- Szerszeń. Rozdział 2. -

– No i co my teraz ze swoim życiem poczniemy, co Ryszewicz? – marudził Chylewski. Wypity alkohol zdecydowanie nadto zaciążył mu nie tylko na wątrobie, ale też duszy i umyśle. Na jednym kuflu, wbrew temu, co z początku planowali, się bowiem nie skończyło. Właściciel natomiast dbał, by sprzedawane przez niego trunki miały solidną moc. – Wojna wygrana, sławę zdobyliśmy, żołd zgarnęliśmy. A teraz... Było, minęło.

– Otóż to. Było, minęło – odparł pułkownik, wciąż zachowując w podchmielonym umyśle prozaiczność. Przynajmniej do czasu, gdy ktoś mu zaprzeczy. – Wrócimy do domów i rodzin. Siądziemy na dupskach, opowiemy nieco dzieciakom i żonom... A później wrócimy do dotychczasowej codziennej roboty. Ot i wszystko. Żołd dostaliśmy? Może najwyżej wystarczy na pokrycie materialnych strat, choć i w to wątpię. Sławę zdobyliśmy? Bredzisz, Radziu, bredzisz. Sławę, panie Chylewski, to główne dowództwo zgarnęło... Szanowny Naczelnik Piłsudski, ewentualnie generał Romer, Rozwadowski, Iwaszkiewicz. Nie my. Myślisz, że ktokolwiek będzie o nas pamiętał za trzydzieści czy pięćdziesiąt lat? Nie łudź się, poza grono rodzinne i sąsiedzkie ta wielka chwała nie wypłynie. A nawet, jeśli i na nas cokolwiek skapnie, co będziemy z tego mieli? Żołądków nam ta sława nie wypełni, chyba że się nażremy gazet, w których będą o nas pisali, ale na zadrukowanym papierze i tak długo nie pożyjemy – zakpił na koniec.

– Ooo, i tu się pan mylisz, panie Ryszewicz... – zaczął Bialski. Jemu również udzielił się duch filozofa. – Sam pan widziałeś, że wielu jest nam przychylnych. A to z ceny zejdą, a to nawet...

– Dla ciebie "panie pułkowniku", łajzo jedna! Kurwa twoja mać! – ryknął Adam, bez ogródek przerywając Tomkowi w pół zdania. Natychmiast stanął na równe nogi i oparł się pięściami o stolik, dysząc ciężko. Tomasz zajmujący miejsce po przeciwnej stronie również się podniósł. – Poza tym, zamknij się, imbecylu! Mało z nich zdarliśmy na potrzeby armii?! Jeszcze teraz kolejne podarunki chcesz na krzywy ryj wydębić dla siebie?!

W gospodzie zaraz zapanowała kompletna cisza. Nawet siedzący w najdalszym kącie starsi panowie przerwali partię brydża i zaczęli wnikliwie obserwować zwadę uprzywilejowanych gości. Właściciel natomiast mruknął pod nosem niezrozumiałe przekleństwo, słysząc niepokojące trzaski żarówki nad barową ladą. Bez wątpienia były one zwiastunem rychłego jej przepalenia.

– Spokój, panowie, spokój! – zareagował natychmiast Chylewski, rozdzielając niedawnych towarzyszy broni. – Może i jesteśmy podchmieleni, ale zachowajmy męską i żołnierską godność. Dopiero żeśmy się zbratali na froncie, przelewając krew wroga, nie czyńmy więc teraz sobie nawzajem tego samego – dodał, widząc, że w gotowości do bójki podwijają rękawy koszul. Płaszcze munduru już dawno wisiały na oparciach krzeseł.

Szczęśliwie krótka mowa porucznika wystarczyła. Obaj wzburzeni mężczyźni zgodnie podali sobie nawzajem dłonie i zajęli z powrotem swoje miejsca.

– Wybacz, Tomku. Nie bierz moich słów zbytnio do siebie... Wiesz, że zawsze możesz i po imieniu się do mnie zwracać.

– Zgoda, wybaczam.

– Wobec tego, cóż chcecie teraz uczynić? – zapytał kolegów Radek. – Panie pułkowniku? – dodał z zawadiackim uśmiechem, puszczając oko do Ryszewicza.

– A co mogę zrobić? Wrócę do Uniszowic, rodzicom wreszcie ulżę z robotą. Zerknę przy okazji jak Maciej, mój brat, radzi sobie z biznesowymi zamiarami. Obiecywał jakiś imponujący interes zrobić w Lublinie, żeby zdobyć więcej grosza dla rodziców na usprawnienie produkcji w zakładzie. Jako manufaktura długo nie pociągnie... A wieczorami małżonce wynagrodzę ciągłe wyczekiwanie mojego powrotu z frontu. Wiecie, panowie, co mam na myśli. – Adam mrugnął do towarzyszy, dopijając resztki zawartości kufla.

Bialski spuścił wzrok i nieznacznie chrząknął, słysząc ostatnie słowa pułkownika. Ryszewicz jednak tego nie zauważył, a przynajmniej zbytnio nie przejął się nagłą reakcją kompana. Radek natomiast zdawał się nagle wytrzeźwieć, w związku z czym postanowił załagodzić sytuację. Z gromkim śmiechem klepnął pułkownika w ramię.

– Bawidamek z ciebie, nie ma co! – zażartował.

– Jaki bawidamek... Sam przecież widziałeś, że do żadnej panny cholewek nie smaliłem, a grzecznie czekałem na powrót do domu – oburzył się Adam. – Choć muszę przyznać, że pod dostatkiem urodziwych sanitariuszek się koło mnie kręciło – dodał z uśmiechem.

– Racja – przyznał Bialski.

– Koniec zabawy, panowie. Czas na nas, żony i dzieci tęsknią... Zbieramy się – zarządził Radek, wstając od stolika. Odruchowo sięgnął do kieszeni spodni, jednak przypomniał sobie, że koszt trunku obiecał pokryć właściciel lokalu.

– Pamiętaj, Chylewski, kto tu jest starszy stopniem – zażartował Adam. – Ale masz rację, należałoby wracać.

– No to idziemy. – Tomek zatarł ręce i wstał zza stołu.

– Dziękujemy za gościnę, Włodziu! Do zobaczenia – zawołał Adam do właściciela, zdejmując płaszcz z oparcia krzesła. W miarę jak kolejne krople piwa uderzały im do głowy, zdążyli się nieco lepiej poznać.

– To ja dziękuję, że tak zacni panowie zechcieli odwiedzić mój przybytek i skorzystać z usług. Rozumiem, że czas tym razem panom nie sprzyja, jednak gdyby panowie kiedyś ponownie tu zawitali i zechcieli zostać na noc, mamy w ofercie jeszcze parę innych, ciekawych z męskiego punktu widzenia, uciech. – Mężczyzna mrugnął do gości zmierzających do drzwi, polerując szkło.

– Oczywiście, dziękujemy za propozycję, będziemy pamiętać! – odparł Adam, popychając drzwi na zewnątrz. Zemdliło go zaraz za progiem, gdy przypomniał sobie, jakie opowieści krążą o higienie tutejszych panien do towarzystwa. Zaraz za nim wyszedł również Radek z Tomkiem.

Nagle Ryszewicz, rozglądając się za swoim wierzchowcem, spostrzegł jego brak. Mimo szumiącego w głowie piwa zbyt dobrze pamiętał, gdzie stał wałach. Zaraz zauważył, że ucieka na nim mężczyzna, który wychodził tuż przed nimi.

– A żeby cię, pierunie jeden... – Adam wyciągnął pistolet, przeładował i odruchowo wystrzelił. Trafił. Wciąż trzymając broń w garści, ruszył w stronę koniokrada. Złodziej z daleka nie wykazywał oznak życia, jednak wojskowe doświadczenie nauczyło pułkownika, że mimo pozorów należało zachować ostrożność. Trafiony mógł być jedynie postrzelony, ale wciąż żyć. W tej sytuacji prawdopodobnie czekał z zamiarem ataku, aż przeciwnik się zbliży. – Łapcie Siwka.

Po chwili Adam przekonał się, że przezorność z jego strony okazała się uzasadniona.

– Smiert' szerszniam! – zawołał postrzelony, gdy pułkownik do niego podszedł. Natychmiast spróbował pochwycić Ryszewicza za kostkę i chlasnął po udzie sztyletem trzymanym w drugiej dłoni.

Wciąż czujny żołnierz odskoczył do tyłu i bez namysłu posłał kulę prosto między brwi napastnika. Szybkości i precyzji, nabytej na ćwiczeniach i w bitwach, mógłby mu pozazdrościć niejeden świetnie wyszkolony chirurg.

Upewniwszy się, że mężczyzna nie żyje, pochylił się nad nim i obejrzał dłoń zaciśniętą na nożu. Widniał na niej świeży tatuaż, przedstawiający przebitego igłą owada przypominającego osę. Po podwinięciu koszuli na przedramieniu trupa Ryszewicz spostrzegł zapisane cyrylicą dwa słowa, ciągnące się od nadgarstka do łokcia.

– Radziu, umiesz pisać po rusku? Albo chociaż czytać...

– Coś tam umiem, co jest? – Chylewski podszedł do towarzysza.

– Sam zobacz – odparł pułkownik, pokazując kompanowi czarny napis: "Смерть шершням!".

– Smiert' szerszniam...

– Śmierć szerszeniom? – domyślił się pułkownik.

– Dokładnie... Cholera, co tu jest grane? Jakie szerszenie?

– Dobre pytanie. Pomyślę nad tym w drodze do domu.

 

*****

Następne części- Szerszeń. Rozdział 3. -  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun miesiąc temu
    No, akcja się zawiązuje. Reakcja Bialskiego bardzo podejrzana. Drugi rozdział, a już się dzieje już spiski i tajemnice :D No, a sam rozdział jak zwykle dobrze napisany, a klimat świetny :D
    Pozdrawiam ;)
  • AtamanRozhovorny miesiąc temu
    Dzięki :D teraz to jeszcze nic specjalnego, dopiero się namiesza ;D
  • Shogun miesiąc temu
    AtamanRozhovorny na to liczę haha ;D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania