Przygody Mikołaja, co mnie rozbraja – strzał piąty

– Do jasnej, i co teraz? Jak polecimy? Olaboga, taka długa droga, ołly sziet, oł noł… – lamentował grubas, łażąc w kółko i tarmosząc się za włosy.

– To może…? – Wtrącił Rudolfino.

– Co?

– To może skuterem? – wydukał.

– Pogrzało cię? Jak ja zapakuję prezenty, nie wiesz przypadkiem? Poza tym muszę ich przecież zabrać, jakbym się zaprezentował bez reniferów? I jeszcze musimy do tego cholernego sklepu, a tam na pewno kolejki.

– Przecież zawsze chodziliśmy po zamknięciu. – Stwierdził renifer.

– Ale ostatnio dostałem ochrzan od Mroza, więc wolę nie ryzykować. Dobra, idziemy, pomyślimy po drodze.

„Przybieżeli do butelki we czterech. Odbieżeli od butelki na czterech…”. – Fałszowało towarzystwo, machając kieliszkami niczym nawigator na lotnisku.

– CISZAAA! – wydarł się Mikołaj.

Zamilkli, skierowawszy wzrok na szefa.

– Odstawiać alkohol i za mną. Czas ruszać. – Nakazał.

– Ruuszaaaćć? Gdzieee? – wymamlał Rozpore… Amorek (wybaczcie, chyba naprawdę mam coś z tym tematem).

– JAZDA! I bez dyskusji, bo tym razem naprawdę premii nie będzie. Czyżbyś zapomniał, ile czasu spędziłeś ostatnio w Urzędzie Pracy? Już! – zagrzmiał boss, wściekły niesubordynacją i samowolką podopiecznych.

– Dobra, idzieeemyyy. – Amorek skinął głową na towarzyszy i niemrawo ruszył za Mikołajem. Pozostali wzdychając i przewracając oczami, z niezadowoleniem posłusznie podreptali za nim.

– I co teraz? Nie ma pyłu – rzekł boss. – A TOŻ CO?! – Nagle wytrzeszczył oczy, widząc, że ekipa władowała się na „martwe” sanie i czeka na… cholera wie, co. – A wy co?! – krzyknął pretensjonalnie.

– Nie mamy sił – wymamlał Amorek, uśmiechając się złośliwie.

– Wyłazić, ale już, i brać się do roboty! – wrzasnął grubas, który zaczął coraz bardziej wątpić w przyszłość swoją, świąt, prezentów, podróży...

– Spadaj – zakrzyknęły chórem renifery, chichocząc i lekceważąco machając racicami.

– Musimy sami – wtrącił Rudolfino i nie czekając na reakcję szefa, zaczął odziewać uprząż.

– Zdurniałeś?! – Mikołaj wywalił oczy.

– Widzisz inną opcję?

– Zapamiętam to! – prychnął facet, strzelając w zwierzaki palcem i zarzucił uzdę na szyję…

– Uch… och… ech… kurwa, już nie mam siły – wysapał wściekły szef, brnąc w zaspach, ocierając pot z czoła i odrywając zamarznięte pod nosem gluty.

– Spoko, damy radę, Biedronka już niedaleko – odparł Rudolfino, biorąc ciężkie, zmęczone wdechy.

– Od jutra dieta, spaśli się niemiłosiernie. Sama zielenina, jak na rogatych przystało, a nie tylko pieczyste, tłuczone ziemniaczki i słodkie bułeczki. Dość tego!

– „Szczęśliwiej drogi już czas…” – śpiewali ironicznie kompletnie naćpani pasażerowie, machając pejczem nad głowami zmęczonej dwójki.

– Nie zwracaj uwagi, jutro się policzymy – burknął Rudolfino i klnąc soczyście pod nosem, szarpnął saniami.

Mikołaj tylko prychnął.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania