Symfonia cukrowej rozkoszy, czyli żelbeton zalążkiem wariactwa

Kiedy mijałeś słodki obraz szczęśliwych widoków na pewnej ulicy, twoje ciało zaczynało drżeć. Mięśnie w nienaturalny sposób inicjowały skurcze, bolesne, ale i też podniecające. Kobieta czuła przyjemne mrowienie niby to łaskotki niby delikatne muśnięcia miękkich dłoni. Chociaż gdzieś w oddali za gęstwiną rozkosznych myśli zdawało się słyszeć głos rozsądku. Wydzierał się ile tylko pary w tłokach. Ale ona jedynie pozornym gestem odepchnięcia poddała się wyższej sile wrażeń. Później nie pamiętała wiele. Tylko pełnobarwne urywki obrazów pamięci i rozmazane twarze osób. Chciała tam wrócić. Ale nie po kolejną porcję natężenia nieludzkich doznań. Zamarzyło jej się okiełznać tę zniewalającą siłę.

Struga potu spłynęła po jej skroni powoli. Od dobrych kilku chwili sterczała pod klatką schodową żelbetonowego kloca usianego cementowymi piegami. Ukradkiem pod niewygodnym kątem dostrzegła zimne spojrzenie starego łysola. Jeśli się nie myliła w obliczeniach, dziadyga słał ku niej mentalne sople lodowej zawiści z okna na czwartym piętrze. Przyjęła to jako oryginalny wyraz sympatii międzyludzkiej. Argument miała na to tylko jeden. Ulica Rozkoszna pozostawała dla niej nadal obca w każdym calu. Pierwsze kroki na spękanym asfalcie obcego terenu postawiła pewnie i ruszyła dalej przekraczać kolejne granice.

Zgrabnie zamaskowany panel domofonu zgodnie z tradycją był niesprawny. Rozklekotany jak uda nierządnicy. Jej najlepszej kumpeli. Psiapsiółka z kości i krwi z dodatkiem HIV. Broniła się, jak mogła, aby nie ulec wszechobecnej słodyczy rozkosznej i pociągającej, by oddać się jej bez granic. Utkwiła wzrok w pozbawionym liści krzewie obok chodnika. Jego martwe gałązki delikatnie kołysały się na wietrze, nucąc nieprzerwaną melodię śmierci. To był strzał w dziesiątkę. Usłyszała ją. Cały świat wokoło ogarnęła depresyjna szarość i obojętność. Albo więcej. Obojętne oczekiwanie. Nieważne na co. Pozbawione nadziei warte było mniej niż zmielony karaluch leżący zgrabnie pod warstwą szeleszczących papierków cukierkowych. Kolejne minuty bezczynności wykorzystała na dobicie świadomości bezkresem prawdziwej wizji rzeczywistości.

Cichy zgrzyt. Przeszklone drzwi otworzyły się szeroko. Najpierw usłyszała piskliwe jęki, względnie dziecięcy śmiech. Dwa krasnale bachory wybiegły na zewnątrz w podskokach. Wykorzystała sytuację. Wślizgnęła się do środka, nim drzwi zatrzasnęły się z powrotem. Otwieranie wewnętrzne. Ciekawy zabieg. Ale nad czym tu dumać? Ludzie się dobrali. Przyszedł psychol i wariatka.

Na trzecim piętrze doznała nagłej dysfunkcji prawej ręki. Poczuła, że mięśnie wiotczeją. Instynktownie zaczęła wymachiwać nią, jakby bezmyślne ruchy na wpół sprawną ręką miały pobudzić tę niesprawną połowę.

— Klauny zjechały. Rozkosze jednak potrafią przyciągać — usłyszała z góry. — Żonglerzy też są? Bartuś uwielbia te ich kulki.

Niski, podstarzały głos zdawał się coraz wyraźniejszy i głośniejszy. Zbliżał się. Po kolejnych kilkunastu sekundach ujrzała jego pomarszczoną, przesiąkniętą starczym wstrętem gębę. Poznała. Łysol z czwartego piętra. Z bliska jeszcze bardziej przypominał nieudaną hybrydę doskonałości. Spazmatyczny oddech przeszył jej grzbiet lodową salwą.

— Tylko ty? Gdzie reszta? Gdzie żonglerzy? Rozpite łajzy. Wysłali niedorobioną kukłę, żeby za nich cyrk robiła — ryknął na koniec. W międzyczasie denerwujący głos mniej więcej pięcioletniego bachora przerwał jego wywód nienawiści. Zgasił bachora prosto. Kwaśny pocisk bluzgu na początku wywołał u dzieciaka śmiech, ale gdy lewa dłoń łysole dojęła skórzanego pasa, kundel podreptał w dal. Pewnie do pokoju.

— Ja tylko tak... Podobno to najstarszy blok na tej ulicy — nieśmiało zaczęła się bronić.

— Uparta. Szkoda, że nie jesteś młodsza jakieś dziesięć lat. Ostatnio mam dobre dni — wyszeptał, oblizując przeciągle wargi.

— Nie będę wchodzić dalej. Przyszłam o złej porze.

— Nie odchodź. A jeśli musisz to, chociaż weź lizaczka — Łysol wyjął z kieszeni zawinięty starannie w foliowe opakowanie lizak. Typowy okrągły i płaski. We wszystkich kolorach tęczy. - Herb ulicy. Prawo ludzkie — zdołała usłyszeć, nim ni stąd, ni zowąd straciła poczucie kontroli nad własną świadomością. Wszystko w mgnieniu oka rozmyło się w niewyraźną oleistą plamę. Jedynie lizak nadal wyraziście widniał pośród chaosu i niczym zgubna spirala pochłaniał jej resztki prawdziwej rzeczywistości.

Uległa tak łatwo. Zagubiona dziewczynka niczym głupiutki klaun. Bez cyrku, sama sobie. Teraz leży na klatce schodowej. A jej głowę zdobi krwisty kwiat różany.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Zaciekawiony dwa lata temu
    Intrygujące. Opis ataku padaczki?
  • Majonez XvX dwa lata temu
    Nie, wewnętrzna ustawka na czubku świerku
  • Canulas dwa lata temu
    Miałem kopiować, ale jest dużo dobrych rzeczy, więc nie będę.
    Wniosek jest taki:
    Albo się maskowałeś, mają jednak świadomość swej jakości, albo się ugryzł radioaktywny pisarz.
    W każdym razie ukladasz zdania bardzo, bardzo w moim guście.
    Troszkę mi się jawiłeś nieco "maskotkowo". Przyjdzie, popierdoli kocopały o majonezie i pójdzie. - ale teraz, chcąc nie chcąc, muszę ten pogląd zrewidować. Kolejny, świetny tekst, pełen pozamykanych bram i porozrzucanych kluczy.
    Posypuję głowę popiołem. Dokurwiasz ładnie.
  • Majonez XvX dwa lata temu
    Nie wiem jak mam określić te zmiany. Walić to. Dzięki za wizytę. Motywujący komentarz dobrze działa na moja klawiaturę

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania