Skalne sanktuarium

Nastała noc, a wraz z nią czas mojej spowiedzi. Gdy piszę te słowa, księżyc jest w idealnej pełni i spoziera z przejrzystego nieba, osnuwając świat srebrzystym, trupiobladym wręcz blaskiem. Zupełnie, jak tamtej nocy, do której nie chciałbym w żaden sposób powracać. Jednakże robię to i tak, albowiem świadomość mej rychłej śmierci mnie do tego przymusza.

 

Tak, z całą pewnością wiem, iż nie będzie mi dane zobaczyć kolejnego świtu, a przeświadczenie, że ten moment nadejdzie, towarzyszyło mi niezmiennie od owej nocy. Widmo śmierci wisiało nade mną i trójką mych towarzyszy i nie odstępowało od nas na krok. Dyszało nad naszymi ramionami, niczym złakniony ogar, czekając tylko, aż będzie mogło zatopić w nas swoje kły.

 

A teraz czeka jedynie na mnie, jako że jestem ostatnim żywym świadkiem tamtych przerażających wydarzeń. Z tego też względu spisuję w tej chwili to wyznanie, pozostawiając je ku przestrodze. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, iż nieliczni jedynie wezmą je, za cokolwiek innego, niż dzieło imaginacji szaleńca. Być może tak jest w istocie. Bez cienia wątpliwości jestem na poły szalony. Nim przeczytacie ostatnie me słowa, spostrzeżecie, że mam ku temu wszelkie powody. Tymczasem zaklinam się na mą przeklętą duszę, iż historia ta spotkała mnie i mych nieszczęsnych przyjaciół w istocie.

 

Opowieść ta zaczyna się najzupełniej niepozornie, co niestety umniejsza jej wiarygodności. Czas jakiś temu, będzie to już przeszło kilka lat, wybraliśmy się (ja i wyżej wspomniana trójka) w pobliskie mi pasmo górskie. Wyprawę tę planowaliśmy odpowiednio wcześniej i zdawało nam się, że w dniu wyjazdu byliśmy doskonale przygotowani. Koleją dotarliśmy do malowniczego, choć przesiąkniętego turystyczną komercją miasteczka K. u podnóża gór.

 

Ponieważ na miejsce przybyliśmy tuż przed zapadnięciem zmroku, postanowiliśmy zameldować się w jednym z licznych pensjonatów, z postanowieniem wyruszenia na szlak o świcie. Mimo że podróż nas zmęczyła, tamtej nocy sen nie przychodził lekko żadnemu z nas. Składaliśmy to wówczas na karb ekscytacji długo wyczekiwaną wyprawą oraz nadzwyczajnie jasną noc, było to bowiem przedednie pełni. W każdym razie usnęliśmy późno, a nasze sny wypełniły koszmary.

 

Osoby przesądne bez wątpienia od razu uznałyby tę noc za zły omen. My jednak uważaliśmy się za ludzi światłych i nieskłonnych do ulegania zabobonom, toteż nawet, jeśli ktoś z nas w istocie miał jakiekolwiek obawy, zachował je dla siebie. Ku naszemu nieszczęściu. Nie zważywszy na ciężką noc, wstaliśmy zgodnie z planem o świcie. Wizje wędrówki, zachwycających krajobrazów oraz eksploracji nowych miejsc wyparły z naszych głów wszelkie wspomnienia sennych mar.

 

Pasmo górskie, w które przyjechaliśmy, nie należało do najwyższych i miejscami jedynie sięgało ponad półtorej tysiąca metrów wysokości ponad poziomem morza. Z racji swej natury jednak poprzecinane było systemami jaskiń, które to właśnie stanowiły cel naszej wyprawy. Zamierzaliśmy odwiedzić jedną z mniej zbadanych jaskiń, która jednak nie wymagała od nas znaczących umiejętności oraz przygotowań. Wedle wszelkiej dostępnej nam podówczas wiedzy, można się było po niej poruszać bez konieczności wspinaczki lub opuszczania się na linach, a ponadto Ci, którzy ją odkryli, twierdzili, iż nie sposób się w niej zgubić, bowiem nie składa się z plątaniny korytarzy i ślepych zaułków, jak niektóre z podziemnych labiryntów w tej okolicy.

 

Jeśli znasz mnie i ludzi, o których mówię, Czytelniku (a zakładam, że wiadomość ta w pierwszej kolejności trafiła do osoby mi znajomej, potem dopiero do śledczych, bądź innych władz), to wiesz, czemu akurat badanie jaskini było tak istotnym punktem naszej małej ekspedycji. Tym, którzy jednak nie mieli okazji nas poznać, spieszę z krótkim wyjaśnieniem, które – żywię taką nadzieję – pozwoli lepiej pojąć nasze speleologiczne zainteresowania.

 

Otóż, jak wspomniałem na początku, nasza grupa liczyła dokładnie czterech członków. Byli to moi wieloletni przyjaciele i szacowni, wykształceni ludzie. W tym momencie pozwolę sobie ich przedstawić, lecz ze smutkiem muszę stwierdzić, że ich nazwiska mogą być, co niektórym znane wyłącznie z nekrologów pojawiających się w ostatnich miesiącach.

 

Będąc dżentelmenem, zacznę od jedynej w naszym towarzystwie damy, doktor biologii Isabeli Linde, której domeną była ornitologia. To ona była jedną z inicjatorek eksploracji jaskini F., albowiem przypuszczała ona, że może w niej gnieździć się pewien wielce rzadki gatunek ptaka górskiego.

 

Drugim inicjatorem był profesor James Gordon– międzynarodowej sławy brytyjski geolog, którego przyczyny zainteresowania jaskiniami wyjaśniać chyba nie muszę.

 

Trzecim naszym towarzyszem był mój prywatny przyjaciel doktor Thomas Berger, wykładowca na Uniwersytecie Monachijskim, uznany speleolog, który z racji dziedziny, w której się specjalizował, był nieoficjalnym kierownikiem i przewodnikiem naszej wyprawy.

 

Można by zadać sobie pytanie, co też ja – skromny historyk, wydawałoby się, w żaden sposób niezwiązany z dziedzinami, które zajmowały wyżej wspomnianych – robiłem w tej ekspedycji. Aby zatem trzymać się prawdy, powiem, wprost, iż zawdzięczam swój udział osobistym koneksjom z jej organizatorami. Choć sam nic pożytecznego nie wnosiłem do tej wyprawy (może poza znajomością owych gór), to wiązałem z nią niejakie nadzieje, a wszystko to w związku z miejscowymi podaniami, jakoby te jaskinie przed wiekami były zamieszkane. Opowieści te, mniej lub bardziej zniekształcone przez ustne ich przekazywanie oraz wzbogacone o folklorystyczne, często skrajnie niewiarygodne bajania, rozbudziły moją archeologiczną ciekawość, która lata temu pchnęła mnie ku studiom historycznym.

 

Tak oto w pewnym sensie każdy z nas miał własny cel w tej wspólnej eskapadzie i śmiało mogę rzec, że każdemu z nas było dane go wypełnić. Nie skłamię jednak, gdy powiem, że po stokroć bardziej wolałbym, abyśmy całą czwórką dożyli spokojnej starości, aniżeli postawili nogę w tamtej grocie. Powiem więcej – żałuję, że w ogóle w naszych głowach urodziła się myśl, aby wyruszyć na jej zbadanie.

 

Uczyniwszy zadość wyjaśnieniom, powrócę teraz do właściwej opowieści i zrobię wszystko, żeby nie wydłużać jej zanadto. Nazbyt obawiam się, że mógłbym jej nie dokończyć, nim… nadejdzie mój czas.

 

Do wejścia jaskini dotarliśmy po niespełna trzech godzinach marszu. Trasa nie była stroma, ani niebezpieczna – bez trudów pokonałoby ją nawet dziecko. Ciemna wnęka w litej skale zagrodzona była łańcuchem, na którym zawieszona była drewniana tabliczka informująca o zakazie wstępu. Mając ze sobą wykwalifikowanego speleologa, nie musieliśmy na nią zważać. Przeskoczyliśmy to niewyszukane ogrodzenie i wkroczyliśmy w mroki groty.

 

Korzystając z elektrycznych latarni oświetlaliśmy wilgotne ściany łukowato zbiegające się na szczycie oraz nierówne dno usiane odłamkami skalnymi. W głębi wnęki ział czarny owalny otwór, będący końcem jedynego korytarza, który prowadził z powierzchni w głąb podziemnego kompleksu. Przelotnie rozejrzawszy się po samej wnęce, która nie oferowała niczego interesującego, udaliśmy się w kierunku owego tunelu.

 

Był on na tyle wysoki i szeroki, że spacer nim nie stwarzał nam żadnych trudności, ani nie wzbudzał powszechnego w takich miejscach poczucia klaustrofobii. Ciągnął się i kręcił przez kilkanaście, bądź kilkadziesiąt metrów, nieznacznie opadając w dół. Na drugim jego końcu znajdowała się pierwsza pieczara w tym systemie.

 

Była on pokaźnych rozmiarów, której nieregularny kształt można by przyrównać ostatecznie do okręgu o średnicy dobrych piętnastu metrów. Tu i ówdzie ze sklepienia zwieszały się stalaktyty, których długość sięgała nawet do metra, a i tak daleko od nich było jeszcze do naszych głów. Pod nimi wyrastały podobnych rozmiarów stalagmity. Zaledwie w dwóch czy trzech miejscach łączyły się one ze sobą, tworząc gładkie, żółtawe kolumny.

 

W powietrzu unosił się zapach zatęchłej wilgoci. Porażającą ciszę przerywało miarowe rozbijanie się o skalną posadzkę kropel wody, które spadały z sufitu. Gdy tylko weszliśmy do środka, od razu dostrzegliśmy ruch na jednym z występów w lewej ścianie. Skierowawszy tam światła latarek, naszym oczom ukazał się poszukiwany przez Isabelę ptak. Z nieskrywanym zachwytem, ale i ostrożnością, udała się w jego kierunku. Profesor Gordon z zaciekawieniem przyglądał się skalnym konstrukcjom wypełniającym grotę, natomiast ja z Thomasem poszukiwaliśmy czegokolwiek, co mogłoby dowodzić bytności ludzi w tym miejscu wieki temu.

 

Mogły to być rzeczy tak prozaiczne, jak nikłe ślady narzędzi na ścianach, bądź sztucznie uformowane odłamki skalne. Nietrudno, więc wyobrazić sobie, jak wyglądały te poszukiwania. Oglądaliśmy ściany, sklepienie i dno groty fragment po fragmencie. W tym czasie pani Linde zdążyła wykonać szkic zlęknionego zwierzęcia, jak i jaja, które wysiadywało, a James zebrał kilka interesujących go próbek. Zakończywszy badania w tym miejscu, postanowiliśmy wyruszyć dalej.

 

Nie licząc drogi powrotnej, mieliśmy do wyboru dwa tunele, które prowadziły do znacznie mniejszych pieczar, a z jednej z nich wychodził znowuż jeszcze jeden korytarz, prowadzący do ostatniej groty w tym, niewielkim bądź, co bądź, systemie. A przynajmniej tak wskazywały zapiski odkrywców tejże jaskini.

 

Zgodnie uznaliśmy, że w pierwszej kolejności udamy się do jaskini bez dalszego przejścia, a następnie dotrzemy do końca kompleksu i wyjdziemy na powierzchnię. Tak też, mając za plecami korytarz, z którego przyszliśmy, udaliśmy się do lewego tunelu.

 

Na jego końcu w istocie odnaleźliśmy kolejną pieczarę. Była ona znacząco mniejsza od poprzedniej, a przy tym tak niska, że nie dało się tam nawet stanąć w wyprostowanej pozycji. Przejrzawszy dokładnie jej wnętrze i nie znalazłszy niczego godnego większej uwagi, z bólem pleców od ciągłego schylania, udaliśmy się w drogę powrotną.

 

Przestałem już żywić nadzieję, co do tego, by w tej jaskini odnaleźć jakiekolwiek ślady dowodzące słuszności opowiadań miejscowych. Jej rozmiary i położenie raczej nie zachęcałyby nikogo w dawnych czasach do szukania tam schronienia. Uznałem, że musiały one dotyczyć innych, być może niżej położonych jaskiń. W głowie już układałem plany ich zbadania, nie zważając zanadto na otoczenie i idąc za Thomasem, który prowadził nas ku kolejnym odkryciom.

 

Gdy ponownie wkroczyliśmy do głównej groty, na wprost nas był tunel prowadzący na zewnątrz, a po lewej ten, który nas interesował, wiodący do ostatnich niezbadanych przez nas miejsc. Bez wahania się w niego zagłębiliśmy.

 

Był on dużo węższy niż ten, którym weszliśmy do środka. Mogliśmy iść wyłącznie gęsiego, a na niektórych odcinkach wręcz ocieraliśmy się ramionami o ściany. Echa naszych kroków niosły się daleko przed nami i za nami, wypełniając ciszę podziemnych korytarzy. Zimno i wilgoć zaczynały dawać nam się we znaki i co rusz kogoś z nas przechodził dreszcz, mimo że nie minęła godzina, odkąd weszliśmy w mroki tego naturalnego lochu.

 

Przedostatnia grota okazała się być niemal identyczna jak ta, którą zwiedziliśmy przed momentem i równie nudna, toteż nie poświęciliśmy jej zbyt wiele czasu i od razu przeszliśmy dalej. Ostatni korytarz okazał się najdłuższy i najbardziej kręty, lecz na szczęście, tak jak mówiły zapiski pierwszych badaczy, pozbawiony rozgałęzień.

 

Bardzo dziwnym zdaje się upływ czasu, gdy człowiek idzie takim tunelem. Krajobraz nie zmienia się, ciemność jest rozpraszana jedynie słabym światłem latarek, a kroki są niczym tykanie zegara. Wydaje się, że minęły wieki, a tak naprawdę marsz trwa od kilku minut. Z tego względu, gdy zbliżaliśmy się do wylotu, byliśmy znudzeni do granic możliwości, choć w rzeczywistości szliśmy nie dłużej niż kwadrans lub dwa.

 

W pewnym momencie zauważyliśmy, że w korytarzu robi się jaśniej. W pierwszej chwili uznaliśmy to za złudzenie spowodowane odbijaniem się elektrycznego światła od mokrych ścian, ale gdy wyłączyliśmy nasze latarnie, okazało się, że w istocie zza następnego zakrętu docierała do nas słaba poświata. Dało się też odczuć chłodny wiew przeciągu, który przez wszechobecną wilgoć przenikał do kości. Przyspieszyliśmy kroku, by, czym prędzej, zbadać źródło tego wiatru, jak i światła.

 

Okazało się, że za załomem znajdowała się już ostatnia poszukiwana przez nas jaskinia. Była przestronna, największa ze wszystkich. Stalagnaty wypełniały ją w zaskakująco równych rzędach, przywodząc na myśl kościelne kolumnady, podtrzymujące sklepienie. Wrażenie to potęgował otwór w samym środku sufitu, który był wylotem skalnego komina i przez który to docierało do nas światło dnia. Promienie słoneczne odbijały się od gładkich ścian, rozświetlając całą pieczarę i ukazując nam jej cuda.

 

Ze skalnych występów jak gdyby wyrastały pootwierane geody, których kryształowe wnętrza mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Z zachwytem chłonęliśmy ten magiczny widok, a ja bez wątpienia byłem oczarowany tą świątynią (podobieństwo do różnego rodzaju kaplic było zbyt silne, abym mógł inaczej określać owo miejsce), bo bez wątpienia była ona odwiedzana przez ludzi. Świadczyły o tym liczne żłobienia i ryty na ścianach nad występami, oraz na samych występach, wokół odkrytych minerałów.

 

Z podnieceniem zacząłem je oglądać, podejmować próby ich odczytania oraz przerysowywania. Przypominały jakiś zamierzchły rodzaj pisma runicznego, lub hieroglificznego, który jednak nie przypominał żadnego znanego mi alfabetu. Z równym zapałem dołączyli do mnie moi towarzysze – znaków było tak dużo, że samemu musiałbym poświęcić na ich udokumentowanie długie godziny.

 

Szczególnie zdumiony był profesor Gordon. Przyglądał się badawczo geodom i pomrukiwał przy tym w kółko „niebywałe”. Jego zdaniem tego typu minerały nie powinny w ogóle znajdować się w tych górach. Z żalem przyznaję, że nie obeszły mnie w tamtej chwili te rozważania, albowiem zbyt pochłonięty byłem tymi runami.

 

Bez mała dwie godziny zajęło nam zapisanie wszystkiego we własnych notatnikach. Przez naturalny świetlik zaczęliśmy dostrzegać, że z wolna ma się już ku wieczorowi. Omiótłszy wzrokiem po raz ostatni to przedziwne skalne sanktuarium, na powrót zagłębiliśmy się w tunel, tym razem zmierzając już ku powierzchni.

 

Minęliśmy bez zainteresowania pośrednią jaskinię i dotarliśmy do groty, w której gnieździł się ptak. Na nasz widok uniósł głowę i wydał z siebie przeciągły dźwięk, który zmroził mi krew w żyłach. Nie zastanawiając się długo, poszliśmy do korytarza na wprost, który powinien wyprowadzić nas na zewnątrz. Jednak już w połowie drogi, zaczęliśmy zauważać, że coś nie jest tak, jak być powinno. Tunel zwężał się, mimo że pamiętaliśmy doskonale, iż był on szeroki na całej swej długości. Wyobraźcie sobie nasze zdumienie, gdy miast do jamy w górskim zboczu, dotarliśmy do niskiej pieczary, do której udaliśmy się wcześniej.

 

Zrzuciwszy winę na zmęczenie i podekscytowanie dokonanymi odkryciami, roześmialiśmy się i szybkim tempem powróciliśmy do głównej jaskini. Ptak nadal siedział na jaju i znów nam się przyglądał. Tym razem mógłbym przysiąc, że jego głos był szydzący. Przezornie wyjęliśmy prowizoryczną mapę sporządzoną przed wyjazdem i dokładnie sprawdziliśmy, dokąd winniśmy pójść, aby wydostać się na zewnątrz. Pewni siebie wybraliśmy tunel po prawej i ruszyliśmy w drogę. Jednakże, kiedy naszym oczom ukazała się jaskinia, z której mogliśmy dotrzeć dalej do groty z geodami, wcale nie było nam już do śmiechu. Jakim cudem dwa razy z rzędu dokonaliśmy złego wyboru? Nie mieliśmy pojęcia. Zaniepokojeni już z racji upływającego czasu, wróciliśmy do punktu wyjścia. Wybieranie kolejnego tunelu na ślepo nie miało dalszego sensu. Postanowiliśmy rozdzielić się. Ja i James udaliśmy się na lewo, Isabela i Thomas na prawo. W progu tunelu, z którego wyszliśmy położyliśmy kilka kamieni, żeby ci, którzy natrafią na niską jaskinię, mogli bez szans na pomyłkę wybrać ostatnią dobrą drogę.

 

W drodze zastanawialiśmy się wraz z profesorem, jak doszło do tego, że zgubiliśmy się w tak prostym kompleksie i jednocześnie podziwialiśmy grotołazów, którzy odnajdywali drogę nawet w splątanych labiryntach tuneli i jaskiń. Gdy znów dotarliśmy do ślepego zaułka, zrezygnowani zawróciliśmy. Z niejakim przerażaniem w połowie drogi spotkaliśmy Thomasa i doktor Linde. Twierdzili, że oni również trafili na tą samą komnatę, od której my wracaliśmy. Zdawało nam się to rzeczą całkowicie niemożliwą, ale uczyniliśmy im zadość i razem wróciliśmy się, żeby pokazać im, że są w błędzie. Poszliśmy więc, ale zamiast do nisko sklepionej pieczary, dotarliśmy do jaskini z rozgałęzieniem i ptakiem, którego drwiący śmiech tym razem spostrzegli wszyscy. W nasze umysły poczęło się wkradać zdenerwowanie i lęk. Nie mając z grubsza wyboru, ruszyliśmy do drugiego tunelu.

 

Zdławiony krzyk wydarł się z usta Isabeli, gdy na jego końcu naszym oczom ukazała się kolumnada i geody, słabo już połyskujące w ostatnich promieniach dnia wpadających z otworu w suficie. Dotarliśmy tam bezpośrednio, bez mijania tamtej jaskini i, co więcej, nie wchodząc w tunel założony kamieniami. Zacząłem odnosić wrażenie, że tracimy zmysły od ciemności, chłodu i błądzenia. Zrezygnowany siadłem na mokrej podłodze i oparłem się o kolumnę. Nawet Thomas, dla którego eksploracja jaskiń nie była pierwszyzną, nie ukrywał zaniepokojenia zaistniałą sytuacją. To, co właśnie się wydarzyło, nie miało prawa się wydarzyć. Dokładnie sprawdziliśmy każdy zakątek każdej groty i każdego tunelu. Nie mogliśmy tutaj dotrzeć inaczej niż przez pośrednią jaskinię i dwa korytarze, a jednak oto byliśmy tam i nie wiedzieliśmy, co zrobić. Nie pozostało nam zgoła żadne inne wyjście, jak wrócić tą samą drogą.

 

Po nużącym marszu przyszliśmy do pieczary o niskim suficie, z której powinien wychodzić kolejny korytarz, prowadzący do głównej komnaty z trzema wyjściami. Korytarza jednak nie było. Miejsce, w którym się znaleźliśmy, łudząco przypominało nisko sklepioną jaskinię, do której przecież nie dało się dotrzeć bez przechodzenia przez tę z ptasim gniazdem. Obejrzeliśmy każdą ścianę, każdy załom i zagłębienie, ale jedyna możliwa droga, to ta, którą tutaj przyszliśmy. I w ten oto sposób zostaliśmy zamknięci pomiędzy dwoma grotami, bez możliwości wyjścia. Thomas jeszcze kilkukrotnie sam pokonał ten korytarz, nim poddał się i dołączył do nas w tajemniczej skalnej kapliczce (w myślach już nie wątpiłem, że tym w istocie była) i zasiadł na jednej ze skalnych półek.

 

Atmosfera, jaka zapanowała pomiędzy nami, była – z braku lepszego słowa i z nutą wisielczego humoru – grobowa. Nie odzywaliśmy się prawie do siebie, każdy w duchu rozmyślał nad tym, co nas spotkało i z niepokojem obserwował, jak coraz mniej światła wpada do jaskini. Latarki już dawno wyłączyliśmy, żeby móc skorzystać z nich rankiem. Postanowiliśmy bowiem przeczekać noc i następnego dnia ponownie szukać wyjścia ze świeżymi umysłami. Zrezygnowaliśmy ze zjedzenia resztki zapasów, których przezornie zabraliśmy więcej, pozostawiając je na poranek, a następnie każdy z nas znalazł sobie wygodny i w miarę możliwości suchy kąt, w którym umościł się i szczelnie opatulił ciepłymi płaszczami.

 

Sen długo nie przychodził. Emocje związane wpierw z dokonanymi odkryciami, a potem z zagubieniem się w tunelach i przeczącym zdrowemu rozsądkowi błądzeniu po nich; czający się w zakamarkach umysłu, irracjonalny przecież lęk przed tym, że nigdy niedane nam będzie wydostać się na powierzchnię; w końcu coś tak prozaicznego jak wilgoć i niewygoda – te rzeczy nie pozwalały nam zmrużyć oka przez długi czas. Z niejaką trwogą obserwowaliśmy, jak jaskinia pogrąża się w nieprzeniknionej ciemności, gdy gdzieś za grubymi ścianami góry, wewnątrz której się znajdowaliśmy zachodziło Słońce.

 

W końcu mojej głowie zaczęły się przeplatać ze sobą różne myśli krążące wokół wydarzeń minionego dnia i zapadłem w niespokojny sen. Gdy się przebudziłem, poznałem po miarowych oddechach, że pozostali moi przyjaciele śpią. Jaskinię wypełniała blada poświata księżyca – w jego świetle kolumny przypominały kości jakiegoś gigantycznego stworzenia, a geody – rozłupane czaszki. Otrząsnąłem się z tych odrażających wizji, które podsuwał mi wybudzony z jakiegoś nieuchwytnego koszmaru umysł i spojrzałem na zegarek. Było na tyle jasno, żebym mógł dostrzec, iż jest godzina druga w nocy.

 

Wrócić do sennych potworności nie chciałem, więc zacząłem jak najciszej chodzić po jaskini i raz jeszcze przypatrywać się jej dziwom. Oglądając ją w środku nocy, spowitą księżycowym blaskiem, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że miała ona przeznaczenie religijne. Skalne półki przypominały ołtarze, geody wystawione na nich były niczym święte relikwie lub instrumenty ceremonialne, zapisane runy na ścianach mogły być freskami, a całości dopełniał naturalny świetlik – tak charakterystyczny element wielu dawnych świątyń – przez który, gdy spojrzeć pod odpowiednim kątem, widać było wyraźnie tarczę księżyca w pełni. Rozważaliśmy oczywiście, czy nie zdołalibyśmy się przez niego wydostać, jednak komin był zdecydowanie zbyt wąski i zbyt długi, aby podejmować takie próby. Poza tym, jego wylot znajdował się dobre trzy metry ponad naszymi głowami.

 

Zaciekawiony tym, jak idealnie można przez niego obserwować księżyc, począłem się cofać i schylać, utrzymując głowę w prostej linii do tego tunelu. Tak oto trafiłem do zagłębienia w ścianie, które od razu skojarzyłem z niczym innym, lecz ze swego rodzaju boczną nawą kościelną. Teraz było ono doskonale widoczne, podczas gdy za dnia, spowijał je mroczny cień. Zastanawiając się, czy przypadkiem jej nie pominęliśmy, przesuwałem palcami po wyrytych symbolach wypełniających całą powierzchnię ściany.

 

Niespodziewanie dłoń moja natrafiła na szczelinę na tyle grubą i głęboką, by włożyć w nią palce aż do ich nasady. Chcąc lepiej ją zbadać, pozwoliłem sobie na zapalenie latarki. Omal nie zawołałem ze zdziwienia, kiedy odkryłem, że ciągnie się ona od dna jaskini pionowo ku górze, gdzie zakręca po łuku i powraca na powrót w dół. Oczywiste skojarzenie z ramą drzwi nasuwało się same. Zgasiłem latarkę i pospiesznie zacząłem sunąć dłonią przez szczelinę, próbując wymacać jakiś uchwyt, ukryty mechanizm, cokolwiek, co mogłoby otworzyć te drzwi, jeżeli w istocie tym właśnie były, a o to się w duchu modliłem.

 

Z radością natrafiłem czubkami palców na poprzeczną, pustą przestrzeń, której mogłem się mocno chwycić. Tak uczyniłem i szarpnąłem z całych sił. Nie ma chyba słów, które oddałyby to, co poczułem, gdy skała drgnęła i powoli zaczęła ustępować. Byłem jednocześnie szczęśliwy, podekscytowany, lecz także zatrwożony, co też może się znajdować po drugiej stronie.

 

Gdy drzwi nie wydając niemal żadnego dźwięku rozwarły się na szerokość dłoni, chwyciłem je oburącz i otwierałem szerzej, wpuszczając do jaskini powiew odrażająco wręcz zatęchłego powietrza, od którego zakręciło mi się w głowie, a po plecach przeszedł dreszcz. Taki fetor czułem ostatni raz, gdy badałem pewne katakumby w południowym Tyrolu. Natychmiast zakryłem usta i nos chusteczką, i zastanawiałem się, czy zbudzić moich towarzyszy. Nie chcąc jednak dawać im złudnej nadziei, postanowiłem wpierw samemu sprawdzić, co kryje się za tajemniczymi drzwiami.

 

Zapaliwszy na powrót latarkę, wkroczyłem w mrok kolejnego korytarza, tak innego od tych, którymi błądziliśmy za dnia. Bez cienia wątpliwości został on wykuty ludzką ręką i cały miał kształt i rozmiar taki, jak prowadzące do niego wrota – półtorametrowego łuku. Zgarbiony szedłem, rozświetlając pokryte w całości tajemniczymi znakami ściany. Czułem dreszcz podniecenia na samą myśl, jak wielkiej wagi odkrycia właśnie dokonuję. Choć znałem dzieje tej ziemi i zamieszkujących ich ludów niemal na wylot, nie potrafiłem przyporządkować tego dziwnego miejsca do jakiegokolwiek plemienia, czy nawet epoki. Wydawało się, starsze, aniżeli cokolwiek innego, co dane mi było w swojej trzydziestoletniej karierze zobaczyć.

 

Jedyne skojarzenie, jakie miałem, było zabawne i zatrważające zarazem, dotyczyło bowiem dywagacji pewnej studentki archeologii, której promotorem niegdyś byłem. Anna Kastner snuła teorie na temat pradawnej, zaawansowanej cywilizacji, która zamieszkiwała nasz świat na długo przed pojawieniem się ludzi i wyznawała wiarę, która rzekomo miała być źródłem wszystkich innych późniejszych religii. Wówczas śmiałem się z tych opowieści, mimo że młoda dama potrafiła ją zaskakująco dobrze popierać różnego rodzaju podobieństwami w odkryciach archeologicznych na całym świecie, oraz zbieżnościami w wielu zupełnie odmiennych wyznaniach.

 

Gdy tamtego dnia przemierzałem ten zadziwiający korytarz, zmierzając na spotkanie tej nieopisanej grozy i w pewnym sensie własnej śmierci, zaczynałem wierzyć w jej tezy, a na myśl o tym, jakie konsekwencje miałoby ich potwierdzenie, wręcz kręciło mi się w głowie, a w późniejszym czasie, kiedy mozolnie odcyfrowywałem te zapiski, które udało nam się przepisać, zimny pot spływał mi po plecach.

 

Tunel ciągnął się prosto przez kilkadziesiąt metrów, nigdzie nie skręcał, nie podnosił się, ani nie obniżał. Z każdym moim krokiem natomiast nasilał się ten paskudny odór – odór zgnilizny, rozkładu, śmierci. Nagle, zupełnie niespodziewanie, tunel się skończył i wyszedłem, o radości i zgrozo, na powierzchnię. Nade mną świecił jasno księżyc w pełni, otoczony niezliczoną ilością gwiazd. Chłodny, porywisty wiatr targał moim płaszczem i ciął po odsłoniętej części twarzy. Stałem na zboczu góry, lecz widok, który się przede mną rozciągał w niczym nie przypominał tego, czego się spodziewałem.

 

W kotlinie, na którą spoglądałem, musiało się niegdyś znajdować miasto, lecz teraz wyrastały tam ponure, kamienne, zamszone ruiny. Walące się wieże wyrastały ku niebu niczym szpony, nieregularne gruzy murów i budynków pokrywały dolinę jak chorobliwe narośle, a ulice tej umarłej metropolii z daleka bieliły się od czegoś, co mogło być jedynie kośćmi.

 

Przerażony odwróciłem wzrok i znów spojrzałem w górę, tylko po to, by dokonać kolejnego straszliwego odkrycia, które niechybnie sprawiło, że na krótki moment straciłem zmysły. Tak jak wspomniałem, gwiazdy jasno świeciły dookoła księżyca, lecz dopiero wówczas zdałem sobie sprawę, że nie układają się one w żadną znaną mi konstelację. Niebo, pod którym stałem z całą pewnością nie było tym niebem, pod którym się wychowałem. Przekonany jestem, że i satelita, który swym światłem tak eksponował przerażające ulice miasta, różniłby się od naszego, gdyby tylko dane mi się było mu dłużej przyjrzeć.

 

Nie dostałem jednak takiej możliwości, gdyś spowił go niespodziewanie jakiś cień, a przez wycie wiatru usłyszałem łopot setek, jeśli nie tysięcy skrzydeł oraz przeraźliwe krzyki, od których jeżyły się włosy na karku. Dźwięki te narastały, a wraz z nimi ten potworny smród. Nie zastanawiając się ani chwili, rzuciłem się do ucieczki przez tunel. Słyszałem za sobą, że czymkolwiek były skrzydlate istoty o ostrych głosach, wleciały za mną do korytarza, a powodowany przez nie hałas, spotęgowany echem, był ogłuszający.

 

Gdy wypadłem z krzykiem do jaskini przypominającej świątynie, zbudziłem moich przyjaciół. W pierwszej sekundzie wyglądali na zdezorientowanych, lecz gdy dotarły ich ścigające mnie dźwięki i wszechobecny fetor, instynktownie pobiegli za mną w jedynym możliwym kierunku – ku tunelowi, na końcu którego czekała nas, wedle naszej wiedzy, ślepa uliczka. Gdy wbiegliśmy do kolejnej groty, okazało się jednak, że dokładnie na wprost jest kolejny tunel, ten który musiał przecież prowadzić do jaskini z ptasim gniazdem i, dzięki Bogu, tak właśnie było.

 

Zwierzę było rozgniewane naszym ponownym wtargnięciem i z krzykiem sprzeciwu zamachało skrzydłami. Jednakże i jemu udzielił się naturalny strach przed tym, co nadal się ku nam zbliżało, bo wzbiło się do lotu i pomknęło ku jednemu z dwóch pozostałych tuneli. Do dziś uważam, że największym wyznacznikiem tego, jak przerażająca zgroza musiała za nami podążać, jest to, że zwierzę, które nigdy nie opuszczało swojego gniazda, zwłaszcza pełnego, postanowiło porzucić być może jedynego swego potomka i ratować się ucieczką.

 

My natomiast zawierzyliśmy temu, że ptak zna lepiej jaskinie niż my i pobiegliśmy za nim, przeskakując ułożone w progu tunelu kamienie i w końcu wybiegliśmy do zagłębienia odgrodzonego łańcuchem, przez który wiele godzin temu żwawo przechodziliśmy. Przerażeni oparliśmy się o ściany z dala od wejścia do jaskini, a po kilku sekundach wypluło ono z siebie niewyobrażalnie wielką chmarę poczwarnych, nietoperzo-podobnych istot, które wzniosły się ku niebu i gdzieś wysoko znów zdawały się jednym wielkim cieniem przesłaniającym księżyc. Czymkolwiek jednak były, odleciały daleko, pozostawiając nas bez zmysłów na progu wejścia do odrażającej jaskini.

 

Znaleźli nas nieprzytomnych następnego dnia poranni turyści i zanieśli w dół, do miejscowego lekarza. Gdy ocknęliśmy się, ten powiedział nam, że poza drobnymi zranieniami i siniakami nic nam nie jest. Dodał również, że polecił wyprać nasze ubrania, gdyż śmierdziały na potęgę, lecz nie udało się pozbyć tego dziwnego zapachu. Podziękowawszy i zapłaciwszy za opiekę, powróciliśmy do pensjonatu, gdzie w pierwszej kolejności wykąpaliśmy się i przebraliśmy, a stare rzeczy oddaliśmy do spalenia. Następnie długo rozmawialiśmy na temat tego, co się wydarzyło i co odkryłem w nocy.

 

Moi towarzysze uwierzyli mi, czego byłem bardzo rad, bo gdyby nie to, sam siebie uznałbym za niespełna rozumu. Omówiwszy wszystko i nie znalazłszy żadnego logicznego wytłumaczenia, postanowiliśmy, iż najlepszym i najsłuszniejszym rozwiązaniem będzie nie wspominanie o tej wyprawie nigdy więcej. Spalili oni również swoje notatniki wypełnione symbolami ze skalnej świątyni, które wzbudzały w nas niewysłowiony wstręt. Zachęcali mnie do tego samego, jednak nie potrafiłem się na to wtedy zdobyć. Zrobiłem to dopiero, gdy udało mi się odczytać te dziwaczne zapiski. Spaliłem wówczas notatnik i wszystkie papiery, na których mozolnie odszyfrowywałem pradawne runy, a następnie nie spałem przez wiele nocy.

 

Kilka miesięcy później dotarły do mnie smutne wieści z wysp brytyjskich o nagłej śmierci profesora Gordona. Geolog zmarł w noc pełni księżyca w nieznanych okolicznościach. Na jego ciele nie znaleziono żadnych ran. Po prostu rankiem znaleziono go martwego, leżącego we własnym łożu z zastygłym wyrazem strachu na twarzy. Wówczas to powróciły do mnie wydarzenia z jaskini F. Na pogrzebie spotkałem się z Thomasem i Isabelą, jednak nie zamieniliśmy słowa, dotrzymując danej sobie obietnicy. Podobnie miesiąc później, nad grobem mego wiernego przyjaciela, doktora Bergera, jedynie wymieniliśmy z panią Linde przerażone spojrzenia. Zdawaliśmy już sobie sprawę, co się dzieje i z trwogą wyczekiwaliśmy tego, co nastąpi.

 

Wieści o śmierci doktor Isabeli nie docierały do mnie długo, choć wyczekiwałem ich od dnia kolejnej pełni. Zdążyłem nawet dopuścić nikłą nadzieję, że śmierć Jamesa i Thomasa były jedynie okropnym zbiegiem okoliczności. Dopiero dwa tygodnie temu dowiedziałem się, że ma przyjaciółka zmarła w Ameryce, dokąd próbowała uciec przed nieuniknionym. Oznaczało to, że klątwa, bo czym innym mogło to być, wypełniała się nadal.

 

Dziś znów jest pełnia, a ja pisząc te słowa, czekam na to, co spotkało moich przyjaciół. Nie mam wątpliwości, że cokolwiek kryło się za tajemniczym tunelem w jaskini i prawdopodobnie doprowadziło do zagłady miasta, które widziałem, nie pochodzi z naszego świata. Lecz ja to tutaj wpuściłem. Dlatego też ja umieram ostatni. To chciało, żebym wcześniej obserwował śmierć moich towarzyszy. Dzień w dzień modlę się do wszystkich bogów wszystkich religii o to, by pokonały tę zgrozę i nie dopuściły, żeby ulice naszych miast zostały usiane kośćmi umarłych.

 

Spoglądam na zegar, który wisi nade mną i odlicza ostatnie me chwile. Jest już druga w nocy, zbliża się godzina, w której otwarłem kamienne drzwi w bezbożnej skalnej świątyni. Zdaje mi się, że przez otwarte okno dolatuje mnie łomot skrzydeł i krzyki, a do nosa dociera smród śmierci. Albo tracę ostatecznie zmysły, albo zbliża się to, co zabiło Jamesa, Thomasa i Isabelę.

 

Niezależnie od tego, pozostawiam tę opowieść ku przestrodze wszystkim. Świat… światy… kryją w sobie rzeczy straszniejsze, niż może sobie człowiek wyobrazić. Dlatego lepiej pozwolić, by pewne drzwi pozostały zamknięte.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Raven18 4 miesiące temu
    Sposób w jaki jest to napisane, sprawia, że czuć tę grozę przez cały czas i to się ceni
    5
  • Fanifur 4 miesiące temu
    Dzięki wielkie!
  • Zaciekawiony 4 miesiące temu
    Bardzo lovecraftowskie.
  • Fanifur 4 miesiące temu
    Nie ukrywam, że jego twórczość była dla mnie inspiracją
  • befana_di_campi 4 miesiące temu
    I po co te horrory, skoro najprawdziwsze, skalne sanktuarium jest:

    http://sanctus.pl/index.php?podgrupa=411&doc=361

    Świętego Michała Archanioła, na górze Gargano :)
  • Fanifur 4 miesiące temu
    Jest ich bardzo wiele, zwłaszcza buddyjskich w Azji (np. Świątynia w jaskini Khao Luang), nie znaczy to, że nie można stworzyć jeszcze jednej, trochę straszniejszej :)
  • AtamanRozhovorny 4 miesiące temu
    Długi rozdział, oj długi. Ale czyta się naprawdę dobrze. W pierwszej chwili miałem wrażenie, jakby akcja toczyła się w czasach okołośredniowiecznych, później się pogubiłem, ale to również na plus. Oczywiście 5 :D
  • Fanifur 4 miesiące temu
    W zamyśle to lata 40' 50' ubiegłego wieku, ale prawdę mówiąc nie ma to większego znaczenia :) Dzięki za ocenę i przeczytanie!
  • AtamanRozhovorny 4 miesiące temu
    Fanifur no i sprawa jasna :) to ja dziękuję za ciekawy tekst i dobrze spędzone parę minut, naprawdę wciąga. Przy okazji zapraszam też do siebie :)
  • Fanifur 4 miesiące temu
    AtamanRozhovorny Zajrzę ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania