Rozdział 2. Przebudzenie w piekle

– Proszę, proszę, świeże mięso na naszym terenie…

 

Włosy na karku Cassie zjeżyły się jakby usłyszała samego diabła. Brakowało jej tchu po niedawnym przepłynięciu kilkuset metrów. Mimo to wiedziała, że nie może tak po prostu oddać wampirom uratowanej dziewczyny, chociaż tak stanowiło prawo. Musiała stanąć w jej obronie, przecież po to jest łowczynią – aby walczyć z krwiożerczymi potworami. Różowowłosa energicznie podniosła się z piasku, nie dając po sobie poznać zmęczenia, by przeciwnicy nie wyczuli jej słabości. Omiotła wzrokiem kilkuosobową grupkę, ujrzała znajome twarze, wiedziała już, że to nie będą łatwe negocjacje.

 

– Nie tak szybko chłopcy, może najpierw porozmawiacie ze mną, zanim zrobicie coś czego możecie żałować? – rozpoczęła pewnym siebie głosem.

 

– Cóż… Chcesz rozmawiać – rzucił z lekceważeniem wampir stojący na samym przedzie. – Obawiam się, że nie mamy o czym, przynajmniej w tej kwestii, łowczynio – przeciągnął ostatnie słowo.

 

– Julio, na twoim miejscu bym się zastanowiła, inaczej te kołki. – Odsłoniła drewniane owale, chowane dotychczas pod kurtką. – Znajdą się gdzie indziej – uśmiechnęła się złośliwie.

 

– Ach, tak? – Chłopak zawiesił się na chwilę, jakby się namyślał. – Może od razu skoczmy do pobliskiego baru na pogaduszki. – Jego towarzysze wybuchnęli śmiechem. – Tylko pozwól nam zająć się tym człowiekiem. – Wskazał na leżącą dziewczynę. – A będę cały twój, Brittany.

 

– Spokojnie, kolego, nie rozpędzaj się tak! – Wyciągnęła ręce przed siebie na znak protestu.­ – I naprawdę, radzę lepiej odpuścić, nie możecie jej wziąć, nie teraz.

 

– Znasz zasady – wypowiedział przez zaciśnięte zęby­. Cass wiedziała, że żarty się skończyły, trzeba działać. – Dziewczyna jest w naszej dzielnicy, każdy człowiek, który wkroczy na nasz teren w nocy, musi oddać nam daninę.

 

– Ślepy jesteś?! Ona jest nieprzytomna, nawet nie wie co się z nią dzieje, dopiero co wyciągnęłam ją z wody! – Brittany stanęła przed nieznajomą, żeby ją ochronić. – Rodrigez, nie masz prawa jej tknąć, spróbuj tylko podejść. – Nastolatka wyciągnęła pistolet naładowany drewnianymi kołkami i wycelowała go w chłopaka.

 

– Nie mam prawa? Dziewczyno, naprawdę masz poczucie humoru. Nie obchodzi mnie co tutaj się wydarzyło, czy jest przytomna, żywa czy martwa. Tym lepiej, nie musimy się z nią szarpać. Nie masz z nami szans. – Przybliżył się do Cassie. – Odsuń się!

 

– Nie ma takiej OPCJI. Mam przeliterować?! – Spojrzała mu prosto w oczy, z których wręcz pryskały iskry wściekłości i z całej siły wcisnęła spust. Z pistoletu z potężnym hukiem wystrzeliły kolejno trzy niewielkie odłamki drewna, które mknęły niczym małe rakiety w stronę krwiopijcy. Muskały już lewą stronę jego klatki piersiowej, kiedy ten w ostatniej mikro sekundzie zdążył się przed nimi uchylić. Kołeczki zamiast w serce trafiły w ramię. Rozwścieczony potwór z nieprzeciętną szybkością znalazł się obok niej i z nadludzkimi siłami odepchnął ją kilka metrów dalej. Cassie, nie zastanawiając się nad niczym, otrzepała się z piasku, po czym popędziła prosto na swojego przeciwnika. Nim zdążył dotknąć ciała nieprzytomnej dziewczyny, rozpędzona łowczyni wybiła się w powietrze i z wyskoku posłała mu kołek pod łopatkę. Krwiopijca zawył z bólu, upadł niczym rażony prądem, gdy Cass patrzyła jak ostatkami sił próbował wyciągnąć drewno, niespodziewanie dotychczas przyglądający się walce mężczyźni ruszyli na nią. W ułamku sekundy obezwładnili i przygwoździli ją do ziemi. Wampir, który jeszcze przed chwilą siłował się z kołkiem, teraz stał nad nią w pełni sprawny, a jego pozostali koledzy dźwigali bezwładne ciało nieznajomej. Chłopak stojący naprzeciw, kucnął i zdecydowanym ruchem chwycił Cassie za włosy, kierując jej twarz w swoją stronę, po czym przemówił zawistnym tonem:

 

– Chciałaś pokoju, łowczynio, tutaj nigdy go nie znajdziesz.

 

Po tym z całym impetem uderzył jej głową w ziemię. Chwilę później była już wolna, gdy rozejrzała się wokół potworów nie było, a ona sama leżała pośrodku plaży.

 

 

***

 

Czułam przeraźliwe zimno, które przenikało mnie, aż do kości. Leżałam na lodowatej posadzce i nie mogłam się ruszać, byłam związana. Otworzyłam oczy, pomieszczenie oświetlała niewielka migająca lampa. Starałam się usiąść i oprzeć o coś, ale ślizgałam się na mokrych płytkach. Spojrzałam w dół, wtedy zobaczyłam, że były pokryte smugami ciemnej krwi. Przestraszona poszukiwałam, jakichkolwiek oznak zranienia na swoim ciele, próbując jednocześnie oddalić się od czerwonej mazi. Ostrożnie odpychałam się do tyłu. Nagle natrafiłam na opór, delikatnie przekręciłam głowę w bok, by zobaczyć swoją przeszkodę. Wzdrygnęłam się z przerażenia i wydałam zduszony okrzyk. Na podłodze leżały dwa zakrwawione ciała. Jedno z nich miało głębokie nacięcia na nadgarstkach oraz szyi. Robiło mi się słabo, gdy na to patrzyłam, na dodatek sam zapach krwi przyprawiał mnie o mdłości. Szybko odwróciłam wzrok i skierowałam się do drzwi, jak najdalej od tej dwójki. Oparłam się o drewno, po czym opuściłam powieki, nie mogąc znieść już dłużej tego widoku. Ta sytuacja przypomniała mi o niedawnych wydarzeniach, o przeszłości, od której uciekałam i pragnęłam zapomnieć, sprawiła, że jeszcze niezabliźnione rany zaczęły otwierać się na nowo. Do moich myśli ponownie wracały obrazy, tej jednej nocy, która zmieniła moje życie. Tak bardzo pragnęłam się od nich uwolnić.

 

Uchyliłam oczy, by wypuścić z nich gorzkie łzy, wtedy też usłyszałam jakiś dźwięk za drzwiami, docisnęłam do nich swoje ucho, aby lepiej słyszeć co dzieje się w drugim pokoju.

 

– Rodrigez gdzie byłeś?! ­– zapytał ktoś zachrypniętym głosem.

 

– Ktoś musiał uzupełnić zapasy. Co prawda było trochę zabawy z ludźmi Blanko, ale to tak rutynowo.

 

– Świeżej krwi nigdy za wiele, ale jak przypuszczam, zamierzają tu wpaść. A to nie najlepszy czas.

 

– Czas nie czas, muszą wiedzieć kto dyktuje tu zasady – odpowiedział z wyższością drugi.

 

– Bez wątpienia – westchnął głęboko – zwłaszcza, gdy przybędzie Blake.

 

– Blake? Nie miał być w Nowym Jorku?

 

– Zmiana planów, sam Dwight go przysłał.

 

– Znowu wszyscy łowcy się na nas rzucą, gdy on tu będzie. – W głosie chłopaka słychać było niepokój. – Nie będzie z tego nic dobrego.

 

Gdzie ja do cholery jestem? Trafiłam do jakiejś bandy psychopatycznych morderców czy co… Kim oni wszyscy są, ci mężczyźni za drzwiami? Czyżby to oni mnie uratowali, a teraz próbowali wykończyć tak samo jak tych ludzi, którzy leżą tu martwi? I w końcu kim jest ten cały Dwight i Blake? Oni tym wszystkim kierują? W mojej głowie piętrzyły się kolejne pytania, nie wiedziałam, gdzie jestem i co mam robić. Jedno było pewne, że trafiłam w naprawdę złe miejsce i na złych ludzi. Ledwo uciekłam z jednego piekła, a teraz siedziałam w następnym. Co gorsza stąd nie było wyjścia.

 

Moją uwagę ponownie skupiły głosy, jednak tym razem było ich więcej.

 

– Słyszałam, że mamy nową zdobycz. – Między rozmowy mężczyzn wtrącił się szorstki i lodowaty ton kobiety, był tak nieprzyjemny, że aż przeszły mnie ciarki. – Co to za jedna? Mam nadzieję, że w końcu jakaś soczysta łowczyni? Muszę ją zobaczyć. – O podłogę zaczęły stukać ciężkie obcasy, przybliżające się z każdym krokiem do drzwi, za którymi właśnie się znajdowałam. Dudnienie butów ucichło, a w ich miejscu zaczęły wybrzmiewać dźwięczne mechanizmy naciskanej klamki. Zamarłam.

 

– Santori, czekaj! – W ostatniej chwili wybrzmiał ostry głos, który powstrzymał otwarcie drewnianej płyty. – To żaden łowca, ale i tak szykuje się jatka.

 

– Nie łowczyni – prychnęła – w takim razie nie muszę oglądać tych pospolitości – wymruczała pod nosem. – Więc spodziewamy się naszych przyjaciół. – Ostatnie słowo wręcz wysyczała, po czym dopowiedziała szybko, odchodząc od drzwi. – Więc znowu się z nimi zabawimy.

 

– Z Blakiem nie będzie czego po nich zbierać.

 

– Kolejna piękna masakra – wycharczał jeszcze jeden niewidzialny głos.

 

– Nie ma jak dobra jatka i świeża krew młodego łowcy – kobieta zaśmiała się wulgarnie.

 

Moje serce prawie wyskoczyło z piersi, z nerwów zaczynało brakować mi tlenu. „Zdobycz” to jedno słowo szczególnie utkwiło w moich myślach. Jak mogli mnie tak nazwać, jestem człowiekiem nie jakąś „zdobyczą”, porzuconą na pastwę losu. Co to wszystko miało znaczyć? Czy to dzieje się naprawdę, czy jednak to wytwór mojego niedotlenionego mózgu. To nie może być prawda.

 

Słyszałam coraz wyraźniejsze kroki nadchodzących osób, wtedy już wiedziałam – idą po mnie, a ja nie mogę nic zrobić. Przerażona patrzyłam jak trzeszczące zamki ustępują i ciężkie, skrzypiące drzwi uchylają się powoli. Pierwsze co zobaczyłam to zawistne twarze oraz oczy ludzi przepełnionych żądzą mordu. Boże… Gdzie ja jestem?

 

– Zabawę czas zacząć. – Tuż nade mną stał czarnowłosy chłopak z ostrymi rysami, które tylko podkreślały malujący się w jego źrenicach obłęd, godny prawdziwego szaleńca.

 

W moje uszy wpadały odgłosy przypominające syczenie, obejrzałam się na ludzi znajdujących się w spowitym w mroku pomieszczeniu. Było ich więcej niż przypuszczałam, na oko z kilkanaście osób. Niektórzy siedzieli przy podłużnym spróchniałym stole, inni stali w małych grupkach, przy metalowym blacie, ale wszyscy tak samo zawzięcie wpatrywali się we mnie. Obnażali przy tym swoje przednie zęby, z których po bokach wystawały, smukłe, szpiczaste kły. W oczach pojawiły mi się łzy, a w nich stopniowo topiły się moje ślepia. Opuściłam głowę, jakbym kajała się przed nimi, ale po prostu dla mnie to było za wiele. Bezradna przyglądałam się jak na podarte granatowe dżinsy, zabrudzone krwią, raz za razem spływały na nie małe przejrzyste kryształki, niknące zaraz w materiale. To potwory i to dzieje się naprawdę. A to mój koniec.

 

Chłopak, który stał naprzeciwko, teraz wyciągnął nóż i przeciął sznurki oplatające moje nogi oraz ręce. Po tym podał mi dłoń i pomógł się podnieć z chłodnych płytek. Byłam pewna, że za chwilę przyniosą jakieś ostre narzędzia, zaczną mnie okaleczać, tak jak tamtych ludzi, ale nic takiego się nie wydarzyło. Stałam unieruchomiona, sparaliżowana strachem, a wszyscy przyglądali mi się jakby podziwiali upolowane przez myśliwych trofeum, wtedy też zdałam sobie sprawę, co mieli na myśli przyrównując mnie do zdobyczy. Nagle coś poczułam, jednak nie był to ból fizyczny, raczej psychiczny. Miałam wrażenie, że ktoś przedziera się do moich myśli, tak jak by chciał wyrządzić w nich szkody. Wówczas usłyszałam niewyraźny, przedostający się przez nie głos, jednak nie należał on do mnie, mówił spokojnym i tajemniczym tonem „zamknij oczy, a to co zaraz się stanie, to tylko sen”. W tym samym momencie spostrzegłam, że mężczyzna, który mnie uwolnił, patrzy mi głęboko w oczy z hipnotyzującym spojrzeniem. Jednocześnie czułam, jak coś przekuwa skórę na moim nadgarstku. Na początku były to przyjemne cieniutkie igiełki, które potem przekształciły się w grube szpile, gwałtownie rozrywające delikatne tkanki. Jednak nim zdążyłam odwrócić wzrok, moje powieki niespodziewanie szybko opadły, a ja sama stałam się leniwie senna, wręcz dziwnie wyciszona, tak jakbym za moment miała pogrążyć się w długim, niespokojnym śnie. Lecz mimo potwornego bólu coś nakazywało zachować mi spokój, dzięki czemu doznawałam nieopisanej lekkości, miałam wrażenie, że wszystko ze mnie uchodzi. A ja odpływam w jakiś nieznany i nieodkryty daleki świat, już kroczyłam pośród błękitnobiałych fal, kiedy naraz usłyszałam donośny trzask tłuczonego szkła oraz dźwięk rozlegającej się paniki.

 

Obudziłam się i zobaczyłam, że między odłamkami w oknach, przemykają jakieś nieznajome postaci, zupełnie inne od tych w pomieszczeniu. Ubrane w podobne, ciemne stroje i przepasane różnego rodzaju bronią. Byłam przekonana, że to kolejna część snu, dopóki nie spojrzałam na szatyna, który właśnie leżał na podłodze, sprawiał wrażenie nieżywego, zaś jego głowę okalała krwawa aureola. Rozglądałam się po obszernym pokoju, ludzie biegali w rozproszeniu, jedni gdzieś uciekali, drudzy znikali w niezauważalnych kryjówkach, tak jak by chowali się przed wdzierającym się zewsząd światłem, a trzeci zaciekle bili się z nieproszonymi gośćmi. Próbowałam ugrać coś dla siebie w tym gwarze, chciałam czmychnąć niezauważona. Przemykałam jak niewidzialna, między kolejnymi osobami pogrążonymi w walce na śmierć i życie, dopóki drogi nie zastąpiła mi wysoka brunetka z groźną miną.

 

– A dokąd to dziewczynko? Chyba nie sądziłaś, że uda ci się uciec. – Kobieta przybliżyła się i nachyliła do mojego ucha, po czym wyszeptała wypartym z emocji głosem. – Zapamiętaj, jesteś tylko pożywieniem, a pożywienie nie ucieka, czeka, aż zostanie spożyte. – Na dźwięk tych słów i głosu zatrzęsłam się ze strachu, próbowałam wyminąć moją przeszkodę, ale ta z niesamowitą szybkością złapała mnie za ramię i ze stalowym uchwytem przyciągnęła do siebie. Zacmokała głośno, będąc wyraźnie zniesmaczona moim zachowaniem.

 

– Nieładnie, nieładnie­ – upominała mnie z nutą sarkazmu w głosie. ­– Chciałam dać ci jeszcze kilka minut, ale jak widać muszę już zrobić swoje. Ujęła mnie za włosy i przysunęła się do mojej szyi, a po tym pokazała kły, które już za moment nieprzyjemnie drapały moją skórę. Wtedy znienacka pojawiła się drobna, różowowłosa dziewczyna z zaciętym wyrazem na twarzy, nie wyglądała na więcej niż osiemnaście lat.

 

– Tylko spróbuj, wampirzyco! – Raptownie rzuciła się na kobietę, wbijając jej łokieć między łopatki, a następnie podduszając, dzięki czemu sprawnie odciągnęła ją ode mnie. Na końcu, zaś podcięła chwiejącą się oprawczynię, a wówczas ta z niemałym hukiem runęła na podłogę. Mogłoby się wydawać, że już po wszystkim, ale to był dopiero początek. Brunetka już po chwili przypierała nastolatkę do pobliskiej ściany, jednocześnie przyciskając jej szyję swoim łokciem. Chciałam jej pomóc tak jak ona mi, ale nie do końca wiedziałam co robić. Moja obrończyni była wręcz purpurowa, musiałam działać. Spostrzegłam odłamki szkła pod parapetem, podbiegłam tam i chwyciłam jeden z nich, po czym bez wahania wbiłam go w muskularne ramię kobiety. Jednak ona nawet nie drgnęła, wyglądała tak jakby tego nie poczuła. Odwróciła się w moją stronę i popatrzyła mi prosto w oczy.

 

– Chyba sobie kpisz. ­– W międzyczasie bez najmniejszej oznaki bólu wyciągnęła zakrwawiony kawałek, a ja nie dowierzałam własnym oczom. Co tu się do cholery wyprawia? – Nie wiesz z kim zadzierasz. – Rzuciła mi jadowite spojrzenie i odepchnęła mnie kilka metrów dalej. Bezradna przyglądałam się zaistniałej później scenie.

 

– Kto by pomyślał, że takie dziecko może stawiać jakikolwiek opór – mówiła do dziewczyny zniecierpliwionym głosem. – Kiedy sobie odpuścisz, łowczynio?

 

– Niech pomyślę… Może nigdy? – odparowała różowowłosa z ironicznym uśmiechem na twarzy.

 

– Ty mała ździro ­– zaśmiała się szyderczo – na twoim miejscu nie byłoby mi tak wesoło. – Docisnęła mocniej swój łokieć, a nastolatka zaczęła łapać pojedyncze wdechy. – Ojojoj, coś nie tak?

 

– Skąd przyszło ci to głowy. – Nie wiadomo, kiedy w ręce młodszej kobiety pojawił się drewniany, idealnie wystrugany kołek, który schowała za plecami.

 

– Odpuść sobie dziewczynko, nie masz ze mną szans. Muszę zająć się moją przekąską, a najlepsze na koniec, czyli mała wredna różowowłosa łowczyni. – Ciemnooka oblizała usta, jakby szykowała się do jedzenia.

 

– Nie tym razem.– Niespostrzeżenie wyjęła zza siebie zaostrzone drewno i wbiła je w brzuch brunetki, ta zgięła się w pół, a nastolatka dokończyła swojego dzieła, uderzając ją kolanem w twarz i rzucając na podłogę. – Dzisiaj ci odpuszczę, ale następnym razem, wbiję ten kołek prosto w twoje serce – wypowiedziała gniewnym tonem. Potem podeszła do mnie, chwyciła za rękę i zwróciła się, mówiąc z szybkością karabinu maszynowego:

 

– Uciekaj stąd jak najszybciej, na zewnątrz będziesz bezpieczna, zaczekaj tam na mnie. – Próbowałam jej się wyrwać, ale ta tylko dalej mi się przyglądała. – Nie bój się, chcemy ci pomoc.

 

– Ale kim ty jesteś? Co tu się dzieje? – Byłam zupełnie zdezorientowana, w jednej chwili chcą mnie zabić, a w drugiej ratują.

 

– Cassie, tylko Cassie – odpowiedziała. Patrzyła na mnie z troską jakiej dawno nikt mi nie okazywał, na koniec dodała. – Biegnij już i… bądź ostrożna, ja muszę pomóc reszcie.

 

Nie wiedząc co powiedzieć skinęłam głową, a następnie skierowałam się ku wyjściu. Szłam energicznym, pewnym siebie krokiem, nie obawiałam się niczego, bo miałam świadomość, że ktoś może mi pomóc, jednak mimo to ostrożnie obserwowałam sytuację wokół, aby znowu nie zaplątać się w jakąś niepotrzebną bijatykę. Każdy był zajęty walką, pokonaniem swojego przeciwnika. Nie rozumiałam o co chodzi w tym wszystkim. W jakim celu to robili oraz kim dla siebie byli. Ale co do jednego nie miałam wątpliwości, świat się zmienił i nic już nie wyglądało tak samo jak w opowieściach moich dziadków. Odgłosy zaciętych pojedynków co chwilę przecinały gęste powietrze, a ja mijałam kolejne pary, uchylając się przed ciosami, które wymierzali do siebie walczący ludzie. Nie raz, także dało się usłyszeć wystrzały broni i gniewne krzyki, będące swego rodzaju odpowiedzią na atak. Jak z procy przelatywały obok mnie małe drewniane naboje, których, jakimś cudem, niejednokrotnie udało mi się uniknąć, do teraz…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • ania_marzycielka 3 miesiące temu
    Kolejna część również świetna! Wciągnęłam się bardzo i czekam na kolejne części :) Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania