Tamte wakacje - Rozdział 11

Następny dzień strasznie się dłużył. Ciągle spoglądałam na zegarek. Nawet to, że Molly wyciągnęła mnie na spacer dużo nie pomogło. Trajkotała cały czas, a ja nawet nie wiedziałam, o czym mówi.

– Tamaro, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – spytała. – Jeśli masz dość moich historyjek to powiedz, nie obrażę się.

– Nie, Molly przepraszam cię. Myślę cały czas o pani Vivian.

– Myślisz, że jest już po operacji?

– Właśnie nie mam pojęcia. Nie mam numeru do Richarda, nie mam się jak dowiedzieć.

Była to tylko część prawdy. Tak właściwie to myślałam jeszcze o zeszłej nocy. Nie opowiedziałam o wyprawie z Richardem i wypatrywaniem z nim gwiazd. Nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział. Nawet nie wiem dlaczego. W końcu nie zrobiłam nic złego, starałam się być koleżeńska. Bałam się, jak Molly zareagowałaby na to, że Richard mnie pocałował, jeszcze bardziej na to, że na to pozwoliłam. Wyśmiałaby mnie jakbym powiedziała, że mi się podobało.

Już sama nie rozumiałam swoich uczuć, a tym bardziej uczuć Richarda. Pewnie byłam dla niego tylko odskocznią. Chwilą zapomnienia dla szarej rzeczywistości. Wreszcie mógł pocałować jedną z nielicznych dziewczyn, u których nie miał najmniejszej szansy.

Wróciłam do domu. Mama szykowała właśnie kolację.

– Mamo, zabierzesz mnie jutro do szpitala, w którym leży pani Vivian? – spytałam, łapiąc za kawałek szynki. – Może uda mi się dowiedzieć, jak się czuje.

– Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – Zdziwiła się mama. – Nie będziemy przeszkadzać?

– Najwyżej tylko wejdziemy i wyjdziemy. Proszę mamo, ta niewiedza mnie dobija.

– No dobrze, ale po obiedzie. Rano na pewno nie pozwalają na żadne wizyty.

Po kolacji wzięłam szybki prysznic. Chciałam jak najszybciej pójść spać, żeby tylko było już jutro. Usadowiłam się w łóżku z książką, ale nie mogłam się skupić na literkach. W końcu nie wytrzymałam. Wciągnęłam dresowe spodnie na spodenki od piżamy, zarzuciłam na siebie bluzę i wybiegłam z domu, rzucając tylko rodzicom, że zaraz wracam. Dobiegłam do domu Richarda. W żadnym oknie od frontu nie świeciło się światło. Mimo to podeszłam do drzwi, przed którymi stałam wczoraj i tym razem bez wahania zapukałam. Odpowiedziała mi cisza. Nacisnęłam na dzwonek, ale dalej nic. Widocznie nie wrócili jeszcze, ze szpitala. Zmartwiłam się. Już powinno być po operacji, chyba Richard z ojcem nie planowali tam nocować? Zrezygnowana wróciłam do domu. Nie miałam już ochoty czytać, ani spać. Włączyłam w laptopie jakiś głupi serial i oglądałam go tak długo, aż zasnęłam.

***

Do szpitala jechałyśmy z mamą ponad pół godziny. W aucie puściłam sobie płytę Cher, ale nawet nie chciało mi się podśpiewywać. Droga ciągnęła się w nieskończoność. Tak samo kiedy szliśmy korytarzem w stronę poczekalni, którą nam wskazała pielęgniarka. Z każdym krokiem serce biło mi coraz mocniej.

Weszłyśmy do dużej sali, w której stało mnóstwo foteli i jakieś stoliki z gazetami. Rozejrzałam się szybko. W lewym rogu zobaczyłam Richarda. Siedział, a właściwie wyciągnął się na jednym z foteli. Wzrok miał utkwiony w sufit, ręce splecione na klatce piersiowej. Ubrany był w jeansy, czarny podkoszulek i bluzę. Pomimo upałów, w szpitalu było chłodno dzięki klimatyzacji. Obok siedział Christian i przeglądał gazetę.

– Idę porozmawiać z Samem. – Mama wskazała drugą stronę sali, gdzie stał ojciec Richarda. Czytał jakiś plakat na ścianie i popijał kawę z kubka plastikowego. – A ty przywitaj się z kolegami.

– Mhm – przytaknęłam, ale chwilę potrwało zanim zebrałam się w sobie. Ostatni raz kiedy widziałam Richarda, on mnie pocałował.

Wreszcie podeszłam do Bliźniaków. Spojrzeli na mnie, Chris zerwał się z fotela, Richard nawet się nie ruszył.

– Cześć – powiedziałam cicho, zerkając na Richarda.

– Tami, jak miło cię widzieć! – Chris się uśmiechnął. – Co cię tu sprowadza? – spytał zaskoczony.

– Chciałam się dowiedzieć, jak poszła operacja? Jak się czuje pani Vivian? – kierowałam te pytania do Richarda, ale ciągle milczał, opierając się cały czas o fotel. Wpatrywał się tylko we mnie swoimi brązowymi oczami, nie było w nich tych iskierek co zawsze.

Zamiast niego odpowiadał Chris:

– Operacja się udała. Vivian jest stabilna. Mieli opóźnienie wczoraj i zabieg odbył się późnym wieczorem. Wybudzali ją dopiero rano. Rick został tu na całą noc, dlatego wygląda jak żywy trup. – Chris szturchnął kumpla nogą w kolano i posłał mi uśmiech.

– Widziałeś się już z mamą?

Richard podniósł się i oparł łokciami o kolana, już prawie miał odpowiedzieć, gdy Chris się znów wtrącił.

– Nie, tylko Sam był u niej rano, zaraz po wybudzeniu. Potem mieli jej jeszcze robić jakieś badania. Ciągle czekamy. Może przyniosę wam coś do picia. Właśnie miałem iść po kawę dla nas. Też się czegoś napijesz?

– Może pepsi? – odpowiedziałam.

– Ok. Zaraz wracam. – Chris oddalił się w stronę korytarza, z którego przyszłyśmy z mamą.

Usiadłam na fotelu obok Richarda. Ta cisza mnie dobijała. Czekałam, aż powie – Aniołku, fajnie, że przyszłaś, szkoda tylko, że znów jesteś rozkosmana, albo coś w tym stylu, ale on tylko milczał.

– Hej, Richard wszystko będzie dobrze, twoja mama na pewno wyzdrowieje. – Nachyliłam się i położyłam dłoń na jego ramieniu. – Nie możesz się tak zamartwiać, sam się pochorujesz.

– A co ty się tak mną przejmujesz? – spytał lodowatym głosem, nawet się nie obrócił. – Przecież mnie nienawidzisz.

Poczułam, jak łzy mi napływają do oczu, ale zdołałam z siebie wydusić:

– Nie Richard, to nie tak... Ja...

W tym momencie Richarda zawołał jego tata.

– Rick! Możemy wejść do mamy. Chodź.

Wstając, Richard rzucił mi przez ramię smutne spojrzenie. Po chwili zniknęli za zakrętem.

Praktycznie w tym samym momencie wrócił Christian z napojami i z tym swoim uśmiechem. Ciekawe czy on kiedykolwiek się smuci.

– A gdzie Rick? – spytał stawiając kubki z kawą na stole, a mi podał butelkę pepsi.

– Dzięki. Poszedł zobaczyć się z mamą.

– O, nareszcie ich wpuścili. – Usiadł obok.

Otworzyłam butelkę i pociągnęłam łyk zimnego napoju.

– Fajnie, że przyszłaś Tami, to naprawdę miłe z twojej strony. Musisz bardzo lubić Vivian skoro potrafisz zakopać topór wojenny między nami.

Przytaknęłam Chrisowi, ale czy na pewno umiałam zakopać ten topór? Z Richardem cały czas odpychaliśmy się na zmianę. Chyba jedyną osobą, która się najbardziej starała był Chris.

– Ta... Richard nie jest chyba tym faktem zachwycony. W ogóle chyba kiepsko się trzyma.

– Męczy go to siedzenie i czekanie. On to najchętniej by stąd uciekł i pograł w kosza, albo coś w tym stylu. Musi być czymś zajęty, żeby za dużo nie myśleć.

Coś o tym wiem – pomyślałam, wspominając poprzednią noc, ale na głos dodałam:

– Z ciebie też dobry przyjaciel, że tu siedzisz cały czas i go wspierasz. Dziwię się, że Kitty tu nie ma. – Nie wiem co mnie ugryzło, że o niej wspomniałam. – Chyba, że już sobie poszła.

– Kitty? – zdziwił się Chris – A co ona ma do tego?

– No... Jako dziewczyna Richarda powinna być przy nim...

– Ta – parsknął Chris. – Chciałaby. Z resztą przecież Kitty myśli tylko o sobie.

***

Kiedy wrócili od pani Vivian, Richard podszedł do nas z niewielkim uśmiechem, ręce skrzyżował i zaczął rozcierać ramiona jakby mu było zimno. Pewnie dopadało go zmęczenie. Rzucił mi tylko krótkie spojrzenie i zwrócił się do Chrisa:

– Mama już jest całkiem świadoma, mówi, że czuje się rewelacyjnie, choć pewnie ściemnia. Nabijała się ze mnie, że wyglądam gorzej niż ona.

– No widzisz, stary. – Chris klepnął przyjaciela po ramieniu. – Teraz możesz wrócić do domu i się wyspać.

Próbowałam wymyślić, co mogłabym jeszcze powiedzieć Richardowi, ale tak naprawdę to miałam tylko ochotę stąd uciec, jak najdalej od tych jego chłodnych spojrzeń.

Na szczęście wybawiła mnie mama, która właśnie podeszła.

– Tamaro, jak chcesz się zobaczyć z Vivian, to chodź, Sam cię zaprowadzi. Powiedzieli jej, że też tu jesteś i chce się z tobą przywitać.

Musiałam wyglądać na strasznie zaskoczoną. Chris klepnął mnie w plecy, żebym się ruszyła.

Szłam znowu długim, dobrze oświetlonym korytarzem. Czułam jakbym sama miała iść na jakiś zabieg. Doszliśmy pod oszklone drzwi. Ojciec Richarda otworzył je i skinieniem głowy wpuścił mnie do środka, a następnie zamknął drzwi tuż za moimi plecami.

Pani Vivian leżała w pojedynczej sali. Wokół niej stało pełno różnych urządzeń i monitorów, do których była podłączona rozmaitymi kabelkami i rurkami. Oczy miała zamknięte. Zrobiłam dwa kroki i chyba mnie usłyszała.

– Witaj, Tamaro. – Spojrzała na mnie i słabo się uśmiechnęła.

– Dzień dobry.

– Podejdź. Usiądź.

Zauważyłam krzesełko przy łóżku. Usiadłam na nim i odwzajemniłam uśmiech.

– Jak się pani czuje? – spytałam.

– Jeszcze nie umarłam, więc chyba nie jest źle.

– Proszę tak nie mówić – oburzyłam się. – I proszę przestać chorować, bo już zaczęła mi się podobać praca weterynarza.

– Nie rozśmieszaj mnie, Tamaro, bo mnie będzie wszystko boleć.

– Oh, przepraszam. Bardzo panią boli?

– Na szczęście dostaję morfinę. Chyba mogłabym się łatwo uzależnić. – Puściła do mnie oko.

– Mam nadzieję, że szybko wróci pani do zdrowia. – Delikatnie musnęłam jej dłoń. Nie wiedziałam czy mogę ją uścisnąć, w obu miała powbijane wenflony, a mi gula stanęła w gardle. Bałam się, że zaraz się popłaczę.

– Jeszcze będą mi robić dokładne badania, ale lekarze mówią, że wycieli całe to gówno z mojego brzucha – zaczęła tłumaczyć. – Potem czeka mnie chemioterapia. Jej się boję najbardziej. Wiesz stracę włosy i jak ja będę wyglądać. – Uśmiechnęła się.

– Musi pani walczyć – wyrwało mi się. – Choćby dla Richarda. On bardzo to wszystko przeżywa.

– Tak, wiem. – Teraz pani Vivian zakręciła się łezka w oku. – Widzę jaki jest przybity. Dziękuję, że jesteś przy nim. To naprawdę dużo dla niego znaczy. Mówił, co zrobiłaś dla niego zeszłej nocy.

– Powiedział pani? – Zrobiłam wielkie oczy. Policzki mi płonęły. Miałam nadzieję, że nie powiedział jej wszystkiego.

– To dla ciebie musiało być nie lada wyzwanie, wyciągnąć do niego pomocną rękę. Dobra z ciebie dziewczyna, chciałabym taką dla mojego syna.

Nie skomentowałam tego. Moja natura, a raczej relacje między mną a Bliźniakami, zmusiłyby mnie do powiedzenia czegoś głupiego.

– Jeśli coś mi się stanie – kontynuowała – to proszę cię, pomóż mu się z tym uporać.

– Obiecuję, ale jestem pewna, że szybko pani stanie na nogi. – Posłałam jej szeroki uśmiech i tym razem delikatnie uścisnęłam dłoń kobiety. – Pójdę już, musi pani dużo wypoczywać.

Przytaknęła, a ja wstałam i podeszłam do drzwi.

– Tamaro – zatrzymała mnie jeszcze na chwilę – jak tylko mój mąż znajdzie kogoś na zastępstwo w przychodni, to będziesz mogła tam dalej pomagać. Jeśli tylko będziesz miała ochotę. Sam będzie się z tobą kontaktować.

– Dziękuję – powiedziałam i wyszłam.

Idąc, ocierałam łzy. Byłam pewna, że wszyscy teraz zauważą, że płakałam.

***

Wróciłam do poczekalni. Pozostali stali zebrani w jednym miejscu, więc podeszłam do nich.

– W porządku? – spytała moja mama. – Możemy już wracać do domu?

– Tak. – Spojrzałam na Richarda. Liczyłam, że jeszcze coś powie, ale wciąż milczał.

– A ty Chris nie chcesz wejść do Vivian? – spytał tata Richarda.

– Może później. Niech teraz odpocznie, a ja odprowadzę Tami i jej mamę. – Chris puścił do mnie oko. Podał mi pepsi, którą zostawiłam na stoliku, swój pusty już kubek po kawie wrzucił do kosza i ruszył za moją mamą.

– Do widzenia – powiedziałam do męża pani Vivian i już miałam iść, kiedy Richard złapał mnie prawie niezauważalnie za dłoń. Na sam dotyk jego ciepłej dłoni cała zdrętwiałam. Pociągnął mnie lekko do siebie, tak że usta miał prawie przy moim uchu.

– Dziękuję, Aniołku – wyszeptał.

Skinęłam mu głową, a on wrócił na swój fotel w poczekalni i znów się na nim rozłożył.

Dogoniłam mamę i Chrisa, który lekko objął mnie w pasie i pokierował do wyjścia.

– Słuchaj, Chris, możesz mi podać swój numer telefonu i Richarda też? – spytałam wyciągając telefon z torebki.

– Chcesz powiedzieć, że po tylu latach znajomości nawet nie mamy do siebie telefonów? – Udał zaskoczenie.

– Wyobraź sobie, że jakoś nigdy nie były mi potrzebne – rzuciłam ironicznie, a Chris się zaśmiał.

Przedyktował mi swój numer i Richarda. Zerkał mi przez ramię, żeby się upewnić, że puszczę mu sygnał i będzie mógł zapisać sobie mój numer.

– Richardowi mam też podać twój numer, czy boisz się, że będzie cię dręczył również SMS-ami?

– Jak będzie bardzo chciał, ale nie musisz wciskać mu go na siłę. – Wykręciłam twarz w głupkowatym uśmiechu.

– Może wpadłabyś kiedyś do mnie. Jest basen i w ogóle – zagadał i miałam wrażenie, że jakoś się zmieszał.

– Jeśli myślisz, że uda ci się namówić mnie do paradowania przed wami w bikini, to jesteś w błędzie. – Z powrotem się najeżyłam, jak to zwykle w czasie rozmowy z którymś z chłopaków.

– Aha, rozumiem, że koniec z pokojem między nami? – Spojrzał na mnie maślanymi oczami.

– Może dziewczyny miałyby ochotę wybrać się ze mną. – Zmiękłam.

– Jeśli masz ochotę je przyprowadzić to jasne. Im więcej lasek w bikini tym lepiej – zaśmiał się.

Walnęłam Chrisa w ramię.

– Cześć – powiedziałam i pobiegłam do auta, w którym już siedziała mama.

– Do zobaczenia! – krzyknął jeszcze za mną.

Wsiadłam szybko do samochodu, zapięłam pasy i rozłożyłam się w fotelu.

– Dzięki mamo, że ze mną przyjechałaś.

– Jakoś to przeżyłaś? Widzę, że wasze relacje się poprawiły.

– Hm? – Zerknęłam na mamę zaskoczona.

– No przecież wiem, jak ich nie lubisz. W sensie, że Chrisa i Ricka.

– Ostatnio mamy zawieszenie broni. Chyba.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • TheRebelliousOne 4 miesiące temu
    Nie rozumiem tego optymizmu Tamary odnośnie Pani Vivian. Przecież kobieta ma raka - chorobę nieuleczalną, która zawsze wraca i kończy to, co zaczęła! Ale to tylko jedna osobista uwaga, która nie przeszkodzi mi w daniu Ci 5 za świetny rozdział świetnego opowiadania. Pozdrawiam ciepło :)
  • weatherwax83 4 miesiące temu
    dlaczego? Znam ludzi, którzy żyją po wycięciu własnie takiego nowotworu już 17 lat, pod stała kontrolą bez nawrotów... Tamara jest nastolatką, opisuje wszystko dość subiektywnie i byc może wyolbrzymia, ale nowotwory są uleczalne... no i raczej probuje dodać otuchy R i jego matce a nie dołować ich jeszcze bardziej swoim strachem. Dzięki za uwagi :)
  • TheRebelliousOne 4 miesiące temu
    Serio? No cóż, to chyba ja mam takiego pecha, że znajome mi osoby z rakiem zawsze odchodzą... :( No jak tak ująć podejście Tamary do tematu, ciężko się z Tobą nie zgodzić, choć ja bym tak nie umiał raczej. Tak czy inaczej, tekst mi się podoba i myślę, że również powinien się pojawić jako książka :D
  • weatherwax83 4 miesiące temu
    TheRebelliousOne Bo niestety nowotwory z reguły tak się kończą, celowo wybrałam taki rodzaj z którym wiem, że da się żyć (i tu spoiler), dzięki :)
  • Berkas 4 miesiące temu
    Ale mnie kusi Twój pratchettowy nick, no musze w końcu zajrzeć, bo nie wytrzymam. 😉
  • weatherwax83 4 miesiące temu
    hehe, no niestety moich historiom daleko do twórczości Pratchetta, ale staram się w życiu kierować jego mądrościami ;)
  • Bajkopisarz 4 miesiące temu
    „to, że Richard mnie pocałował, jeszcze bardziej na to, że mu na to pozwoliłam. Wyśmiałaby mnie jakbym jej powiedziała, że mi się podobało.”
    3 x to
    Mnie-mu-mnie-jej-mi = zaimkoza
    „Operacja się udała. Vivian jest stabilna. Mieli opóźnienie wczoraj i operacja”
    2 x operacja, jedno można wymienić na zabieg
    „wszyscy teraz zauważą, że płakałam.
    ***
    Wróciłam do poczekalni. Wszyscy stali zebrani w jednym miejscu, więc podeszłam do nich.
    – Wszystko „
    Wszyscy-wszyscy-wszystko
    „prawie nie zauważalnie za dłoń”
    Niezauważalnie

    Dobry rozdział, wszystko się trzyma kupy 😊
  • weatherwax83 4 miesiące temu
    Myślałam, że rozdział jest niezauważalnie dobry haha, dzięki za poprawki :)
  • Bajkopisarz 4 miesiące temu
    weatherwax83 - jestem i czuwam ;) Nawet jeśli czasem niewidoczny.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania