Teraz to ja jestem bogiem tego świata! 1 - Legenda o herosach

— Znów to zrobiłeś, Losie.

Zimny, stanowczy głos przeszył zatęchłe powietrze w pustej, seledynowej sali. Towarzyszył mu miarowy odgłos ciężkich, stawianych w gniewie kroków. Igharr, mijając kolejne zdobione kolumny i porozrzucane na podłodze złote puchary, w końcu zbliżył się do znudzonego boga, który rozpłaszczył się na swoim kanciastym, kryształowym tronie. Los patrzył w jego stronę z obojętnością; oczy miał zamglone, wpatrzone w coś znacznie dalszego niż sędziwa twarz jednego z opiekunów wymiarów. Mędrzec jednak nie miał zamiaru zwieść się jego ignorancji. Zastukał swoim kosturem o podłogę, przywołał fioletowy, rozmazujący się w powietrzu hologram. Ten magiczny obraz nie był zbyt wyraźny, lecz łatwo można było poznać, że jest to ludzka, krucha sylwetka.

— Sprowadziłeś tego chłopca do ósmego wymiaru, nieprawdaż? — rzekł Igharr wpatrując się wprost w bladą twarz Losu. — Dobrze wiesz, że jest to wbrew boskim prawom.

— Ten świat go potrzebuje — odrzekł cicho Los, ledwo poruszając ustami.

— Doprawdy? — zapytał ironicznie mędrzec. — Myślę jednak, że to tylko twoja igraszka. W Herronie od wieków panuje pokój; nie ma już potrzeby, ani mojego zezwolenia, by sprowadzać tam więcej przybyszów.

— Nigdy mnie nie obchodziły twoje nakazy — powiedział bóg, tym razem wyraźniej i głośniej.

Podparł się łokciami, powoli podniósł się z siedziska. Po chwili zszedł po małych schodkach tronu i stanął przed Igharrem garbiąc się i podpierając się swoją laską.

— Wyglądam mizerniej od ciebie, starcze — wykrztusił, patrząc na niego spod białego kapelusza.

Igharr nie mógł tego przyznać, nawet przed sobą, ale jego ciało obszedł dreszcz. Te oczy, ten niewyraźny, obojętny uśmieszek. Nigdy nie lubił stawać twarzą w twarz z Losem, choć był wyżej postawiony. Odwołał hologram, odwrócił się natychmiastowo. Jego siwa, długa broda musnęła wyblakłej szaty Losu, czego jednak ani on, ani zmęczony bóg nie zauważył.

— Prędzej czy później poniesiesz konsekwencję swojej nierozwagi — rzekł starzec, nawet nie odwracając się w jego stronę. — Dobrze o tym wiesz, Losie.

Strażnik wymiarów po chwili znikł w białym snopie światła. Miał już dość tej ponurej sali; nie chciał marnować swego czasu, by przejść ją całą. Los jednak nadal stał. Nie chciało mu się wracać na tron, nie miał też powodu by opuszczać to miejsce. Schylił się po chwili i podniósł jeden z pucharów. Za pomocą czaru napełnił go trunkiem i wypił jednym haustem. Dla takiego boga jak on było to tyle co nic. Mógł pić i obżerać się całymi dniami bez poczucia pełności lub innych skutków ubocznych. To wszystko w prawdzie zależało od niego. Tylko on miał prawdziwą władzę i prawdziwą moc, by naprawdę wpływać na rzeczywistość. Dlatego od wieków mógł ignorować nakazy, zakazy. Znajdowały się one poza jego perspektywą i najpewniej zawsze tak będzie póki Los pozostanie Losem. Tymczasem usiadł jednak na grafitowej podłodze, zdjął obszerny kapelusz, uwalniając długie, białe włosy i zaczął patrzeć. Patrzeć dalej niż sięga horyzont, przez wymiary, świadomości, by dostrzec swojego przypadkowego wybranka, gdy stawia pierwszy krok w nowym życiu.

 

***

 

Karl był bardzo zdziwiony, gdy po kolejnej "przerwie w transmisji" obudził się jeszcze bardziej obolały niż poprzednio w, jak mu się zdawało, dość normalnym budynku w towarzystwie lisiej dziewczyny. W gruncie rzeczy to właśnie aparycja tej miło wyglądającej osóbki wprawiła go w zakłopotanie. Siedziała na krześle obok niego (Karl miał to szczęście, że tym razem wybudził się w całkiem wygodnym łóżku) i gapiła się na niego co najmniej tak, jakby był jakimś starożytnym skarbem. Chłopak instynktownie przetarł oczy, zamrugał kilka razy i nadal nie za bardzo wiedział, co zrobić. Atmosfera robiła się dziwnie napięta, bo ani ona, ani on nie wykonali pierwszego kroku, a przybysza w dodatku jeszcze rozpraszały te lisie uszka, które w przeciwieństwie do krótkich, uwiązanych w gruby warkocz włosów zdawały się być niezwykle puchate i ruchliwe. Nanosekundę później okazało się jednak, że nie tylko ta część ciała jest ruchliwa, gdyż lisica w ludzkiej skórze niespodziewanie rzuciła się na dopiero co powstałego Karla, zwalając go ponownie na poduszkę i obejmując ramionami.

— Mistrzu! — wykrzyknęła z wielkim entuzjazmem. — W końcu się obudziłeś!

Karl nie miał ani sił ani chęci by powstrzymywać swoją, jak się domyślił, towarzyszkę. Przytulas ten wydał mu się dziwnie kojący i miły. Czuł przepływające przez swoje ciało ciepło, życzliwość i zwierzęce oddanie, jakkolwiek to brzmi oczywiście. W zasadzie można uznać, że był to kolejny życiowy sukces. Pierwszy raz bowiem przedstawicielka płci pięknej tak się do niego zbliżyła i obdarowała go takim szczerym, cielesnym doznaniem. Kij z tym, że Karl dopiero zwrócił uwagę, że jest nagi. Póki ta puchata głowa przytulała się do jego klatki, a delikatne, miękkie ramiona otulały jego tors nie czuł zawstydzenia. Oto bowiem spełniło się kolejne z jego marzeń w tym, jak mogło się zdawać, cudownym życiu po życiu!

Prawdą jest jednak, że szczęście nie może trwać wiecznie, toteż lisia dziewczyna odkleiła się od swojego mistrza i ponownie usiadła wyprostowana na krześle. Karl jednak nadal się rozpływał i nie za bardzo zwrócił uwagę na to, że towarzyszka zdążyła się już oddalić. Ból, jak się okazało, ustąpił, więc można powiedzieć, że chłopak pozbył się pierwszego ze zmartwień. Drugim oczywiście była lisica, ale jako, że była dość zaradna, postanowiła nie trzymać Karla w dalszej niepewności.

— Mam na imię Noor, szanowny przybyszu — powiedziała, schylając głowę w wyrazie szacunku. — Z woli Losu będę twoją towarzyszką, o przybyszu.

Karl podrapał się po głowie, ponownie jej się przyjrzał. "Wyuczona formułka, tak?" — pomyślał, patrząc z jakim zapałem wymawia jego tytuł.

— Ja jestem Karl — odparł trochę z grzeczności, trochę z braku pomysłu. — Jestem gotowy, by tobą dowodzić, o towarzyszko — dodał po chwili, by załapać trochę wspólny język.

Lisica się uśmiechnęła i wstała z krzesła.

— Pozwól, że przyniosę twoje szaty, o Karlu.

Więc jednak była to wyuczona formułka. Karl mógł sobie tylko pogratulować — pierwsze słowa w nowym życiu i już się zbłaźnił nie łapiąc kontekstu. A może to i lepiej. Przynajmniej nie sprawił wrażenia zbyt pewnego siebie, albo aroganckiego.

— Proszę, możesz się ubrać — powiedziała, wracając po chwili.

Mówiąc szaty naprawdę miała na myśli szaty. A w zasadzie coś spokrewnionego ze szlafrokiem. Granatowe w dodatku. W zestawie była jeszcze mała torba do założenia przez ramię i para gaci, które nie wyglądały na zbytnio wygodne. Nie był to zbyt męski albo awanturniczy ubiór, ale Karl nie miał na co narzekać. Jak się domyślał, na coś lepszego będzie musiał zapracować.

— Eee, możesz się odwrócić? — zapytał niepewnie.

Noor cały czas się na niego gapiła. Karl zdążył się wcześniej trochę rozejrzeć po tym pomieszczeniu. Gdzieś w oddali kręciło się wielu ludzi, chyba co drugi miał ogon albo rogi. Doszedł do wniosku, że prawdopodobnie pierwszy raz widzi kogoś, kto wygląda aż tak normalnie, więc pewnie dlatego nie mogła oderwać wzroku. No i machała ogonem w tę i we w tę. To musiało coś znaczyć.

— Możesz się przebierać na moich oczach, mistrzu — odparła nawet nie mrugając. — Proszę się nie wstydzić, jestem tylko towarzyszką.

A więc o to chodziło. Fascynacja niespotykaną rasą. Dość normalne i nieinwazyjne, jeśli o tym pomyśleć, ale Karl naprawdę nie miał ochoty ubierać się przed praktycznie nieznajomą dziewczyną, niezależnie od powodów i kulturowych różnic. Choć z drugiej strony za łóżkiem było ogromniaste okno, więc tak czy siak nie było tu zbyt wygodnie.

— Proszę, odwróć się — powiedział spokojnie i stanowczo, tak by zrozumiała.

Noor nie była zbyt zachwycona tym rozkazem, ale rozumiała, że jednak jest tylko towarzyszką i to Karl ma nadrzędną władzę. Odwróciła się do łóżka plecami, jej ogon opadł, zwisał jak bezwładna, puchata kula. Jej uszy jednak były ruchliwe, odwracały się w stronę powstającej krzątaniny; nasłuchiwała jak Karl ubiera szaty — niefrasobliwie, niedbale.

— Dobra, już skończyłem — poinformował Karl, jednocześnie dając znać, że Noor już nie musi stać do niego tyłem (nawet jeśli stwarzało to szansę by mógł się dokładnie przyjrzeć jej rudo-białemu ogonowi).

— Do twarzy ci w granacie, mistrzu — rzekła ponownie, oglądając go od stóp do głów.

— Dziękuję — odrzekł Karl, trochę poprawiając ubiór. — Tylko, ten... Nie musisz do mnie mówić per "mistrzu".

— To jak mam cię nazywać? — zapytała, zbliżając się do niego.

— Wystarczy imię.

— Jest słabe — stwierdziła szybko.

— No to sama coś wymyśl — odburknął Karl, udając, że nie dotknęła go ta obraza.

Noor przez chwilę się zastanawiała, pokręciła głową, pomachała ogonem. W końcu, gdy Karl już powoli tracił cierpliwość, powiedziała:

— Lis Herronu.

Zabrzmiało to epicko i mocarnie, ale mimo wszystko niezbyt poruszyło serce przybysza.

— Nazywaj mnie Karl — powiedział spokojnie.

— Ale... — próbowała protestować Noor.

— To rozkaz.

W tamtej właśnie chwili narodziła się legenda o potężnym Lisie Herronu, choć to był dopiero jej początek i to mocno niemrawy. Niemniej, Karl zapamiętał ten przydomek, gdyż, jak sądził, czeka go wiele wspaniałych przygód i dobrze by było, gdyby siły zła znały go pod właśnie takim złowieszczym i dumnym imieniem. Tymczasem jednak musiał opuścić przytułek dla bezdomnych i wpisać się do rejestru mieszkańców miasta. Tak właśnie zaczynają bohaterowie – od małych kroków.

— Przytułek dla bezdomnych? — zapytał Karl, gdy pokonywali schody na pierwsze piętro budynku, aby dostać się do biura dyrektora tej placówki.

— Noo — zaczęła niepewnie Noor. — Tak już musiało być. Przybysze w obecnych czasach to naprawdę rzadkość, więc warunki też są jakie są.

— Czekaj — zastanowił się przez chwilę. — To znaczy, że takich jak ja już nie ma?

— W zasadzie są tylko w legendach — odpowiedziała Noor.

Weszli już na piętro, zmierzali korytarzem prowadzącym w głąb budynku.

— Skąd wiedziałaś, że tu będę?

— Widziałam to w wizji — odrzekła bez zastanowienia. — Dziadek mi dużo o tym opowiadał. Mój ród w dawnych czasach służył herosom, więc wiedziałam trochę więcej o tym i o tamtym. Wybranie towarzysza zawsze odbywało się w sennej wizji. Tym razem padło na mnie.

— Czyli widziałaś się z Losem? — zapytał Karl, przypominając sobie imię boga, który go w to wszystko wpakował.

— Skądże, mistrzu — rzekła mimochodem. — Wszystkie informacje przekazała mi piękna kobieta w lazurowej sukni.

A więc to była ona. No tak, Karl mógł się tego domyśleć. Takie wielkie siły zawsze działają z ukrycia; wolą wysyłać swoich popleczników, byle tylko nie brudzić sobie rąk.

Gdy już mieli papierkową robotę za sobą (czyli Karl stał się oficjalnie kolejnym mieszkańcem Askerwerdt), wyszli z przytułku i za radą Noor skierowali się w stronę jej domu. Przybysz przystał na tę propozycję, szczególnie, że obiecano mu ciepły posiłek w miłej, rodzinnej atmosferze, której od dawna mu brakowało. Przechadzając się przez mieścinę Karl uważnie obserwował wszelkie obiekty i mieszkańców. W oddali widział parę bogatszych kamienic i mur obronny; gdy zaś przechodzili przez dość spory most rozciągający się nad przepływającą przez miasto rzeką, dostrzegł też ogromną wieżę, która, jak mu wyjaśniła Noor, była siedzibą gildii magów. Ogólnie miejsce to zdawało się mu być dość urokliwe. Nie znał się za bardzo na historii, ale wszystkie te zabudowania i ich rozmieszczenie bardziej przypominały barok, niż typową, średniowieczną dziurę. Miejscowi, z tego, co się zorientował, bardzo przypominali zwykłych ludzi. Wyróżniały ich jedynie zwierzęce ogony i uszy, ewentualnie rogi. Najwięcej jednak było osób o spiczastych uszach i jasnych włosach, co mogło sugerować, że są rasą bardzo zbliżoną do znanych z typowych fantasy elfów. Gdy zapytał o to Noor, wyjaśniła mu, że ci ludzie to pierwotni mieszkańcy tych ziem, a wszyscy mieszańcy, tacy jak ona na przykład, przybyli tu wieki temu z odległych, zapomnianych krajów.

Po kilkunastu minutach wędrówki byli na obrzeżach miasta, skąd wyraźnie już było widać piętrzący się w górę mur i przedzielające go co jakiś czas wieże strażnicze. Karl był pod wrażeniem tych fortyfikacji i z każdym kolejnym krokiem nabierał do nich co raz większego respektu. Wyobrażał sobie jak trudno jest się przez nie przebić, nawet jeśli dysponuje się czymś tak fantastycznym jak magia. Noor niespodziewanie zatrzymała się na środku brukowanej drogi. Karl dogonił ją i szybko skojarzył na co się patrzy jego towarzyszka. Dom praktycznie na wprost nich, usytuowany jednak trochę na lewo od długiej, pustej ulicy. Lisica nie musiała nic mówić; przybysz ruszył za nią i wkrótce potem znaleźli się już przed solidnymi, dębowymi drzwiami z kołatką. Pomimo tego, że to był tylko pojedynczy, zakończony spadzistym dachem budynek, wyglądał na całkiem obszerny; w sam raz by pomieścić obszerną, lisią rodzinę. Noor zapukała dwa razy; kołatka z hukiem odbijała się od desek. Nie musieli długo czekać na zewnątrz. Przywitała ich woń domowego obiadu i uśmiech młodszej siostrzyczki – Sylvii. Gdy Karl przeszedł przez próg i w towarzystwie Noor wszedł w głąb chaty oczy wszystkich domowników były zwrócone tylko w jego stronę. Młodsze rodzeństwo – dwie dziewczynki – patrzyły na przybysza z niepewnością, być może lekkim strachem. Starzec siedzący na fotelu dokładnie się mu przyglądał, a jedynie starsza kobieta – najpewniej matka Noor – obdarzyła go życzliwym spojrzeniem. Atmosfera trochę zgęstniała, lecz lisia towarzyszka Karla poczyniła wszelkie kroki by ją rozluźnić. Starsi już dali sobie spokój i wrócili do swoich zajęć, ale dwie siostrzyczki – Sylvia i Nerr – trzęsły ogonami i nie mogły się ruszyć z miejsca. Karl stał spokojnie, starał się nawet uśmiechać, ale niewiele mógłby zdziałać sam.

— To jest Karl — powiedziała Noor, przyklękając przed wtulonymi w siebie dziewczynkami. — To bardzo miły chłopiec, który przez chwilę u nas zamieszka. Proszę, przywitajcie się.

Po tych słowach odsunęła się, by dać szansę im podejść do przyodzianego w granatową szatę młodzieńca. Spojrzały sobie w oczy, przełknęły ślinę, nawet ich ogony się rozluźniły i opadły wzdłuż biednych, szarych sukieneczek. Podeszły powoli, cały czas trzymając się za ręce.

— Cześć, Karl — wymruczała niemrawo Sylvia.

— W-witaj... — tylko tyle mogła powiedzieć Nerr.

Karl zebrał w sobie odwagę. Ukląkł przed dziewczynkami. Ich twarze były na takiej samej wysokości. Patrzył życzliwie, spokojnie. Dwie pary brązowych, dziecięcych oczu. Przestraszone, ale jednocześnie ciekawe. Oto był przed nimi heros – człowiek nie z tego świata.

— Miło mi was poznać — rzekł z uśmiechem.

Po chwili znalazła się przy nim matka Noor. Starsza kobieta, której długie, rude włosy przeplatały siwe pasemka i której twarz, tak życzliwa jak twarz najmilszej z kobiet, onieśmielała młodzieńca swoim spokojem.

— Witaj w naszym domu, przybyszu — powiedziała delikatnie, klękając na chwilę obok swoich córek.

Niedługo później wszyscy domownicy w towarzystwie Karla zasiedli do stołu. Obiad stanowiła zupa jarzynowa, która bogactwem swoich składników kontrastowała z minimalistycznym wnętrzem domu. Karl miał czas, by trochę się porozglądać i w zasadzie nic szczególnego nie przykuło jego uwagi. Mógł więc poświęcić trochę czasu, by dobrze się przyjrzeć każdemu z domowników i stwierdzić, że lisi ludzie to naprawdę ciekawa rasa, przynajmniej jeśli chodzi o fizjonomię. Jednak nie to było najważniejsze, gdyż młodzieniec już nie pamiętał, kiedy ostatnio miał coś w ustach.

— Smacznego! — powiedział, biorąc się za spożywanie zupy.

Dopiero po chwili zauważył, że nikt nie zrozumiał tego, co właściwie powiedział.

— No, tak się mówi w moim świecie — wyjaśnił, rozwiewając wątpliwości swoich gospodarzy.

Noor tylko parsknęła śmiechem, a reszta jej rodziny zajęła się jedzeniem.

Później, gdy już zakończył się obiad, młodsze siostrzyczki zniknęły gdzieś w dalszej części domu, a matka zajęła się sprzątaniem. Karl wraz ze swoją towarzyszką zostali sam na sam z seniorem rodu – sędziwym Robinem. Starzec przeniósł się na swój wysłużony fotel i zaprosił palcem przybysza, by podszedł bliżej. Noor machnęła głową, zachęcając Karla i po chwili młodzieniec wstał od stołu i usiadł na podłodze przed starym lisem.

— No proszę — zaczął swoim starczym, chrypliwym głosem. — Heros siedzi przede mną na podłodze... Doprawdy, niesłychany przypadek.

Staruszek zrobił przerwę, pogłaskał swoją postrzępioną, siwą brodę.

— Nawet mój dziad pradziad nie dostąpił zaszczytu służby u przybysza — rzekł, patrząc się prosto w modre oczy Karla. — Zaprawdę, niezwykłym być musi, że ktoś taki jak ty pojawił się na tym świecie.

— Czemu? — zapytał chłopak.

— Czemu? Ohoho... Żebym to ja pamiętał... — zamknął na chwilę oczy. — Posłuchaj chłopczyku. Nawet moje wnuczęta o tym wiedzą – herosi to legenda, chłopcze. Już ich tu nie ma. Od wieków. Od kiedy sczezł największy z potworów i nie odrodził się ponownie. Oczywiście, kreatury nadal istnieją, ale to zbyt liche płotki dla wybrańców bogów...

— Czyli odrodziłem się tu przypadkowo?

— Któż to możesz wiedzieć, gładkouchy chłystku... — rzekł, nachylając się lekko. — To naprawdę zaszczyt, że w końcówce mojego żywota mogę ujrzeć część legendy. Choć muszę powiedzieć, że nie wyglądasz zbyt mocarnie.

— Każdy od czegoś zaczyna — stwierdził neutralnie Karl.

— Tak, to prawda, chłopcze. Jednakże powiem ci, że dźwigasz na sobie wielkie brzmienie. Kiedyś, z tego co mi wiadomo z legend, zjawienie się herosa było czymś wielkim, oczekiwanym. Zupełnie tak, jakby sam Herdur zszedł na ziemię. Teraz jednak — spojrzał na niego spod krzaczastych brwi — jesteś wart tyle samo, co zwykły wojak.

— A co z moją mocą? — przypomniał sobie Karl. — Ci herosi mieli jakieś moce, prawda?

— Mieli, mieli — potwierdził Robin. — Jednakże to jedna z tych tajemnic, które zaginęły w naszym rodzie. Być może są gdzieś jeszcze jacyś służący, którzy pamiętają o tych mocach, ale na niewiele się to zda. Nawet królewski ród wspomina o przybyszach tylko w legendach...

— Co więc powinienem robić? — zapytał jakby sam siebie Karl.

— Żyć — wtrąciła się Noor, podchodząc do niego. — Skoro nie ma już przed czym ratować świata, możesz zostać zwykłym poszukiwaczem.

— Poszukiwaczem?

— No wiesz, polowanie na potwory i te sprawy — Zakręciła palcem. — Musisz w końcu na siebie zarabiać, jeśli chcesz tu przeżyć.

— Przecież nie umiem walczyć! — zaprotestował Karl.

— Mogę cię nauczyć — stwierdziła Noor. — Nigdy nie miałam w rękach prawdziwego ostrza, ale potrafię się bronić.

Karl po chwili podniósł się z podłogi, podziękował Robinowi za rozmowę.

— Jakbyś chciał się czegoś dowiedzieć, to pytaj, chłopczyku — powiedział starzec, podając mu pomarszczoną dłoń.

Noor wykorzystała okazję i oprowadziła Karla po reszcie domu. Przede wszystkim pokazała mu resztę pokoi i jego posłanie.

— A ty gdzie będziesz spać? — zapytał przybysz, zauważając, że brakuje jednego łóżka.

— Z tobą oczywiście — uśmiechnęła się Noor.

— Hola, hola — machnął rękoma Karl. — To przesada, zdecydowana przesada — Nie zauważył nawet, że się czerwieni.

— Nie przesadzaj, mistrzu — Znowu zaczęła się bawić w tytuły. — Jestem tylko towarzyszką, pamiętaj.

Karl, patrząc na zachodzące nad murem miejskim słońce, zastanawiał się, co będzie dalej. Czy to życie w nowym świecie będzie ekscytujące, czy po prostu zwyczajne? Przeżyć życie jeszcze raz, gdy za pierwszym razem się nie udało. Wspaniała idea, tyle tylko, że nie wszystko może iść jak z płatka. Jednak tak jest chyba lepiej. To życie wyznacza kierunek, zawsze tak było. To wszystko, co się wokół niego dzieje... Chyba miał szczęście, że dostał drugą szansę...

 

***

 

— Czemu. Śpisz. Nago!? — wydusił słowo po słowie Karl, próbując ukryć się za cienką kołdrą.

— A jak mam spać? — zdziwiła się Noor. — Chyba nie oczekujesz, że będę spać w ubraniach...

— Nie zbliżaj się.

— Nie przesadzaj, Karl. Zrób miejsce. To w końcu mój dom i moje łóżko.

Być może jednak nie był na to wszystko gotowy. Bądź co bądź mieszańcy mają coś ze zwierząt. To kwestia przyzwyczajenia. Raczej. Tak czy siak, Karl odniósł kolejny życiowy sukces! Czy życie w takim świecie może być cudowniejsze?

Średnia ocena: 4.4  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Aisak 4 miesiące temu
    Byłam. Zostawiam 5.
    Spieszę się przed banem :]

    Dotrzymałeś słowa. Ciekawe, czy te 4 godziny dały pożądany efekt.
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    Mam nadzieję, że tak :)
  • Aisak 4 miesiące temu
    Przytulas?
    nie...
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    taak
  • JamCi 4 miesiące temu
    Przyjde jak tylko bedę mogła i przeczytam uczciwie.
  • piliery 4 miesiące temu
    Dobrze się zapowiada. 5
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    Dzięki
  • Aisak 4 miesiące temu
    Napisałeś, że Karl, to prosty chłopak, więc Kij z tym, wiele tłumaczy.

    Ale to już nie jest ten sam Karl.
    Dostał od Losu nową tożsamość, więc jego słownictwo powinno ulec diametralnej przemianie.
    Nie uważasz?

    — To bardzo miły chłopiec, która przez chwilę u nas zamieszka. - który.
    To chłopiec, czy Mistrz?

    Wyczuwam: Władcę Pierścieni, Grimm i anime ;)

    Popracuj nad dialogami.

    Ma moc. Będzie jeszcze lepiej. Super wciąga!
    Bravo!!!
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    1. Akurat w zamyśle Karl się za dużo nie zmienił. W prologu była informacja, że zachowa swoje wspomnienia i tak dalej, więc sądzę, że póki co będzie się wypowiadać tak samo jak normalnie.
    2. Inspiracje wyczute bardzo dobrze. Gratuluję :)
    3. Eee, dialogi... Postaram się przyłożyć do stylizacji językowej i nie lać wody. Nie jest to jednak moja mocna strona...

    Dzięki za komentarz tak btw
  • Karawan 4 miesiące temu
    Czepialski ;

    Mędrzec jednak nie miał zamiaru zwieść się jego ignorancji. - przerobiłbym :) Wszak chodzi o to, że Mędrzec został zignorowany! Może; Mędrzec nie miał zamiaru dać się zlekceważyć? czy coś koło tego ? :)

    Jego siwa, długa broda musnęła wyblakłej szaty Losu, - ten fragment to typowa strzelba z pierwszego aktu! Czy gdzieś wypali? Sam się aż za często łapię na taką pułapkę! :)

    — Mam na imię Noor, szanowny przybyszu — powiedziała, schylając głowę w wyrazie szacunku. — Z woli Losu będę twoją towarzyszką, o przybyszu. - myślę, że drugi przybysz jest całkiem, ale to całkiem, zbędny :)

    — Możesz się przebierać na moich oczach, mistrzu - wystrzegałbym się takich sformułowań; "przebierać się na moich oczach, choć przyjemniej by mi było gdybyś zechciał przebierać się na moich uszach, które mam tak wrażliwe na dotyk..." :)

    Ogólnie miejsce to zdawało się mu być dość urokliwe. - wywaliłbym "mu", wszak wiadomo żona już to widziała :)

    do znanych z typowych fantasy elfów. - uciekłbym. "znanych z baśni" :)

    Noor machnęła głową, zachęcając Karla i po chwili młodzieniec wstał od stołu i usiadł na podłodze przed starym lisem.
    — No proszę — zaczął swoim starczym, chrypliwym głosem. - ten fragment jakoś mi zgrzypi. Wywaliłbym młodzieńca i wstawił zaimek "ten" ; "...zachęcając Karla. Ten z ociąganiem( niepewnością, etc) wstał i usiadł na podłodze..."

    Tyle refleksji i sugestii oczywiście z pełnym szacunkiem dla Autora i Jego reakcji na nie :)
    Podoba mi się pomysł, podoba realizacja, duperele nie wadzą za mocno! Czego chcieć więcej? tylko ciągu dalszego!! Dziękuję i gratuluję. :) Pięć diamentowych gwiazd :)
  • Karawan 4 miesiące temu
    wszak wiadomo żona już to widziała :) - wszak wiadomo żę ona już ( a nie żona! )
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    Karawan Dzięki za uwagi. Postaram się poprawić.
  • Wrotycz 4 miesiące temu
    Wiedziałam, że na Prologu (świetnym!) skończę... chyba już pod nim napisałam, że fantasy... sorry, obojętnie jakby znakomicie nie została napisana... no nie dla mnie. Szkoda.
    Serdecznie pozdrawiam.
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    Spoko. Dzięki, że przynajmniej tyle przeczytałaś. Pozdro również
  • Wrotycz 4 miesiące temu
    Dzięki za zrozumienie, część przeczytałam, dobrze napisane, bo postacie utkwiły w pamięci. Może jeszcze wrócę, by dokończyć.
  • Everka 3 miesiące temu
    Prolog bardzo mnie wciągnął, więc szybko zaczęłam czytać pierwszy rozdział. Tytuł i lisia dziewczyna przywodzą mi na myśl "Jak zostałam bóstwem" Tylko tam główną bohaterką była dziewczyna, a jej lisi towarzysz - "służący" mężczyzną.
    Czekam na następne części.
  • Pan Buczybór 3 miesiące temu
    Dzięki, następna cześć będzie może w ten weekend :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania