Ślimak i jego rycerz - Rozdział 3.

Dwóch rosłych mężczyzn wrzuciło ich do lochu. Ponurego, zimnego, w którym jedynym źródłem światła było małe i zakratowane okienko, znajdujące się wysoko nad ich głowami, na suficie. Nie dało rady wydostać się przez nie. Pech chciał, że nad lochami znajdowała się zamkowa kuchnia. Więźniowie przeżywali więc dodatkowe tortury, czując wspaniałe zapachy. Czasami jakiś ochłap jedzenia wpadał przypadkowo przez okienko, a zdarzało się również, że któryś z kuchcików litował się nad skazanymi i wrzucał im pozostałe resztki.

Ślimak usadowił się w kącie, a młodzieniec stał, ściskając kraty i patrząc przed siebie. Minęła może jakaś godzina, kiedy wreszcie postanowił odezwać się ślimak.

– Rolandzie? – zapytał nieśmiało Kaźmierz.

Chłopak puścił wreszcie karty i odwrócił się powoli.

– Tak? – odpowiedział zrezygnowanym głosem.

– Dlaczego? – dopytywał Kaźmierz.

– Co, dlaczego?

– Dlaczego wstawiłeś się za mną? – Ślimak opuścił czułki.

Roland usiadł i oparł głowę o ścianę. Milczał przez chwilę, a potem odezwał się smutnym głosem.

– Prawdę mówiąc, jesteś jedyną istotą, która mnie nie odrzuciła…

Kaźmierz uniósł czułki do góry i spojrzał na chłopaka. Roland stawał się młodym mężczyzną. Był wysoki, szczupły, a nawet całkiem przystojny. Jasne blond włosy opadały mu na ramiona, gdzie ich końce zawijały się w drobne skręty. Jego twarz, choć pozbawiona zarostu, nie miała ani delikatnych, ani też ostrych rysów. Mały, prosty nos i wąskie, sine usta. Oczy miał szare i dosyć smutne. Ślimak dopiero teraz zauważył, że chłopak ma odstające uszy, które zawsze chowały się za włosami.

– A kto cię odrzucił? – zapytał ślimak, głosem pełnym współczucia, co jego samego nawet zaskoczyło.

– Pamiętasz, jak się spotkaliśmy? – zapytał Roland, przymykając oczy.

– Dziwnie by było, gdybym nie pamiętał, skoro to było wczoraj… – odparł Kaźmierz.

Chłopak nie zwrócił uwagi na ten przytyk i rozpoczął swoją opowieść.

– Zanim trafiłem przed jeziorko, w którym smacznie sobie spałeś, nie niepokojony przez nikogo, uciekałem… Gonił mnie mój stryj. Na szczęście był tak gruby, że nie dał rady daleko dobiec. A ja za kolei szybko biegam. W gruncie rzeczy tak wygląda całe moje życie. Zawsze przed kimś uciekam, zawsze ktoś mnie goni. Nabroiłem trochę i stryj miał mnie już dość, to chciał wyrzucić z chałupy. Mimo to dostałem ostatnią szansę, której nie wykorzystałem. Dopadł mnie, jak stałem. Bez butów, w spodniach, koszulinie. Uciekałem, podrapałem się, pobrudziłem. Jedynie torbę zdążyłem zawinąć, pamiątkę po ojcu, którą na dodatek zgubiłem… Mam wiele wujów i stryjów. Mieszkałem u nich po kolei, ale każdy w końcu mnie wyrzucał… – westchnął.

– Do dupy – rzekł podsumowująco ślimak. – A co zrobiłeś, że cię teraz stryj wyrzucił?

– Zamiast pomagać w gospodarstwie, ja żyłem w innym świecie, z głową w chmurach… Mieliśmy akurat ciężki okres. Stryj wysłał mnie na targ, żebym sprzedał ziemniaki. Nie spisałem się. Nic nie sprzedałem. Ale nie miałem serca mu o tym powiedzieć. Wyrzuciłem ziemniaki do rowu i powiedziałem, że napadli mnie zbóje… O dziwo, wuj uwierzył. Ale potem znajomy wuja, który mieszkał w niedalekiej wsi, powiedział, że jego synek widział, jak jakiś blondynek wyrzucił ziemniaki w pobliskim rowie. Tak się złożyło, że kiedy opowiadał o tym memu stryjkowi, był też z nim ów chłopiec, który mnie zobaczył i rozpoznał. Wuj nic nie powiedział, tylko wziął widły i ruszył na mnie w strasznej furii… W sumie nie ma co się dziwić, zmarnowałem taki zarobek… Ziemniaki jakieś zwierzęta rozjadły, a to były nasze ostatnie do sprzedaży…

– Dobre były te ziemniaki? – zapytał zaciekawiony Kaźmierz.

– Najlepsze w regionie! – odparł Roland.

– Zjadłbym dobre ziemniaki, najlepiej takie pieczone… Myślisz, że dadzą nam coś do jedzenia? – zastanawiał się ślimak.

– Nie sądzę. Pewnie jutro przyjdzie mi zginąć… – westchnął ciężko Roland.

– I to za kogo… – mruknął Kaźmierz. – Przepraszam – dodał. – Po prostu dalej nie rozumiem, dlaczego się za mną wstawiłeś. Mówisz, że cię nie odrzuciłem. Znamy się raptem od wczoraj. Szczerze mówiąc, ja nawet nie wiem, co do ciebie czuję. Jestem bardzo towarzyską istotą. Być może dlatego pozwoliłem ci ze mną zostać… Lecz musisz wiedzieć, że również bardzo szybko nudzę się ludźmi… Całkiem możliwie, że po kilku dniach stwierdziłbym, że jesteś wrzodem na dupie, i zostawiłbym cię przy najbliższej okazji, szukając nowego towarzystwa. Rzecz w tym, że ja bym się za ciebie nie wstawił… Zakładając czysto hipotetycznie, że wygrałbyś ten pojedynek… Nie wiem, jak mógłbym spłacić mój dług. Czy mnie rozumiesz? – Ślimak jeszcze nigdy nie brzmiał tak poważnie.

– Sugerujesz, że powinienem był cię nie bronić? Zostawić na śmierć? – zapytał Roland, patrząc wnikliwie na towarzysza.

– Tak – odparł krótko Kaźmierz.

– Ale dlaczego? – Roland nie mógł tego zrozumieć. – Przecież to takie ludzkie, że człowiek wstawia się za człowiekiem w chwili próby…

– I właśnie w tym jest problem. Ja nie jestem człowiekiem – wyjaśnił ślimak.

Oboje spojrzeli na siebie smutnym wzrokiem. Następnie, jak na zawołanie, spuścili głowy i już więcej nie odezwali się do siebie. Ślimak zasnął w kącie, ale śniły mi się nieprzyjemne rzeczy. Widział ciało Rolanda przebite mieczem na wylot, jego odrąbaną głowę, czy poderżnięte gardło. Za każdym razem śnił mu się inny sposób śmierci jego towarzysza niedoli w jutrzejszej walce. Z kolei młodzieniec nie mógł zmrużyć oka przez całą noc. Myślał o tym, co miało się wydarzyć. Modlił się w myślach to do Jedynego, to do Gromady. A zaraz potem przeklinał wszystkich bogów… Aż wreszcie nadszedł poranek.

Ślimak obudził się i rozejrzał po celi. W jej drugim kącie siedział skulony Roland.

– Młody? – zapytał niepewnie.

Roland spojrzał na niego. Chłopak wyglądał okropnie. Blada twarz, podkrążone oczy, a nawet lekko podpuchnięte. Być może chłopak wylał z siebie trochę łez. Ślimakowi zrobił się nieswojo.

– Całkiem możliwie, że dziś zginiesz – powiedział.

Chłopak wlepił w niego swoje przerażająco smutne oczy.

– Nie mam ci nic pocieszającego do powiedzenia, ale chciałbym, żebyś wiedział… – zaczął Kaźmierz. – Nikt jeszcze nie zrobił dla mnie takiej rzeczy. Z opresji zawsze ratowałem się sam, a teraz ty… Zanim stąd odejdziesz… Dziękuję. Po prostu dziękuję. Tylko tyle mogę dla ciebie zrobić. Tylko tyle mogę ci powiedzieć…

Roland milczał przez chwilę, a potem odezwał się spokojnym głosem.

– W zasadzie, to jest jedna rzecz, która mnie pociesza. Jeżeli dziś zginę, to ty zaraz po mnie – powiedział i wydał z siebie cichy, krótki śmiech.

– Faktycznie… Byłem tak zajęty twoją śmiercią, że zapomniałem o mojej – Ślimak, gdyby miała usta, uśmiechnąłby się. – Ty przynajmniej zginiesz bohaterską śmiercią, w boju. Ja, no cóż… Pewnie każą poćwiartować moje ciało, a potem je spalą. Albo na odwrót… Może na koniec nawet zjedzą? Uch, to okropne. Nie chciałbym być główną potrawą zwycięskiej uczty Ederyka…

– Ederyk Pogromca Ślimaków. Całkiem, całkiem… – powiedział Roland i zaśmiał się, tym razem głośniej i dłużej.

Żart udzielił się również ślimakowi, więc też roześmiał się, choć, bo nie miał ust, nie było widać na jego twarzy rozbawienia… Zamachał więc tylko czułkami.

– Widzę, że wyostrzył ci się dowcip w ostatnich chwilach twojego życia – rzekł Kaźmierz.

Roland uśmiechnął się.

– Dziękuję. Uczę się od najlepszych – odparł.

W tej chwili ktoś wszedł do lochów. Chłopak wstał, ślimak również podniósł się. Celę otworzył przygarbiony staruszek, a za jego plecami stał znany im mężczyzna w czerni.

– Już czas – oznajmił krótko.

Towarzysze niedoli spojrzeli na siebie. Zaprowadzono ich obu na górę. Rolanda do zbrojowni, gdzie miał się przyodziać do walki, a ślimaka na trybunę, na której zasiadał król i jego dworzanie.

Kaźmierza posadzono tuż obok Ederyka, miał więc dobry widok na arenę. Zebrało się wielu ludzi, aby obejrzeć tę walkę. Zaniepokoiło to ślimaka. Zastanawiał się też, dlaczego Ederyk trzymał go tuż przy sobie. Kaźmierz nie wytrzymał i zapytał o to króla.

– Chcę, abyś zobaczył na własne oczy swój koniec – wyjaśnił krótko.

Tymczasem w zbrojowni przygotowywano młodzieńca do walki. Ubrano go w jakąś starą, zbrązowiałą zbroję. Dano mu wyszczerbiony miecz, a hełmu nawet nie zobaczył. Jakiś młody chłopiec, który pomagał mu się ubrać, wyszeptał mu do ucha „powodzenia” na pożegnanie. Rolandowi zrobiło się cieplej na sercu, szedł więc lekko podbudowany na arenę.

Kiedy wyszedł, zobaczył pełno ludzi wokół. Ujrzał także swego towarzysza na trybunie, siedzącego obok króla. Przełknął ślinę i stanął wyprostowany przed obliczem Ederyka.

– Rolandzie, synu Gostmiła Feralnego, moim obowiązkiem jest życzyć ci powodzenia w walce, lecz oczywiście wolałbym, żebyś skonał – powiedział król, a zebrani ryknęli śmiechem. – Czy zanim zaczniemy, chciałbyś coś powiedzieć? To twoje prawo. Możesz także poprosić o błogosławieństwo bogów, jakichkolwiek chcesz – dodał.

Chłopak zamyślił się na chwilę, a potem rzekł z podniesioną dumnie głową.

– Mój ojciec był rybałtem. Wędrował z miasta do miasta, zatrzymując się po drodze we wsiach. Gdziekolwiek był, szybko podbijał ludzkie serca. Biedny czy bogaty, brzydki czy piękny, stary czy młody, każdy chciał słuchać jego pieśni, opowieści… Czarował głosem, czarował grą na lutni, którą własnoręcznie zrobił. Nigdy nie walczył mieczem, walczył pieśnią… Nie był typem rycerza, ale był bohaterem. Moim bohaterem. Nazwali go Feralnym, bo przegrał kiedyś walkę z prawdziwym rycerzem. Walkę, którą prawie by wygrał… Rzecz poszła o serce pewnej damy. Mój ojciec zakochał się w niej na zabój, ona w nim też. Lecz, że była dobrze urodzona, nie było dla nich żadnych szans, by mogli być razem. Wszak mój tatko był tylko biednym, wędrownym pieśniarzem, który nie mógł poszczycić się dobrym urodzeniem. Był chłopem, który miał szczęście. Jednak to szczęście w końcu skończyło się dla niego. Ojciec damy oburzył się, że jakaś nędzna chłopina stara się o jego córkę. A że miał dla niej lepszego kandydata, wymyślił, by ten wyzwał rybałta na pojedynek. Kto wygra, miał poślubić damę. Wielmożny pan wiedział, że biedny rybałt musiał przegrać, pojedynkując się z zacnym rycerzem. Dama przed pojedynkiem podarowała swojemu ukochanemu wstążeczkę na szczęście. Mój ojciec, choć z trwogą, stanął dumnie do walki z rycerzem. Ten zakuty w pełną zbroję, z wielkim mieczem w dłoni, a rybałt ubrany jak zwykle, tylko z lutnią w dłoniach. Tak właśnie postanowił walczyć. Rycerz spojrzał na niego i go wyśmiał. Gostmił nic sobie z tego nie zrobił. Zamknął oczy, a po chwili zabrzmiała jego piękna lutnia i jego piękny głos. Rycerz po czasie zdjął hełm i rozpłakał się tak wzruszony pieśnią, którą wykonał mój tatko. Odrzucił swój miecz i wskazał dzielnego rybałta jako zwycięzcę. W tym samym momencie ojciec spostrzegł, że zgubił wstążeczkę, którą dostał od swojej ukochanej. Zaczął jej szukać po arenie. Rycerz widząc to, złapał za miecz i korzystając z tego, że tamten nie zwracał uwagi, co się wokół niego dzieje, zaszedł go od tyłu i przebił mieczem. Tak rybałt Gostmił zdobył sobie przydomek Feralnego.

Król przez całą opowieść chłopaka, wpatrywał się w niego naprawdę zaciekawiony historią. Lecz gdy tylko młodzieniec skończył, Ederyk przybrał swoją drwiącą minę.

– Gdybym wiedział, że tyle będziesz gadał, odebrałbym ci prawo do ostatniego słowa… Lecz dobry ze mnie człowiek, dlatego ci nie przerwałem. Co do twojej historii, była ona bardzo piękna. Mam tylko nadzieję, że nie pójdziesz w ślady swego ojca? – zapytał drwiąco.

– Uczczę pamięć mego ojca. I to jego proszę o błogosławieństwo – powiedział Roland i spojrzał w niebo.

– Dobrze więc! Nie marnujmy już czasu. Przyprowadzić rycerza! – krzyknął król zniecierpliwiony.

Po chwili na arenie pojawił się wielki i wysoki mężczyzna. Sam Roland był wysoki, ale ten przewyższał go o kilka głów. Na dodatek był dobrze zbudowany. Mógłby zgnieść głowię chłopaka jedną ręką. Lecz o dziwo nie był zakuty w zbroję. Miał na sobie lekki strój, ale miecz jego był długi, błyszczący i ostry. Przeciął nim kilka razy powietrze, a miecz wydał z siebie głośne świsty. Spojrzał na chłopaka i zaczął się śmiać.

– Zginiesz, dziewczynko – powiedział, wskazując na niego swym ostrym mieczem.

Młodzieniec uniósł swój miecz obiema drżącymi rękami.

Tymczasem ślimak patrzył na to wszystko z takim przejęciem, że nawet oczy mu się zaszkliły. Dotknęła go opowieść o ojcu chłopaka. Zaczynał żałować, że to wszystko potoczyło się w ten sposób. Gdy już obaj walczący mieli zaczynać, wydał z siebie głośny, przerażony głos.

– Nie daj się, Rolandzie! Jestem przy tobie!

Chłopak spojrzał w jego stronę i uśmiechnął się lekko.

– Walczcie! – ryknął zdenerwowany król.

W tym samym momencie zebrani zaczęli wykrzykiwać „śmierć ślimakom!”, „wiwat rycerz!”, „zabij go!”, „zginiesz synku!”. Ślimak czuł obrzydzenie patrząc na wszystkich tych ludzi.

Wielki rycerz stał w miejscu i czekał, aż chłopak zaatakuje go pierwszy. Ten jednak był tak przerażony, że stał w miejscu z uniesionym mieczem.

– No dalej! Uderz na mnie! – krzyczał rycerz. – Jesteś niewiastą czy mężczyzną? – dogadywał mu.

Ta sytuacja nie zmieniła się przez kolejne kilka minut. Kompletnie nic się nie działo, po za tym, że wielkiemu rycerzowi powoli kończyły się pomysły na obelgi.

– Dziwka – powiedział i splunął na ziemię.

– Dosyć tego! – wrzasnął Ederyk. – Zabij go wreszcie!

Widzowie mu zawtórowali.

Rycerz uniósł swój miecz i ruszył z impetem przed siebie, prosto na chłopaka. Jego zaś sparaliżowało. Ze strachu nie mógł ruszyć się z miejsca. Był wstanie patrzeć tylko, jak leci na niego ogromny potwór.

Gdy już rycerz był tuż przed nim, i brał zamach, by ciąć go mieczem, spadło na jego głowę gołębie gówno. Biała, rzadka wydzielina zaczęła spływać po jego łysej głowie. Rozproszyło go to, zwłaszcza, że arenę wypełnił głośnych rechot. Rycerz rozsierdził się tak bardzo, że obrócił się w stronę widowni i zaczął grozić mieczem umierającym ze śmiechu ludziom.

Tymczasem świat Rolanda zwolnił. Wdział w zwolnionym tempie, jak wielki rycerz wymachuje mieczem, tłum ludzi umiera ze śmiechu, król coś krzyczy do rycerza, a ślimak… A ślimak macha swymi czułkami. I wtedy usłyszał głos w swojej głowie…

– Teraz, ty durniu…

I obudził się. Uniósł broń, podbiegł do wielkiego rycerza od tyłu i przebił go swym wyszczerbionym mieczem. Ten padł zaskoczony na ziemię, wymamrotał coś, co tylko Roland był w stanie usłyszeć, i wyzionął ducha.

Zebrani ucichli. Król podniósł się powoli z niedowierzaniem na twarzy. Ślimak zaś spełzał z trybuny i podpełzł do ciężko dyszącego Rolanda.

– Mój ty bohaterze! – Połaskotał go czułkami po twarzy. – Mój ty rycerzu! – podarował mu ślimaczego całusa.

Chłopak roześmiał się, ale ten całus wywołał u niego chęć na wymioty, powstrzymał się jednak i otarł ręką twarz ze śluzu.

Ederyk patrzył na młodzieńca z uniesioną głową. Uniósł lekko dłonie i zaczął powoli klaskać. Chwilę później dołączyli do niego pozostali ludzie. Zaczęli nawet wiwatować na jego cześć. Młodzieniec uniósł ręce do góry i zaczął krzyczeć ze szczęścia. Nawet ślimak zaczął klaskać czułkami, ale że miał tam oczy, to obijały się o siebie i zaczęło go to boleć, więc przestał.

Ederyk zszedł z trybuny. Podniósł z ziemi piękny miecz zabitego rycerza. Stanął przed Rolandem, a tłum ucichł.

– Obiecałem, że jeśli wygrasz, ślimak będzie wolny i będziecie mogli odejść w spokoju. Tak też się stanie. Możecie odejść. Lecz zanim to… Uklęknij, chłopcze – powiedział.

Zszokowany Roland uklęknął na jedno kolano i wbił swój wzrok w ziemię.

– Za swoją przytomność walce i heroiczny wyczyn, pasuję ciebie, Rolandzie, synu Gostmiła Feralnego, na rycerza. – Król dotknął mieczem obu ramion młodzieńca.

– Powstań, Rolandzie. Powstań jako rycerz i jako mężczyzna – rzekł Ederyk.

Roland powstał lekko zakłopotany, a tłum zaczął wykrzykiwać jego imię.

– Niech teraz świat dowie się, że pojawił się na nim nowy rycerz – oznajmił Kaźmierz. – Roland Rycerz Ślimaka – dodał z dumą.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • AlaOlaUla 2 miesiące temu
    widział, ja jakiś blondynek - jak jakiś

    kiedy opowiadał o tym memu ojcu, był też z nim i on, który mnie zobaczył i - swemu ojcu

    chciałabym, żebyś wiedział… – zaczął Kaźmierz. - chciałbym
    ***

    Ptasia kupka ponoć przynosi szczęście, ale chyba jeszcze nikt nie zginął, bo został okupkany xD

    Tak wogle, to ojciec Rolanda, porzucił swoją rodzinę, żonę, syna, by łazić po świecie i rzępolić na mandolinie?
    I w każdym mieście miał nową fankę, psia mać?

    Wiesz co, nie podoba mi się to.

    Może, gdybyś napisała, że był młodym wdowcem, który zostawił maleńkiego Rolanda pod opieką swoich braci i sióstr zmarłej żony, by wyruszyć za pracą, to moim zdaniem, byłoby ok.

    Rodzina forever and ever.

    To są tylko moje subiektywne odczucia.
    Nie zmieniaj, bo jednej pani się nie spodobało.
    Dobrze, że ludzie mają inne spojrzenie na świat, gdyby wszyscy się ze sobą zgadzali, byłoby nudno.

    Jest ok ✌
    (nie jest, ale przyjmuję wizję innych do świadomości, hahahaha).
  • natdem1998 2 miesiące temu
    A kto powiedział, że ojciec Rolanda zostawił synka i żonę? Kto powiedział, że Gostmił miał żonę, a po wsiach i miastach pełno kochanek? Nigdzie czegoś takiego nie napisałam. :D Miał fanów, tylko tyle. ;) Nie będę zmieniać, bo w tej kwestii wszystko jest zaplanowane. :D Wyjaśni się w najbliższym czasie. ;) Ale w sumie to ciekawe, że tak to odebrałaś. :D Nie wiemy też dlaczego Roland tułał się od wuja do stryja, od stryja do wuja. Właściwie to nic nie wiadomo o jego rodzinie, poza tym, że ojciec był chłopem, który jakimś cudem został śpiewakiem. Poznaliśmy tylko jednego stryjka, typowego chłopa-rolnika. Zaczynają mnie bawić te domysły. :D O ile Twoja uwaga do poprzedniego rozdziału była bardzo, ale to bardzo przydatna, bo inaczej planowałam bieg wydarzeń. I dzięki Twojej uwadze zrozumiałam, że można to rozegrać inaczej, zdecydowanie lepiej z punktu widzenia dalszych wydarzeń. To w tym przypadku muszę rzec, że nic z tego i nie zmienię nic w kwestii ojca i rodziny Rolanda. :D Wybacz. :D Och, ale wyszedł mi komentarz... Mam nadzieję, że zrozumiały. :D Wybacz błędy. ;) Piszę go z serca. :D Dziękuję za opinię! :))
  • AlaOlaUla 2 miesiące temu
    Ojciec Rolanda zginął w pojedynku o rękę damy ze wstążką.

    Wniosek😌:
    1) Roland był już gdzieś na świecie, jeśli jego rodzice nie były małżeństwem, to był Rolandem bękartem...
    2) Mamą Rolanda była Dama ze wstążką, która została wygnana i wydziedziczona, po tym, jak się okazało, że nie tylko wstążkę swą oddała biednemu rybałtowi...

    Well...
    😀😀😀
  • AlaOlaUla 2 miesiące temu
    Mam jeszcze inne myśli:
    Dama ze wstążką nie była matką Ronalda, bo przecież, by wspomniał o tym. To oczywiste. Jednak nazwał ją Damą, czyli obca babka.
    Więc inwitro.
    Pośmiertne pobranie nasienia w celu wiadomym.

    Przyszło mi do głowy, że ojciec Rolanda żyje i jest nim Kaźmiesz😯

    Dobrze, już milczę.
    Cicho sza, czekam kolejnych wydarzeń😇
  • natdem1998 2 miesiące temu
    AlaOlaUla Hahaha najbardziej spodobał mi się pomysł, że ojcem Rolanda jest Kaźmierz. :D To było ciekawe... Nie powiem. ;) Ale prawda może być nadzwyczaj prosta. ;)
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    „ściskając za kraty i patrząc”
    Za – zbędne

    „Tak się złożyło, że kiedy opowiadał o tym memu ojcu, był też z nim i on, który mnie zobaczył i rozpoznał.”
    Nie rozumiem tego zdania. Czyj ojciec? Rolanda? To gdzie on jest? I jako „on” zobaczył Rolanda?
    Chyba, że to zdanie jest kluczowe 😊 Bo jeśli później Roland opowiada, jak to jego ojciec zginął, a tutaj, w być może celowo pokręconym zdaniu tenże ojciec występuje, to daje to wiele możliwości interpretacji… I ktoś, gdzieś coś baja.

    „Ślimak zasnął w koncie,”
    Kącie
    „Roland spojrzał na niego. Wyglądał okropnie.”
    Taka kolejność zdań nie mówi jednoznacznie, kto wyglądał okropnie.
    „Jeżeli dziś zginę, to Ty zaraz po mnie”
    W wypowiedzi „ty” małą literą

    W opowieści Rolanda ciągle powtarzasz słowo ojciec zmieniając tylko od czasu do czasu zaimek. To jest fragment do ogólnej poprawki.

    „że zgubił ów wstążeczkę,”
    Ową (albo w ogóle nic)
    „Rycerz rozsierdził się tak bardzo, że obrócił się w stronę widowni i zaczął grozić mieczem śmiejącym się ludziom.”
    3 x się
    „miecz, podbiegł do wielkiego rycerza od tyłu i przebił go swym wyszczerbionym mieczem.”
    2 x miecz

    No ładnie, do przodu, choć bardziej ckliwie niż z absurdem jak w pierwszych częściach. Ale nadal czyta się przyjemnie.
  • natdem1998 2 miesiące temu
    Jeśli chodzi o drugą uwagę, to mój błąd hahaha. Trochę się zapętliłam. :D Ale pisałam ten rozdział w nocy, akurat wtedy mnie wena naszła. więc mogą być błędy w logice. :D Powinno być "tak się złożyło, że kiedy opowiadał o tym memu STRYJKOWI". Chodziło o stryjka. :D Ojciec Rolanda nie był w to zamieszany. ;) Jak zwykle dziękuję za uwagi. :)) Najważniejsze, że czyta się przyjemnie. :D
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    natdem1998 - czyli to nie był klucz do zagadki? Aj, szkoda, już się czułem taki mądry :D
    Zapraszam też do mnie na kolejną bajkę.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania