Szmaragdowy mech

Była pierwsza kwadra księżyca i jego śnieżnobiały sierp odcinał się na tle kruczoczarnego nieba gdy Jo nagle otworzył oczy. Zobaczył nad głową przesuwające się ciemnoszare korony drzew, które tworzyły nad nim ażurowy tunel splecionych ze sobą wielopalczastych konarów i gałęzi. Księżyc jakby mu się przyglądał i miało się wrażenie, że nie chce stracić go z pola widzenia. Przesuwał więc i pospieszał chmury, które co jakiś czas zasnuwały nocne niebo. Białe, delikatne, mgliste pierzynki odpływały szybko odsłaniając księżycową tarczę. Moc ich niebiańskiego pana była nieprzenikniona i tak namacalna jakby samą jasną poświatę można było dotknąć opuszkami palców. Jo czuł tą energię, niezwykle potężną, przyzywającą, przychylną acz bardzo odległą i powściągliwą. Dopiero teraz odkrył, że całe jego ciało się bezwiednie kołysze, a ręce rozłożone wzdłuż tułowia dla lepszego podporu i równowagi wyczuwały pod sobą coś suchego, zimnego, ale i szorstkiego i kłującego. Siano? Patyczki? Wtedy też wzdrygnął się na uczucie lodowatego powiewu wiatru, który smagnął jego twarz i całe ciało poczynając od stóp aż po koniuszki włosów na głowie. Podmuch wydawał się tak przenikliwy, że Jo uświadomił sobie, że ma na sobie jedynie cieniutkie ubranie, które w żaden sposób nie chroni go przed chłodem. Instynktownie chciał wstać, ale jego tułów nagle wydał się bardzo ciężki, więc podparł się na prawym łokciu aby sobie pomóc. Przez parę chwil zdołał utrzymać równowagę na tyle, aby omieść wzrokiem pobliski krajobraz. Zdawało się, że znajduje się na czymś w rodzaju drewnianego wozu bo czuł, pomimo iż leżał na zimnym i sztywnym sianie, każdą wyboistość drogi. Szturchało nim i rzucało na każdą stronę, więc lewą ręką chwycił za lodowatą burtę. Spojrzał w dół. Wóz jechał po leśnej dróżce w której nieznacznie tylko wyżłobiona była ścieżka na dwa koła. Leśny trakt porastał szmaragdowy mech ustępujący czasami co większym chropowatym kamieniom, korzeniom drzew i drobnym krzewinkom. Co jakiś czas miękki dywan mchu okalał wielki przydrożny głaz na którym – o ile go wzrok nie mylił – lśniły w ciemności tajemnicze znaki. Były to jakieś dziwne leśne hieroglify, zapewne jakieś symbole, których znaczenia nie znał. Wyglądały jak runa lub zawijasy służące za litery obcego alfabetu. Na jeden z mijanych głazów, którego trzy tajemnicze emblematy powoli zostawały w tyle, tak się zapatrzył, że stracił na chwilę czujność i nagłe szarpnięcie wozu rzuciło go z powrotem na plecy. Otworzył szerzej oczy natychmiast się otrzeźwiając i wyostrzył zmysły. Wpił rozcapierzone place w sztywne siano i spojrzał w górę. Uświadomił sobie, że przez cały ten czas jechał tyłem do kierunku jazdy i dostrzegał teraz ciemny zarys czyichś pleców – czyżby miał woźnicę? Ktoś tu jeszcze był? Ta myśl tak samo go przestraszyła jak i pokrzepiła. W pierwszej chwili chciał znów się podnieść i przywitać z nieznajomym, ale w ułamku sekundy zablokował wszystkie swoje mięśnie, tak, aby nawet nie drgnęły. Siłą woli zmusił się do bezruchu i na nowo zamarł.

- Bo niby co ja mam tej osobie powiedzieć? Gdzie ja w ogóle jestem?

Zaczął chaotycznie i natarczywie przeszukiwać swój umysł w poszukiwaniu odpowiedzi, a kiedy ten totalnie zawiódł zmusił pamięć do przywołania ostatnich świadomych scen ze swojego życia. Dalej nic. Przeraził się. Nie miał pojęcia gdzie jest i jak się tu znalazł. W umyśle zachował jedynie mgliste skrawki przeszłości, obrazy zasnute cieniem niepamięci, twarze, gesty i słowa wyrywkowo następujące po sobie w chaotycznych migawkach. Poczuł jak ogarnia go panika, tętno przyśpiesza, a myśli stają się coraz bardziej nerwowe i bezładne. Nagły wybuch adrenaliny podniosły jego klatkę piersiową, gdyż bezruch wydał się nagle niebezpieczny i irracjonalny. Usiadł więc sztywno na sianie i odwrócił przez prawe ramię w stronę tajemniczej postaci siedzącej przodem do kierunku jazdy.

Zebrał się w sobie i już miał się odezwać, gdy nagle wóz zatrzymał się z ostrym szarpnięciem. Jo poleciał do przodu uderzając boleśnie klatką piersiową o drewnianą burtę oddzielającą go od tajemniczego woźnicy. Przez chwilę nie mógł złapać oddechu aż w końcu nabrał energicznie haust świeżego powietrza. Trochę oprzytomniał i wtedy nagle go zobaczył. Najpierw jego uwagę zwróciła łuna granatowego światła, która wydawała się całkowicie nierealna w środku leśnej dróżki oświetlanej jedynie delikatną księżycową poświatą. Zainteresowany skąd pochodzi ów nieziemska ławica światła wychynął zza burty wozu i wtedy zrozumiał, że jest z nim naprawdę źle – albo całkowicie oszalał, albo bardzo mocno uderzył się w głowę albo jego kolega Bryan zapodał mu najmocniejsze dragi jakie do tej pory brał i teraz leży nieprzytomny na kanapie w ich studenckiej kanciapie i ma totalną delirę.

Bo oto na leśnej ścieżce w całkowitej, mrocznej leśnej ciszy stoi przed nim na drodze wielki jeleń otoczony granatowym, promienistym obłokiem bijącego od niego światła. Jo doszedł do wniosku, że w żaden możliwy sposób nie może teraz zaufać swoim zmysłom, więc zamknął oczy i zaczął je intensywnie trzeć dłońmi. Nagle jednak w jego umyśle pojawiła się myśl, która przyszła do niego nie wiadomo skąd, a która kazała mu spojrzeć w stronę olbrzymiego zwierzęcia. Bez zastanowienia podniósł głowę i znowu wychylił się nieco, aby zobaczyć jego całą posturę. Ku jego ogromnemu zdziwieniu, jeleń nadal tam stał, a jego łuna okalała delikatnie leśną ścieżkę, najbliższy głaz oraz sosnowe pędzelki najbliższych mu drzew. Jeleń musiał dostrzec rozczochraną czuprynę Jo wyglądającą minimalnie znad burty i jego głowa drgnęła. Jo zamarł, a sekundę później schował się za plecami woźnicy, który tkwił nieruchomo na swoim miejscu. Serce znowu zaczęło mu bić jak oszalałe, oddech tłukł się w klatce piersiowej, a wyostrzony wzrok zaczął przeczesywać pobliski las w poszukiwaniu najbliższej drogi ucieczki...

 

cdn.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania