Tamte wakacje - Rozdział 12

Ktoś wszedł do pokoju. Nie miałam ochoty otwierać oczu. Tak dobrze się spało. Wczoraj dostałam SMS-a od Chrisa, że pani Vivian wróciła ze szpitala. Teraz czekają na wyniki badań i dalsze leczenie. Jakoś ta informacja sprawiła, że wreszcie pierwszą noc przespałam spokojnie.

– Wstawaj śpiochu.

Usłyszałam głos mamy. W odpowiedzi jedynie zamruczałam.

– Musimy posprzątać całe mieszkanie i ugotować obiad. Chyba zapomniałaś, że przyjeżdżają dziadkowie.

Usiadłam na łóżku. Otworzyłam szeroko oczy. No, tak... Przecież dzisiaj jest sobota i moje osiemnaste urodziny!

– Boże! Jaka ja jestem stara – jęknęłam.

– Bardzo. Nawet ci włosy posiwiały. – Mama zaśmiała się i wyszła z pokoju.

Szybko ubrałam się i zbiegłam na dół. Rodzice stali w kuchni.

– Tato? – Byłam zdziwiona jego obecnością. Zawsze o tej porze był w pracy.

– Cześć, Tamuniu, dzisiaj wziąłem wolne. To przecież wielkie święto – wytłumaczył się.

Rzuciłam się na szyję temu wysokiemu, barczystemu mężczyźnie, którego niegdyś rude włosy, były już mocno posiwiałe. Rodzice złożyli mi życzenia.

– A oto nasz prezent, kochanie – powiedziała mama, podając małe pudełko obwinięte w kolorowy papier.

Otwierałam je z wielką ciekawością. Nie dziwiło mnie, że ten prezent jest taki mały. W końcu rodzice nie mieli kasy. Zawartość pudełka mnie zszokowała. Myślałam, że to będą jakieś kolczyki, czy wisiorek, a tymczasem to kluczyki samochodu. Poczułam się jak robi mi się gorąco.

– Ale przecież... – spojrzałam na rodziców.

– To dopiero druga część prezentu. Jeszcze w te wakacje opłacimy ci prawo jazdy. Zawsze o tym marzyłaś. – Tata objął mnie ramieniem.

– Ale mi chodziło o to, że wy nie macie przecież tyle pieniędzy – dodałam.

– Już nie przesadzaj. – Mama uniosła wysoko głowę w geście pełnym dumy. – Uzbieraliśmy jakoś. Samochód nie jest może pierwszej klasy, ale myślę, że ci się spodoba. Twoja siostra też się dołożyła.

Nie mogłam doczekać się, żeby zobaczyć swój samochód. Już wszystkie nastolatki w okolicy miały prawko i większość jeździła własnymi brykami. Nareszcie nie będę musiała wszędzie jeździć rowerem. Szybko wybiegłam przed dom. Na podjeździe stał czarny jeep wrangler I. Był boski. Od razu usiadłam za kółkiem. Tata stanął obok.

– Jest przy nim trochę do zrobienia, myślę, że może razem nad nim posiedzimy.

Już sama nie wiem czy miałam się cieszyć z auta czy z perspektywy spędzenia czasu z tatą.

Ledwo ogarnęliśmy dom i zaczęliśmy szykować obiad, przyjechali dziadkowie. Babcia wręczyła mi w prezencie wieszak owinięty czarną folią. Już się wystraszyłam, że kogoś zamordowała.

– Myślę, że spodoba ci się. Sama uszyłam.

Okazało się, że pod folią znajduje się niebieska sukienka. Dokładnie taka, jaką znalazłam w jednej z gazet z ciuchami. Bardzo chciałam ją mieć. Teraz nie musiałam wydawać zarobionych pieniędzy na sukienkę. Mogłam je sobie zostawić na paliwo do mojego cudnego jeepa!

Natomiast dziadek wręczył mi podłużne pudełko, w którym znajdowała się srebrna bransoletka z małymi, niebieskimi cyrkoniami. Pasowała idealnie do sukienki.

Nakładając do stołu podśpiewywałam pod nosem Cher „The Shoop Shoop Song". To już był najpiękniejszy dzień, a jeszcze nawet nie minęło południe. Dziadek palił fajkę w fotelu i się mi przyglądał.

– Co ty taka rozanielona? – pytał co chwilę.

Ze dwa razy pociągnęłam z fajki, kiedy tylko reszta rodziny była w kuchni. Potem z dziadkiem uśmiechaliśmy się do siebie tajemniczo, a babcia nie umiała dociec, o co nam chodzi.

Kiedy już mieliśmy siadać do stołu, ktoś zadzwonił do drzwi. Okazało się, że to Susan z mężem i ich malutkim dzieckiem. Mama wiedziała doskonale, że przyjadą, ale dla mnie to była niespodzianka.

– Z jeepem pewnie nie wytrzymali do mojego przyjazdu. Tu masz jeszcze kilka drobiazgów od nas, szczeniaro. – Susan mocno mnie wyściskała. – Tylko niech ci się w dupie nie poprzewraca od tych osiemnastych urodzin.

Susan obdarowała mnie różnymi kosmetykami i kilkoma książkami. Mama szybko dostawiła kolejne talerze i krzesła. Wreszcie mogliśmy zasiąść do stołu.

Przyglądałam się wszystkim, jak jedzą, rozmawiają i się śmieją. Nie byliśmy idealną rodziną, ale byłam szczęściarą, że ją mam. Oczywiście znów przypomniała mi się pani Vivian, ale szybko odgoniłam smutne myśli.

***

Susan i ja posprzątałyśmy po obiedzie, podczas gdy reszta rodziny rozsiadła się w salonie. Mama mogła wreszcie nacieszyć się wnukiem. Mały Steve, który już wcale nie był taki mały, raczkował po całym mieszkaniu. Mama z babcią ledwie mogły za nim nadążyć.

– Już wolę sprzątać w kuchni, niż latać za tym małym pędrakiem – powiedziała pod nosem Susan.

Śmiać mi się chciało. Moja wyluzowana siostra nagle stała się narzekającą mamuśką.

Zaczął dzwonić mój telefon. Byłam pewna, że to znowu któraś z dziewczyn, więc nawet nie spojrzałam na ekran, tylko odebrałam.

– No, hej.

– Cześć Aniołku, jesteś w domu?

– Richard? – Omal nie opuściłam talerzy, które właśnie wyciągałam na tort.

– Możesz na chwilę wyjść przed dom? Obiecuję, że cię nie porwę.

Nawet nie wiedziałam gdzie i kiedy odłożyłam talerze. Krzyknęłam zza siebie, że zaraz wracam i wyszłam przed dom. Dlaczego ja właściwie lecę tak na jego zawołanie? – skarciłam się w duchu.

Richard stał tam oparty o swoją furgonetkę. Kiedy mnie tylko zobaczył, podniósł się jakby z westchnieniem. Otworzył drzwi pojazdu i coś wyciągnął ze środka. Następne ruszył w moją stronę. Omal nie parsknęłam śmiechem. Richard rozejrzał się dookoła. Chyba chciał się upewnić, że nikt go nie widzi. Wszedł po schodach i wręczył mi małą, czekoladową i do tego ruszającą się kulę.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

– Richardzie, czy ty mi dajesz w prezencie szczeniaka?! – prawie wykrzyczałam mu w twarz. – To najsłodszy prezent, jaki mogłaby sobie wymarzyć dziewczyna na osiemnaste urodziny. – Roześmiałam się.

– Taaa, tylko, że to prezent od mojej mamy, nie ode mnie, żeby było jasne. – Richard cofnął się o dwa stopnie.

Nie mogłam uwierzyć w tę całą sytuację. Stałam na werandzie i trzymałam w ramionach szczeniaka. Piesek wspiął się łapkami do mojej twarzy i ją polizał. Zaczęłam kręcić głową i śmiać się coraz bardziej.

– Richard, ale ja nie mogę przyjąć od ciebie... to znaczy od was psa w prezencie. Wygląda na rasowego. To labrador? – Richard przytaknął. – Przecież to zbyt drogi prezent.

– Odmówisz chorej?

– Richard! – posłałam mu mordercze spojrzenie. Nie miał prawa targować się chorobą mamy.

– Dobra. – Poddał się. – Wujek obiecał mamie psa z kolejnego miotu. Zapewne domyślasz się, że nie mamy teraz głowy do zajmowania się szczeniakiem. Mama wpadła na pomysł, żeby podarować go tobie. Zauważyła, że masz dobrą rękę do psów i chciałabyś mieć swojego. Kazała mi go przywieźć.

Szczeniak cały czas wił mi się na moich rękach.

– A od ciebie co dostanę? – zapytałam zawadiacko.

Nie zbiłam go z tropu. Richard uniósł rękę, w geście, żebym zaczekała chwilę. Pobiegł do furgonetki i wrócił, niosąc ogromny worek psiej, suchej karmy oraz pudełko z rzeczami dla psa. Smycz, obroża, szczotka, miski, zabawki – było chyba wszystko, co potrzeba.

Czułam, jak szczęka opada mi z wrażenia.

***

Siedzieliśmy na werandzie. Ja oparta o ścianę, Richard o kolumnę przy schodach. Piesek węszył wkoło. Miałam nadzieję, że nigdzie nie nasika. Tylko co ja teraz powiem rodzicom? Chyba też ich wezmę na litość. Przecież nie będą mogli odmówić pani Vivian.

Podążałam wzrokiem za psiakiem, ale kątem oka widziałam, że Richard intensywnie mi się przygląda.

– Jak twoja mama? – spytałam wreszcie i przejęłam jego spojrzenie.

Wzruszył ramionami. Jedną nogę miął podciągniętą, opierał na niej łokieć. Skubał źdźbło trawy, które zerwał spomiędzy desek werandy. Wyglądał jakoś inaczej. Jakbym widziała go pierwszy raz w życiu.

– Szybko wraca do siebie po operacji. Gorzej z tym wszystkim, co ją dopiero czeka. Jest świadoma powagi sytuacji, ale nie daje tego po sobie poznać. Ona ma chyba więcej siły niż my wszyscy razem wzięci.

– Ja, naprawdę Richard, wierzę, że będzie dobrze. Myślę o niej każdego dnia – powiedziałam cicho, a Richard tylko przytaknął.

– Wymyśliłaś już imię? – Wskazał skinieniem głowy psiaka, który polował akurat na jakiegoś robaka.

– Hm, może Rick?

– Dlaczego? – Richard uniósł brew.

– No wiesz, będę mogła wołać: Rick do nogi, Rick siad, Rick wyliż swojej pani stopy. – Zagryzłam wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

Richard nie dał się sprowokować. Widziałam jedynie jak zaciska szczękę, a kąciki jego ust drgają.

– Twój tok rozumowania byłby całkiem logiczny, gdyby nie mały problem. To suka, a nie pies. – Teraz to Richard próbował nie wybuchnąć śmiechem na widok mojej miny.

– Oh. – Zagiął mnie. – Jesteś pewien?

– Sprawdź, jeśli mi nie ufasz.

Na szczęście, bo nie chciało mi się wstawać, szczeniak podszedł akurat do mnie tym swoim chwiejnym krokiem. Podniosłam go/ją na wysokość mojej twarzy.

– Oh – powtórzyłam, a Richard roześmiał się. – A co, nie chciałbyś być suką? – Wbiłam w niego wzrok, odkładając sunię na deski.

Richard rzucił we mnie źdźbłem trawy, śmiejąc się nadal.

– To jakie imię wymyślisz?

– Mh, wygląda jak kostka czekolady. To może Milka?

– Nawet spoko. To, już teraz nie będziesz o mnie myśleć, bawiąc się z nią? – spytał z szerokim uśmiechem.

– Ja nigdy o tobie nie myślę.

W tym momencie drzwi się otworzyły i wyjrzała z nich Susan.

– Tamara, co ty robisz tyle czasu. Czekamy z tortem – powiedziała gniewnym głosem.

Stanęła na werandzie. Była do mnie podobna. Te same rysy twarzy. Te same długie, blond włosy. Tyle, że była wyższa i zgrabniejsza. Nawet po ciąży. To był ten typ. Zawsze była jedną z najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Teraz jest pewnie najpopularniejszą mamą.

– O, to jeśli dobrze kojarzę jest Richard? – spytała zaskoczona.

– Tak. – Chłopak jak na zawołanie zerwał się i podał jej dłoń. – Cześć.

– A to co? – Susan spojrzała na Milkę, która podbiegła ją obwąchać.

– A to mój pies – odpowiedziałam, również wstając z werandy.

– Jak to, twój pies?

– Dostałam w prezencie.

– Dostałaś w prezencie? – O rany, czy ona musiała powtarzać każde moje zdanie? – Rick, to takie słodkie! – Susan złapała Milkę na ręce i zaczynała się nad nią rozczulać. – Nie wiedziałam, że jesteście parą?!

– Susan – warknęłam. – To TEN Richard.

– No wiem, że TEN. I co z tego?

Zobaczyłam, jak Richardowi czerwienią się koniuszki uszu. Omal nie parsknęłam śmiechem, ale stwierdziłam, że go wybawię z opresji.

– Pies jest od jego mamy.

– Aha. A jesteś świadoma, co powie nasza mama jak się o tym dowie? – Susan drążyła dalej.

– Będę musiała ją jakoś przekonać. Chorej osobie się nie odmawia. – Wzruszyłam ramionami, pochwyciłam spojrzenie Richarda i pokazałam mu język.

– No dobra, to chodźcie na ten tort, bo już wszyscy czekają. Richard ty też.

– Yyy ja to już muszę wracać. – Richard zaczął się wycofywać. Widziałam popłoch na jego twarzy.

– Nie no za taki słodki prezent, to jeden kawałek tortu musisz zjeść – nalegała Susan. Wiedziałam, że nie odpuści.

– Daj spokój Richard. – Przewróciłam oczami – To nie jaskinia lwa. – Wskazałam drzwi, zmuszając go do wejścia.

***

A może to jednak była jaskinia lwa? W domu panował totalny chaos, jeszcze większy niż przy naszych typowych spotkaniach rodzinnych. Milka biegała po całym salonie, obwąchując każdy jego kąt. Za nią, na czworaka, gonił Steve, a raczej próbował ją dogonić. Ja z mamą, babcią i Susan rozkładałyśmy na szybko podkłady niemowlęce, żeby sunia nie zasikała dywanu. Tata wypytywał Richarda, co je taki szczeniak, ile razy dziennie i jakie musi przejść badania oraz szczepienia. Z tego, co słyszałam chłopak znał odpowiedź na każde pytanie.

Nawet nie wiem, jak udało nam się udobruchać mamę. Wiedziałam, że czeka mnie jeszcze z nią pogawędka na ten temat, ale chyba nie zmieni zdania i zgodzi się na psa. Nie chciałam się zbytnio kłócić przy Richardzie i najwidoczniej zrozumiała moje znaki migowe, które jej wysyłałam w czasie rozmowy. Przekonało ją, że to w końcu prezent urodzinowy, że jest od pani Vivian (bo przecież nie od Richarda) no i coś mi się wydawało, że sama od razu zakochała się w szczeniaku.

W końcu udało się opanować sytuację. Milka znalazła sobie spokojne miejsce do drzemki pod stolikiem, z dala od łapek Steve'ego. Zawiedziony Steve zaczął z kolei przysypiać na rękach swojego taty. Nieco padnięta usiadałam na podłodze z wyciągniętymi nogami. Plecami oparłam się o fotel, na którym po chwili usiadł Richard. Mama z babcią poszły rozkrajać tort. Tata siedział wyprostowany na krześle przy stole i lustrował Richarda z góry na dół. Naprawdę nie rozumiałam, o co mu chodziło. Natomiast dziadek, który chyba przekimał w innym fotelu całe to zamieszanie, teraz jakby się ożywił.

– Powiedz mi młody człowieku, grywasz w szachy? – dziadek zwrócił się do Richarda.

Zmroziłam dziadka spojrzeniem i w ogóle, co to za słownictwo. Nigdy tak nie mówił.

– Tak trochę. Nie jestem w tym zbyt dobry – Richard odpowiedział grzecznie. – Wolę karty.

– A co dokładnie? – Dziadek zmrużył oczy i pochylił się nieco, jakby chciał lepiej słyszeć.

– Dziadku skończ to przesłuchanie. Richard przyszedł tu na kawałek tortu, a nie prosić o moją rękę – wymamrotałam. Miałam tylko nadzieję, że skoro siedzę do Richarda plecami, nie widzi jak się cała rumienię.

– Chyba najbardziej lubię pokera, ale grywam też w brydża.

– Doprawdy. – Dziadek pokiwał głową i tylko chyba on wiedział, co miał na myśli.

Oparł się znów o fotel, ale nie spuszczał wzroku z Richarda.

Nagle poczułam dotyk na szyi. Zerknęłam w bok. To Richard w niezauważony sposób wsunął dłoń pod moje włosy i teraz delikatnie przesuwał opuszkami palców wzdłuż linii u ich nasady. Rękę miał opartą na kolanach, które w tej chwili znajdowały się na wysokości mojej głowy i przysłaniały jego dłoń.

Co on do cholery wyprawiał? Powinnam była się zerwać i najlepiej go spoliczkować, ale przy rodzinie jakoś tak mi nie wypadało. Siedziałam jak sparaliżowana, a dreszcze przechodziły przez cały mój kręgosłup od jego dotyku.

– A, jak tam stadko twojego ojca? – kontynuował dziadek przesłuchanie. – Wszystkie sztuki zdrowe? Słyszałem, że jakaś zaraza atakuje stada.

– Na szczęście nas to ominęło.

W tym momencie mama z babcią zaczęły podawać talerzyki z ciastem. Richard wreszcie zabrał swoje głupie łapsko z mojego karku, a ja odetchnęłam.

Szybko zjadłam swój kawałek tortu i już czekałam jak na szpilkach, żeby Richard również skończył. Dobrze, że nie chciał kawy, wtedy siedziałby u nas jeszcze dłużej. Wreszcie usłyszałam, że odkłada widelczyk na talerz i zerwałam się na równe nogi. Spojrzałam prosto w jego brązowe oczy, dając do zrozumienia, że pora na niego. Chyba go zaskoczyłam, ale zrozumiał aluzję.

– To ja już się będę zbierał.

– Świetnie. Odprowadzę cię. – Uśmiechnęłam się do niego krzywo.

Richard podniósł się z fotela, a ja wyrwałam mu talerzyk z rąk i odniosłam razem z moim na stolik

– Bardzo dziękuję za tort i gościnę. – Posłał wszystkim ten swój zniewalający uśmiech, który ukazywał jego dołeczki w policzkach.

– Nie chcesz wziąć kawałka dla mamy? – zawołała jeszcze mama, a ja ją skarciłam wzrokiem. Dobrze wiedziała, że pani Vivian nie może jeść teraz takich rzeczy.

Wyszliśmy do przedpokoju. Z rozmachem otworzyłam wyjściowe drzwi.

– Co to miało być do cholery? – warknęłam.

– Nie wiem o co ci chodzi. – Uśmiechnął się niewinnie. – Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, Aniołku – powiedział na jednym wydechu i zupełnie nagle pocałował mnie prosto w usta, a następnie wybiegł z domu.

Oczywiście zostawił mnie przy drzwiach oniemiałą. Nabrałam głęboko powietrza. Któregoś dnia walnę go z całych sił. Na ustach czułam jeszcze jego pocałunek. Nie wiedziałam, dlaczego on mi to robił. Po co się ze mną tak bawi? Może chce mieć tematy do nabijania się ze mnie, jak już zacznie się rok szkolny.

Powinnam była mu była podziękować za prezent. Tylko, że on w końcu nie był od niego. Wieczorem zadzwonię do pani Vivian.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bajkopisarz miesiąc temu
    „otworzył drzwi do pokoju. Nie miałam ochoty otwierać”
    Otworzył-otwierać
    „Nawet tobie włosy posiwiały”
    Nawet ci włosy…
    Tobie – regionalizm (a na Podlasiu by powiedzieli włosy dla ciebie posiwiały)
    „Myślałam, ze to będą”
    Że
    „Twoja siostra też się dołożyła do tego.”
    Do tego – zbędne
    „wieszak obwieszony”
    To jest powtórka. Wieszak obwiązany / okręcony / osłonięty
    „przyglądał się mi.”
    Szyk: i mi się przyglądał
    „Susan z mężem i swoim malutkim dzieckiem”
    I ich… Swoim brzmi tak, że dziecko miała z innym facetem niż mężem
    „czekoladową kulę i do tego ruszającą się.”
    Szyk: czekoladową i do tego ruszającą się kulę.
    „mi go przywieść.”
    Przywieźć. Przywieść mogłoby być, ale w humorystycznej konwencji, której tu nie widzę.
    „z daleka od łapek Steve'ego”
    Z dala
    „jednym wydechu i w jednej”
    Jednym – jednej

    Żałuję, że Richard nie zagrał z dziadkiem w pokera 😊 najlepiej jakby wygrał ze dwieście dolców. Poza tym bardzo dobry rozdział, wreszcie się okazało ile Tamara ma lat, bo jak wcześniej pisałem, jej zachowania były uprawnione zarówno dla jedenastolatki jak i dla osoby dwukrotnie starszej.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania