- Szerszeń. Rozdział 3. -

– Szerszenie, psiamać. Co mu do łba strzeliło… – mruknął Ryszewicz. – Komuch to nie był. Nawet nie Rusek, wymowa nie pasuje... Cholera.

Odruchowo sięgnął do kieszeni spodni. Wymacał prawosławny krzyżyk zachowany po zastrzelonym koniokradzie i wyciągnął go, trzymając przez lnianą szmatkę, by nie zostawić na nim własnych śladów. Przyjrzał się przedmiotowi.

Od zawsze gardził kradzieżą, a szczególnie przywłaszczeniem mienia zmarłego. Tym razem jednak liczył, że dzięki niemu i szkicowi tatuażu, sporządzonemu w kieszonkowym notesie, z czasem dojdzie, kto postanowił go pozbawić wierzchowca, a następnie zabić. Był bowiem pewien, że nie chodziło o samo zdobycie środka transportu lepszego od własnych nóg. Tatuaż z martwym szerszeniem i krzyżyk, na którym zamiast ludzkiej postaci widniał niedźwiedzi łeb, nie mógł być jedynie przypadkiem.

Przemierzając krętą ścieżkę, prowadzącą między łagodnymi wzgórzami, pułkownik przez kolejne godziny wciąż rozmyślał nad zastrzelonym łotrzykiem. Gdy dotarł do wsi o nazwie Brodziaki, leżącej pod Biłgorajem, powoli zbliżał się wieczór.

Ryszewicz postanowił więc zatrzymać się na nocleg choćby w szopie, gdyby w żadnym domu nie znalazł się wolny kąt. Z jednej strony uznał, że spokojny sen w osadzie pozwoli mu wypocząć i zebrać siły na kolejny dzień; z drugiej liczył na rozjaśnienie myśli, bezładnie kłębiących się w głowie od dłuższego czasu. Prędko uświadomił sobie, że szanse na spełnienie tych pragnień były co najmniej liche, o ile w ogóle istniały.

Zapukał do drzwi, jednak dopiero po powtórnej próbie doczekał się odpowiedzi z wnętrza. Do jego uszu dotarło marudzenie starca i poskrzypywanie podłogi. Choć grube deski drzwi tłumiły wszelkie odgłosy dochodzące ze środka, Ryszewicz zdołał wychwycić, że kroki gospodarza były nierówne. Z pewnością kulał.

– Nie do wiary – westchnął staruszek, gdy uchylił drzwi i ujrzał w nich Adama. – Pan pułkownik… Zapraszam, zapraszam. Z przyjemnością ugoszczę. – Zmarszczki w kącikach oczu mężczyzny uwydatniły się, a w jego zatroskanych wodnistoszarych oczach na chwilę rozbłysły iskierki radości. Musiał mieszkać sam, a jeśli ktokolwiek do niego choć zaglądał raz na jakiś czas, zapewne nie były to ani częste, ani długie wizyty. Za sprawą blasku przygasającej lampy naftowej w jego dłoni można było dostrzec w izbie brak kobiecej ręki. – Pewnie pan głodny, spragniony… Rosołem by pan, panie pułkowniku, nie pogardził, he? Zaraz podam – kontynuował szeleszczącym półgłosem, a siwa broda sięgająca piersi falowała przy każdym wypowiadanym przez niego słowie. – Proszę się rozgościć i czuć jak we własnym domu. W końcu, jak to się mówi, gość w dom – Bóg w dom, prawda panie pułkowniku? Ach, proszę wybaczyć, że się nie przedstawiłem… Maciej Kulik. Cieszę się, że taka osobistość zawitała w moje progi.

– Pułkownik Adam Ryszewicz. To ja z przyjemnością goszczę u takiego gospodarza jak pan, panie Macieju – odparł przybysz, wyciągając dłoń, którą gospodarz uścisnął. – Ano podobno prawda… Dziękuję za propozycję, ale nie chciałbym nadto zaprzątać głowy – odparł Ryszewicz, siadając przy stole oświetlonym kagankiem. Wprawdzie chętnie skorzystałby z poczęstunku, jednak nie wypadało natychmiast przyjąć propozycji, tym bardziej, że już i tak zamierzał wprosić się na nocleg. – Przyszedłem tylko o nocleg prosić.

– Ależ panie pułkowniku, żaden problem. I ciepły kąt na nocleg się znajdzie, i solidnej kolacji panu nie odpuszczę, panie pułkowniku. Zbyt się panu należy. Zresztą z obiadu nieco zostało, wystarczy podgrzać, a tak by się zmarnowało.

– Skoro tak pan uważa, nie będę się dłużej opierał – zgodził się wojskowy, widząc, że gospodarz zaczął odgrzewać zupę jeszcze zanim zaproponował poczęstunek. Protest zaś nie zraził staruszka i nie sprawił, by ten zamierzał zrezygnować z gościnności.

Po chwili miska pełna tłustego, aromatycznego rosołu obfitującego w mięso stała przed żołnierzem, buchając gorącem parującej zawartości. Niewiele później, jeszcze zanim zupa mocno wystygła, pułkownik skrobał wystruganą z drewna łyżką o dno naczynia.

Faktycznie od przepychu ten dom był daleki, ale Maciejowi nie przeszkodziło to w zachowaniu ludzkiego postępowania i przyzwoitym ugoszczeniu gościa. Niewykluczone, że sam wiele przykrego doświadczył i tym bardziej starał się z tego powodu o jak najprzyzwoitsze postępowanie wobec bliźniego mimo własnego niedostatku.

– Smakuje, he? Tak sądziłem, w wojsku marnie karmią.

– To prawda – przyznał ze śmiechem pułkownik. – Ech, kiedy ja ostatni raz tak pyszny rosół jadłem… Dziękuję. – Kaczka. Pod wpływem tej jednej myśli gardło Ryszewicza zaraz mimowolnie zacisnęło się. Przypomniał sobie lata dzieciństwa, beztroskiego nawet jak na czasy, na które przypadło. Nieraz matka gotowała rosół, gdy stryj przynosił po dwie upolowane sztuki tego ptactwa. Przez dłuższą chwilę obaj siedzieli w milczeniu, nim wojskowy kontynuował: – A skąd pan właściwie wie, panie Macieju, jak karmią w wojsku?

– A… Widziało się to i owo przez całe życie.

– Rozumiem.. Proszę wybaczyć wścibstwo.

– Zaraz tam wścibstwo… Nic się przecież nie stało, ciekawość ludzka rzecz. Może jeszcze naleweczki na lepsze trawienie i spokojny sen? Sam robiłem, sekretna rodzinna receptura.

Ryszewicz zawahał się przez chwilę przed odpowiedzią. Tak wylewna serdeczność wobec nieznajomego mężczyzny widzianego po raz pierwszy w życiu zdała mu się w pierwszej chwili podejrzana. Zaraz jednak uznał swe obawy za przesadzone, zrzucając winę na wojenne doświadczenia. W końcu starzec musiał również zaznać żołnierskiego żywota, a jednak nie zachowywał takiego dystansu.

– Niech będzie, skoro rodzinna tajemnica to czemu nie. A porządny sen też mi się przyda. Chętnie jeden kieliszeczek wypiję – przystał na propozycję, jednak wciąż zachowywał czujność.

Tymczasem poczciwy staruszek wstał od stołu i zakrzątnął się przy kuchennym kredensie w poszukiwaniu obiecanego trunku. Adam zaś spostrzegł, że zgodnie z jego początkowymi podejrzeniami gospodarz wyraźnie utykał na lewą nogę. Pułkownik mimowolnie skupił na niej uwagę. Sprawiała wrażenie krótszej. Po chwili jednak doszedł do wniosku, że nie różniła się długością od prawej, a była dotkliwie uszkodzona. Tak podle, jak potrafili to zrobić jedynie carscy żandarmi z osławionego Pawilonu X. Bolszewicy nie byliby zdolni do tak wyrafinowanej brutalności.

Pozostaje pytanie, co Macieja Kulika przygnało pod Biłgoraj… albo co go wtedy wywiało do stolicy. W każdym razie stolicę dzielił od tej wioski szmat drogi, a wypytywanie ledwo poznanego starca o takie szczegóły jego przeszłości było równie nietaktowne, co nieroztropne. Zresztą ta wiedza nie wydała się Adamowi obecnie do czegokolwiek przydatna.

Postanowił więc ugryźć się w język i zaniechać dalszych dociekań na temat losów poczciwego człowieka w podeszłym wieku, który przyjął go pod swój dach i doprawdy godnie ugościł. Wychylił podany kieliszek. Zaraz odstawił go z brzękiem z powrotem na stół i głośno wypuścił powietrze zatrzymane na chwilę w płucach.

Paliło. Piekielnie paliło. Wcale nie mniej niż po ruskim samogonie, który miał okazję wypić z poranną herbatą jeszcze w wojskowym obozie. Nalewka Kulika miała jednak dużo przyjemniejszą konsystencję, przejrzystą krwistoczerwoną barwę oraz przeważający malinowo-różany posmak i aromat.

– Wyborny trunek, panie Macieju – przyznał pułkownik. – Cudowna odmiana po bimbrze tych ruskich dzikusów – dodał.

– Dziękuję.

– Wspominał pan, że znalazłoby się lokum dla mnie na noc... Mógłbym je zobaczyć? Najwyższy czas na sen, rankiem muszę jak najwcześniej wyruszyć w dalszą drogę.

– Oczywiście, proszę za mną, panie pułkowniku – odparł Kulik, wstając od stołu. Sprzątnął po kolacji i ruszył przed siebie, by odprowadzić gościa do przydzielonego mu pokoju.

– Czyś ty, tatko, do reszty na starość zdurniał?! – syknął na Macieja jego syn. Nagle pojawił się w korytarzu, gdy starzec oddalał się od drzwi w kierunku swojego pokoju. Wypowiadał słowa na granicy słyszalności, by przybysz nie usłyszał przez drzwi jego oburzenia.

– O czym mówisz, synu? – zakpił Maciej.

– Dobrze wiesz, o czym.

– Może mnie jednak łaskawie oświecisz?

– Nie słyszałeś, jak się przedstawił?! Pułkownik Adam Ryszewicz. Przecież to Szerszeń. To znaczy potomek Szerszenia, ale dla nich to bez różnicy. Potomek Szerszenia sam jest Szerszeniem. Wiesz, tatko, jak kończą, jeśli znajdzie go któryś z Niedźwiedzi, a już od tygodnia polują.

– Wiem, wiem. Jedenasty kwietnia i trzeci, szósty albo dziewiąty krzyżyk na karku. Słyszałem te bzdety.

– To nie bzdety, tatko. Tak samo kończą ci, którzy pomagają Szerszeniom. Tyle przeżyłeś, spieszy ci się do grobu? Pewnie nie. Mi tym bardziej.

– Posłuchaj, smarkaczu. Przeżyłem trzy wywózki. Przeżyłem Pawilon w Cytadeli. Wywinąłem się od rozstrzelania. Przeżyłem cara, przeżyłem bolszewików, przeżyję i polowania Niedźwiedzi. Jak już umrę, to ze starości. A przyzwoitość przede wszystkim. Dobrej nocy, synu.

Adam przysiadł na łóżku, pocierając policzki. Mimo starań młodego Kulika słyszał całą rozmowę. Lata spędzone w roli wartownika zrobiły swoje.

– Niech to szlag. Co tu się dzieje, do diabła… Teraz to i nalewka na sen nie pomoże.

 

*****

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun 3 tygodnie temu
    No, świetnie, coś się już trochę rozjaśniło w sprawie "Szerszeni". A staruszek naprawdę poczciwy i chyba niezniszczalny :D
  • AtamanRozhovorny 3 tygodnie temu
    Chwilowo się odrobinę rozjaśniło, ale tylko bardziej to namiesza ;D haha, no prawie niezniszczalny faktycznie ;)
  • Shogun 3 tygodnie temu
    AtamanRozhovorny no to w takim razie zobaczymy co masz tam przygotowane ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania