Tamte wakacje - Rozdział 10

Stałam przed drzwiami domu znajdującego się dwie ulice dalej od mojego. Było już ciemno. Dookoła panowała cisza przerywana tylko od czasu do czasu szczekaniem jakiegoś psa. W rękach ściskałam koc w czerwoną kratę i latarkę taty. Wzięłam głęboki wdech. Mimo, że przed przyjściem tu spędziłam pół godziny przed lustrem, sprawdzając czy moje włosy, które wyjątkowo rozpuściłam, dobrze się układają i czy bluzka układa się odpowiednio, to cały czas czułam, że coś jest nie tak.

Na samą myśl, że mam zapukać w te wielkie, białe drzwi, nogi mi się uginały. W końcu sama, z własnej woli przyszłam pod dom Richarda. Nie wiem czy kiedykolwiek byłam u niego. Nawet jeśli dostawałam jakieś zaproszenia na jego urodziny, to nigdy nie miałam ochoty na nie się wybrać.

Dom był przynajmniej dwa razy większy od mojego. Rodzice Richarda nie należeli do biednych. Ojciec miał ziemie uprawne oraz hodował bydło. Jego mama jako jedna z nielicznych okolicznych weterynarzy, też pewnie zarabiała całkiem dobrze. Ogród był spory i zadbany, na ganku stało pełno kwiatów oraz różne kamienne posążki aniołków i skrzatów. Mhm może dlatego Richard tak się uparł z tym „Aniołkiem". Dobrze, że mnie nie nazywa skrzatem. Jednak ten dom i tak nie mógł się równać z willą Christiana – pomyślałam.

Wreszcie uniosłam drżącą rękę i zapukałam nieśmiało. Zero reakcji. Może go nie ma w domu – pomyślałam. Choć w oknach na parterze paliły się światła, zawsze można było mieć nadzieję. Nagle drzwi się otworzyły, aż podskoczyłam. Stanął w nich Richard, trochę zaspany, w rozczochranych włosach. Miał na sobie biały podkoszulek i szare spodnie dresowe. Był na bosaka. Na mój widok zrobił wielkie oczy, uniósł brew, a na ustach pojawił się delikatny, drwiący uśmieszek typowy dla niego.

– A ty, co robisz tutaj? – spytał. – O tej godzinie. – Spojrzał na zegarek. Była dwudziesta druga.

– Przyszłam się spytać czy poszedłbyś ze mną oglądać gwiazdy? – wykrztusiłam z siebie jednym tchem i wskazałam na koc. – Dzisiaj ma być deszcz meteorytów.

– Ty tak serio?

– Tak. – Posłałam mu delikatny uśmiech.

To był właśnie mój plan. Chciałam wyrwać go z domu, zająć czymś jego myśli, żeby oderwał się choć na chwilę od operacji, która czekała jutro mamę Richarda. Nawet jeśli miałoby to skończyć się drwinami do końca wakacji. Powtarzałam sobie, że robię to dla pani Vivian.

Byłam pewna, że mnie wyśmieje i cały plan spełznie na niczym, a ja będę mogła spokojnie wrócić sobie do domu. Tymczasem Richard cofnął się do przedpokoju założył czarne klapki i bluzę z kapturem. Złapał za klucze i jeszcze na chwilę zniknął w pokoju, wracając z butelką piwa w ręce. Pogasił światła i zamknął drzwi na klucz. Stanął przede mną.

– No to chodźmy – powiedział i zabrał koc z mojej ręki.

Richard schodził już ze schodów, a ja jeszcze chwilę stałam wryta. Czy on się naprawdę zgodził? Bez żadnej głupiej uwagi?

Dogoniłam go, kiedy był już za furtką.

– Rodzice ci tak pozwalają wieczorami? – Wskazałam na butelkę piwa. Może to było głupie pytanie, ale nie wiedziałam jak zacząć z nim rozmowę.

– A widzisz ich gdzieś tu? – spytał, podając mi butelkę. Bez wahania chwyciłam ją i pociągnęłam dużego łyka. Piwo było strasznie gorzkie, ale musiałam pokazać mu, że jestem równie zajebista.

Uśmiechnął się, zerkając na mnie z ukosa. Bez słowa wyjaśnienia poprowadził mnie w stronę ziem swojego ojca. Musieliśmy znaleźć miejsce gdzie będzie jak najmniej światła i jak najwięcej gwiazd oraz gdzieś, gdzie nikt nas nie zobaczy.

***

Leżeliśmy na kocu ramię w ramię. Ziemia jeszcze oddawała ciepło nagromadzone w ciągu upalnego dnia, więc nie czuliśmy chłodu. Niebo było przejrzyste, ani jednej chmurki. Księżyc w nowiu i dawał niewiele światła. Za to gwiazdy – było nimi usiane całe niebo i do tego świeciły tak wyraźne, że aż widok zapierał dech w piersi. Dookoła panowała absolutna cisza.

– Pięknie – szepnęłam.

– Czemu szepczesz? Przecież tu nikogo nie ma.

– Nie wiem – powiedziałam już normalnie. – Tak jakoś. – Uśmiechnęłam się. Nie wiedziałam czy widział mój uśmiech.

Znów zapanowała cisza. W oddali było widać migocące światełko jakiegoś samolotu pasażerskiego.

– Zawsze mnie fascynował kosmos. Jest taki... nieodkryty – znów się odezwałam. Co za durny tekst. Jednak nie miałam pojęcia o czym mam rozmawiać z Richardem. Nigdy nie przeprowadziliśmy ze sobą normalnej rozmowy, choć znaliśmy się od zawsze.

– Taa, fascynujące. – Sarkazm w głosie Richarda był wyraźnie wyczuwalny.

– Wiedziałeś, że prawdopodobnie istnieje coś takiego jak biała dziura? Takie przeciwieństwo czarnej dziury. W końcu wszystko, co zostało pochłonięte przez czarną dziurę musi gdzieś wyjść. Naprawdę. Jeśli czarna oraz biała dziura zbliżą się do siebie, może powstać między nimi tunel czasoprzestrzenny.

– Masz na myśli „wormhol".

– A więc słyszałeś o tym?

– Powiedzmy, choć nie sądziłem, że ciebie to interesuje.

– A ja, że ciebie – palnęłam z przekąsem. – Pewnie kosmici używają ich, żeby podróżować w kosmosie, a może i nawet w czasie. – Zaśmiałam się.

– Ty i te twoje teorie spiskowe – parsknął.

Umilkłam, więc leżeliśmy dalej w ciszy. Wytrzymałam pięć minut.

– Jakie masz plany po szkole? – Nie wiem czemu musiałam ciągle gadać. To chyba z nerwów.

– A jakie ma to teraz znaczenie? – warknął. – Nie mam teraz głowy myśleć o przyszłości.

– Rany z tobą się nie da normalnie porozmawiać? – spytałam wkurzona. Mógł się choć trochę postarać.

– A z tobą nie można po prostu posiedzieć w ciszy? – Jego głos był już łagodniejszy, mimo to nie miałam zamiaru odezwać się już ani słowem.

– Prawo – powiedział po chwili, a na dźwięk jego głosu aż drgnęłam.

– Słucham?

– Planowałem iść na prawo – wyjaśnił – ale na razie przestałem myśleć o przyszłości – dodał smutnym głosem.

– Patrz! Spadająca gwiazda! – prawie krzyknęłam. Klepnęłam go w bok, a drugą ręką wskazałam niebo.

– Widziałem.

– Pomyślałeś życzenie?

– Mhm – przytaknął.

– Jakie?

– Żeby mama wyzdrowiała – powiedział cicho. – A ty? – Odwrócił głowę w moją stronę. Poczułam na szyi jego oddech i po moim ciele przeszły ciarki. Nie ruszyłam się.

– Żeby twoja mama wyzdrowiała – odpowiedziałam, a on znów spojrzał w gwiazdy.

– Od dziecka tata przyprowadzał mnie tu w wakacje patrzeć na gwiazdy – wyznał ku mojemu zaskoczeniu. – W tym roku zapomnieliśmy przez to całe zamieszanie.

– Widzisz jak dobrze, że po ciebie przyszłam. – Znów szturchnęłam go w bok. Tym razem natrafiłam na dłoń. Nie odsunęłam ręki.

Spadła kolejna gwiazda.

– Jakie teraz życzenie pomyślałeś? – spytałam po raz kolejny. Tym razem milczał przez chwilę, po czym powiedział z pełną powagą:

– Nie mogę ci powiedzieć. To tajemnica. Choć wątpię, że się spełni. Ma na to mniejsze szanse niż poprzednie.

– Słucham?

Zdziwiłam się i odwróciłam głowę w jego stronę. On zrobił to samo. Na moment nasze oddechy się spotkały. Poczułam jak zamyka moją dłoń w swojej. Cała zesztywniałam, a policzki zalał mi rumieniec. Dobrze, że nie mógł tego zobaczyć. Szybko wyprostowałam głowę, ale dłoni nie udało mi się uwolnić z uścisku, nawet nie próbowałam.

– Czemu nie możesz być taki zawsze? – spytałam po dłuższej chwili, kiedy zobaczyłam kolejną spadającą gwiazdę i pomyślałam następne życzenie.

– Jaki? – zdziwił się.

– No normalny.

– Przecież zawsze jestem normalny! – Zaśmiał się.

– Zawsze to jesteś chamski i wiecznie się mnie czepiasz. Nawet jak próbuję cię unikać, to znajdziesz pretekst, żeby mi dogryźć.

– Widocznie lubię ci dokuczać. – Roześmiał się, a jego śmiech odbił się echem po okolicy.

– Dlaczego? – poczułam, że głos mi się łamie. Chyba znów udało się mu sprawić mi przykrość. – Dlaczego akurat ja? Jest tyle innych dziewczyn. Nawet moich przyjaciółek nie zaczepiasz tylko mi się zawsze obrywa.

– A jak myślisz, Aniołku?

– Nie wiem, może dlatego, że znamy się od dziecka? Chodzimy do jednej klasy? Mieszkamy obok siebie?

Znów się roześmiał.

– Nie, to nie dlatego. – Szturchnął mnie w bok. - Może po prostu próbuję tak zwrócić na siebie twoją uwagę. Przynajmniej tak było na początku. Zawsze jesteś taka niedostępna, zamknięta we własnym świecie. A potem tak już zostało. To tak jak nawyk. Zresztą wcale nie jesteś lepsza ode mnie. Zawsze myślałem, że lubisz te nasze słowne utarczki, które czasem przechodzą do rękoczynów. – Śmiał się dalej.

– Ja? Niedostępna? – Nie mogłam wyjść z szoku. – Może trzeba było po prostu przyjść i normalnie ze mną porozmawiać? Ja nie gryzę. Przynajmniej kiedyś nie gryzłam.

Nastała cisza. Słyszałam jak wzdycha. Obróciłam się na bok, uniosłam na łokciu i lekko pochyliłam, żeby spojrzeć mu w oczy.

– Chcesz powiedzieć, że jesteś chamski, robisz ze mnie pośmiewisko przed całą szkołą, ponieważ mnie lubisz i chcesz na siebie zwrócić moją uwagę? – Zmrużyłam oczy, starając się wyrecytować jego słowa. – I ty twierdzisz, że jesteś normalny?

Pomimo panujących ciemności, widziałam dołeczki w jego policzkach, które pojawiały się, kiedy się uśmiechał. W tym momencie moje włosy ześliznęły się z ramion i opadły z jednej strony prosto na jego twarz. Zanim zdążyłam je poprawić, podniósł dłoń i odgarnął je do tyłu.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi – powiedział, kładąc swoją dłoń na moim karku i delikatnie przyciągnął mnie do siebie. Nasze usta zetknęły się w pocałunku.

Odruchowo, szarpnęłam głowę do tyłu, ale on przytrzymał mnie i pocałował jeszcze mocniej. Już się nie opierałam. Cały świat mi zawirował. Miałam wrażenie jakbym na chwilę się wyłączyła i nie wiedziała co się ze mną dzieje. Oparłam dłoń na jego torsie. Jego serce biło równomiernie, jak gdyby nigdy nic, a moje, miałam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z piersi.

***

Pocałunek nie trwał długo, chociaż dla mnie to było jak wieczność. W końcu Richard poluźnił uścisk, a mi udało się wyrwać. Zerwałam się na równe nogi odpychając się od niego.

– Oszalałeś?! – krzyknęłam. – Co to miało w ogóle znaczyć?!

Szarpnęłam koc, zmuszając go tym gestem do wstania z ziemi. Podniósł się powoli i złapał do ręki swoją pustą butelkę po piwie. Zwinęłam w pośpiechu koc, podniosłam i włączyłam latarkę. Richard stał spokojnie z jedną ręką w kieszeni. Uśmiechał się szeroko tym swoim zawadiackim uśmiechem.

– Jakim prawem mnie pocałowałeś?!

– Bo już od dawna miałem na to ochotę – tymi słowami jeszcze bardziej mnie rozwścieczył.

– Chciałam być dla ciebie miła, ale ty zawsze musisz wszystko zepsuć. Nienawidzę cię, Richardzie! – krzyczałam dalej.

– A ty znowu to samo? Nudna się już robisz z tym całym „Nienawidzę cię Richardzie". Postarałabyś się bardziej – powiedział spokojnie.

Pomyślałam, że ta cała sytuacja przypomina nasze spotkanie na polanie deszczu. Wtedy też próbował się do mnie zbliżyć a ja wykrzyczałam mu w twarz, że go nienawidzę. Czemu on na mnie tak działał. Zawsze jeżyłam się i przybierałam postawę obronną. Nie dziwota, że nie umiał się inaczej do mnie zwracać jak tylko głupimi docinkami, skoro zawsze słyszał ode mnie jedno i to samo. Jednak nie miał prawa mnie całować. To był mój pierwszy w życiu pocałunek i był przeznaczony dla kogoś wyjątkowego. W kim będę zakochana. Nie dla niego.

– To już taki nawyk – parsknęłam.

Obróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę swojego domu. Richard szedł całą drogę za mną. Nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa, dopóki nie dotarliśmy na miejsce. Nie zdążyłam jeszcze dojść do schodków, kiedy usłyszałam jego głos:

– Jeśli chciałaś na chwilę odwrócić moją uwagę to ci się udało i to całkiem dobrze.

Poczułam, jak we mnie wrze. Odwróciłam się do Richarda. Wrzucił butelkę do kontenera na śmieci i uśmiechnął się do mnie, ale w jego oczach widziałam smutek.

– Słuchaj, Richardzie. – Podeszłam do niego i wyciągnęłam groźnie palec wskazujący. – Jeśli ktokolwiek dowie się o tym, co wydarzyło się dzisiejszego wieczora, to przysięgam, że nie odezwę się do ciebie już nigdy ani słowem. Rozumiesz? Nie pozwolę, żebyś rozpowiadał, że mnie całowałeś, jakbym była jedną z kolejnych twoich lasek do zaliczenia! – Ostatnie słowa prawie wykrzyczałam. Zerknęłam na okna. Nie chciałam pobudzić rodziców.

– Rozumiem. – Oparł się o słupek ogrodzenia. Podkulił ramiona jakby mu było zimno. – Nikomu nie powiem. Masz moje słowo.

– Jakby coś było warte – fuknęłam.

Zaczęłam wchodzić po schodkach, wyciągając klucze z kieszeni.

– Tamaro – powiedział to takim głosem, że musiałam się odwrócić. – Dziękuję.

Weszłam do domu, zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie. Zerknęłam na zegarek – było już po północy. Wyjrzałam przez okienko z boku drzwi, ale Richarda już nie było pod moim domem. Czułam, że jeszcze cała dygoczę, nogi miałam miękkie, niczym z waty. Chyba oszalałam do reszty.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • TheRebelliousOne 7 miesięcy temu
    "Jeśli ktokolwiek dowie się o tym, co wydarzyło się dzisiejszego wieczora, to przysięgam, że nie odezwę się do ciebie już nigdy ani słowem. Rozumiesz?" - Jakoś tak... słabo zabrzmiała ta groźba w moim mniemaniu. Gdybym był Richardem, powiedziałbym coś w stylu "Tylko na tyle Cię stać? Słabiutko..." :P To jednak nie umniejsza mojej oceny tego rozdziału, jaką jest 5. Pozdrawiam serdecznie :)
  • weatherwax83 7 miesięcy temu
    A może dla niego to byłaby najwieksza katorga ;) Dzięki :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania