Strach

…Powiedz do czego służy ten klucz! Mów! Do cholery powiedz DO CZEGO SŁÓŻY TEN KLUCZ! Powiedz a puszcze cię żywym. - Krzyczał do mnie jakiś mężczyzna. Nie miałem czasu na zebranie myśli. Niewiele pamiętałem. Z resztą dopiero się ocknąłem a człowiek, którego pierwszy raz widzę na oczy krzyczy żebym powiedział mu do czego służy jakiś klucz. -Powiedz do czego służy ten klucz! Krzyknął ostatni raz po czym wyszedł.

 

Jedyne o czym myślałem w tej chwili to jak się tu znalazłem? Musiałem przecież coś wymyślić albo sobie przypomnieć, bo mimo że wygląda on na wątłą i słabą osobę to związany nic nie zrobię. Ale naglę usłyszałem to, że zdenerwowany mówi sam do siebie – Przecież ogromny żeliwny klucz musi mieć jakieś zastosowanie. Musi mi pomóc wydostać się z tego lasu.

 

Gdy nieco się uspokoiłem przypomniało mi się kilka rzeczy. Jak przez mgłę widziałem durzą bramę, grupki biegnących ludzi, skrzynki z amunicją, mężczyznę dającego mi broń. Chwila ciszy. Potem dalej łąka, las, huk, i… Jestem tutaj. Nic mi to nie mówiło.

 

Słysząc kroki i drzwi zamykane na klucz stwierdziłem, że może wyszedł po coś na zewnątrz… Albo po prostu do lasu. Nie wiedząc, ile mam czasu szybko przeturlałem się do gwoździa wystającego z drewnianej podłogi i próbowałem przerwać nim sznury którymi byłem związany. Tak, to działa! Szybko oswobodziłem ręce i w wielkim stresie rozwiązałem również pętlę zawiązaną na nogach. Zamarłem w bezruchu, gdy usłyszałem ciche wołanie zza ściany. - Nie wydostaniesz się. Mnie trzyma już tydzień. – Bałem się, że to tylko ten śmieć chce mnie powstrzymać od ucieczki, bo męskiego głosu za ścianą nie mogłem skojarzyć z żadnym innym, ale pierwotny instynkt zadziałał i z całej siły staranowałem drzwi do pomieszczenia, w którym mnie przetrzymywał. Niestety za pierwszym razem pękło jedynie kilka desek i nieco oszołomiony uderzeniem rozpędziłem się i tym razem zniszczyłem barykadę.

 

CHOLERA! - Jeden drewniany odłamek wbił mi się w rękę, gdy upadłem razem z drzwiami na podłogę. Dłoń krwawiła dość mocno i wiedziałem, że ta rana nie zagoi się sama jeszcze, gdy w powietrzu ciągle wisi wirus, który zabija w kilka godzin. Musiałem to opatrzyć. W domu tego śmiecia musiało być coś czym mogę przemyć krwawiącą rękę. W końcu, gdy zaraza zaczęła się rozprzestrzeniać wojsko rozdawało medykamenty ludności. Rozejrzałem się szybko po izbie pobiegłem do biurka. Przeraziłem się. Znalazłem strzykawkę z jakimś płynem i notatki o sporządzaniu substancji do przesłuchań policyjnych. Każdy wiedział o tym, że takie środki są stosowane, ale dostęp mieli jedynie lekarze rządowi. Teraz byłem pewny ze znajdę środki do dezynfekcji ran i bandaże wysokiej klasy. Jak powiedziałem tak się stało szybko wyczyściłem i opatrzyłem ranę.

I niespodziewanie stopklatka. Ktoś szarpną za drzwi wejściowe i sądząc po dźwięku wyjął pęk kluczy. Ułamek sekundy na decyzję co zrobić nie byłem pewny czy dokończył substancję w strzykawce, którą chciał mi zapewne podać, ale chwyciłem za nią i w bezruchu czekałem. Sekundy, gdy szukał odpowiedniego klucza trwały dla mnie wieczność. Krople potu ze strachu spływały po moim ciele. Drzwi cicho skrzypiąc otwierały się, w roztrzęsionej dłoni trzymałem strzykawkę i nim doktor zobaczył mnie wypaliłem w jego stronę, zatopiłem igłę w ramieniu i przycisnąłem tłok do końca zwiotczając mięśnie tego śmiecia.

 

Nie wiedziałem co mam więcej robić w końcu jesteśmy w strasznym miejscu, ale nigdy nie zabijałem cywili mówiono nam, że to najgorsza zbrodnia. Nie byłem żądny krwi jedynie zamknąłem go w tamtym pomieszczeniu, w którym wcześniej więził mnie i poszedłem rozeznać się w sytuacji. Jego dom był zaniedbany i ohydny. Porozrzucane śmieci, grzyb na ścianach, dziury w posadzce i na ścianach miejscami poodrywana tapeta. Zimno. Palenie w piecu było niebezpieczne, bo ściągało uwagę mutujących zwierząt i gorszych rzeczy z lasu. Chwyciłem płaszcz z wieszaka i go ubrałem w kieszeni znalazłem paczkę papierosów, zapalniczkę i woreczek z narkotykami. To okropne jak las zmienił ludzi. Zapewne był dobrze wykształconym lekarzem albo chemikiem, zarabiał niemałe pieniądze o czym świadczą chociażby marmurowe schody czy telewizor Neptun w rogu chatki który w ów czasie był luksusem. Natomiast teraz po katastrofie, porywacz i narkoman.

 

Poczułem głód. Nie mogłem zwlekać ze znalezieniem posiłku, gdyż może i roi się tu od różnych grzybów i zwierzyny to od większości rzeczy, które da się zjeść da się również umrzeć. Przez zabarykadowane okna dostrzegłem zachodzące słońce i był to znak, że mam mało czasu więc sprawdziłem czy nic nie czai się przed domem i wyszedłem, aby zerwać kilka jagód, które hodował tutaj praktycznie każdy. Na podwórku leżało kilka części samochodowych a trochę dalej cała karoseria prawie w całości pochłonięta przez las. Ă propos lasu rozciągał się on wokół całego domu i porastał dróżkę biegnącą nieopodal. Nieprzeniknione ciemnością drzewa budziły we mnie strach. A to tylko drzewa. Po zebraniu jedzenia wróciłem do domu, ale nie mogłem ich ot tak zjeść. Byłoby to skazaniem się na śmierć. Musiałem je najpierw umyć. Znalezienie czystej wody nie było problemem więc szybko zaspokoiłem głód.

 

Chcąc znaleźć łóżko, czy chociaż koc, na którym mógłbym spędzić noc szarpnąłem za dużą żeliwną klamkę i otworzyłem drzwi. Natychmiastowo uderzył we mnie przyprawiający o mdłości odór bijący z tamtego pomieszczenia. Przypominało mi to zapach zgniłego mięsa, więc zapaliłem światło i to co zobaczyłem zaparło mi dech w piersiach. Ciężko to opisać, makabra, widok rodem z obozu zagłady. Wszędzie plamy krwi, wiele kończyn, wnętrzności, płaty ludzkiej skóry, nawet całe ciało przywiązane pasami do stołu… Całe ciało… ale bez głowy. Nogi podwieszone do sufitu. Ludzka głowa jak trofeum przytwierdzona do ściany.

 

Biegnij! - Podpowiadał mi głos w głowie. Nie wiedziałem przed czym mam uciekać. Odwróciwszy się za siebie zobaczyłem tylko ciemność. – BIEGNIJ!!!! – Teraz już krzyk sprawiał, że ciągle gnałem do przodu. Nie czułem grama zmęczenia. Bez uprzedzenia na mojej drodze zaczęły pojawiać się przeszkody. Kamienie, pnie drzew, kłody, opony, z czasem coraz więcej i więcej. Moje ciało nagle z impetem uderzyło w drewniane wejście do domu. Chwyciłem za klamkę, ale ta zniknęła mi w dłoni. Ciemność pochłonęła mnie rozpaczliwe bijącego w przejście, którego nie da się otworzyć.

 

Promienie światła przebijające się przez niedokładnie zabarykadowane okno obudziły mnie. Niestety snem okazał się tylko bieg w pustce w ucieczce przed… Ciemnością? Cała reszta była już prawdą. Ciągle znajdowałem się w dziwnym domu po środku niczego.

Średnia ocena: 1.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Infernus 2 miesiące temu
    Arturitto, skup się przede wszystkim na ortografii. Nie doczytałem przez ogrom błędów. "Durzo" za "durzo" błędów... Popracuj nad tym :)
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Miałam szczere chęci przeczytać, ale się nie dało. Nie jestem aż tak wrażliwa na błędy, ale tu jest ich cała masa! I to błędy z każdego gatunku... Przebrnęłam przez kilkanaście pierwszych zdań, więcej nie dałam rady.
  • betti 2 miesiące temu
    Dobry tekst, a błędy? Ktoś zadał sobie dużo trudu, żeby to nie rozpoznać, więc trzeba uszanować...
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Miałam wyrzuty sumienia, więc wróciłam i doczytałam. Umęczyłam się. Błędy są koszmarne, jak już pisałam. Orty, gramatyczne, interpunkcja leży. Nie wiesz jak zapisywać dialogi, co to są wtrącenia. Tekst obfituje w powtórzenia.
    Co do samej konwencji... Wydaje mi się, że obrana forma wymaga lepszego warsztatu. Utwór, w którym trzeba poradzić sobie z przedstawieniem dynamicznej akcji, przekazać czytelnikowi sporo informacji co do okoliczności oraz utrzymać napięcie, wymaga sporych umiejętności. Niestety, w moim odczuciu, nie podołałeś.
  • Szalokapel 2 miesiące temu
    Nie przebrnęłam do końca. Tak jak poprzednicy mówią...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania