Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Przyszłość, przeszłość Ataxxii: Gdy nigdy nie istniała.

Dzień, dzień kolejny patrzę przez szare, brudne okna mojego mieszkania i co widzę, co widzę… Świat, w którym życie walczy żeby istnieć, jest odrzucane, zatracane, coraz to bardziej zdrętwiałe. Zblakłe niebo pokryte szarym smogiem, tysiąc kominów walących w przestworza niegdyś to pięknych, białych chmur, przez które nawet można kiedyś można było ujrzeć słońce. Słońce… Jedyny jego obraz znaleźć mogę na zdjęciach moich zmarłych dzieci. A były to młode osóbki, bawiące się dawniej na placach zabaw, palcem wskazujące na słodkości w sklepie. Teraz… Teraz nie ma dzieci. Wymarły wszystkie w faktoriach, zabrane siłą od swych rodziców. A po co? By swym młodym wiekiem służyć rozwojowi. By ludzkość mogła iść na przód. I co wyszło. Czerń, wszędzie unoszący się gęsty, przytłaczający mrok, wtrącający się w usta i nozdrza, wyniszczający a nawet i zmieniający. Gdy po śmierci moich dzieci, zabito moją żonę, piękną i niezastąpioną osobę, za którą mógłbym skoczyć w ogień. Tak zakochać się można, tylko raz. A stratę taką przeżyć, dać się nie da.

Wybiegli na ulice, czerwone zlepy czarnej mazi idące na kolejnego, pozbawionego chęci życia. By wbić swe kościane zęby w jego czoło i wyrwać z niego to, co niegdyś myślałem, było warte zachodu. Coraz mniej widzę ludzi, budynki opadają z szarości z pod ziemi wyrastają spalone korzenie pochłaniając nasz świat. Czasami zastanawiam się czemu jeszcze nie dołączyłem do moich pobratymców w zaświatach, jeśli takowe istnieją. Odszedłem od okna bo po cóż oglądać co dzień to samo przez taki czas. Nalałem sobie kawy, całej czarnej, mazistej i gęstej. Poczułem jakbym wlewał w siebie ropę, smakowała całkiem dobrze jak na obecne czasy. Poszedłem do łazienki i spojrzałem w popękane lustro, moje czarne, suche i zatłuszczone włosy, broda cała w robactwie i innym syfie. A twarz, cóż, człowieka przestałem w sobie widzieć jakiś czas temu. Na umywalce cały czas leżał przygotowany przeze mnie kawał szkła, co by podciąć sobie żyły. Ale jakoś i tego mi się nie chciało robić. Po prostu, sam nie wiem. Stałem tam jak słup przez jakiś czas nie wiedząc co ze sobą zrobić gdy nagle ktoś walnął w moje drzwi a te wydały odgłos pęknięcia. Znudzony poszedłem sprawdzić, cóż postanowiło mnie odwiedzić. Był to Brad, najgorszy typ ssaka jaki chodził na obu nogach. Podaliśmy sobie ręce i po przyjacielsku usiedliśmy na podłodze. Uderzyłem w podłogę rozwalając ją troszkę by wyciągnąć sfermentowaną wódkę, która to chyba ze sto lat tam leżała. Mniejsza już jak smakowała, Brad rozpieprzył mi drzwi by powiadomić mnie o nowej anomalii jaką zauważył.

 

-Wstają z martwych.

-No i co?

-To dzbanie że skoro oni mogą, to czemu my nie możemy?

-Jakich ścieków żeś się nawalił? Przecież to głupota.

-Słuchaj no, ja chce żeby było jak dawniej, chce łazić po burdelach i pić prawdziwą wódkę a nie to... coś.

 

Gadać mi się trochę nie chciało to wskazałem palcem żeby Brad wypieprzał, ale się wziął i uparł to musiałem słuchać.

-Znalazłem również zejście pod ziemie skąd wychodzę te korzenie, idź to zbadaj.

-Jakby mi się chciało umierać to bym se żyły uciął kolego.

-Paul ty żałosna kupo gówna, jak można nie chcieć niczego? Inni przynajmniej idą i się zabijają a ty co?

 

Kiwnąłem ramionami.

 

-Dobra, a może tak. Co jeśli byłaby szansa na przywrócenie Laury do życia?

 

Gdy tylko wymówił jej imię, wstałem i jedną ręką podniosłem go za szyje ponad podłogę. Krztusił się ale dalej gadał.

 

-Hej, hej, stary, spokojnie! Ale pomyśl, lepiej iść z misją i zginąć, niż pierdzieć w stołek, prawda?

 

Walnąłem go o ścianę, poszedłem po mapę i kazałem mu wskazać wejście, które to znalazł. Przewróciłem łóżko na drugą stronę i wyjąłem maskę oraz stary miecz, którego używał mój ojciec gdy za jego czasów był korsarzem. Wyszedłem z bloku i udałem się prosto tam, gdzie wskazywała mapa.

Ratowanie świata też mi coś, nawet gdy nie żyliśmy w dosłownym gównie to ludzkość sama prosiła się o katastrofę. Samo życie uderzyło w nas jak piorun w drzewo. Zniszczyło nas za próby zniszczenia jego. Atakowaliśmy naturę, próbując ją zmienić na nasze mniemanie, chcieliśmy żeby wszystko było tak jak my chcemy nie biorąc pod uwagę tego, co chcą inni. Ludzie, to egoistyczna rasa zasługująca na najgorsze piekło jakie można zgotować. Jednak dla mojej Laury… Przewróciłbym to wszystko do góry nogami, naprawiłbym wszystko i sam ustawił własną naturę, to ja bym decydował czym jest życie. A byłaby to taka prosta rzecz. Nie musiałbym robić niczego. Moja ukochana, dla niej jest szansa, jednak dla naszych dzieci… obawiam się że nie ma ratunku. Zostały zamienione w to co unosi się nad moją głową. Tak. Te wszystkie opary, to też ludzie. Chore jednostki panujące władze zadecydowały o życiach wielu, zamieniając ich w zasoby wbrew ich woli. Bo cóż lepszym zasobem do życia niż samo życie? Dziwnie spokojnie, nic nie zaatakowało mnie przez cały ten czas, a według mapy jestem już obok. Ześlizgnąłem się po podłożu prowadzącego w dół tunelu gdy nagle wylądowałem naprzeciw jakiejś przedziwnej istoty. Przyczepione mackami to ścian ziemi poruszające się oko o demonicznych rogach zbliżyło się do mnie centymetr od mojej twarzy. Chyba spodziewało że się przestraszę. Cóż, jedynej rzeczy, która myślę że mogłaby mnie przestraszyć jest życie przez jeszcze sto lat. Oddaliło się to coś i przemówiło do mnie.

 

-Przyszedłeś walczyć o ratunek dla ludzkości?

-Ta i co jeszcze, w dupie nas mam. To ty wskrzeszasz zmarłych?

-Haha! To czego zatem chcesz?

-Przywróć moją żonę Laurę, oddaj mi ją nie ważne kto ją zabrał.

-Ofiara jest wymagana, pokaż że naprawdę nie chcesz uratować swojego gatunku, przeniosę cię do małej osady na krańcu tego miasta, są tam ludzie, którzy dostosowali się do obecnego stanu rzeczy. Wymorduj ich, każdego, z moją pomocą, nie uciekną.

-Tak, tak, tak! Dla Laury wszystko!

 

Poczułem jakby moje serce stanęło, oczy nagle otworzyłem i ujrzałem stare kobiety trzymające w rękach dzieci, rodziny siedzące przy ogniu, którego żem nie widział pół życia. Spojrzeli na mnie jak na potwora, gdy spojrzałem na swoje ciało, było ono całe fioletowe, ociekające, a miecz w moich dłoniach płoną czerwonym jak krew ogniem. Wtedy to całą wioskę okrążyły czarne korzenie, a ja podszedłem bliżej. Wybiegli na mnie mężczyźni, starsi i młodsi, nawet i dzieci. Mój miecz przeciął ich drewniane bronie i przebił ciała kruche i delikatne, krwią szastało we wszystkie strony, gdy broń moja wpiła się w ciało na oko dziesięcioletniego chłopca, ogień zastygł i zlepił przepołowiony tors, powodując złam dziecka jak papier, z którego wytrysła krew jak z wyciskanego owoca. A w swych uszach mogłem słyszeć lamenty kobiet i płacze niemowląt. Co dziwne nie czułem niczego, czułem się… Naturalnie. Tak jakbym robił to przez całe życie. Tak jakbym… Zabijał od urodzenia… Obrońcy polegli, zostały bezbronne i niewinne istoty. Ściąłem w pień staruszki zasłaniające młodsze kobiety z niemowlętami, a potem już tylko…

 

Cisza.

 

Ogarniająca mnie cisza i ta stagnacja wydająca się bardzo znajoma. Paul Pierce, kim ja byłem? To wszystko… Niczego nie ma. Jest tylko, życie.

I nagle znowu obumarłem i pojawiłem się obok istoty o wielkim oku.

 

-Według naszej umowy.

 

Powiedziało do mnie znikając w cieniach, a nagle z ciemności wyszła ubrana w jej suknie ślubną Laura, patrzyła we wszystkie strony nie wiedząc gdzie się znajduje. Podbiegłem cały zapłakany by objąć moją ukochaną. Uścisk ten przypomniał mi dlaczego się urodziłem, jak za młodu pływałem z ojcem po otwartym morzu, jak po raz pierwszy poznałem Laurę na jednym z kursów. Pracowałem jak obsługa, myłem wtedy nocą podłogi gdy ta wyszła ze swojego pokoju. Szła w moją stronę chciałem coś powiedzieć jednak to ona odezwała się pierwsza.

 

Przepraszam.

 

W naszym uścisku wbiła mi sztylet prosto w brzuch, głęboko, mocno i wielokrotnie aż upadłem na ziemie. I wykrwawiając się mogłem jedynie patrzeć na jej piękną twarz, gdy powoli, traciłem obraz przed sobą.

 

-Z raju zabrałeś mnie tutaj, do piekła, czy to prawda że diabłem może być człowiek? Nie martw się, teraz ja będę cierpieć bez ciebie, gdy ty spoczniesz w zaświatach. Mam tylko nadzieje, że trafisz do tych dobrych.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania