Stefania i Jan

Stefania i Jan

Stefania Jabłonowska milczała. Spod oka obserwowała syna. Jadł w pośpiechu i tak skrzętnie omijał ją wzrokiem, że ogarnął ją znajomy niepokój. Znała to milczenie. Jedyne, co ją zdziwiło, to było nagłe podobieństwo syna do jego świętej pamięci ojca. Jan, jej mąż był dokładnie taki sam. Im bardziej starał się, żeby nie zauważyła, że coś dzieje, im bardziej udawał, mylił tropy, tym bardziej zaczynała być czujna. Z czasem nauczyła się nie pytać o nic, bo odpowiedź zawsze była jedna: „Nic się nie stało”. Przez te lata, kiedy byli razem nauczyła się milczeć. Będzie chciał, to powie. Jeśli nie będzie chciał, to niczego i tak z niego nie wyciągnie. Patrzyła teraz na plecy syna, który znikał za drzwiami pokoju i mimowolnie się uśmiechnęła. Cały ojciec!

Stefania poznała przyszłego męża latem 1938 roku. Był to dość dziwny rok. Coraz częściej mówiono o wojnie, ale wydawało się to takie odległe, że nierealne… Zawieruchy poprzednich wojen szczęśliwym trafem omijały ich małe miasteczko. Młodzi chłopcy czasem nie wracali do domów, rodziny rozpaczały, ale nadzieja, że jednak wrócą, nie umierała.

Janów był typowym miastem, w którym przeplatały się kultury i narodowości. Na ulicach, targu, a nawet w domach często słyszało się język polski zmieszany z ruskim czy łemkowskim. Żydzi stanowili nację, która niezbyt chętnie wchodziła w mariaże z „obcymi”. Zamieszkiwali w swojej dzielnicy. Tam mieli warsztaty, sklepy. Synagoga nie była może zbyt okazała i ustępowała urodą kościołowi w rynku, ale na stałe wpisała się w miasteczkową rzeczywistość. Prawosławni mieli cerkiew. Tak więc różne wyznania i narodowości żyły obok siebie. Odmienny strój, czy obrządek nikogo nie dziwił. Zresztą, często, niezależnie od wyznania, wspólnie świętowano.

W okolicznych wsiach rzecz wyglądała podobnie, chociaż w większości z nich znajdowały się cerkwie grekokatolickie, a katolicy w niedziele i święta przyjeżdżali na msze do miasteczka. Ciągnęły wtedy korowody odświętnie ubranych chłopów, którzy w większości na tą okoliczność, przystrajali wozy kwiatami i wyścielali je jedliną. Młodzież chętniej chodziła pieszo, bo była to okazja do zawierania lub pogłębiania znajomości.

Zimą, gdy śnieżne zaspy przysypały trakty, a lód tworzył grubą krę, wtedy, co odważniejsi skracali sobie drogę i saniami jechali przez zamarzniętą rzekę.

Często jednak zdarzało się i tak, że na nabożeństwie w cerkwi można było spotkać katolików. Nikogo to nie dziwiło. Zresztą, gdy była nagła potrzeba udzielenia ostatniej posługi, czy chrztu, wołano popa.

Świat wydawał się bezpieczny. Pokolenie, które urodziło się po ostatniej wojnie, już dorastało i pogłoski o zagrożeniu traktowało jako ciekawostkę, a niektórzy myśleli o niej jako o szansie życiowej i przygodzie.

Stefania dorastała w tradycyjnym polskim domu. Jej ojciec – profesor tutejszego gimnazjum, był w miasteczku człowiekiem znanym i szanowanym. Starał się o to, żeby córki otrzymały jak najlepsze wykształcenie. Nie był stary, ale trudy życia przygięły go do ziemi i nie rozstawał się z laską, a raczej palicą. Jego żona nie lubiła tego słowa. Bała się, że takie dziwactwa słowne zdradzą kiedyś, że w jego żyłach płynie więcej krwi chłopskiej niż mieszczańskiej. On śmiał się z tego i czasem na przekór małżonce, nie dbając o niedzielne mieszczańskie rytuały, szedł po mszy do gospody, żeby uraczyć się kieliszkiem czegoś mocniejszego i posłuchać melodii języka, którego zapomnieć już nie chciał.

Stefcia była dość pilną uczennicą i nie zaprzątała swoją obecnością uwagi rodziców. Za to młodsza Rozalia robiła wszystko, aby ich uwagę przyciągnąć. Do tego, że co tydzień wzdychała i prawie umierała z miłości do kolejnych obiektów uniesień, wszyscy prawie przywykli, ale do tego, że z nauką nie radzi sobie wcale, pogodzić się nie mogli. W końcu jako pierwszy skapitulował ojciec. Po kolejnej awanturze, machnął ręką i stwierdził, że do dziesięciu liczyć potrafi, to dzieci się doliczy, chociaż gorzej może być z ich ojcami. Za te słowa żona nie odzywała się do niego aż do spowiedzi wielkanocnej, ale, że rzecz cała rozegrała się w marcu, więc śluby milczenia były krótkie, jednak po latach wspominając tą kłótnię, robiła pauzę, podnosiła oczy ku niebu i mówiła:

- Do Wielkiej Nocy słowa do niego nie wypowiedziałam!

Stefania obserwowała tą sytuację z rozbawieniem. Uważała, że zachowanie siostry jest wynikiem jej dziecinnego usposobienia, natomiast tak emocjonalnej reakcji rodziców na jej kolejne fanaberie, zupełnie nie rozumiała. Głowę miała zaprzątnięta swoimi sprawami.

Za kilka miesięcy miała skończyć gimnazjum i zacząć dorosłe życie. Była to przyjemna perspektywa, chociaż towarzysząca temu niepewność, sprawiała, że nie jedną noc nie przespała. Zresztą powodów niewyspania było więcej, bowiem młodzieniec, który każdego dnia towarzyszył jej w drodze ze szkoły do domu, pojawiał się w jej myślach nawet wtedy, gdy go wcale nie przywoływała. Rodzice mówili, że „Stefcia ma starającego się”. Było to dla niej bardzo denerwujące, ale posiadanie „własnego starającego się”, było uczuciem przyjemnym. Siostra, gdy dowiedziała się o tym, stała się dla Stefy jeszcze bardziej złośliwa i opryskliwa niż zwykle. Atmosfera w domu stawała się czasem nie do zniesienia.

Teraz, po latach jest prawie pewna, że jej zgoda na dość szybkie zamążpójście, była rodzajem ucieczki od ciągłych kłótni i pretensji. Szczególnie zachowanie siostry, która wybuchami histerii i złości terroryzowała rodzinę, było dla niej nie do zniesienia. Czasem miała wrażenie, że zazdrości jej narzeczonego. Widziała te jej znaczące spojrzenia. Wtedy uważała to za kolejny kaprys smarkatej, ale niestety wypadki najbliższych lat, pokazały jak bardzo się myliła.

Po ślubie zamieszkała z mężem i teściową w kamienicy, która należała do ich rodziny już drugie pokolenie. Mieszkanie było nad wyraz wygodne i obszerne. Sześć pokoi, kuchnia, spiżarnia, łazienka (co było oznaką luksusu) oraz pokoik dla służącej. Chociaż służąca, to było niewłaściwe określenie dla osoby, która była uważana za członka rodziny. Była to doświadczona kobieta, której wiek pozostawał zagadką, ponieważ momentami ruchy miała powolne i dostojne, a spojrzenie przygasłe, by za chwilę rozbłysnąć energią, jakiej mogłaby pozazdrościć nie jedna nastolatka.

Nowe otoczenie, nowa sytuacja i konieczność przystosowania się do nieznanego, nie było przerażającą perspektywą dla Stefanii. Tym bardziej, że starszą panią, matkę Jana znała od lat. Któż zresztą w miasteczku nie znał pani Jabłonowskiej? Roztaczała wokół siebie tajemniczą aurę i potrafiła zjednywać sobie nawet tych najbardziej złośliwych, którzy w jej obecności łagodnieli. Wyróżniała się się nie tylko sposobem bycia, ale także, a może przede wszystkim, strojem. Szczególną słabość miała do kapeluszy. Zaraziła tym upodobanięm Stefcię, która początkowo z nieśmiałością, a z czasem coraz odważniej przeglądała żurnale mody i odwiedzała sklepy i składy.

Małżeństwo w pierwszych miesiącach jej nie rozczarowało, ale stale zadziwiało. Gdy ktoś pytał o to jaki jest jej mąż, pierwszą odpowiedzią, jaka cisnęła jej się na usta, była, że spokojny. Tak właśnie. Spokojny. Ze spokojem tłumaczył jej każdy najdrobniejszy szczegół nowej rzeczywistości. Cierpliwie czekał na kolejne pytania i nigdy na te własne nie domagał się natychmiastowej odpowiedzi. To, co nazywano obowiązkami małżeńskimi, przyszło też w jakiś naturalny sposób. Z czasem zaczęły się jej podobać chwile sam na sam w sypialni. Atmosfera i życzliwe przyjęcie, sprawiły, że Stefania już po dwóch miesiącach mówiła o tym miejscu „dom”. Dla niej samej było to zaskoczeniem.

Rodziców odwiedzała regularnie, ale z czasem zauważyła, że robi to raczej z rutyny, niż z chęci. Dom rodzinny wydawał jej się jakiś rozedrgany, nieuporządkowany. Czuła niepokój. Za każdym razem, gdy przekraczała jego próg zastanawiała się, czy zastanie siostrę. Ta roztrzepana istota budziła nieokreślony lęk. W rozmowach skrzętnie omijała tematy małżeńskie. W pamięci szczególnie zapadły jej słowa „Zabrałaś mi dobrą partię. Nie mam pojęcia co on w tobie widział. Przecież ładna nie jesteś”. Stefcię bardzo to zabolało i od tej pory baczniejszą uwagę zwracała na spojrzenia siostry, w których odnajdywała często błyski nienawiści. Natomiast, gdy spotykali się w rodzinnym gronie, wtedy wysyłała powłóczyste spojrzenia w stronę Jana. Zauważyła też, że szuka każdej okazji, żeby chociaż chwilę zaleźć się z nim sam na sam.

Te sytuacje bywały czasem tematem żartów domowników, ale jej wcale nie było do śmiechu. Janowi zdawał się odpowiadać taki rodzaj adoracji, a lekkie wyrzuty ze strony żony, bagatelizował.

Początek 1939 roku był niespokojny. Co nuż w prasie pojawiały się niepokojące doniesienia z Europy, ale w spokojnym miasteczku, zagubionym gdzieś pośród lasów i rzek na południu Polski, życie biegło swoim torem, którego rytm wyznaczały targowe i świąteczne dni.

Jan pracował ciężko jak zawsze i często wyjeżdżał. Stefcia dotrzymywała towarzystwa swojej teściowej i zajmowała się domem. Stawała się powoli panią domu. Starsza pani patrzyła na to z uśmiechem, tak, jakby patrzyła na dorastającą córkę, która robi stałe postępy i pięknieje z każdym dniem. Żałowała tylko, że jej mąż nie dożył tej chwili, ale wierzyła, że patrzy na nich z góry z tym swoim uśmieszkiem. Dom był zamożny. Jan odziedziczył zapobiegliwość po ojcu. Panie, pozwalały sobie nawet na podróże do Krakowa albo Warszawy. Starsza pani uwielbiała kabarety, a przy okazji mogły uzupełniać garderobę o modowe nowinki. Mąż pozwalał Stefci na dużą swobodę i cieszyło go to, że matka jest szczęśliwa i tak dobrze się obie rozumieją.

Stefania czekała tylko na jedno. Każdego miesiąca, ale to nie nadchodziło. W końcu przyszło lato. Bardziej upalne niż poprzednie. Ruch na uliczkach wydawał się bardziej intensywny niż zwykle. Rozmowy krążyły wokół wojny. Gosposia robiła coraz większe zakupy i nie pytając nikogo, zapełniała piwnicę. Piwnica stawała się miejscem coraz bardziej ważnym. Jan również w niej często znikał. Majstrował coś przy półkach, poprawiał podłogę. Mówił, że to go odpręża.

- Ot, następne dziwactwo – myślała Stefania.

Ruch w zakładzie, też był większy. W niepewnych czasach ludzie woleli lokować pieniądze w złocie i srebrze. Wyjazdy Jana były coraz częstsze i dłuższe. Wracał zmęczony, mniej rozmowny…

- Potrzebuje samotności – mówiła jego mama – musisz być cierpliwa.

Ostatnie dni sierpnia były prawie gorączkowe. Ogłoszono mobilizację. Najczęściej słyszanymi na ulicy słowami były „nie wiem, nie wiadomo, ktoś, gdzieś”. Świat trwał w zawieszeniu. Niepewność była coraz bardziej dokuczliwa.

 

Stefania cieszyła się na powrót Jana z podróży w interesach. Kolejnej tego lata. Nie lubiła gdy wyjeżdżał na dłużej. Jego obecność sprawiała, że mogła głęboko oddychać i nie czuła kamienia niepokoju dławiącego ją gdzieś w piersiach. Po prostu lubiła, kiedy był. Mógł sobie siedzieć godzinami w zakładzie, nawet się nie odzywać, ale najważniejsze, że był. Mogła wtulać się wieczorem w jego plecy i zasypiać jak dziecko. Tak… Te momenty lubiła najbardziej.

Całe to zamieszanie za oknem wydawało się nierealne. Momentami miała wrażenie, że jest widzem w kinie, za chwilę zaświecą się światła i wyjdzie na ulicę. Tą bezpieczną, znajomą…

Niestety, niepokój coraz bardziej udzielał się wszystkim. Matka Jana od kilku dni stała się bardziej milcząca. Coraz częściej widywała ją pochyloną nad rodzinnym albumem. Do tej pory nie miały okazji rozmawiać o przeszłości. Stefania wiedziała, że ojciec jej męża zmarł kilka lat po wielkiej wojnie.

Gdy parę dni temu ogłoszono mobilizację, dowiedziała się, że jej męża, jako stale niezdolnego do służby wojskowej, to nie dotyczy. Była tym faktem niezmiernie zdziwiona, ponieważ wydawał jej się okazem zdrowia, a tu takie zaskoczenie. Nie wiedziała, co o tym myśleć i zaczęła się zastanawiać, czy to jest jedyna tajemnica, a może jest coś jeszcze, o czym nie wie. Zaczęła z większą uwagą przyglądać się domownikom. Jan stale zajęty pracą, bywał rzadkim gościem w domu. Starsza pani, coraz bardziej milcząca, każdy dzień zaczynała od porannej mszy, gosposia uwijała się przy robieniu zapasów żywności. Stefania czuła się momentami nieco zagubiona. Miała wrażenie, że jest świadkiem jakiegoś spektaklu, którego zakończenia nie może przewidzieć. Euforia pierwszych miesięcy minęła bezpowrotnie. Szara codzienność zaglądała do okien, świat wydawał się mniej kolorowy.

Tego wieczora siedziały przy oknie, obserwując ruch na ulicy.

- Wiesz Stefciu, kiedyś obiecałam sobie, że nigdy nie dopuszczę do tego, żeby mój jedyny syn ubrał mundur. Zbyt dużo widziałam. – z wyraźnym smutkiem i zadumą powiedziała mama. Zapadła cisza. Stefcia poruszyła się niespokojnie na fotelu i z uwagą zaczęła przyglądać się starszej pani, która niewidzący wzrok utkwiła w ścianie.

- Wiesz, ostatnia wojna zabrała mi męża, a Janowi ojca. Tak… Gdy wrócił był inny. Milczący, kilka dni potrafił nie opuszczać własnego pokoju. Warsztat podupadł, a jego nic nie obchodziło. Nawet syn, który tak bardzo do niego lgnął. Nocami budziły go koszmary. Chodził wtedy jak upiór po mieszkaniu. Prosiłam, tłumaczyłam, ale to nic nie dawało. – zamyśliła się na chwilę -Doktor, który chciał pomóc, rozkładał tylko ręce i powtarzał w kółko, że nie wrócił jeszcze z wojny. Wiesz dziecko, on walczył, widział pewnie straszne rzeczy, ale my tutaj też mieliśmy przecież wojnę. Nigdy nie zapomnę tego błota, smrodu, lęku o każdy dzień. Kolumny żołnierzy brudnych, chorych, agresywnych, ale to ze strachu. Tak to sobie tłumaczyłam. Gdy pewnego dnia sąsiadka, która była pielęgniarką poprosiła mnie o pomoc w szpitalu, poszłam. Tak…Szpital to zbyt duże słowo. Zimne, zatłoczone sale, które wydawały mi się raczej poczekalnią do śmierci. Przywozili tych nieszczęśników. Chorych, rannych, jęczących. Sienniki przemoknięte krwią, moczem i jeden Bóg wie czym jeszcze, stały się dla nich łożami śmierci. Nic nie mogłyśmy zrobić. Leków nie było. Nawet kocy, żeby przykrywać zwłoki… Rano przyjeżdżała furmanka i zabierała ciała tych nieszczęśników. Mieli przecież gdzieś żony, dzieci, matki, ojców, którzy pewnie nigdy nie dowiedzieli się, gdzie znaleźli swój ostatni spoczynek…- mówiła to głosem lekko drżącym, ale spokojnym głosem.

- Wtedy obiecałam sobie, że mój syn, choćby nie wiem co się działo, nigdy nie założy munduru. Wiem, że może wydawać się komuś to dziecinne, ale wtedy nie bałam się o siebie, ale o nich. Mąż gdzieś daleko, listy nie dochodziły…Strach dławił tak bardzo, że zapominałam o śnie i jedzeniu. Nie wiem, jak przetrwałam te miesiące. Cud chyba sprawił, że nie zachorowałam i mogłam pracować. Jan miał dopiero roczek. Pani Maria dbała o niego, jak o własne…Co ja bym bez niej zrobiła? – otarła dyskretnie łzę spływającą po policzku i zamilkła na dłuższą chwilę.

Stefania nie znała jej takiej. Zawsze wydawała jej się oazą spokoju i dobrego humoru. Teraz zobaczyła zmęczoną życiem kobietę, która dla świata zakłada maskę z wesołą twarzą, ale gdy zostaje sama, w lustro patrzy niewidzącym wzrokiem, a może nawet nie chce w nie spojrzeć, żeby nie zobaczyć siebie prawdziwej?

W pokoju zapanował cichy zmrok. Siedziały bez słowa. Ciszę przerywał co chwilę turkot wozów na ulicznym bruku.

- Widzisz moje dziecko – mama odezwała się niepewnie – czuję, że nasz spokój się kończy, a co czas przyniesie, to jeden Bóg wie.

Nagle usłyszały odgłos otwieranych drzwi i znajome kroki na korytarzu. Stefania poderwała się z fotela. Nie, nie mogła się mylić. To był Jan. Otworzył gwałtownie drzwi pokoju, na ułamek sekundy zatrzymał się w progu. Spojrzał pytającym wzrokiem na matkę, która odwróciła twarz w stronę okna, żeby nie zauważył tego, że płakała. Stefcia rzuciła mu się na szyję i przylgnęła tak mocno, jakby nigdy nie zamierzała go wyzwolić z tego uścisku.

- Dobrze już. Jestem.

- Martwiłyśmy się o ciebie. Taki niespokojny czas. Masz jakieś wieści? – matka odzyskiwała głos. Starała się, żeby słowa brzmiały spokojnie.

- Co miałem sprzedać, sprzedałem, ale kupić surowiec, było bardzo trudno. Poza tym wojna wisi na włosku. Pociągi przepełnione. Chaos zupełny. Dobrze, że tutaj jeszcze spokojnie, ale lada dzień, może się to zmienić – mówił szybko.

- Jutro nie otworzę zakładu. Musimy Uzupełnić zapasy, co cenniejsze rzeczy gdzieś schować, bo same wiecie…- zawiesił na ułamek sekundy głos. Kobiety wbiły w niego wystraszony wzrok.

- To już? – zapytała cicho Stefcia

- Niestety, ale miejmy nadzieję, że to nie potrwa długo. Może nawet front do nas nie dojdzie? W końcu Anglia i Francja…- nie skończył zdania, bo matka przerwała mu zniecierpliwiona.

- Oni są daleko i jakoś nie wierzę, że chcieliby umierać za jakąś Polskę. Co my ich obchodzimy? Synku nie wierz temu, co piszą w gazetach.

- Ale mamo, przecież…

- Przecież, przecież! Swoje wiem. Nie od wczoraj jestem na tym świecie, żeby w takie cuda wierzyć – prawie krzyknęła, machnęła ręką i wyszła z pokoju.

Zapadła niezręczna cisza.

- Jest źle? – Stefania wpatrywała się w męża.

- Źle – odpowiedziała pośpiesznie i ciężko usiadł w fotelu.

Dopiero teraz zauważyła jego zakurzone buty i pogniecione ubranie. Wyglądał na bardzo zmęczonego.

- Pójdę do kuchni. Przygotuję coś do zjedzenia. Na pewno jesteś głodny.

- W korytarzu zostawiłem walizkę. Proszę, nie ruszaj jej, sam wypakuję. Potem.

Woda w czajniku już bulgotała. Pani Maria uwijała się przy kuchni. Tak. Ona zawsze wiedziała, że ciepła kuchnia i pełna spiżarnia wprowadzają spokój, a atmosfera w domu zrobiła się nerwowa, więc tylko pełne talerze mogły ją uspokoić.

- Panienko, ja wiem, nic nie musi panienka mówić. Widzę przecież co się dzieje. Słyszę co mówią w radiu i co mówią ludzie. Będzie wojna. A czy to pierwsza w naszym życiu? No tak, w panienki pierwsza, ale my z panią starszą, to już wiemy jak może być. Ona teraz smutna i zła, ale złość niczego tutaj nie zmieni – wzruszyła ramionami i odkroiła, największym nożem, grubą pajdę chleba. Stefania zawsze się temu dziwiła, bo tyle noży w kuchni, a ona zawsze tym największym wszystko robi. Mimowolnie uśmiechnęła się do siebie na myśl, że przynajmniej to się nie zmieni. Pani Maria znajdzie zawsze największy nóż.

Talerz gorącej kapusty parował na stole. Jan usiadł i bez słowa zjadł. Obie starały się zająć czymś ręce. Nikt nie chciał zaczynać rozmowy, bo temat mógł być tylko jeden. Czasem lepiej milczeć.

 

Następny dzień zaczął się dość wcześnie. Zresztą noc nie należała do spokojnych, bo chyba nikt nie spał spokojnie. Może z wyjątkiem Jana, który zmęczony po podróży zasnął jak kamień.

O godzinie szóstej, Stefania już była w kuchni. Mama i pani Maria siedziały przy stole. W radiu podawano jakieś komunikaty. Dopiero po chwili dotarły do niej te słowa.

- To prawda? – zapytała zdziwiona.

- Innej prawdy niestety nie znamy – odpowiedziała z westchnieniem Maria. Mama siedziała bez ruchu. Jej kamienna twarz nie wyrażało żadnych uczuć.

- Powinnaś pójść do rodziców, zapytać, czy im czegoś nie potrzeba. Pewnie się martwią.

Te słowa mamy zdziwiły ją bardzo i jednocześnie uświadomiły, że rodziców nie widziała już od kilku dni.

- Pójdę, ale później

- Idź teraz i tak na pewno nie już nie śpią – jej głos był spokojny – musimy potem jakoś zaplanować… Sama nie wiem co, ale nie możemy siedzieć i czekać.

Stefania wypiła tylko kilka łyków herbaty i pospiesznie wyszła z domu. Chciała jak najszybciej mieć tą wizytę za sobą. Nie lubiła tam wracać. Miała wrażenie, że nie zawsze jest mile widzianym gościem w domu, który kiedyś był jej domem. Kiedyś… Zastanawiało ją to, że tych kilka miesięcy tyle zmieniło. Zmieniła się przede wszystkim ona sama. Teraz inaczej, dojrzalej patrzyła na świat. Czasem było to bolesne. Rodzinny dom był tego najlepszym przykładem.

Patrząc na to w jaki sposób jej dawni domownicy odnoszą się do siebie, w jaki sposób oceniają świat zewnętrzny, jak mało w tym wrażliwości i czułości, dziwiła się, że ona jest taka, jaka jest. Po każdej wizycie dziękowała losowi za nową rodzinę.

 

Furtka lekko skrzypnęła. Ścieżka prowadząca do domu zasłana była jesiennymi liśćmi. Nikt nie pracował przez ostatnie dni w ogrodzie? Jej zdziwienie było jeszcze większe, gdy przed domem zobaczyła wóz zaprzężony w konie. Drzwi były otwarte na oścież .Weszła cicho do sieni. Podniesione głosy dochodzące z salonu nie wróżyły niczego dobrego.

- Dzień dobry – powiedziała niepewnie.

- Dobry? Jaki dobry! O córka przypomniała sobie o rodzicach – matka tym razem nawet nie usiłowała być miła – Nie wyjechaliście jeszcze?

- A dokąd mielibyśmy wyjechać? – Stefania była coraz bardziej zdziwiona. Dopiero teraz dostrzegła cztery duże walizki stojące pod ścianą.

- Mama da spokój. Oni, majątku nie zostawią. Zresztą w razie czego zawsze się okupią – wysyczała Rozalka – mają czym. Nie to, co my. Cały majątek w kilku torbach się mieści.

Stefania nie wiedziała jak się zachować.

- Przyszłam zapytać, czy może czegoś nie potrzebujecie, bo te komunikaty…. – zaczęła niepewnie.

- Potrzebujemy? – siostra minęła ją obojętnie.

Tylko ojciec bez entuzjazmu patrzył na tę całą krzątaninę i niespodziewanie dla wszystkich oznajmił pewnym siebie głosem:

- Ja nigdzie nie jadę. Wy oczywiście, jak najbardziej, ale ja tu zostanę, żeby reszty nie rozkradli.

- Jak to nie jedziesz? Mamy same? – matka była oburzona.

- Same sobie lepiej poradzicie, a i bagażu będzie mniej, to taniej transport wyjdzie, a pieniądze wam się przydadzą.

Zapanowała cisza. Kobiety popatrzyły na niego ze zdziwieniem.

- Chcesz zostać tu sam i czekać na Niemców?! – wykrzyczała matka.

- Ktoś zostać musi. Jak się rozdzielimy, to będziemy mieli większe szanse – odparł stanowczo. Jego głos nie pozostawiał wątpliwości. Podjął decyzję.

Stefania czuła się jak widz. Poczuła, że jej głos nie ma tutaj żadnego znaczenia. Zaczęła powoli wycofywać się w stronę drzwi. Ten rozgardiasz wprawił ją w osłupienie. Nie rozumiała zachowania swoich rodziców. Bo dokąd mieliby uciekać? Na jak długo? Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na te pytania. Zrozumiała tylko to, że nic nie będzie tak jak dawniej. Wojna. To straszne słowo słyszała powtarzane przez przechodniów na ulicach. Pośpiech i chaos spowodowały, że prawie biegła w stronę kamienicy. W mieszkaniu zastała nie mniej dziwny obrazek. Teściowa siedziała nieruchomo przy oknie, pani Maria krzątała się w kuchni z jeszcze większym pośpiechem niż zwykle. Jan zajęty był w warsztacie. Nie bardzo wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Zeszła na parter.

- Czy mogę ci w czymś pomóc? – zapytała cicho.

- A, jesteś. Co u twoich rodziców?

- Wyjeżdżają. Chyba na wschód. Zostaje tylko tato.

- Na wschód? Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale to właśnie tato powinien wyjechać – odpowiedział z lekkim wahaniem.

- Tato? – Stefania szerzej otworzyła oczy. Czyżby Jan wiedział więcej?

- Wiesz, różne rzeczy słyszałem o Niemcach. Jeśli chociaż część z tego okaże się prawdą, to los wielu ludzi będzie nie do pozazdroszczenia. W pociągu mówili o jakichś listach proskrypcyjnych. Na zachodzie już dawno działy się dziwne rzeczy, ale czy to prawda, co mówią ludzie? Mam nadzieję, że nas to jednak nie będzie dotyczyło i cały ten bałagan szybko się skończy – jego głos z każdym słowem tracił pewność siebie – Maria zrobiła trochę zapasów, więc głód nam na razie nie grozi. Obawiam się tylko złodziei, bo wiesz wojna zmienia ludzi.

Stefania dopiero teraz spostrzegła niewielkie, starannie ułożone na blacie stołu pakunki.

- To nasze zabezpieczenie na czarną godzinę – uprzedził jej pytanie – zaniosę je w bezpieczne miejsce. Na razie nie musisz wiedzieć gdzie, ale gdy zajdzie taka potrzeba, odnajdziesz je bez trudu. Teraz pomóż mi z tą wystawą. Trzeba zmazać napis. Nie będzie na razie potrzebny.

Nie musiał mówić nic więcej. Zrozumiała to bardzo dobrze.

Cały dzień upłynął na takiej krzątaninie. Tylko mama Jana siedziała nadal przy oknie odmawiając różaniec.

Wieczorem usłyszeli pukanie do drzwi. Zwykle na nikim nie robiło to żadnego wrażenia, jednak tym razem wszyscy drgnęli i z niepokojem czekali na dalszy bieg wypadków. W korytarzu pojawił się ich sąsiad stary Flaga. Rozejrzał się niepewnie i skierował swoje kroki wprost do Jana.

- Panie Jabłonowski. Pan w świecie bywały, dużo wie, to może poradzi – zaczął bez zbędnych wstępów – my tu z chłopami gadali, bo nie wiadomo na co nam przyjdzie. Jedni uciekają, domy puste zostają, inni mówią, że Niemiec do nas nie dojdzie. Kogo słuchać? Bo jak to wszystko zostawić? Jechać też nie wiadomo gdzie… - zawiesił głos i utkwił w Janie pytający wzrok.

- Panie Flaga – Jan zaczął powoli, dokładnie ważąc słowa – Taki czas, że doradzić coś trudno, bo tu o życie czyjeś iść może… My zostajemy, ale interes zamykam. Poczekamy, zobaczymy…

- My Żydzi…-zawiesił głos – nasze dzieci, sam pan rozumie.

- Dlatego tylko wy możecie decydować. Ja nic nie poradzę – odparł stanowczo.

Kobiety przyglądały się tej scenie w milczeniu. Stefania zaczynała rozumieć grozę sytuacji.

Mężczyźni wyszli na korytarz i tam dokończyli rozmowę.

Starsza pani nagle się ożywiła i powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu:

- Mario idź do aptekarza i kup co trzeba, ale tyle, ile się da.

- A ty – zwróciła się do Jana - daj pieniądze.

Pani Maria mimo późnej pory wróciła do domu zadowolona. Aptekarz dobrze znał obie panie z czasów ostatniej wojny i wiedział, że towar w razie czego, będzie służył innym, więc sprzedał tyle, ile mógł.

 

Następnego dnia była sobota. Od samego rana przez miasto ciągnęły w stronę granicy sznury pojazdów i zaprzęgów konnych. Dworzec kolejowy był pełny ludzi. Komunikaty w radiu były coraz bardziej niepokojące. Niemcy błyskawicznie zajmowali kolejne miasta. Westerplatte się broniło.

W niedzielę około południa usłyszeli głosy syren alarmowych, a po chwili warkot nadlatującego samolotu. Ten dźwięk wydał się tak złowieszczy, że niektórzy przechodnie chowali się w bramach kamienic. Zrobił kilka okrążeń nad miastem i odleciał.

Kolejne godziny były podobne do siebie, wypełnione nasłuchiwaniem komunikatów radiowych i rozmowami o tym, co może się zdarzyć. Na szybach okien naklejano papierowe paski papieru. Wieści, że Anglia i Francja wypowiedziała wojnę Niemcom, ożywiły ulicę. W ludzi wstąpiła nadzieja na rychły koniec awantury. Radość jednak nie trwała długo. Z okolic dochodziły wieści o tym, że budowane są linie obrony, że chłopi uciekają z bydłem do lasu, że urzędnicy, kolejarze, policjanci powinni się ewakuować.

Stefania z coraz większym niepokojem patrzyła na męża. Wiedziała jak bardzo jest oddany matce, jak wiele jej zawdzięcza, ale wiedziała też, że boi się sprzeciwić jej woli. Przecież obiecał kiedyś, że nigdy nie ubierze munduru, bo to sprowadza tylko śmierć i cierpienie.

Tamtego ranka obudzili się wcześniej niż zwykle. Jan ubrał się bez słowa.

- Powiedz mamie.. A zresztą nic nie mów. Sama się domyśli. Wrócę.

Uścisnął ją tak, że nie mogła złapać oddechu. Nie wiedziała, czy ze wzruszenia i strachu, czy dlatego, że był tak mocny.

Wyszedł cicho, żeby nikogo nie zbudzić. Usiadła na łóżku i łzy poleciały same. Poczuła w tej chwili, że on jest całym jej światem i ten świat gdzieś odpłynął.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania