Rubatosis

Czarnowłosy chłopak padł bez siły na kanapę w salonie spowitym mrokiem. Czuł się okropnie, ale nie potrafił się do tego przyznać. Jak co dzień odpowiadał, że "wszystko gra", chociaż z każdą godziną jego stan się pogarszał. Starał się to ukrywać, jednak wiedział, że kiedyś przyjdzie czas, by to komuś wyjawić. A oprócz swojego przyjaciela, który nie zaskakiwał najwyższym wynikiem IQ, miał tylko jedną osobę, której mógłby się zwierzyć. Zaśmiał się pod nosem. Na samą myśl, że wyżala się temu człowiekowi dostawał napadu śmiechu, który przypominał boleśnie o tym, jak bardzo mu na nim zależy.

Zignorował rudego kota, który wskoczył mu na kolana i robiąc z nich poduszkę, zasnął. Zapomniał, że mógł się wygadać temu sierściuchowi. W sumie, odrzucił ten pomysł na wzgląd, że mógłby zostać podsłuchany. Chyba już nie uwzględniał tego, że ktoś nazwałby go pomyleńcem czy wariatem. Terapię sugerowano mu za często, a koło pięćdziesiątego razu uznał, że to już nie warte jego procesów myślowych. Ale jednak potrzebował kogoś, lub czegoś. Nawet nie wymagałby reakcji, wręcz przeciwnie, wolałby, żeby jej nie było. To chyba kolejny powód, dla którego jeszcze się mu nie zwierzył ze swoich problemów.

- Mam dosyć - westchnął cicho, zasłaniając oczy ręką. Głowa mu pulsowała od nadmiaru myśli.

- Dosyć czego? - Podskoczył lekko i spojrzał w jasne, brązowe oczy, od których biła czułość i... zmartwienie. - Coś się stało?

- A co miało się stać? Jestem po prostu zmęczony tym, że ojciec chce mnie "leczyć". - Przesunął się, robiąc miejsce dla mężczyzny, który od razu skorzystał z okazji i, rzuciwszy marynarkę na fotel, opadł obok czarnowłosego. - Nie musisz się tak o mnie martwić.

- Głupi jesteś, wiesz? - Zagarnął go ramieniem i przytulił. - Jak mam się o ciebie nie martwić? No powiedz mi Tim.

Timothy wywrócił oczyma i nic nie odpowiadając, wtulił się w mężczyznę. Nie miał zamiaru zrzucać swoich problemów na niego, bo i tak miał dużo na głowie...

- Jak było na randce?

- To była najdyskretniejsza zmiana tematu, jaką w życiu słyszałem - starszy zaśmiał się i oparł brodę o czubek głowy leżącego na nim chłopaka. - Ale uznam, że po prostu oboje znamy odpowiedź na moje pytanie.

- To jak, Ariel, powiesz? - Timothy przymknął oczy, wsłuchując się bardziej w spokojne bicie serca starszego, który przeczesał swoje włosy przypominające kolorem mleczną czekoladę, niż w jego słowa.

- Pomyślmy... pomijając, że to nie była randka, tylko przymusowa popijawa z ciałem pedagogicznym, to dyrektor się upił w trzy dupy, a wuefista próbował poderwać biedną panią... tą nową, od francustkiego...

- Smith.

- No, panią Smith, to nic się ciekawego nie wydarzyło. - Ariel westchnął i przytulił mocniej bruneta. - Dobrze, powiedziałem jak było, teraz mógłbyś powiedzieć mi prawdę?

- Jaką prawdę? - Timothy oderwał się od mężczyzny i spojrzał się nań wzrokiem pełnym niezrozumienia. - Nie wiem, o co ci chodzi, wyrażaj się jaśniej.

- Tim, weź przestań udawać. - Brązowooki wstał i przez przypadek nadepnął na rudy ogon należący do jego kota, który zeskoczył z ruszających się kolan i rozciągnął się na wielkim dywanie pokrywającym znaczną część pomieszczenia. Zwierzę miauknęło przeraźliwie i zaczęło syczeć na szatyna. - Deacon, spokój.

Podniósł kota, który zaczął się wykręcać, jednak po chwili uspokoił się i ułożył się wygodnie na karku Ariela, a ten przysiadł na szafce stojącej przy ścianie. Brązowe oczy lustrowały młodzieńca, wręcz przeszywały go na wylot. Niebieskooki chłopak próbował uciec przed tym wzrokiem, jednak nie było jakiegokolwiek sposobu na to.

- Timothy, jeśli mi nie powiesz, o co chodzi, to jako nauczyciel, będę zmuszony do rozmowy z twoimi rodzicami... - Ariel w końcu wlepił wzrok w podłogę, byle nie patrzeć na niebieskie oczy wypełniające się łzami rosnącego gwałtownie przerażenia. "Jestem potworem".

- Nie możesz tego zrobić...

- Jeśli nie możesz mi się zwierzyć, to mam obowiązek poinformować ich, że masz jakieś kłopoty. - Był stanowczy, musiał być. Inaczej zamykanie w sobie problemów wykończy Tima, a do tego nie mógł dopuścić. - Doskonale o tym wiesz...

Mężczyzna zamknął oczy, gdy tylko usłyszał gwałtowniejszy wdech młodszego. Nie potrafił znieść widoku jego łez. Tym bardziej tych wywołanych przez samego siebie. Zacisnął zęby i wziął głęboki oddech. Po czym przybrał swój zwyczajny, beznamiętny wyraz twarzy i spojrzał na Timothy'ego zimnym, nieczułym wzrokiem. Bolało go, że wywierał na młodym presję, jednak zdawał sobie sprawę, że to będzie najlepsze rozwiązanie. "Jestem bezdusznym, okropnym, starym dziadem, który na dodatek nie ma serca", walił w myślach głową o ścianę, tak było mu wstyd za samego siebie.

- Ariel, proszę. - Czarnowłosy przyciągnął do piersi swoje nogi i oparłszy czoło o kolana, zaczął tłumić szloch. - Nie rób mi tego.

"Coś ty, Arielu Kaila, najlepszego uczynił", to było pierwsze, co przyszło mu do głowy. Skopał leżącego, który został już i tak dostatecznie zmięty przez życie. "Jakim okrutnym, prymitywnym i beznadziejnym człowiekiem jestem", jęknął w myślach i wziął głęboki wdech. Nawet mimo usprawiedliwiania tego, że to w dobrych intencjach i, że to pomoże Timowi, czuł się jak najgorszy śmieć. Jego świetlana przyszłość jako nauczyciel, którego wszyscy uczniowie uwielbiają i niemalże czczą jak bóstwo, legła w gruzach razem z jego mniemaniem o własnej osobie.

- Proszę, przecież wiesz, że wtedy to będzie koniec.

Fakt, byłby to koniec wszystkiego. Koniec "normalnego" życia chłopaka, weekendowymi wypadami na miasto oraz koniec ich małego sekretu, który tak skrzętnie skrywali przed wszystkimi. Byłby to koniec świata jaki znali. Nie tylko oni by ucierpieli. Młodsza siostra Tima również odczułaby to i winiłaby siebie. "Co za uderzające podobieństwo, nawet jak na rodzeństwo", szatyn uśmiechnął się w myślach, "Jak coś złego się stało, to zawsze się za to obwiniają. Co z tego, że nawet nie byli z tym związani?". Uspokoił się i spojrzał przez grube szkła swoich okularów na zalane łzami niebo. Jego małe, prywatne niebo oczu, które zazwyczaj iskrzyły się od zadowolenia, a czasem skrywały się w cieniu obrzydzenia. Jednak za każdym razem były dostojne, ale gdy wypływały z nich słone łzy, traciły swoją dumę i przypominały oczy małego chłopca, który zgubił się i nie może poradzić sobie z odszukaniem rodziców. Nie, nie przypominał dziecka. Był bardziej podobny do kociaka po przejściach, który rozpaczliwie potrzebuje odrobiny miłości.

- Timothy, pamiętasz, na jakich warunkach zgodziłem się na to, żebyśmy się spotykali? - Ariel miał ochotę się zabić, a raczej najpierw upaprać powód zmartwień bruneta, a później siebie, bo też nim był... - Było ich aż dwa.

- Że nikt się nie dowie... - zaczął niepewnie Tim, jakby nie był pewny tego, czy dobrze zapamiętał tamte słowa.

- I, że jak coś się będzie się działo, to mówisz mi o tym - dokończył i przechylił głowę, tak, że poczuł miękkie futro Deacona. - Więc?

Chłopak wziął głęboki haust powietrza, próbując powstrzymać łzy, które ciągle płynęły z jego oczu. Ariel zaklął w myślach i ściągając z karku kota, usiadł obok czarnowłosego. Bez słowa przytulił go do piersi. Poczuł jak młodszy zacisnął rękę na materiale koszuli, która po całym dniu prezentowała się okropnie, ale nie miało to większego znaczenia. Pozwolił mu się wypłakać, gładząc go po plecach. Przerabiali to co jakiś czas, ale nadal nie doszli do momentu, kiedy takie sceny nie byłyby już potrzebne. Tim próbował nadal zgrywać twardziela radzącego sobie z każdym problemem, a on udawał, że mu już zwyczajnie nie zależy na ich związku i jest gotowy zniszczyć ten świat jednym telefonem. Brązowooki był zbyt miękki i pierwszy się kruszył, ale i jasnooki ustępował, dzieląc się swoimi strapieniami. Siedzieli tak dłuższą chwilę, gdy łkanie przerodziło się w łapczywie wdychane powietrze, które przeszło do miarowego i głębokiego oddechu.

- To jak? Powiesz mi? - Nadal gładził jego plecy monotonnym ruchem.

Timothy wziął jeszcze jeden głębszy wdech i wyprostował się. Oczy miał zapuchnięte, ale wzrok zdradzał, że już jest lepiej. Niebieskie oczy przejechały po pociągłej twarzy przyozdobionej, oprócz dwójką zmartwionych oczu, jednym pieprzykiem niszczącym złudzenie symetrii, po czym uciekły w bok, szukając rudego kota. Ariel widząc to, pstryknął dwa razy palcami i kot sam wskoczył na kanapę. Tim uspokoił się jeszcze bardziej, gdy Deacon położył się na jego kolanach i machnąwszy kilka razy ogonem zakończony białą plamą, zaczął mruczeć pod wpływem ciepłej dłoni głaszczącej go po miękkiej sierści. Ariel poczuł się odrobinę zazdrosny, ale to szybko ustąpiło, gdy usłyszał chłopaka, który zaczął tłumaczyć się ze swoich problemów. Zaczynając od jego lęków związanych z tym, że jego ojciec dowie się z kim dokładnie chodzi, przechodząc przez obawę, że ktoś ze szkoły dowie się o tym, a skończywszy na irracjonalnym strachu, że Ariel wyląduje w więzieniu za "wykorzystane seksualne".

O ile strach przed ojcem, panem Blake'iem, oraz przed tym, że ktoś doniesie na nich, bo mimo wszystko na związek nauczyciel - uczeń nigdy nie będzie się patrzyło przychylnie, był dla Kaila zrozumiały i nawet rozsądny, to ostatnie zmartwienie, było dla niego wręcz śmieszne. Oczywiście rozumiał, o co chodzi, ale nie potrafił sie tym aż tak przejąć, gdy nawet nie pozwalał młodemu chodzić bez koszulki po mieszkaniu, o próbach rozochocenia go do takich rzeczy nie wspominając. Tak jak większość przyzwoitych nauczycieli, oczywiście jak sam mniemał, miał zasadę, że nie tykał uczniów. Na trzy szkoły, w których już uczył, dopiero w tej pozwolił sobie na dopuszczenie bliżej swojego ucznia. Chociaż, nawet go nie uczył na stałe. Po prostu czasem miał zastępstwa za szykującego się na emeryturę nauczyciela, który prowadził klasę Timothy'ego. Dodatkowo był doradcą zawodowym i jakimś niezwykłym trafem miał przez to przyjemność poznać następnego dyrektora Blake Turmalin Company. Widząc puste oczy, które nie widziały przyszłości innej niż kierowanie jedną z największych w kraju firm zajmujących się przemysłem IT, nie potrafił oprzeć się pokusie podsunięcia mu promyka nadziei, że nie musi tak skończyć. Oczywiście, było to sprzeczne z planami jego ojca. I po wyjawieniu mu skrywanego od długiego czasu marzenia, na następne spotkanie przyszedł z obandażowaną połową twarzy. Z początku nie chciał powiedzieć, co się stało, ale po jakimś czasie zdradził, że oberwał za czelność sprzeciwienia się woli pana Blake'a. Po tym wszystkim została głęboka i gruba szrama biegnąca od niemalże samego lewego oka do końca szczęki. Nigdy nie powiedział czym oberwał, ale Ariel nie naciskał na dowiedzenie się tego. Wolał chyba już nie wiedzieć i spać spokojniej, bez koszmarów o tym, jak Tim jest torturowany tm strasznym narzędziem.

Po tym zdarzeniu niebieskooki chłopak zbliżył się do niego i widząc w nim jedyną osobę, której mógł się zwierzyć ze swoich "małych" problemów. A Kaila nawet nie zauważył, gdy zaczął spędzać z nim o wiele więcej czasu, niż z przeciętnym uczniem. Nie spostrzegł również tego, że w jakiś sposób uzależnił się od tych niebieskich oczu. Zatem po dwóch latach ich znajomości usłyszał, niepierwsze już w swojej karierze nauczyciela, wyznanie miłosne. To było wyjątkowe, bo nagiął swoje zasady. Wmawiał sobie, że to dla tych niebieskich oczu, potrzebujących troski i, że przecież młodemu to się szybko znudzi. Jednak znał prawdę, robił to częściowo dla zaspokojenia własnej żądzy posiadania go i był pewny, że to wszystko skończy się za góra miesiąc, no może półtora. Jakie było jego zdziwienie, gdy po sześciu miesiącach nie dość, że chłopakowi nie przeszło, to tylko się bardziej nakręcał. Co gorsza, on sam też wpadł w tą spiralę. Śmiał się z samego siebie na samą myśl, że wpadł w sieć utkaną przez niedoświadczonego chłopaczka. Za niedługo będą obchodzić rocznicę, a po rozczarowaniu czy znudzeniu obecnym stanem rzeczy, ni widu, ni słychu. Z jednej denerwowało go to, bo w każdym momencie mogło to nastąpić, z drugiej cieszyło, bo to znaczyło, że nie był tylko szczeniacką zachcianką...

- Ariel, przepraszam za wszystko. - Cichy głos Tima wybudził go z rozmyślań. - Chyba już pójdę...

Młodzieniec wstał z kanapy, wydostając się wcześniej z objęć, w które wpadł w międzyczasie opowiadania o swoich lękach. Brązowooki zerknął szybko na zegarek i złapał go za nadgarstek.

- Ale głupi jesteś, za co przepraszasz - mruknął, marszcząc brwi. - Poza tym, o tej porze cię nigdzie nie puszczę.

Niebieskie oczy rozświetlił promyk rozbawienia. Uwielbiał, gdy tak robił, ale nigdy tego nie przyzna, bo straciłoby to na uroku. Ariel próbowałby robić to częściej, by zadowolić go, ale równocześnie zabijając znaczenie tego drobnego, naturalnego gestu.

- Więc może po lampce wina? - zapytał się, unosząc kąciki ust w zawadiackim uśmiechu.

- Ja tak, ty możesz liczyć co najwyżej na sok pomarańczowy. - Timothy się zaśmiał i opadł z powrotem na kanapę.

- No to niech będzie już kawa...

- Zapomnij, nie o tej godzinie.

- Jesteś gorszy od mojej matki - młody Blake jęknął i spojrzał na mężczyznę. - A na herbatę mogę liczyć?

- Oczywiście - odparł starszy i całując blade czoło, wstał, by zniknąć kuchni.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania