Spacer z Kalinową

Dzień ma twarz smutną, zamyśloną. Z okien piwnicy, gdzie Kalinowa tworzy te swoje arcydzieła, przypomina martwy księżyc. Puste, wąskie uliczki wiją się wśród piętrowych domków; ścieżki wydeptane przez szarość i nicość; dotknięte wiatrem i ulewą. W jesiennej mgiełce pod płotem gniją ostatnie liście. W pobliżu jest szkoła; poranki wypełnia wrzask. Wsuwam dłoń pod pościel; rozsuwa nogi, zaciska zęby... Wchodzę w jej naoliwiony gwiezdnym pyłem zegar słoneczny. Oddech przyspiesza, rozpędza się jak Kukułka. O ósmej powraca błoga cisza; zasypiamy. Ale teraz? Mam wrażenie, że Bóg kona. Coś niewidocznego burzy tę wieczność, która dotąd była nietykalna; której nie można było zniszczyć, pociąć na kawałki, spalić. Wokół jakby po kolei gasną wszystkie światła, wszystkie słońca w okolicy.

Z odrętwienia wyrywa mnie telefon.

- Halo, Josef? Słyszysz mnie? - Z aparatu wypływa trzask i kobiecy głos.- Mówi Ela. Słyszysz mnie?

Z lekka przeciąga końcówki. Człowiek ma wrażenie, że zabawia się łechtaczką podczas rozmowy. Zaprasza nas do siebie.

Za oknem głęboka jesień. Długi, zimny, księżycowy zmierzch. Mżawka zawisła nad lasem; szeleści jakby była z napięcia.

 

- Nigdzie nie idę – rzuca w biegu Kalinowa.

Najpierw znika na pół dnia, rzekomo na zakupy, a później wraca z miną, jakby ją potrącił samochód. Dzierży torebkę fistaszków. Ledwo zdejmuje płaszcz, a już kłamie, jak ostatnia zdzira. Zastanawiam się głośno, co takiego może ją zajmować tego wieczora.

- Teatr, miesiączka, a może zepsuł ci się rower? - wyliczam.

Piękne kobiety mają szczególną umiejętność do wciskania najszczerszych pod słońcem kłamstw. Nagle okazuje się, że jakaś rzeźbiarka, stara kumpela jeszcze z czasów żłobka, ma dzisiaj wystawę w Wozowni. Kiedy to mówi, zerka na boki.

- Oj tam, przestań, będziesz się szlajać po galeriach.

Po godzinie stwierdza, że to całkiem fajny pomysł z tym wyjazdem. I jedziemy.

 

Ela jest już trochę wstawiona, Kalinowa spogląda na nią swoim sowim okiem. W głośnikach wibruje muzyka, posadzka odbija cały ten splendor i szelest wieczorowych sukni. W wielkim akwarium pływają wielkie ryby. Jest też trochę ludzi.

- Jesteście kaskaderami? Pani maluje?

Patrzą na nas jak na parkę pawianów w zoo. Kalinowa paraduje w klapkach pogwizdując, ma na sobie marynarskie szorty i luźną koszulę. Dostajemy szampana i wspólnie z innymi gośćmi zmierzamy wolnym krokiem na taras, gdzie wiatr porywa ze stołu serwetki. Dokoła miła, rodzinna atmosfera.

Księżyc zwija szkice z nieba, z mroku wyłaniają się przesympatyczne zjawy, brzęczą rozmowami. Ktoś rozsypał kokainę. Wszystko dzieje się w ogrodzie pod rozhuśtanymi lampionami, w otoczeniu umarłych krzewów, kwiatów i świec.

W drodze do łazienki widzę dziewczynę, właśnie robi piruet. Kiedy ją mijam, zahipnotyzowana chwyta się mojego ramienia i płynie za mną jak w transie.

Po ablucji ciągnie na górę - Kalinowa w mig wyczuwa orgię - niczym upiór pojawia się w drzwiach; zastaje nas splątanych w jadowitym uścisku. Ja mam opuszczone portki, a dziewczyna zadartą kieckę. Wciskam się w nią z wielką pasją, szaloną namiętnością, między lubieżnie rozwalone nogi. Staje w drzwiach i nie spuszczając z nas oczu, ta moja Kalinowa, odpala papierosa. Nie pamiętam jak znalazła się w łóżku; wpatrzony w portret Eli przytrzymującej sobie kapelusz w górskiej scenerii, zawieszony nad łóżkiem, wydał się świat cały jednym erotycznym pęcherzykiem powietrza pływającym na powierzchni jakiejś kosmicznej kałuży. Wystrzeliłem. Przeklęta jedna kropla wpadła w oko Kalinowej. Z furią rzuciła się w stronę drzwi, zbiegła po schodach klapiąc klapkami...

- Jak mogłeś mi to zrobić? - pyta, kiedy wskakuję do piwnicy przez okno. W głosie ma smutek i żal. W pomieszczeniu jest ktoś jeszcze.

- Myślałem, że zostaniesz – mówię, przystawiając krzesło do stołu. - Byłaś taka zadowolona. Nie wiem dlaczego tak nagle odeszłaś. Co się stało?

Siadam i z czułością gładzę jej włosy.

- Zaraz chciałem za tobą biec, ale ta sucz przywarła do mnie, objęła nogami...

- Ty gnoju.

Czoło przeszywa głęboka fałda gniewu. Boeing 777 leci dziobem prosto w moją jedyną prawą skroń. Uchylam się.

- Później – ciągnę dalej, prostując się i wygładzając koszulę – zażyczyła sobie, bym odprowadził ją do domu. Wyobrażasz to sobie? Przed domem matki podciąga kieckę, w zimnej mgle opiera się o czereśnię, rozstawia nogi, dostojnie wypina... Cóż miałem robić? Pomyśl tylko, jakie to ryzykanckie, nawet bohaterskie: gdyby tak mamusia przebudziła się na siusiu, a w drodze usłyszała te wszystkie dźwięki: klapsy, szermiercze pchnięcia, wszystko z udziałem jedynaczki...

Przyjmuję ćwierć butelki piwa - na głowę. Krople zmieszane z jadem śliny spływają po karku, plecach. Momentalny przypływ energii. Wycieram twarz kawałkiem jakiejś szmaty i pytam:

- Kim jest ten gość?

Patrzy na mnie z pogardą, milczy, spuszcza wzrok. Te wszystkie radosne chwile, dziś już stracone... Kiedyś będzie chciała zapiąć na nim swoją obrożę, przypiąć go sobie do serca i rządzić jego wyborami. I nigdy już nie zrozumie, że zawsze istnieje jakiś nowy świat, niedostępny dla niej raj – ciche kroki Boga, stwarzające nowe okoliczności – i, jeśli tylko nie zaprzedał swojej duszy, i nie poświęcił się na całej linii, wejdzie tam, w ten świat, za każdym razem, gdy otworzą się drzwi.

- Poznałam go na przejściu dla pieszych – wyznaje po chwili.

Jest już spokojna. Uśmiecha się nawet pod nosem.

- To moja podświadomość – tłumaczy - nie wiedziałam, że mam ją tak rozbudowaną.

Rozgląda się jak złodziej, który ma przeczucie.

- Gdzieś w głębi - ciągnie - pałałam zemstą i proszę: pojawił się.

Rzuca tęskne spojrzenie w stronę wyrka, sięga po butelkę, pije, po czym odstawia z wielkim zadowoleniem; pociąga nosem; drugą ręką wyciera sobie brodę.

- Przeprowadził mnie na drugą stronę ulicy; podał rękę, a na odchodne ucałował w czółko. (Śmiech) I odszedł. Ot zwyczajna przysługa o trzeciej w nocy. Żadnych telefonów, imion, nic. Zawołałam go, ucieszył się; odprowadził do domu. W drodze rozmawialiśmy, ach, jak pięknie rozmawialiśmy; od razu zrobiło mi się lżej na duszy. Poczułam się zrozumiana; doprawdy, myślę, że nie ma się czym przejmować, kiedy chociaż jedna osoba na świecie potrafi cię zrozumieć. I już mi lepiej, już jest okey. Chcę papierosa...

Zapatrzyła się gdzieś ponad łóżkiem poprzez mrok rozproszony płomieniami świec; na ścianach tańczyły obłąkane cienie. Podałem jej ogień; wiedziała, że się przyglądam. Mrużąc oczy, zerknęła na boki, jakby wokół tańczyły krasnale.

- To Koziorożec – mówi pochylając się nad stołem. - Ma trzydzieści trzy lata.

Chcę coś powiedzieć, ale unosi dłoń, nakazując milczenie. Właśnie wpadł jej do głowy jakiś pomysł, większa myśl, warta zapisania.

- Kocham cię – wymamrotałem.

- Nie będę słuchała o twojej miłości - mówi zgarbiona nad kartką papieru, jak przed ołtarzem. - Twoje uczucia są niskie.

Na ostatnie słowa położyła szczególny nacisk. W ołówku pęka grafit.

- Idź już – patrzy na zegarek. - Jutro będzie zwyczajny dzień, a po nim zwykła noc...

Kichnęła. Uniosła w górę podkoszulek odsłaniając brzuch, który kiedyś całowałem i wysmarkała się. Wstałem i wyszedłem na dwór. Chciałem popatrzeć na księżyc, ale nie było żadnego księżyca na świecie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Don Vito 22.01.2017
    O, jakie długie :/
  • Lotta 22.01.2017
    O, kogo ja widzę ;)
  • Josef Hosek 22.01.2017
    Siema! Jak macie ochotę poczytać, to zapraszam.
  • Lotta 22.01.2017
    Już to zrobiłam :D przez absurd, trochę się czuję jakbym czytała, albo nawet chodziła po śnie. Najlepszy ten romantyczny obraz smarkania w bluzkę xD
  • Freya 22.01.2017
    Trochę rozprasza przeskakiwanie planów akcji i myśli, ale otatecznie można się jakoś w tym połapać. Wyczuwam autorskie ambicje, mające nadać fabule wysublimmowany poziom, pomimo opisywanych prostych seryjnie szarych dni. Pozdro ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania