Strażnicy cienia część 29

Późnym popołudniem Veronika była już tak zaniepokojona nieobecnością Gerta, że postanowiła zaniechać obserwacji i czym prędzej wrócić do zajazdu. Liczyła na to, że tam go zastanie.

Akurat, gdy wyszła ze swojej kryjówki, z posesji w pośpiechu wyjechała karoca. Tuż za nią pojawił się jeździec na koniu, który ruszył w przeciwnym kierunku.

Czarodziejka nie widziała jego twarzy, jednak intuicja podpowiadała jej, że to podejrzany. Nie miała wyjścia, musiała go śledzić.

Mężczyzna sprawiał wrażenie zdenerwowanego, a nawet przestraszonego. Jego ruchy były pospieszne, a do tego ciągle się rozglądał. Veronika dokładała wszelkich starań, by jej nie zauważył.

Tak dotarli na rynek, gdzie nawet wieczorem był spory ruch. Mieszkańcy Hergig szukali tam tanich rozrywek. Słuchali ulicznych grajków, oglądali popisy nie najlepszych kuglarzy i przede wszystkim pili kiepski alkohol.

Co jakiś czas podejrzany znikał jej z oczu, ale na szczęście udawało jej się go dostrzec ponownie. W końcu jednak zniknął, a ona widziała jedynie konia, pozostawionego przy stoisku z napojami. Nie miała już żadnych złudzeń. Ten człowiek wiedział, że jest śledzony i chciał ją zgubić. Niestety okazał się niezwykle sprytny i skuteczny.

 

Rozglądała się dokoła, ale miała małe szanse, by go odnaleźć. Weszła na cokół pomnika, by mieć lepszy widok, ale na nic się to nie zdało.

– Zatańczymy? – zapytał ją młody mężczyzna, który tego wieczoru wypił już stanowczo za dużo.

– Nie, dziękuję – rzuciła, nawet nie patrząc w jego stronę.

– Paulus – przedstawił się. – Może wina?

– Nie, dziękuję. – Zaczynał ją irytować.

– To może piwa? – zaproponował.

– Nie – odpowiedziała z naciskiem.

– Na pewno masz jakieś ulubione trunki.

– Nie mam. Nie piję. – Cały czas przeczesywała wzrokiem rynek.

– A woda? – zapytał sprytnie.

– Wypiłam już swoją dzienną rację.

– No dobrze… Mam coś, co pozwala oderwać się od rzeczywistości.

– Lubię rzeczywistość. – Coraz bardziej się denerwowała. Zdawała sobie sprawę, że z każdą chwilą jej szanse na odnalezienie podejrzanego malały. O ile się nie myliła, był już daleko. Znów zawaliła sprawę.

– Lubię też podróże – ciągnął Paulus. – Może gdzieś byś się ze mną wybrała?

– Nie.

– Może później?

– Nie. – Veronika pomyślała, że dotąd nie spotkała nikogo równie namolnego.

– Będziesz tak tu stać i patrzeć, jak inni się bawią?

– Tak – usłyszał w odpowiedzi.

– A wiesz, lubię wszystkiego spróbować. Stanę obok i też popatrzę… Zobacz. – Chichoczący chłopak pokazywał jej palcem kogoś tańczącego.

Czarodziejka, zupełnie to ignorując, zeskoczyła z podwyższenia i pospiesznie ruszyła w stronę swojego zajazdu.

 

Niemalże wbiegła do pokoju. Wiedziała, że to mało prawdopodobne, ale tak bardzo chciała zastać tam Gerta. Niestety go nie było. Weszła do środka, żeby się rozejrzeć. Po chwili stwierdziła, że łóżko od jej wyjścia nie było używane, a rzeczy zdawały się być tam gdzie wcześniej. Wszystko wskazywało na to, że nikogo nie było w izbie pod jej nieobecność.

Poczuła narastający lęk. Gdzie on jest? Co się mogło stać? A jeśli nie żyje? Te i inne podobne im pytania kłębiły się w jej głowie, nie pozwalając logicznie myśleć. Wtedy też dotarło do niej, że dopuściła się poważnego zaniechania. Owszem, może i podejrzany zniknął jej z oczu na rynku, ale przecież zostawił konia. Dlaczego nie dowiedziała się od sprzedawcy napojów, w którą stronę się udał? Emocje brały górę i jej poczynania stały się chaotyczne.

Usiadła na brzegu łóżka, zamknęła oczy i parę razy głęboko odetchnęła. Trochę się uspokoiła, ale doskonale wiedziała, że musi działać i to szybko. Każda chwila mogła mieć znaczenie.

 

Pobiegła do stajni po swojego konia i wkrótce była już w drodze do Arthura. W tej sytuacji tylko on mógł jej pomóc.

Zostawiła wierzchowca przed wejściem do zajazdu i czym prędzej udała się do pokoju łowcy, licząc na to, że tam go zastanie.

– Kto tam? – usłyszała jego głos po tym, jak zapukała do drzwi.

– To ja – odpowiedziała, nie chcąc na korytarzu zdradzać swojego imienia.

Po chwili otworzył, uśmiechnął się i wpuścił ją do środka.

– Co się stało? – Szybko zauważył, że coś jest nie tak. – Usiądź. – Skierował ją w stronę krzesła i niemal na nim posadził. – Coście zbroili?

– Nie do końca wiem… – Poczuła dreszcze i z trudem panowała nad swoim głosem. Tak bardzo bała się o Gerta. – Postanowiłam tam na razie nie wchodzić i zaczekać. Wiesz, co będzie jutro w nocy?

– Co będzie? – Arthur koncentrował się, by zrozumieć sens jej wypowiedzi.

– Ich święto. Liczyłam na to, że nie poczują się zaniepokojeni i spotkają się z innymi. Chciałam zaczekać do tej nocy i ewentualnie wtedy wejść do środka. – Szybko wyrzucała z siebie nie do końca przemyślane zdania. – Poprosiłam Gerta o pomoc w obserwacji. Nie dałabym rady bez przerwy. Umówiliśmy się, że zmienię go rano, ale go tam nie było. Myślałam, że poszedł gdzieś za tym kultystą, ale on pod wieczór opuścił posiadłość. Jechał konno. Tuż przed nim w przeciwnym kierunku wyjechała karoca… – Znów spróbowała się uspokoić. – Poszłam za nim, ale zgubiłam go na rynku. Myślę, że wiedział, że jest śledzony…

– Cholera! – zaklął łowca. – Koniec z dyskretnym działaniem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

Napisz komentarz