– Szerszeń. Rozdział 1. –

– Do czorta z nimi i tą wojną... – mruknął pułkownik.

– Daj spokój, Adaś, tu jeszcze nie było tak źle. A przynajmniej mogło być znacznie gorzej. Skopaliśmy im zady, nie wrócą za szybko.

– Po pierwsze, niejeden raz cię już prosiłem, Radek, żebyś nie zwracał się do mnie tym kretyńskim zdrobnieniem. Czy ja ci na gołowąsa wyglądam?

– No teraz tak – wtrącił żołnierz z serdecznym śmiechem, patrząc na pułkownika skulonego w kuckach nad pordzewiałą miednicą i kończącego golenie.

– A idź w diabły, łajzo jedna. Za co ja cię tak lubię?

Radek w odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami. Obaj żołnierze parsknęli śmiechem.

– Wracając do tematu... Widziałeś, co ta dzicz wyprawia?! – kontynuował Adam.

– A z carskimi to co było? Czy komuchy, czy tamci, jedno bydło.

– Nie wydaje mi się, żeby carscy byli w stanie dorównać tym mendom... O ile ktokolwiek byłby w stanie.

– Ci z zachodu może i nie, trochę bardziej cywilizowani. Ale ta hołota z Sybiru... Czy pod knutem cara, czy czerwonych, tacy sami barbarzyńcy.

– Mniejsza z tym. Koniec wojny. Miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli już tych przechlanych mord oglądać.

– Na pewno nieprędko. Dopiero przecież rozejm podpisali. Zbieraj dupsko, wracamy wreszcie do domów.

Adam zgodnie z sugestią kompana zebrał swoje rzeczy, zawiesił karabin na ramieniu i wstał.

– To co, jeszcze strzemiennego?

– Niech ci będzie... Kapnij no kropelkę do czaju na rozgrzewkę. Co tam masz?

– A co mogę mieć? Tylko ten zajzajer po czerwonych.

– Psiamać... Nie wiem, co gorsze. Czy te mdłe ruskie szczyny, co nawet obok porządnego czaju nie stały, czy ten bimber. Przecież to wygląda jakby gruźlik napluł – mruknął Adam, krzywiąc się, jeszcze zanim zobaczył mętny płyn. – Żeby jeszcze było z czego się napić jak człowiek, a tu tyle czasu jak nie z tych kubków, to z cholernych szklanek po ruskich.

– A czegoś się spodziewał? Spokojnie, nie marudź. Już niebawem siądziesz sobie wygodnie w salonie we własnym domu i napijesz się jak człowiek porządnej herbaty z filiżanki albo dobrej polskiej wódki z kieliszka.

– Oby. Nie gadaj tyle, tylko lej wreszcie. Napijemy się i jedziemy.

– Cierpliwości, już leję – odparł Radek, nalewając sobie i Adamowi do kubków niemal gorącej herbaty. Na koniec dolał do napoju odrobinę bimbru z aluminiowego kanistra zdobytego po sowietach. – No to do dna! Za zwycięstwo! – dodał.

– Za zwycięstwo! – odrzekł Adam, po czym wychylił kubek i wypił duszkiem całą zawartość. – Psiakrew, mocne cholerstwo...

– Mocne i paskudne, ale w herbacie albo soku jeszcze da się zdzierżyć. Przynajmniej rozgrzeje – potwierdził Radek po wypiciu swojej porcji.

– Raczej wypali.

– Pułkowniku Ryszewicz, poruczniku Chylewski – wtrącił się trzeci, podchodząc do Adama i Radka. Zatrzymał się kilka kroków od nich i zasalutował, stukając przy tym obcasami.

– Nie błaznuj, Tomek. Co cię przygnało? Siadaj tu i się z nami napij. – Adam wskazał podkomendnemu miejsce na wolnej skrzynce obok siebie. – Radziu, nalej panu Bialskiemu kapkę czaju. Mi też możesz z pół kubeczka.

– Samego?

– Oczywiście, że nie samego! Tych pomyj nie da się pić samych.

– Generalicja zarządza wymarsz – odparł nowo przybyły.

– Spokojnie, dogonimy generała Romera. Wypijemy jedną kolejeczkę na odchodne i się zbieramy.

– Masz. Wychyl na raz i zbieramy dupska – poparł Adama Chylewski, podając jemu i Bialskiemu po kubku. Sobie też nalał rozgrzewającej mikstury.

– No to zdrowie Naczelnika! – zawołał Bialski, kucając, gdy odbierał naczynie.

– Chrzanić Naczelnika... Wasze zdrowie, panowie – mruknął Ryszewicz, unosząc kubek do ust.

Wszyscy trzej wypili podłą mieszankę i wstali. Siedząc po chwili w kulbakach, wmieszali się w tłum zbierający się w obozie i ruszyli truchtem w stronę szosy prowadzącej do Lublina.

Podążając piaszczystym duktem otoczonym borem, wjechali w końcu między pola i pierwsze szczątkowe zabudowania. Mijali od czasu do czasu chłopów i rzemieślników przeróżnych profesji, pochłoniętych codziennymi obowiązkami.

Każdy, kto spostrzegł żołnierzy, natychmiast odrywał się od swych obowiązków. Reagowali jednak różnie.

Większość wiwatowała i zapraszała ich jako wybawców ojczyzny do domu. Byli jednak i tacy, którzy nie okazywali zbytniego entuzjazmu, a nawet nie kryli niechęci wobec wojskowych. Spokojniejsi natychmiast chowali się w domach, zabierając ze sobą także dzieci, jeśli akurat bawiły się na zewnątrz. Niektórzy posuwali się do obelżywych słów i gestów, a najbardziej porywczy nawet do otwartych gróźb i rękoczynów. Były to jednak wyjątki, którym wystarczyło upomnienie kolbą karabinu. Nie musiało być nawet zbyt dotkliwe. Nie zaszła tym bardziej potrzeba zastosowania poważniejszych środków, jak bagnet czy kula.

W pierwszej chwili takie buntownicze zachowanie wobec obrońców ojczyzny przed falą komunizmu zalewającego wschód Europy zdawało się oburzające. Z drugiej strony, gdyby lepiej się zastanowić, trudno było się dziwić tym prostym ludziom.

Dla wielu zwykłych rolników, krawców czy szewców antybolszewicka defensywa odbywała się bowiem kosztem ich samych i ich rodzin, a własne wojsko było takim samym grabieżcą jak bolszewicy.

Żołnierze podczas przemarszu bez litości masowo konfiskowali najpotrzebniejsze rzeczy, między innymi żywność, buty, płaszcze, spirytus. Nikt nie przejmował się faktem, że było to konieczne, gdyż niedawna Wielka Wojna, będącą pierwszym tak wyczerpującym konfliktem zbrojnym w historii ludzkości, dotkliwie nadwątliła wyposażenie armii.

Owi wybawcy nie kwapili się także do zapłaty za zabrane rzeczy. Nikogo z tych niechętnych wojsku mieszkańców pobliskich, ale też odleglejszych wsi nie obchodziło, że ów brak rekompensaty spowodowany był finansowymi brakami.

Prości i w większości marnie wyedukowani mieszkańcy wsi na skraju analfabetyzmu, żyjący w niezwykle ciężkich warunkach, nawet nie przypuszczali takiej możliwości. Dla nich liczyło się jedno. Przetrwanie. Zapewnienie bytu sobie i swojej rodzinie. W związku z tym ci, którzy mieli choć jednego syna, najbardziej bali się, że zostanie wcielony do wojska. Choćby wrócił i nadal był w jednym kawałku, do tego czasu brakowało rąk do pracy.

W mieszanej atmosferze trzej żołnierze, pozostawieni po drodze przez resztę rozchodzącą się w swoje strony, dotarli do Budomierza, gdzie zatrzymali się na chwilę w gospodzie.

Gdy weszli, ze względu na mundury zostali natychmiast osobiście obsłużeni przez właściciela. Nie zważał on na fakt, że przy ladzie zdążyła ustawić się długa kolejka spragnionych mężczyzn. Jako honorowy człowiek twardo trzymał się zasady, że bohaterowie mają pierwszeństwo przez należące się im uznanie.

– Niech będzie na mój koszt – rzucił Adam do towarzyszy, zgarniając trzy kufle zimnego piwa.

– Ooo, nie, nie. Nic z tego. Tym razem za szanownych panów z własnej kieszeni płaci właściciel!

– No dobrze... Niech i tak będzie. – Ryszewicz z uśmiechem wzruszył ramionami. Postawił kufle na blacie najbliższego stolika i rozsiadł się na krześle. – Zdrowie wszystkich zebranych! – zawołał, odwracając się do obecnej klienteli i wznosząc kufel nad głowę.

– Zdrowie pułkownika Ryszewicza! – odparli mężczyźnie pozostali. Zaraz po całej sali rozległ się brzęk zderzanego szkła.

 

*****

 

------------------------------------------------

czaj – herbata

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Kocwiaczek 3 tygodnie temu
    O jak miło przeczytać trochę starodawnych i kolokwialnych określeń. "Zajzajer" - dawno nie słyszałam:) 5 i czekam na kolejne udostępnienia.
  • AtamanRozhovorny 3 tygodnie temu
    Dzięki :D
  • Shogun 3 tygodnie temu
    Dobrze napisane, czyta się przyjemnie. Jest klimat, odpowiednią otoczka. No nic, czekam na kolejny rozdział :D
    Pozdrawiam ;)
  • AtamanRozhovorny 3 tygodnie temu
    Dzięki :D
  • Tail 3 tygodnie temu
    Znowu śmiechłam na to tłumaczenie co to czaj xD
  • AtamanRozhovorny 3 tygodnie temu
    Haha na wszelki wypadek wolałem wrzucić pro forma xD

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania