spacer żołnierza

śmiech okrywa czarna maź,

żyda ktoś uderzył w twarz.

dźwięczne dzwony biją hymn,

puste ulice, z bloków wydobywa się dym.

 

w oddali gdzieś słychać dziecięcy płacz,

diabeł w okrutny grywa los.

chodniki krwawe, spalona koszula,

ciała grupowo rzucane na stos.

 

przez ulicę kroczę sam,

karabin w dłoni jeszcze mam.

bez amunicji, na koniec wojny przyszedł czas,

okrutny lider wspiął się do piekła

użył splątanych ofiar mas.

 

flaga się rozpadła, nie mam gdzie iść,

nie słyszę dźwięku, boję się śnić.

zostawiłem dziedzictwo, kroczy obok mnie

jednak dźwięk krzyków wciąż gdzieś głęboko dmie.

 

i mam nadzieję, że za sto lat,

gdy przejdę już dawno przez nieba bram,

dzieci ścisną gałązkę mego nasiona,

bo będą wiedziały, że na końcu szedłem sam.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania