#

Był wtedy wieczór. Zbierało się na deszcz. Rodzice nerwowo zerkali w stronę okien. Wiedzieli, że nadszedł czas, kiedy ich dzieci nie były już w tym miejscu bezpieczne. Poza tym nie byli tacy, jak inni. Kochali swoje dzieci i za nic w świecie nie poświęciliby ich nawet, jeśli takie było prawo. Dla nich oddaliby własne życie i możliwość ochronienia w jakikolwiek sposób. Teraz było tylko kwestią czasu, kiedy król przysłałby swoich wiernych sługusów i zaczął działać i tu. W innych wioskach pokazali, jaką mieli władzę.

Dwójka z ich dzieci odziedziczyła magię. Mieli zostać Poszukiwaczami, chodzić do szkoły, uczyć się i pomagać jak najlepiej krajowi, lecz przede wszystkim być dumnym z tego, kim się stali. Ale nie były to już te czasy, które z dnia na dzień zmieniły się w zastraszającym tempie. Ludzie inni, naznaczeni zostawali wykluczani stopniowo ze społeczeństwa.

Rodzice zadecydowali. Nie mieli innego wyboru. W duchu jednak wierzyli, że chłopcy dadzą sobie radę. Ta myśl na chwilę sprawiała, że aż tak bardzo się nie bali. Pozostawili przy sobie tylko drobną dziewczynkę o imieniu Laura, ich drogą córkę. Wiedzieli, że ze swoją kruchością, delikatnością, daleko nie zaszłaby. Kogoś musieli poświęcić. Niestety, ale taka była rzeczywistość. Z tą decyzją musieli się pogodzić. Zaś babci i dziadkowi nie pozostało dużo czasu. Chorowali od dłuższego czasu na nieuleczalną chorobę. Żadne lekarstwa nie pomagały, na które i tak nie było ich stać.

Podczas posiłku, gdy wszyscy usiedli na własne miejsca przy prostokątnym stole, zachowywali się z pozoru naturalnie, nie dając po sobie poznać ich prawdziwych, zatroskanych twarzy. Jednak dziewczynka nie dała się oszukać, od razu zobaczyła, że coś było nie tak.

– Mamusiu? Czy coś się stało? – zapytała z troską i niepokojem. Kobieta przez chwilę nie mogła nic odpowiedzieć, warga jej lekko zadrżała, a ręce zacisnęła z całej siły, przy tym mocno wbiła sobie paznokcie do skóry. Ból był niczym w porównaniu z jej uściskiem w sercu, który z każdą sekundą był coraz bardziej intensywniejszy.

– Nie, nie. Jedź Lauro. – Dziewczynka jeszcze przez chwilę przyglądała się mamie, po czym chwyciła za łyżkę i zaczęła jeść owsiankę.

Chłopcy w tym czasie głośno się przekomarzali.

– Zostaw. – Z zawziętością Rubin chwycił za porcję kurczaka.

– Nie.

– Obiecałeś, że tym razem będzie moja kolej.

– Naprawdę? – Star wziął swoją porcję kurczaka i przysunął ją bliżej siebie.

– Przestańcie! – Ojciec nie wytrzymał. Wziął główne danie i już miał zamiar go wyłożyć na swój talerz, kiedy żona zobaczywszy, co się działo, szybko zareagowała.

– Kochanie... – Jej wzrok zadał niewidzialne pytanie. – Ty też?

– Eee...ghm... – Zaśmiał się i zakłopotał, dłonie złączył i nerwowo ruszał kciukami. Następnie szybko oddał kurczaka w stronę kobiety, który zresztą wędrował już po całym stole. Energicznym ruchem pokroiła go na kilka części i rozdała każdemu na talerz.

– Zawsze to samo. To jest niesprawiedliwe – oburzył się Rubin. – Zawsze ma większą porcję niż ja.

Jednak nikt już nie zważał na pojękiwania chłopca, ponieważ każdy chciał zjeść jeszcze ciepły posiłek, zanim miałby wystygnąć.

Przy gwarze, gdzie cała rodzina wydawała się szczęśliwa i naprawdę też taka była, pomimo chłodu na zewnątrz, w środku atmosfera była podgrzewana rodzinną miłością. Byłoby tak wiecznie, gdyby nie pewne okoliczności, które musiały wszystko zmienić. Rodzice już wcześniej dosypali proszki nasenne do napojów chłopców. Po posiłku nakazali im wypić do dna. Spojrzeli na chwilę na siebie, ukradkiem kiwnęli głową i wyprosili resztę, nakazując tym samym, że pora, aby udać się do spania.

– Mamusiu...

– Tak, kochanie?

– Nie gaś światła.

– Jak zawsze. – Ale dziewczynka miała w zwyczaju się upewnić, że jasność pozostanie do chwili, aż uśnie. Mama przytuliła Laurę, po czym przeszła do pokoju chłopców, którzy już głęboko spali.

Przed północą, wcześniej sprawdzając czy ich najbliżsi sąsiedzi naprawdę wyjechali do znajomych, podnieśli ciała dzieci i owinęli je w białe prześcieradła.

Skierowali się w las, gdzie przygotowali tam prowizoryczny powóz. Ruszyli więc w niebezpieczną trasę. Kiedy stwierdzili, że znaleźli się odpowiednio daleko, przysłonili dwóch chłopców gałęziami. Przynajmniej nie byli tacy widoczni. Jeśli zaś ktoś by tędy przechodził, z pewnością pomyślałby, że to jakieś rozkładające się martwe ciała, które ktoś widocznie nie kwapił się, aby pochować należycie. Ojciec zwrócił się do płaczącej żony.

– Wszystko będzie dobrze. Przetrwają. – Ucałował ją delikatnie w czoło i przez chwilę się przytulali. – Musimy już iść. Zaczyna świtać.

– Dobrze, tylko jeszcze ostatni raz się z nimi pożegnam. – Podeszła do uśpionych, dla niej wiecznych maluchów, ucałowała każdego z osobna i pogłaskała po czole. – Przecież mieli dopiero siedem lat – pomyślała, z wielkim smutkiem na twarzy. Zwróciła się do nich słowami. – Bądźcie dzielni, moje najdroższe dzieci. Tak mi przykro. Nie proszę was o wybaczenie. Jest to wielki grzech, którego nie da się wybaczyć. Lecz żyjcie z tą świadomością, nie uciekajcie. – Na koniec dodała. – Kocham was, na zawsze.

– Chodź. – Pociągnął swą żonę i ruszyli w powrotną drogę.

Chłopcy spali jeszcze parę godzin po odejściu rodziców. Wpierw otworzył oczy Rubin. Pokręcił głową. Na ten ruch zakręciło mu się w głowie. Czuł się nieswojo. W dodatku było bardzo zimno. Coś wydawało mu się, że było nie tak. Zadał sobie niepokojące pytanie.

– Gdzie jestem? Co ja tu robię? – Obok zobaczył śpiącego brata.

– Ej, obudź się. – Szturchnął Stara. – Hej. – Odetchnął z ulgą, gdy jego brat zamrugał swoimi zielonkawymi oczami.

– Co jest? Czemu tak nagle mnie budzisz? – Po paru sekundach oprzytomniał i on także poczuł zimno ciągnące z ziemi. Nie leżał na drewnianej podłodze. Dobrze pamiętał uczucie nierównej, lecz twardej nawierzchni, w dodatku skrzypiącej od starości przy każdym, najmniejszym ruchu. Nad nim rozpościerało się niebo. – Co robiliśmy wczoraj, że usnęliśmy w lesie? Ej, chwila moment. To jakiś żart, prawda? – I mówił do siebie. – Nie, ostatni raz byłem w domu i jadłem kolacje, a potem... – Chłopcy spojrzeli po swoich wystraszonych minach. – To się nie dzieje naprawdę. To sen, prawda? Powiedź, że tak jest. No, dalej. – Trząsł z całych sił ramiona Rubina, wrzeszczał. Brat tylko kręcił to w lewo, to w prawo głową. W jego oczach napływały łzy. W końcu wyznał:

– Najwidoczniej zostaliśmy porzuceni.

– Nie – zaryczał. – Nie, to jakaś pomyłka. Wrócimy, a wszystkiego się dowiemy. Tak. Chodź. – Chwycił brata za dłoń, który zakołysał się na zdrętwiałych nogach. Obaj strzepnąwszy trawsko z ciał ruszyli w kierunku w którym, jak im się wydawało, ścieżka miała prowadzić w stronę domu.

Szli tak już kilka godzin, kiedy Rubin nie wytrzymał.

– Nie rozumiesz? Nie ma nadziei. Nie mamy gdzie wrócić. To nie jest już nasz dom. Czy ty tego nie widzisz? Pozbyli się nas. Jesteśmy dla rodziców tylko ciężarem. Nie ma po co tam wracać. Łapiesz? – Stanął w miejscu.

– To nie idź. Udowodnię ci, że zaszła pomyłka. Zobaczysz.

– Jesteś głupcem! Nie widzisz prawdy? Pomyśl. Zostawili nas. Po tym chcesz wrócić? Po tym, co nam wyrządzili? Tak po prostu wybaczysz im?

– Cholerna pomyłka – zaprzeczał Star i wciąż wmawiał sobie, że to wszystko było kłamstwem. Brat musiał się mylić. Jego oczy przygasły.

– Przecież...

– Przestań już! – wrzasnął Star. – Nie chcę tego słuchać. – Zaczął biec. Rubina zamurowało. Nie wiedział, co powinien uczynić.

Wtem zobaczył zbliżającą się grupę ludzi na koniach. Jego brat nawet ich nie zauważył. Jego myśli były pochłonięte czymś innym.

– Czekaj. Nie idź tam – wrzasnął Rubin, wyciągnąwszy przed siebie dłoń w geście złapania brata, ale biegnący Star nic nie usłyszał. Konie zatrzymały się. Było już za późno. Właśnie pojawiła się armia króla w ciemnych pelerynach, gdzie tylko złoty nitki na ramionach lśniły. Połowa chwyciła za broń. Ktoś wrzasnął:

– Ej, ty tam. – Wyciągnął dłoń i wskazał brata palcem. – Ani kroku dalej. Zatrzymaj się. – Chłopak nie zareagował. – Trzeciego ostrzeżenia nie będzie. – Biegł dalej. Rubin w myślach krzyczał:

– No stój. Zatrzymaj się do cholery! – Kolejny, nieznany głos. Nagle Rubin przeraził się, ponieważ zobaczył ciemną postać, która nie wróżyła nic dobrego. Jako jedyny miał na sobie ciemną maskę. Domyślał się, kim był. Właśnie natrafili na człowieka, który był najbliżej króla, tak zwaną jego prawą ręką. Przynajmniej tak powiadali. – Co tu robią? – Chłopak zastanawiał się, ale jego wzrok kierował się po chwili w stronę brata. Postanowił biec za nim. Uświadomił sobie przy tym, że w biegach był zawsze beznadziejny. Co chwilę nogi jego się plątały. Pewnie dlatego z bratem zawsze przegrywał. Nie był zbyt szybki. – Niech to szlag – wyszeptał Rubin. Zacisnął dłonie. Nadal głazy kamieni nie zdradzały jego pozycji.

Człowiek w masce podniósł palec do góry. Wiedział Rubin, co się zaraz stanie. Nieznajomy odezwał się.

– Zabić świadka naszej wyprawy.

Rubin spróbował obudzić w sobie moc, ale nic się nie stało. Nie byłe pełnoletni, stąd bariera hamująca jego siłę wciąż była pod kluczem. Ale przecież nie mógł się tak poddać. To był jego brat. Spróbował przyśpieszyć, co skończyło się bolesnym upadkiem. Podniósł się i... wtedy stało się. Jeden z nich pociągnął za spust.

Wystrzał sprawił, że Star zamarł. Uświadomił sobie przez krótką chwilę, co się działo. Jakby jakaś siła spowodowała, że uwolnił się z własnego otępienia. Odchylił głowę i spojrzał ostatni raz w stronę nieba. Nawet nie wydał z siebie okrzyku, skrzywił się odrobinę. Zszokowany szukał wzrokiem brata, ale jedyne, co było mu dane zobaczyć, były ciemne oczy przybysza. Upadł na ziemię, a z boku wypływała krew.

– Mój kochany braciszek, nie. Nie tak miało być. Nie zostawiaj mnie. Błagam! – Rubin zacisnął mocno usta, gdyż o mały włos krzyknął. Widział z oddali kręcone loczki brata takie jak u niego, które zasłoniły jego pół twarzy. Szybko Rubin skrył się za najbliższą skałę. Zaczął się trząść. Bał się, że i po niego zaraz przyjdą, że mogli go w tym całym zgiełku zobaczyć. Myślał gorączkowo. – Porzucony przez rodzinę, tak... to mogłem jeszcze znieść. Lecz nie utrata brata. Nie. To się działo za szybko. Nie mogę się teraz rozkleić. – Swój wzrok teraz pełen nienawiści, skierował w kierunku odjeżdżających na koniach ludzi. Gdy już wszystko ucichło, podbiegł do brata. Zobaczył jego uśmiechniętą twarz. Tak się cieszył na spotkanie z rodziną. – Wybacz mi. Ja... nie potrafiłem cię ochronić. Nic nie mogłem zrobić. – Nie mógł nic więcej wydusić z siebie, żadnego, sensownego zdania. Obiecał spełnić jego wolę i wrócić do domu. Ruszył więc w drogę, wcześniej wykopawszy prowizoryczny grób dla Stara. Na patyku zawiesił wstążkę, która wcześniej wiązała jego długie włosy.

– Niech cię bogowie mają w opiece, bracie – odparł.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Paradise 15.05.2017
    Kolejny udany rozdział :) szkoda, że taki smutny, ale ja się nie będę gniewać xD oczywiście 5 i czekam na kolejny :D
  • Tanaris 15.05.2017
    Taki faktycznie klimat, chociaż w pewnym momencie próbowałam być zabawna, ale chyba mało mi wyszło :P
  • Szymon Skolarus 16.05.2017
    Zbyt smutne:(
  • Tanaris 16.05.2017
    Też mam takie odczucie :/
  • Ritha 17.05.2017
    Ojej, ależ smutaśnie, łapie za serce, tak w Twoim stylu. :) Ciągle nowe postaci, zastanawiam się jak połączusz to w całość. Nom, i oczywiście czekam na kolejne :) 5.
  • Tanaris 17.05.2017
    Zanim przybędzie Tyki, to najpierw przybliże wam niektóre historie, aby później nie było tego za dużo. Chociaż i tak pewnie jest. :p
  • Ritha 17.05.2017
    Tanaris nie, nie, nie jest. Tylko będzie wymagało sprytu to połączyć zgrabnie. Czytnij sobie Nożyczki (tylko musialabyś od początku), ona po mistrziwsku połączyła wątki, może się zainspirujesz:)
  • Tanaris 17.05.2017
    Ritha chyba że tak. A zresztą. Masz rację, będę pisać po swojemu xD
  • pasja 17.05.2017
    Jak ogromna musiała być determinacja rodziców, skoro zdecydowali się na taki krok. Ale czy dobry. Star zginął, czy musiał. Co dalej z Rubinem I jego rodziną. Pozdrawiam 5
  • Tanaris 17.05.2017
    Jak tylko będę miała czas, to wstawię kolejną część, napisana jest, ale dziś święto w Norwegi, więc idę na obchody xD Ale może się uda jeszcze *,*
  • Tina12 13.07.2017
    Szkoda, że każda walka wymaga ogiar. Szczególnie gdy tymi ofiarami są dzieci.
    5
  • Tanaris 13.07.2017
    Cieszę się, że czytasz dalej. :)
  • Desideria 28.07.2017
    Mam wrażenie, że ta prawą ręką jest sam król zaczarowany przez Edena.
    Biedny chłopiec stracił wszystko, mam nadzieję, że poradzi sobie z tym bólem. 5
  • Tanaris 28.07.2017
    Takie chwile są ciężkie, ale będą siłą w przyszłości. Jestem tego pewna. Dziękuję.
  • Marzycielka29 31.07.2017
    Nadrabiam :) Poprzednie części oceniłam bardzo pozytywnie. Podoba mi się jak prowadzisz historię, w której zawsze cos się dzieje, a jednak akcja toczy się w odpowiednim tępię. Zwróciłam w tym rozdziale uwagę na jedno zdanie, które troszeczkę dziwnie brzmi. "Teraz stanowiła kwestia czasowa" chyla lepiej brzmiałoby Teraz było tylko kwestią czasu, ale to tylko moja sugestia.
  • Tanaris 31.07.2017
    Zdecydowanie lepiej brzmi, na pewno poprawię. :)
    Pewnie wiele temu opku brakuję, ale pomimo tego będę dalej się starać. Dzięki śliczne <3

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania