma u rąk

Lecz wam ciągle smutno,

A mnie boli ząb

 

(Pod Budą - Bardzo smutna piosenka)

 

Dźwięk zanika tak samo jak postać chłopca. Słychać bicia dzwonów, czarne ptaki nad głowami ludzi ubranych na czarno. Grabarz zasypuje dół z trumienką. Chłopiec stoi nad grobem i płacze. Gra swoją pieśń dla przyjaciółki. Odkłada lutnie i przemywa z brudu nagrobek.

 

Dalia Morris

12 lat

śmierć wzięła ją w swe objęcia zbyt szybko

Spoczywaj w pokoju

Rodzice oraz Glen

 

Wstawaj śpiochu. - Brzmiał damski głos nad głową Glena.

Daj mi jeszcze pospać. - Odparł i zakrył się kołdrą.

Słuchaj mamy zlecenie i ustaliliśmy, że zrobimy to z rana więc wstawaj bo cię wyrzucę z tego łóżka.

Dobra, dobra wstaję już.

Glen wstał, włożył na siebie swoją szarą koszulkę a na nią czarny płaszcz, pomięte czarne spodnie, czarne wysokie buty, kapelusz oraz worek na plecy.

Musisz to ze sobą brać?. - Kobieta o czarnych kręconych włosach oraz pięknej twarzy wskazała na worek. - Będzie przeszkadzać, zostaw to tutaj.

Linea, to jest dla mnie bardzo ważna rzecz. - Odparł zdecydowanym tonem.

Ten jeden raz, prosze. - Ujęła jego dłonie i spojrzała na niego swymi zielonymi jak szmaragd oczami.

Dobrze, ale klucz do pokoju biorę ja. - Glen zdjął worek i ułożył w szafie. - Możemy iść.

 

Wyszli z karczmy “pod bykiem”. Przeszli alejami aż do wysokiego domu. Obeszli dookoła by zbadać teren. Glen zagwizdał, po czym przyleciał czarny sokół i siadł na jego ramieniu. Glen pogłaskał go pod dziobem.

Rico obleć ten dom, przy każdym oknie gdy zobaczysz kogoś podleć bliżej. -

Ptak posłusznie wykonał rozkaz. powoli latając dookoła ani razu nie podleciał od okna.

Dobra chyba możemy zaczynać. - Powiedział cicho Glen.

Ruszyli w stronę ogrodu z tyłu domu. Przeszli bez problemu przez ogrodzenie odgradzające posesje. Powoli zbliżyli się do drzwi tarasu. Glen dokładnie się rozejrzał po czym upewniwszy się, że nie ma nikogo uchylił drzwi. Przeszli przez zdobioną jadalnię i po wielkich schodach weszli na trzecie i ostatnie piętro. Uchylił lekko drzwi. Nikogo nie było więc weszli.

No to było proste. - Zaśmiał się Glen.

Coś mi tu nie pasuje. - Linea zaczęła się rozglądać.

Sprawdziliśmy wszystko, co mogło pójść nie tak.

Zawsze jak tak mówisz to coś się pierdoli. - Odparła poważnym tonem.

Ej, skąd miałem wiedzieć, że ten krasnal umie tak biegać.

Nie doceniasz krasnoludów. Dobra szukaj tego pierścienia

Tak, tak już. - Przewrócił oczami i oboje zaczęli przeszukiwać gabinet.

Usłyszeli wiele głosów na dole krzyczących coś. Glen podbiegł do okna. Pan młody niósł pannę młodą na rękach a za nimi tłum ludzi skaczących i śpiewających a także wiwatujących dla nowożeńców. Na palcu serdecznym panny młodej Glen dojrzał mały zielony błysk.

Linea, znalazłem naszą zdobycz. - Wskazał na pannę młodą.

Cholera, trzeba najpierw ogarnąć naszą sytuację, wiejemy.

Nie, nie… Poczekaj - Złapał ją za rękę, gdy chciała wyjść. - Mam pomysł.

Już się boję.

Zeszli na dół, gdzie zabawa gości trwała w najlepsze.

Wy to kto. - Spytał pan młody. był to raczej człowiek który bałby się muchy - nie kojarzę was.

Witam panie. - Glen ukłonił się i gestem nakazał Linei zrobić to samo, usłuchała i ukłoniła się. - Jesteśmy wędrownymi kuglarzami oraz muzykantami panie. Słyszeliśmy, że jest tu jakie weselisko i chcieliśmy trochę dorobić, jeśli się nie spodoba wyjdziemy.

Pan młody zastanowił się i poczerwieniał, przypomniał sobie, że nie zatrudnił kuglarzy.

Bardzo chętnie, jeśli się spodoba zapłacę wam dwieście cezarów, co wy na to?.

Z przyjemnością. - Glen się uśmiechnął. - Nazywam się Artur a to moja asystentka Fryderyka. - Wskazał na Lineę. - Widać po niej, że nie przypadło jej do gustu imię.

Glen wyjął metalowe igły przypominające strzałę z wygładzonym grotem ale o wiele mniejsze.

Zaczniemy typowym popisem. Fryderyka czy możesz stanąć pod ścianą?

Linea stanęła w wyznaczonym miejscu. Glen wziął trzy jabłka i ułożył jedno na głowie drugie na lewym ramieniu i trzecie na prawym. Zaczął podrzucać ostrzami do rzucania po czym płynnymi ruchami w zastraszająco szybkim tempie rzucił jedno drugie i trzecie ostrze, które trafiły bez problemu w sam środek jabłek. Goście zamarli na chwilę po czym zaczęli klaskać i wiwatować.

Teraz przydałaby mi się lutnia, swoją zgubiłem, można?. - Zwrócił się do pana młodego, który machnął do służby i lutnia została przyniesiona dla kuglarza.

Glen zaczął grywać skoczne melodie weselne, goście zaczęli tańczyć, również para młoda wyszła na parkiet, biesiadnicy ustąpili im miejsca. Mimo swojego wyglądu pan młody potrafił bardzo dobrze tańczyć. kiedy skończyli glen zwrócił się do panny młodej.

czy mogę poprosić na chwilę pierścionek? Potrafię też czarować i sprawię, że trafi on do kieszeni pana młodego. - Panna młoda, piękna kobieta o jasnych krótkich włosach zachwycona pokazem mężczyzny podała mu pierścionek. Glen zagwizdał.

Piękny, dobra teraz patrzcie.

Uniósł pierścień do góry by każdy mógł go zobaczyć, gdy powoli opuszczał dłoń nagle wpadł czarny ptak, złapał ów pierścień i wyleciał szybko przez okno, Glen rzucił jednym ze swych ostrzy lecz nie trafił. Pan młody wściekły zbił kieliszek o ziemię

I co żeś narobił idioto?! - Wskazał odłamkiem szkła w stronę Glena.

Spokojnie, przecież to nie jego wina, kupimy nowy, za moje. - Spokojnym głosem zwróciła się do męża.

Rzeczywiście, przepraszam was. - Wyciągnął dwieście cezarów i podał Linei. - Możecie iść.

Glen i Linea wyszli kłaniając się parze młodej i gościom. Wyszli na dwór po czym udali się do karczmy. Gdy weszli na górę im oczom okazał się pokaźnych rozmiarów człowiek.

Danty, jak miło cię widzieć. - Rozłożył ręce Glen.

Gdzie towar?. - Odparł suchym i grubym tonem mężczyzna.

Chodź do środka. - Glen otworzył drzwi w trójkę weszli.

Glen otworzył okno i zagwizdał, do środka wleciał Rico z pierścieniem w pazurach. Glen wziął delikatnie i dał mu jego smakołyk - plasterek suszonego boczku.

Gdzie zapłata?. - spytała Linea.

Deny wyjął duży mieszek i rzucił jej pod nogi. - Przelicz. - Polecił.

Linea otworzyła wysypała zawartość i przeliczyła.

Zgadza się dwanaście tysięcy cezarów. - Spojrzała na Glena i kiwnęła głową.

No to się zgadza wszystko. - Rzucił mu pierścionek, który zabrał od swojego sokoła.

Żegnam. - Wyszedł.

Glen odczekał dziesięć minut po czym polecił Rico - Leć po to. Ptak posłusznie wyleciał i wrócił po pięciu minutach z tym samym pierścieniem.

No no, brawo. - Uśmiechnęła się Linea - Dał się nabrać, trzeba zmykać.

Tak trzeba. - Wyjął swoją lutnię i wyszli z karczmy oddawszy klucz karczmarzowi i ruszyli w stronę kolejnego miasta.

Przeszli cztery godziny, więc postanowili odpocząć. Glen wyjął lutnie i zaczął im przygrywać piosenki. Rozpalili ognisko i zjedli. Linea przysłuchiwała się pieśniom i lekko kiwałą się na boki. Zaczęło się już ściemniać więc ułożyli się wygodnie pod drzewami.

Glen. - Powiedziała cicho Linea.

Tak?. - zatrzymał melodię.

Zanim cię dziś obudziłam ty zaśpiewałeś przez sen smutną piosenkę, niezbyt wyraźnie.

Ah, wybacz, coś mi się przyśniło. - zakrył oczy kapeluszem.

Zauważyłam już to wcześniej, ale nie chciałam cię pytać, czyje to imiona na twojej lutni?. - wskazała na grawerowany odcinek instrumentu z napisami “Dalia” oraz “Avora”.

Chcesz usłyszeć tę historię? - spojrzał na przyjaciółkę smutnym wzrokiem.

Tak. - Usiadła obok niego.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania