Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

TW #04 — Pustynna Jenga — część II

(Taaa. Więc tam wyżej, nad Tobą, jest taki napis. "UWAGA, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich. No więc, ten... ZAWIERA JE).

 

Postać: Pierwszy trup

Zdarzenie: Tragiczna decyzja

Gatunek: Wielogatunkowiec

W tle: https://www.youtube.com/watch?v=y8DyV06saIw

 

Nim gangster przystąpił do meritum, uznał za stosowne dać trójce czekającej na egzekucję obdartusów krótką lekcję historii. Ptaki krążyły, zataczając koła niemal dokładnie nad feralnym drzewem, w okolicy nie wiał najlżejszy choćby wiatr, a gorąc dowalał, jak u diabła w solarium. Na dodatek samochodowa szyba rykoszetowała promień słońca pod bardziej niż podłym kątem, ogniskując gorąc na piersi jednego z mężczyzn. Ten, świadom, że zapiaszczone konarzycho nie jest wyborną partią do przebierania szkitami, zacisnął jedynie zęby, starając się to w jakiś sposób znieść. Oswaldo Ramon Cadaver z każdym kolejnym zdaniem się nakręcał.

— 5 października 1892 roku przestał istnieć jedyny i prawdziwy świat — wygłosił grzmiącym, ocierającym się o fanatyzm, głosem. — Umarł. Odszedł. Zdechł. Wszystko, co przyszło potem, to jedynie nieprzebrana rzeka cywilizacyjnego gówna, która spływa kaskadami do dziś. Piątego, trochę ponad sto lat temu, tradycja poszła się jebać, dostała trypla i zdechła. Ostatni raz zawyły wściekłe psy.

Wpędzeni na konar mężczyźni pętle założone mieli w fachowy, niewzbudzający zastrzeżeń sposób, jednak również na tyle luźno, by móc mówić. I pomimo tego, że wszelkie znaki na niebie wskazywały, by raczej nie dodawać do tyrady własnych spostrzeżeń, najwyższy zdecydował się na zabranie głosu.

— Dlaczego? — spytał, skupiając na sobie rozwścieczony wzrok.

— Jak się nazywasz?

Obaj niedoszli wisielcy wykonali po maleńkim kroku w bok, chcąc znaleźć się choćby o pół jarda dalej od swego nazbyt wyrywnego druha. Naprężone liny obrzynały gardła, utrudniając przełykanie śliny. Tymczasem sekundy płynęły, a zapytany ociągał się z odpowiedzią.

— Albert — rzucił w końcu najniższy, chcąc załagodzić narastające napięcie. — Ma na imię Albert, proszę pana. Albert Pike.

— Na chuj się wtrącasz? — warknął w kierunku najniższego rzeczony Albert Pike.

Gigant przeczuwając, że wszystko potrwa dłużej, niż zakładał, rozsiadł się na masce samochodu, dzięki czemu rykoszetowy płomień przestał wypalać dziurę w piersi środkowego. Zdziwiony ananas stał obok Pana Os z dłońmi zaplecionymi na plecach w służalczej pozie powleczonej gotowością. Jego wpatrzony w jeden punkt, fanatyczny wzrok, dawał do zrozumienia, że zakapior pozostaje do natychmiastowej dyspozycji swego szefa.

— Ty jesteś ten Romeo od trójkątów? — spytał bardziej z zaciekawieniem niż groźbą w głosie, pan Os. — Kundel, który mi wychędożył córki? Lissie i Gwen?

Środkowy razem z tym naprawdę niskim odeszli jeszcze po pół kroczka w bok. Teraz już nie tylko o przełykanie śliny, ale i o jakikolwiek oddech było ciężko. Pomimo nieciekawej sytuacji, najwyższy zdecydował się na wymuszony uśmiech.

— Ja? Trójkąt? Panie Osvaldo, gdybym chciał zawieść dwie osoby naraz, wysłałbym list do rodziców.

Dum-Dum wybuchnął wulkanem donośnego śmiechu, uderzając rękoma o golemie uda. Jak szybko zaczął, tak skończył. Po zwłokach zastrzelonego kwadrans temu ćpuna spacerowało coś, przypominające bezwłosego jeża. Kartelowy boss spojrzał na zegarek, potem na trójkę obszarpańców i ponownie na diamentowy cyferblat. Widząc w kundlich spojrzeniach zielone światło, wrócił do historii.

 

*

5 października 1892 roku podczas próby obrabowania Narodowego Banku w Coffeyville w stanie Kansas wystrzelany został gang Daltonów. Zginęli wszyscy poza Emmetem Daltonem, który pomimo otrzymania dwudziestu trzech ran postrzałowych przeżył, by zostać skazanym na dożywocie. Ułaskawiony po czternastu latach, zmarł jako wolny człowiek. Nim jednak oddał ducha matce ziemi, zostawił pokaźny spadek i zdołał opowiedzieć kilka historii z okresu swych najbarwniejszych lat. Jedną z nich był "stołek dla czarnucha", rodzaj gry, którą Emmet Dalton zaobserwował w Luizjanie, a którą po latach, jego prawnuk, Pan Os, przechrzcił na Pustynną Jengę. Czasy uległy zmianie, ale trzon zabawy pozostał taki sam.

A grało się w to wszystko mniej więcej tak:

Każdego, komu groził stryczek, zamiast od razu wieszać, ustawiano na chybotliwej konstrukcji ze szczap drewna i po prostu zostawiano na śmierć, obiecując po określonym czasie amnestię. Konstrukcja była zazwyczaj niestabilna, a czas, który delikwent miał wytrzymać, również nie należał do najkrótszych. Trzy, czasem cztery doby wystarczały, by nadzieja na ratunek była zaledwie czysto matematyczną. Połowa koniokradów, indiańców, czarnuchów, czy kto tam się wtedy nie nawinął pod prężnie działające ramię sprawiedliwości, zmaltretowana skurczami i niemal oszalała od nagromadzonego stresu, dawała nura ze stołka zaledwie po kilku godzinach. Ośmiu na dziesięciu zatraceńców wybierało wizytę w domu Bożym po upływie mniej więcej pierwszej doby. Zdarzały się jednak przypadki, że jakiś wyjątkowy okaz zadrwił z prawideł śmierci, doczekując powrotnego orszaku. Czy jednak został na pewno ułaskawiony?

W każdym razie Pan Os dał niefortunnej trójce swoje słowo, że za równo siedemdziesiąt dwie godziny wróci i jeśli tylko któryś z fajfusów będzie jeszcze na chodzie, jak Bóg na niebie, zostanie puszczony wolno. Tymczasem niech chłopaki oszczędzają energię i się wzajemnie pilnują. Niech dużo nie rozmawiają i uważają na siebie podczas snu.

Na sam koniec tyrady każdy otrzymał po kilka łyków wody. Później gangsterzy odjechali, zostawiając mężczyzn samych sobie.

 

*

— To ja dmuchałem te cizie — wygłosił "środkowy" z dumą, kiedy nie zdołał jeszcze opaść kurz, a wóz nadal majaczył na horyzoncie. — Ale jebany ukrop — dorzucił, patrząc w niebo. — Ze dwieście stopni chyba. Jak nie lepiej.

Albert Pike zwrócił w jego kierunku lewy profil obrzmiałej od nocnego katowania twarzy.

— Zamknij pizdę, tłuku. Trzeba było się mądrzyć przy tym gogusiu.

Nazwany tłukiem, puścił obelgę kątem. Na co dzień raczej nie słynął z Chrystusowego serca, ale teraz mocno ćmiła go poobijana głowa i bardzo piekły przypalane przez pół nocy plecy. Brak najmniejszych palców u obu stóp też nie poprawiał nastroju.

— A ty coś im takiego nawyrabiał, Albercie Pike?

Cisza.

— Halo, Albercie Pike. Obraziłeś się?

Nagabywany stanął bokiem, patrząc gdzieś ponad nimi. Uda piekły od nacięć. W gardle wzbierała kolejna porcja krwawej, gęstej plwociny. Lewe kolano promieniowało bólem, odmierzanym w takt uderzeń serca.

— Bucu — nie dawał za wygraną upierdliwy kompan — albo odpowiesz, albo przykurwię ci kopa i sfruniesz wprost do aniołków. Słyszałeś, co mówił ten meksykański cwel. Powinniśmy się, cholera, wspierać.

Najniższy z oberwańców uznał za rozsądne także wtrącić trzy grosze.

— On nie lubi swojego imienia — wygłosił nie bez trudu. Ciągle nie mógł wydostać się z okowów zaznanego nie tak dawno bólu, a do tego był trawiony przez gorączkę. — Mów mu nazwiskiem.

— A ty to, kurwa, kto? Jego brat?

— Przyjaciel.

— Słodko. Robicie razem orzełki na piasku?

— Musimy spróbować na trzy — wtrącił zupełnie od czapy Albert Pike. Średni wzrostem, ale na pewno najbardziej rozgadany, odwrócił twarz w jego stronę.

— O czym pierdolisz? — spytał.

Z enigmatycznego wzroku Alberta Pike'a nie można było wiele wywnioskować, więc pytanie zostało powtórzone ostrzejszym tonem. Środkowy wzrostem mógłby przytoczyć przynajmniej ze dwadzieścia sytuacji, w których taki ton głosu spełniał swą funkcję, tym razem jednak zupełnie nie podziałał. Nie zważając na niepokojące sygnały płynące z szyi i karku skierował wzrok ponownie na mikrusa.

— Czy on ma we łbie jakiś ogranicznik?

Najniższy odpowiedział zagadkową miną i niedbałym wzruszeniem ramionami, co mogło oznaczać: "Nie wiem, ale nie wykluczam".

— Skoczyć — doprecyzował Pike. — Powinniśmy skoczyć.

 

*

Kilka godzin później.

Gorąc oblewał ciała, potęgował ból głowy i wysuszał usta. Nogi miękły pod coraz częstszymi spazmami powracających skurczy. Porażany bezustannie wzrok bronił się coraz mniejszymi partiami łez. Ciała oblepiał pot. Gardła schły.

— Jebany ukrop. Minimum trzy miliony pierdolonych stopni — powtórzył niczym mantrę środkowy wzrostem, który przedstawił się druhom jako Emerald Swan. — Jakie, kurwa, trzy?! Minimum pięć!

Albert Pike drzemał, śniąc naraz tuzin różnorakich snów, w których motywem przewodnim była woda. Woda jako ocean, woda jako drink, woda jako nieustający deszcz. Surfowanie po falach zimnej coli, czy zawody w chlaniu prosto z beczki na czas. Wybudzał się, widząc przed sobą obrobiony sennymi marzeniami krajobraz i skalne góry zredukowane odległością do roli półsennych namiotów. Wszystko zmiksowane i do granic możliwości popieprzone. We łbie tętnił poszum przypominający galopiadę koni.

— Eee, ty. Zrobisz, jak zechcesz, ale wiesz... Może nie śpij, bo w końcu się obsuniesz. Pogadajmy. Zabijemy czas.

Półprzytomny mężczyzna burknął coś bełkotliwie, ale po kilku chwilach otworzył przekrwione oczy. W rozpalonej głowie ciągle mu wybuchały błyskawice i strzelało confetti złożone z wielobarwnych rozbłysków. Ze sposobu, w jaki spoglądał, można było odnieść wrażenie, że jego mózg pozostał w świecie snu.

— Jak myślisz Pike, ile jeszcze do nocy?

W odpowiedzi kolejna porcja bełkotu z motywem przewodnim, że wszystko i tak jeden chuj, bo już nadchodzą szczelne zaciski nicości. Oczy ponownie zgasły. Głowa gruchnęła o pierś. Ciało niebezpiecznie usiadło i dopiero pętla zatrzymała niechybny upadek.

— Ej, kurwa, chłopie! Zara zlecisz!

Nie poskutkowało więc Emerald przedrobił dwa małe kroczki i ryzykując upadek, nastąpił drzemiącemu na stopę. Po drugim nadepnięciu zadziałało. Albert Pike otworzył szeroko oczy. Następnie rozejrzał się, szukając durnia, który śmiał na jego i tak już pokancerowanym ciele domalować kolejny odcień bólu.

Dość szybko odnalazł źródło.

— Pojebany jesteś?

Emerald nie odniósł się do zapytania, zwłaszcza że nosiło ono wszelkie znamiona pytania retorycznego. Zamiast tego postanowił obwieścić im strategię, przy pomocy której mieli przetrwać.

— Wymyśliłem strategię, przy pomocy której powinniśmy przetrwać — wygłosił z dumą, a że nie doczekał się spodziewanej fali uznaniowego aplauzu, rozszerzył wywód o kilka wzmacniających przekleństw. Albert Pike poczuł się w obowiązku zabrać głos.

— Wszystkie twoje gadki to najzwyczajniejsze pierdolenie — zawyrokował ze znawstwem. — Co byś nie wymyślił, chuj to wszystko da. Jesteśmy tu raptem kilka godzin. Cztery, no może pięć. Z przeznaczonych i raczej długich siedemdziesięciu-kurwa-dwóch. Przyswajasz procentówkę? Najdalej do jutra rana będziemy wisieć obdziobywani przez te jebane sępy. Wszystko wokół jest złe i meczące oraz trwa dotąd, dopóki nie umrzesz. Tak już po prostu na tym świecie jest. Chyba że...

Pomysłodawca jedynej słusznej drogi ocalenia potrzebował naprawdę kilku chwil, by przetrawić nieprzychylne słowa. W końcu jakoś wezbrała w nim odpowiedź.

— Zabiłeś gościa kmiocie! Zakosowałeś jakiegoś miejscowego ciula! Tak! Nie krzyw japy. Jak żeś odwalał drzemkę, twój kumpel knypek wszystko mi wyśpiewał. Nie rozumiem, czemu was tu przywlekli po takim czymś. W tej chwili twój kadłub powinien osiadać na dnie rzeki zapakowany w stugalonową beczkę.

Słowną kontrę poprzedził rozbłysk fioletowego płomienia połyskujący w Albertowych oczach.

— Wywód pełen ekspresji panie: "rucham wszystkie szprychy. Nawet te, których główne ogniwo kobiecości przypomina przeciętego szopa". I osobiście ćwoku, wolę sformułowanie: "pobicie nożem". Nie rób draki, bo nie jesteś lepszy. Nie moja wina, że masz pomysły o kant dupy potrzaskać.

— Zabiłeś człowieka. W bój-ce.

— Chryste. A co miałem mu wysłać poselstwo i wypowiedzieć wojnę?! Ty naprawdę pierdolnięty jesteś?!

Wtedy do tej śmiałej wymiany zdań wtrącił zdanie najniższy, pytając, czy też to widzą. Spojrzeli. Zauważyli.

 

*

Wszystko było nieco kuriozalne. Oto bowiem podjechało dwóch nastolatków na oko czternaście, maks piętnaście lat, na terenowych motorach typu cross. Obaj niscy i grubi, chociaż jeden ociupinę mniej. Zsiedli jakieś dwadzieścia jardów od feralnego drzewa.

— Chujówka — stwierdził ten, który do tego stopnia nie cierpiał swego imienia, że kiedyś bardzo brzydko obszedł się z kimś, kto mimo kilku bardzo czytelnych próśb zwykł się do niego tym imieniem zwracać.

— Może nie — zaoponował niewyraźnie ten, któremu własne imię powiewało w sumie kalafiorem. — Po czym wnosisz?

— Złote bransolety, wysadzane diamentami kajdany. Pucołowate, dobrze odkarmione gęby. Chujówka, panie Swan.

Pan Swan przyjrzał się lepiej i posmutniał, przyznając cicho, że rzeczywiście chyba mała chujnia na horyzoncie. Tymczasem jeden z młodzieńców, niczym pustynny pirat, odmierzył kilka tajemniczych kroków i w sobie tylko wiadomym celu zaczął odgarniać piach.

— Masz lepszą bajerę, Emeraldzie. Spróbujesz?

— Naprawdę?

— Naprawdę co?

— Naprawdę uważasz, że mam wporzo gadkę?

Czegokolwiek chłopak szukał, właśnie to kończył wyciągać, wycierając jednocześnie z kurzu. Drugi w kompletnej obojętności spacerował po piachu, wlepiając gały w glebę. Albert Pike poczuł, że coś tu coraz bardziej nie gra.

— Kurwa — szepnął. — Piałeś bez przerwy przez ostatnie pięć godzin. Normalnie nie zamykała ci się japa. To może wykorzystaj ten dar i spróbuj z nimi pogadać. Widać, że to pierdolone ułomniaki. Podkręć im jakąś zgrabną dobranockę.

W tym czasie ten ociupinę chudszy i – co było widać dopiero z odległości bliższej niż dziesięć jardów – hojnie obdarowany wulkanicznymi zastępami trądu, podniósł ostrożnie coś z ziemi. Drugi, ten bawiący się w rolę pirata, rozstawił naprzeciw nich dwa uwalone w piachu, plastikowe krzesła. Najniższy z przyszłych wisielców wybełkotał, że bardzo chce mu się pić.

— Halo, halo, chłopaki — podjął cholernie pierdołowatym głosem Emerald Swan. — Co tam macie? Po co wam te krzesła?

Nie podziałało. Ten, który podniósł coś z ziemi, pokazywał to teraz drugiemu. Tamten odskoczył, kiedy to zobaczył. Pan Pike zaczynał rozumieć sytuację.

— Ja pierdolę — Albert zganił kompana ostrą odmianą szeptu, a kiedy ten tylko spojrzał, dosztyletował wzrokiem. — Faktycznie trzeba było mnie zepchnąć, kiedy spałem.

— Nie pomagasz — odszeptał równie nieprzychylnym tonem Emerald Swan. Następnie spytał tamtych, czego chcą i czy nie byliby tak dobrzy, żeby pomóc. Gdyby Albert Pike nie miał związanych rąk, z bezsilności klepnąłby się w czoło.

— No wiecie — kontynuował coraz raźniej Swan, biorąc ciszę za złoty cień monety. — Uwolnijcie nas. Co wam, cholera, szkodzi?

Ten obrośnięty krostami podszedł na odległość kopa w łeb, trzymając przez obszytą gumą rękawiczkę spory okaz przebierającego odnóżami pająka. Drugi został, doczyszczając krzesła.

— Uciąć ci stopy, dziadu? A może wsadzić w gacie tego stwora? Albo położyć na karku? Co? Masz chęć?

Swan pokręcił głową, bardziej zachowawczym tonem pytając gnoja, czego naprawdę chce. Oczywiście słowo "gnój" pominął. Ten jednak stracił już zainteresowanie, biorąc na cel kolejnego z nich. A że kolejnym był Albert, który naprawdę zaczynał mieć wszystko w dupie z własnym życiem włącznie, to szczeniak się naciął.

— Wiesz, co zwykł mówić mój świętej pamięci ojciec? — odparł pytaniem na to, czy chciałby może przywitać się z tarantulą. — Przewróć ósemkę, a otrzymasz nieśmiertelność. Tak mówił. Był dobrym człowiekiem. Nigdy nikogo nie skrzywdził. Za to miał spoko kontakt z tymi, dla których amputacja tego czy owego nie była żadnym problemem. Starał się z tych kontaktów nie korzystać, ale bywały momenty, że jednak musiał. Wiesz, co się działo, kiedy jednak korzystał?

— No co?

— A to, że jeśli już ci goście się na jakichś pastuchów zasadzili, obrabiali ich tak pieczołowicie, że kutasy wyły jak tysiąc szesnastozaworowych silników. Normalnie jazda bez trzymanki, baleronku. Tak było. Po kilku nocach intensywnej pracy z cweli zostawała jedynie kupka parującego szlamu i kilka zębów.

— Nudy — skwitował gówniarz, najwyraźniej tracąc zainteresowanie. Odchodząc, z całej siły rzucił pająkiem o pień. Wielonóg plasnął i spadł na piach, gdzie zwinięty w kulkę podrygiwał. — I jak? — gnój skierował pytanie do drugiego. — Wszystko hula?

Odpowiedział mu uniesiony kciuk.

— No dobra. — Odwrócił się, kierując gębę w kierunku trójki umęczonych mężczyzn. — Macie wyrok w zawieszeniu, nie?

— Chyba sobie, szczylu, jaja robisz — zdołał wydusić Pike.

 

*

Najniższy został zrzucony z pnia. Momentalnie zawisł, ocknął się i zaczął wierzgać desperacko całym ciałem. Kiedy charczał, próbując jakimś cudem wybrnąć z tej desperackiej agonii, małolat spokojnie wrócił i rozsiadł się na krześle. W tym czasie drugi cały czas filmował. Po mniej więcej dwóch minutach wisielec znieruchomiał i podrygiwał teraz na modłę wyciągniętej na brzeg ryby. Rozszedł się smród, kiedy zwieracze nie utrzymały zawartości jelit.

— Tyle właśnie po was pozostaje. Krzepnie krew. Nogawką wypada gówno. I na końcu przylatują ptaki. Tylko tyle.

Żaden z dwójki pozostałych przy życiu nie zabrał głosu. Gówniarz wziął to za strach.

— Jutro wrócimy — wyznał, każąc drugiemu wyłączyć już nagrywanie. — Postarajcie się do tego czasu przetrwać.

Swan jedynie spoglądał na wisielca, zastanawiając się, czy to możliwe, by w przeciągu zaledwie kilku minut tak mu sczerniały źrenice, czy takie po prostu miał. Albert Pike jednak nie.

— Jutro — zaczął, łapiąc ich już siedzących na motorach — poskładam te krzesełka z waszymi łbami w środku. Obiecuję.

 

*

Noc była cholernie zimna, chociaż w dalszym ciągu nie wiał wiatr. Niebo wysypało gwiazdami, które w asyście podniebnych pisków przypominały drogowskazy oprowadzające zbłąkanych po otchłani. Przynajmniej takimi widział je Albert Pike, choć i jego kompan miał na ten temat bardzo podobne przemyślenia. Emeraldowi Swanowi liche światełka kojarzyły się bowiem z blaskiem ciekawości obszytej koronkami pulsującego zła.

Próbowali nie usnąć, więc przerabiali temat za tematem.

— Naprawdę twój staruszek to taki kawał bydlaka? — spytał Swan.

Pike spojrzał. Ciemność obrodziła krótkimi rozbłyskami dwulufowego ognia.

— Mój ojciec był w oddziałach wspierających Hmongów przeciw Pathetowi Lao. W Laosie. Widział trupy mężczyzn nadzianych na zaostrzone pale i brzemienne kobiety o szyjach owiniętych kolczastym drutem. Mówił, że potrzeba sokolego oka, by odróżnić zakrzepłą krew od pierdolonej rdzy.

— Taaa. Tera nie dziwne, że tak się zawsze ciskasz.

Pike charchnął flegmą w dal. Strzelił zastałymi kośćmi karku.

— To jeszcze chuj — wznowił. — Raz koło szczytu Phou Bia grupa mego ojca odnalazła stujardową polanę pełną niemowląt, próbujących maleńkimi rączkami rozerwać wnętrza jutowych worków. Wszystkie zastygłe w tych workach i obwieszone na drzewach niczym martwe choinkowe bombki. Na coś takiego partyzanci mawiali białe drzewka śmierci, bo większość tych worów była właśnie biała. Nie wiem. Pewnie dlatego, że na białym tle wszystko lepiej widać.

Emerald nieśmiało zasugerował, żeby może podłapać jakiś luźniejszy temat, ale kompan puścił to mimo uszu.

— Staruszek mówił, że parę razy widział ciała starców, którym ucięto głowy i przy pomocy rozporowych kołków nasadzono na ciała własnych żon. Całe lasy wywieszone ludźmi. Całe rodziny. Wsie. Niektórzy kochający się dłużej niż do końca. Mężczyźni, którzy wprost ze skraju przytomności wykonywali tak zwany stołeczek, próbując uratować małżonki. Wisielcze pary o poczerniałych, napuchniętych językach i wyłupionych przez padlinożerne ptactwo oczach, które ciągle, wiele godzin po śmierci, trzymały się jeszcze za ręce. Słyszał też, że często, kiedy palono żywcem pojmanych mężczyzn, kobiety musiały tańczyć, śpiewając radosne pieśni, a tym które niedostatecznie się z tego kabaretu wywiązywały, zamiast litościwego zakłucia bagnetami, wpierw blaszanymi nożami wycinano dodatkowe uśmiechy. Mawiał, że podczas ruchów migracyjnych wiele z tych kobiet wypracowało odruch natychmiastowego chowania głów dzieci pod notorycznie rozpinane płaszcze i niejedna była w tym bieglejsza od samego, jebanego, Jessie Jamesa.

— W celu?

— Noo, chyba żeby im się nie utrwalały te okropieństwa. Tak myślę.

Chwilowo zabrakło słów. Mężczyźni stali pogrążeni we własnych rozmyślaniach. Swan burknął, że to pojebane, żeby podczas dnia był taki ukrop, a kiedy tylko się ściemni, wiało chłodem. Pike odparł, że jeśli z tego wyjdą, to tak go właśnie nazwie.

— Znaczy jak?

— No Ukrop, panie Swan. Jest krótkie i wpada w ucho. Wiem, że Swan oznacza łabędzia, ale nie oszukujmy się. Na łabędzia trzeba mieć prezencję.

— Ty też nie jesteś perłą architektury krajobrazowej, Albercie Pike.

I wtedy wspomniany uznał, że ma tego wszystkiego już naprawdę dość.

— Posłuchaj, co teraz powiem. Skup się.

— Zwarty-naszykowany — odparł leniwie Ukrop. — Gadaj, co masz i musimy rozporządzić jakieś warty. Drzemać i się pilnować. Już ledwie patrzę na oczy.

Na te słowa stojący obok jedynie wykrzywił usta.

— No więc, żeby zawęzić, to tak: Liczę do trzech, wyskakuję w pierdoloną górę i tyle. Zrób to samo. Jak polecimy razem, to może ta jebana gałąź w końcu puści.

Zimno wyparowało. Na samą myśl o czymś takim, to...

— Ty naprawdę...

— Tak, wiem. Pierdolnięty jestem. Zrobię to, bo mam dość tego kurewskiego stania. I naprawdę, panie Ukrop, mam szczerą nadzieję, że twój stufuntowy bagaż mi w tym dopomoże.

Kręcenie głową było odpowiedzią wyrazistą, ale zakapior świeżo ochrzczony Ukropem, uznał za konieczne dookreślić karabinowo powtarzanym "nie".

— Samica płetwala błękitnego podczas rodzenia rozwiera wargi sromowe na ponad jard.

— No i?

— No i jeśli nie skoczysz, wyjdzie na to, że jest drugą, co do wielkości pizdą, zaraz po tobie.

— Chyba cię kompletnie...

Ale on już skoczył z dzikobrzmiącym: "Yeeeeeeeeeeeeeee". Ukrop pofrunął za nim, w duchu przyrzekając sobie, że jeśli jakimś cudem gałąź puści, za to nieustanne darcie mordy nazwie gościa Wiwatem.

 

— Tekst pochodzi z uniwersum oszyldowanego jako: Pięćset mil do domu. —

Średnia ocena: 3.5  Głosów: 22

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Witamy kolejną część tekstu! :)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Dziena, pół-bocie
  • Freya 3 miesiące temu
    "Panie Osvaldo, gdybym chciał zawieść dwie osoby naraz, wysłałbym list do rodziców." – wyraz: zawieść – jest kontrowersyjny
    "w których taki ton głosu spełniał swą funkcję, tym razem jednak zupełnie nie podział." – podział?
    "We łbie tętnił poszum przypominający galopiadę koni." – galopadę
    "przy pomocy której powinniśmy przetrwać. — wygłosił z dumą, a że nie doczekał się spodziewanej fali" – zbędny kropek
    "powinien osiadać na dnie rzeki zapakowany w dwustugalonową beczkę." – dwieście galonów amerykańskich to: 757 litrów
    "— Może nie — zaoponował niewyraźnie ten, któremu własne imie powiewało" – imię
    "Ale on już skoczył z dzikobrzmiącym: "Yeeeeeeeeeeeeeee"." – eee... czemu nie krzyknął; Geronimo!?
    Kwestię przecinków pominąłem...
    W tytule masz: część (2z2), a to chyba nie jest finał? :) Pozdro
  • Canulas 3 miesiące temu
    Brakujące literki, ogonek, kropka - wszytsko poprawione.
    Galonom się przyjrzałem i mimo że to wypowiedź, zreduję "galoniastość beczni o 50% albowiem masz rację. Co do kontrowersyjności słowa "zawieść", to nie wiem, bo: https://polszczyzna.pl/zawiezc-zawiesc-czesto-mylone-czasowniki/

    Dlaczego nie krzyknął geronimo? Dobre pytanie w sumie, tak samo jak to, że przecież 2z2, a treść się nie urywa nazbyt puentująco. Na oba jest ta sama odpowiedź. Tekst jest z pewnego uniwersum, ma być pewnego rodzaju smaczkiem dla oblatanych w nim. Być może faktycznie urwałem zbyt medias res, no ale cóż. Tak samo jak i długość. Raczej nie wstawiam 7-stronowych treści, wiedząc, że mało kto taką długość przeczyta. Jednak tym konkretnym razem nie bardzo zależy mi na ilości. Kto będzie miał chęć - obada.
    Dzięki piękne Freya.
    Szkoda, że nie podpopsałeś/aś podpowiedzi interpunkcyjnych. Jako że jestem z tego przedziału wyjątkowo ułomny na pewno bym skorzystał.
    Pozdrox.
  • Freya 3 miesiące temu
    Z tym: zawieść, nie szło mi o poprawność pisowni – tylko przejrzystość w kontekście rozumienia sensu zdania. Z przecinkami też nie jestem omnibusem, raczej to kwestia wyczucia, intuicji postrzegania.
    Albo byłem już lekko nieprzytomny, albo żeś coś dopisał teraz na koniec, żeby faktycznie zakończyć tę historię, bo wcześniej tego nie łapałem... :)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Freya, nie, nic nie dopisywałem. Tak się urywa. Tak to widziałem. Teoretycznie, wiadomo, można dalej, czy coś, ale ja muszę się nauczyć cięć. Nie wiem, może jakieś drabble spróbuję.
    Dzięki wielkie. Każdy wskazany błąd jest mile widziany.
  • Ritha 3 miesiące temu
    Przystępuję uroczyście do czytania.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Miło, ja do Tiebia również dziś przybędę. Jak Twa, to Twa ;)
  • Ritha 3 miesiące temu
    No dobszzz, rzućmy okiem :)

    „Na dodatek samochodowa szyba rykoszetowała promień słońca pod bardziej niż podłym kątem, ogniskując gorąc na piersi jednego z mężczyzn” – to cudne

    „5 października 1892 roku” – wygoogolowałam datę, wyskoczyła mi… zamordowana rodzina Daltonów :D

    „Obaj niedoszli wisielcy wykonali po maleńkim kroku w bok, chcąc znaleźć się choćby o pół jarda dalej od swego nazbyt wyrywnego druha” :))

    „— Albert — rzucił w końcu najniższy, chcąc załagodzić narastające napięcie. — Ma na imię Albert, proszę pana. Albert Pike” :O Czy to…? :O

    „— Na chuj się wtrącasz? — warknął w kierunku najniższego rzeczony Albert Pike” – tak! Na 100 % :D Hura! *.*

    „Zdziwiony ananas stał obok Pana Os z dłońmi zaplecionymi na plecach w służalczej pozie powleczonej gotowością,” – tutaj kropka na końcu (poza tym służalcza poza powleczona gotowością jest świetnym zwrotem)

    „— Ty jesteś ten romeo od trójkątów? — spytał bardziej z zaciekawieniem niż groźbą w głosie, pan Os” – tutaj albo wyrzuciłabym przecinek albo całe „bardziej z zaciekawieniem niż groźbą w głosie” oprzecinkowała, obadaj, poza tym Romeo to zdaje się imię, więc dałabym z dużej

    „— Ja? Trójkąt? Panie Osvaldo, gdybym chciał zawieść dwie osoby naraz, wysłałbym list do rodziców” hahaha
    „Po zwłokach zastrzelonego kwadrans temu ćpuna spacerowało coś, przypominające bezwłosego jeża” – i ten opis w me gusta

    „5 października 1892 roku podczas próby obrabowania Narodowego Banku w Coffeyville w stanie Kansas wystrzelany został gang Daltonów. Zginęli wszyscy poza Emmetem Daltonem, który pomimo otrzymania dwudziestu trzech ran postrzałowych przeżył, by zostać skazanym na dożywocie” – po pierwsze to jest zajebista historia z tym ostatnim Daltonem (23 rany, no proszzz), i wiesz co – pisałam w tym moim pastiszu westernu o zamordowanej rodzinie Daltonów, ale jestem turbo debilem, turbo, bo tego nie wygooglowałam, tylko gdzieś mi się tam z tyłu głowy kojarzyło nazwisko westernowo i nie znałam tak dokładnie tej sprawy, że jeden przeżył, a mimo to u mnie w tej komedii faktycznie jeden przeżył xd Chyba z zakamarków skojarzeniowej pamięci poszło, ale teraz czytam, że on miał na imię Emmet, ja go w ogóle inaczej nazwalam z dupy – Johnny. Ehhh, turbodebilizm, ale teraz już tu u Ciebie wyczytałam i już wszystko wiem jak to było. O.

    „Trzy, czasem cztery doby wystarczały, by nadzieja na ratunek była zaledwie czysto matematyczną. Połowa koniokradów, indiańców, czarnuchów, czy kto tam się wtedy nie nawinął pod prężnie działające ramię sprawiedliwości, zmaltretowana skurczami i niemal oszalała od nagromadzonego stresu, dawała nura ze stołka zaledwie po kilku godzinach. Ośmiu na dziesięciu zatraceńców wybierało wizytę w domu Bożym po upływie mniej więcej pierwszej doby.” – cudny fragment (gra okropna, brrr)

    „W każdym razie Pan Os dał niefortunnej trójce swoje słowo, że za równo siedemdziesiąt dwie godziny wróci i jeśli tylko któryś z fajfusów będzie jeszcze na chodzie, jak Bóg na niebie, zostanie puszczony wolno” – powiesił Wiwacika??? *dużo wściekłych emotikon*

    „Później gangsterzy odjechalli, zostawiając mężczyzn samych sobie” – odjechali*
    „Nagabywanny stanął bokiem, patrząc gdzieś ponad nimi” – Nagabywany*
    Coś Ci się deczko literki dublują, Canulardo. Znowu była kawa z pięćdziesięciu łyżeczek??? *emotikony jak wyżej*

    Dobre opisy dolegliwości chłopców. Wiwacik taki biedny! :[

    „— A ty to, kurwa, kto? Jego brat?
    — Przyjaciel” – hmmmmmmm, Merlin nie, Polip też raczej nie, Ukrop albo Saracen (ale to znaczy, ze to … prequel Pincet?!)

    „— Słodko. Robicie razem orzełki na piasku?” hahahhahahaha

    „— Musimy spróbować na trzy — wtrącił zupełnie od czapy, Albert Pike” – tu przecinek out

    „Następnie rozejrzał się, szukając durnia, który śmiał na jego i tak już pokancerowanym ciele domalować kolejny odcień bólu.
    Dość szybko odnalazł źródło” – to świetne (!)

    „Emerald nie odniósł się do zapytania, zwłaszcza że nosiło ono wszelkie znamiona pytania retorycznego” – i to

    Jest bardzo dużo zdań i opisów, które mi się widzą, w ogóle ten klimat, nooo, ja lubię, lubię bardzo.

    „Zamiast tego postanowił obwieścić im strategię, przy pomocy której mieli przetrwać.
    — Wymyśliłem strategię, przy pomocy której powinniśmy przetrwać” – następne, w sensie konstrukcja, kurdex, znów w punkt

    Gadki Wiwacika są też cudne. W ogóle tak się rozkręciłeś, że głowa mała. W pierwszej części było dużo zabawnych zwrotów itp., a tu jest konstrukcja zdań pincet/10, typu:
    „Pomysłodawca jedynej słusznej drogi ocalenia potrzebował naprawdę kilku chwil, by przetrawić nieprzychylne słowa. W końcu jakoś wezbrała w nim odpowiedź”

    "rucham wszystkie szprychy. Nawet te, których główne ogniwo kobiecości przypomina przeciętego szopa" hahahaha

    „— Wywód pełen ekspresji panie: "rucham wszystkie szprychy. Nawet te, których główne ogniwo kobiecości przypomina przeciętego szopa". I osobiście ćwoku, wolę sformułowanie: pobicie nożem . Nie rób draki, bo nie jesteś lepszy” – obadaj, po pierwszym dwukropku jest cudzysłów, po drugim już nie ma, a to tak jakby bliźniacze (w zapisie) wypowiedzi

    Ej, oddawaj Pincet, chciałam coś sprawdzić w ostatniej części a propos chłopaka, co nie lubi swojego imienia, a tu ni ma. No trudex.

    „Ten obrośnięty krostami podszedł na odległość kopa w łeb” hahahahaha

    „— No dobra — Odwrócił się” – chyba kropki brakuje

    Co? Powiesili tego niskiego? :(
    Opis okropieństw z Laosu bardzo sugestywny, brrrr

    „niejedna była w tym bieglejsza od samego, jebanego, Jessie Jamesa” – obadaj czy ostatni przecinek potrzebny

    „Pike odparł, że jeśli z tego wyjdą, to tak go właśnie nazwie.
    — Znaczy jak?
    — No Ukrop, panie Swan” – ha!

    „Wiem, że Swan oznacza łabędzia, ale nie oszukujmy się. Na łabędzia trzeba mieć prezencję.
    — Ty też nie jesteś perłą architektury krajobrazowej, Albercie Pike” hahahaha, nieprawda, Wiwacik jest piękny :> Wszystko było w Pincet dokładnie opisane.

    I końcówka! Jeeeee, właśnie bardzo zajebiście, że krzyknęli Yeeeeeee.

    Canulardo, powiem Ci tak, pierwsza część była mega, ale ta jest stokroć lepsza. Dawno nic mnie tak nie pochłonęło. Uwielbiam ten klimat. Językowo pincet/10, flow aż się wylewa z tekstu. Biję brawo na stojąco. I dziękuję za Wiwacika :)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Wszystkie błędy odkręcę, ale dopiero już we domostwie swem. Takowoż i siebodniesę, ale już tu, w tej chwili, dziękuję za entuzjazmowego kopa. Wiem, że lubisz. Nie ciąłem tego na dwie mniejsze części, bo kto ma być - będzie.
    Kłaniam się.
    Pińcet i sequel oddam na dniach.
  • Ritha 3 miesiące temu
    No i dobrze, że nie ciąłeś, bo można była zatonąć w tekście. Kontentam :)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Ritha, ja tu - jak już pisałem Frei - nie nastawiam się na wielki odbiór. To głównie odbiór dla starych wyg, oblatanych w uniwersum. Natomiast oczywiście uciesze się z każdej wizyty.
    Sporo głupot nasadziem, ale sądzę, że już czytałem na tyle pamięciowo, że bez pomocy bym ich nie dojrzał. Najbardziej boli ten romeo z małej. Zacznę poprawiać na przerwie, w domu skończę. Jeszcze raz dziękuję.
    Nie wykluczam innych kąsków z tego świata, bo to taki w sumie już mój dom.
    Pozdroxon
  • Ritha 3 miesiące temu
    Nooo, inne kąski mile widziane, wchłonę w ten deseń wszystko. Popraw na spokojnie, izi, romeo, no cóż , zdarza się.
    Oki, jeszcze raz dziękuję za lekturę, odmeldowuje się.
    Pozdro :)
  • Canulas 3 miesiące temu
    odbiór - ukłon
  • nimfetka 3 miesiące temu
    byde
  • Canulas 3 miesiące temu
    Yupix
  • nimfetka 3 miesiące temu
    Kurczę, czytałam przed dentystą i już z ryjem opuchniętym po, stwierdzam, że niesamowite.
    W sensie, od początku do końca. Wszystko gra ścieżkę muzyczną z soundtracku Nienawistnej Ósemki. Tylko pora roku jest odwrotna.
    Nie ma chwili nudy, uwaga nie wachnela mi sie ani razu, a bardzo często wyłączam się, czytając. Być może problem lezy bardziej w moim upośledzonym skupieniu, ale dopiero Twoja praca potrafiła ją na moment uzdrowić.

    Pozwól, że se poocham, bo na przykład to:
    „Albert Pike drzemał, śniąc naraz tuzin różnorakich snów, w których motywem przewodnim była woda. Woda jako ocean, woda jako drink, woda jako nieustający deszcz. Surfowanie po falach zimnej coli, czy zawody w chlaniu prosto z beczki na czas. Wybudzał się, widząc przed sobą obrobiony sennymi marzeniami krajobraz i skalne góry zredukowane odległością do roli półsennych namiotów. Wszystko zmiksowane i do granic możliwości popieprzone. We łbie tętnił poszum przypominający galopiadę koni.“
    Gaaaaaaaaaaahs. Przyprawiony w tak dobrym smaku. Nieprzedobrzone, wymierzone, wypracowane. Cudne. A dialog Pike'a, opisującego te wszystkie okropności z wojny w Laosie jest okraszony tak realistycznym brutalizmem, że głowa mała.

    No i dialogi, tak dialogi.
    „— Samica płetwala błękitnego podczas rodzenia rozwiera wargi sromowe na ponad jard.
    — No i?
    — No i jeśli nie skoczysz, wyjdzie na to, że jest drugą, co do wielkości pizdą, zaraz po tobie.“
    TAK DIALOGI. Bomba istna.

    Końcówka, którą szczyciłabym się jako autorka, ale której nie ukochałabym jako odbiorczyni. Lubię wiedzieć czy bohaterowie, którym kibicowałam skończyli dobrze, mimo że urwanie akcji w kulminacyjnym momencie jest według mnie super zabiegiem i świetnie, ze z niego skorzystałeś.
    No i cóż to. Ta część góruje, ale obie są udanym popisem umiejętności pisarskich.
    Ekstrerrra tekst.
  • Canulas 3 miesiące temu
    helloł Nimfetetka. No co ja Ci mam odpowiedzieć na tak energetyzujący, dający kopa do dalszego pisania, komentarz? :)
    Trzeba chyba lubić te wszystkie detale, nie wiem. Myślę, że tekst niedla wszystkich, że nie mając specyficznego gustu, naprawdę ma prawo tego czy tamtą wkurwić.
    Kokoszę sie dialogowo - lwia część jest teoretycznie o niczym - smaczki są dość mocno poukrywane.
    Kilku osobom podpasował i mnie to w zupełności leży. Nie mam ambicji szeroko-zbawczych, wiec morde mnie się raduje z każdego (tego typu komenta). Noo, normalne chyba, że jak komuś się cuś podoba, to jest to pokrzepiające.
    Dzięki Ci serdecznie.
  • Light 3 miesiące temu
    No... Takie Twoje, dość ciekawe, ale nie jestem zaznajomiona z 500 także nie wychwytuję żadnych nawiązań. Ciekawe też z tą grą, można było sobie wyobrazić wszystko. Język też okej. I w sumie tyle. Komentarz od czapy, bo nie moja bajka, nie moje poczucie humoru ;(

    Co nie umniejsza wagi utworowi, bo dialogi bardzo spoko, nie są kanciaste i ten. Może już zamilkne xD
  • Canulas 3 miesiące temu
    No tak, ja wiem, wiem. I tak super, że pezeleciałaś, bo dość długie. Dzięki piękne.
  • kalaallisut 3 miesiące temu
    Muzyczka super:)) wiem wiem mam nie o tym, ale jeszcze czytam ratalnie...
  • Canulas 3 miesiące temu
    Haha, możesz, o czym chcesz :)
  • kalaallisut 3 miesiące temu
    Kurczę pouciekały mi perełki....(może potem chociaż widzę długi koment Rit, więc pewnie już zrobiła solidnie, wyjadając kawałki). Co mi pozostaje? Od tyłu najprościej więc:
    "— Samica płetwala błękitnego podczas rodzenia rozwiera wargi sromowe na ponad jard.
    — No i?
    — No i jeśli nie skoczysz, wyjdzie na to, że jest drugą, co do wielkości pizdą, zaraz po tobie."

    Dorąbałeś na końcu tym humorem. I popatrz popatrz i wiwiat i ukrop jest! Fajne masz tutaj skropione ukropem pióro łabędzie.
    Jest męsko, dialogi wartkie, jest trochę pieprzu i soli, jest pazur, hmm szpony, jest drapanie, hmm wyrywanie, jest puls. Tekst bije w rymt rozrysowanych drani.
  • Canulas 3 miesiące temu
    kalaallisut, e tam, perełki. Lubię Edwarda Lee, a nie dawno dorwałem książkę jego ucznia, Ryana Hardinga z kapitalną, ale na pewno nie dla wszystkich, Blasfemią. Dni mijają, a ciągle jestem pod urokiem tego pojebane go do granic zbioru.
    Stąd tego typu humor i cała masa przekleństw :))
    Dziękuję Ci ślicznie, Kall.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Ritholinda, wszystko sumiennie poprawiłem. Bardzo Ci jeszcze raz dziękuję za ten energetyczny wywód. Bardzom rad, że całość - mimo długości - spasowała.
    Pozdroxon.
  • Ritha 3 miesiące temu
    Can, w przypadku takich treści, długość nie jest wadą, a zaletą :)
  • Mia123a 3 miesiące temu
    No Canu! Tera tak ciężko mi się myśli i Ty jeszcze dowalasz tym swoim tekstem. Ale akurat tutaj ni ma nad czym się zastanawiać. Jak Ty płyniesz w tym wszystkim. Jak to wszystko jest takie spójne, takie naturalne, przyjemne do czytania. Miałam wrażenie żeś to napisał w dwie minuty od tak. Zapewne zajęło co to trochę więcej ale to właśnie chulera znaczy umić pisać. Żeby się czytelnik nie zmęczył w połowie, od tego Twojego tyrania. Ogóle co za genialny pomysł z tym drzewem i tymi wisielcami. No jak zawsze, pikna robota.Ale, ale panie Canu żeby tak Cię nie rozpieścić za bardzo. Ja rozumiem wszystko, ale dlaczego tak dużo wulgaryzmów. Jejku w pewnych momentach. Ach i te opisy też w pewnych momentach. Ale nie, ja to oczywiście rozumiem, to tylko dodaje temu opowiadaniu. Ok będzie tych moich zachwytów narazie. Jak mi się cuś jeszcze uwidzi to się odezwę :)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Droga Mio. Dobrych pytań kilka.
    Co do czasu, to około 11h mi zajęło + poprawki. Całość na dwie tury. (Oczywiście, mówimy tylko o drugiej części). Wulgaryzmów jest sporo, ale głównie pojawiają sie w dialogach, a te postacie (Są to postacie z uniwersum: 500 mil do domu) tak już mają. Poza tym jestem obecnie lekko zafascynowany jednym pisarzem - pisałem wyżej o tym - i pewnie podświadomie przenoszę niektóre elementy. Pomysł z drzewem (z samym skokiem, miałem już we łbie od jakiegoś czasu. Brakowało tylko słów. Dzięki Ci serdecznie za wizytex.
  • pkropka 3 miesiące temu
    Panie Canulasie, byłam, przeczytałam. Sam wiesz, że dobrze piszesz i lubię to, jak piszesz, ale:
    na mój gust trochę przegadana ta cześć. Jak coś się dzieje, to króciutko, co ci chłopacy tak szybko stracili zainteresowanie?
    No i jak to tak, że już koniec. A co dalej? Rozumiem, że zakończenie otwarte i te sprawy, ale ja bym chciała zemstę i krew i jeszcze więcej zemsty. Bo polubiłam potencjalnych wisielców.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Miss pKroppenhauer, dalsze losy są w serii: - 500 mil do domu.
    Szach-mat ;)
    A że przegadane. Nooo wiesz, miało to wyglądać na takie Tarantinowskie pierdziu-pierdziu. Być może przesoliłem. Mam wprawdę w nadbajaniu i drugi dan w pierdzieleniu. Dziękuję, że jednak wpadłaś.
  • pkropka 3 miesiące temu
    Ok, reklama zrobiona, bydę czytać. Lepiej, żeby obaj żyli :p
    Jak miało takie być, to dobrze Ci wyszło. Nie da się wszystkim dogodzić, tym bardziej, że mi się podobało pomimo 'ale'.
    No to pojechałeś. Nawet czytałam Schopenhauera, więc się nie obrażę.
  • Canulas 3 miesiące temu
    pkropka - Pińcet leżakowało we warsztacie. Dziś oddałem większość z 23-częściowej serii. To, co tera czytałaś, to prequel. Jest jeszcze jednostrzał z tego uniwersum - WIlczy Bilet - tekst, który cenię najbardziej, ale jeśli faktycznie miałabyś zamiar zapoznać się z serią, to nie czytaj go przed nią. Rozpiepszy się chronologia.
    Pozdrox
  • Mia123a 3 miesiące temu
    Eooojo to ja żem się już pogubiła. Czyli że jak ja mam czytać. Wilczka? A 500 mil to co to? Ileś Ty masz tych seri, preguel czy czego tam jeszcze. Proszę się tłumaczyć, bo ni wim za co się mam brać :)
  • Mia123a 3 miesiące temu
    Dobra już wszystko wiem, kliłam se w Twego avatara i faktycznie masz jakoś serię 500 mil. Długa więc będzie co czytać. Do Wilczka to ja się już od dwóch dni zabieram więc może też ogarnę wkoncu. Ok dzięki :)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Mia123a, ech, to jest tak:
    1. Pięćset mil - oddałem z garażu (23 części) - moja ulubiona seria
    2. Kiepskie karty, złe wybory dróg - jeszcze w garażu (obecnie 9 części) - kontynuacja 500-set mil
    3. Wilczy bilet - jednostzrał, ale lepiej czytać po 500

    Gdzieś tam - trylogia rury w ziemi (łaczy się, ale ledwie, ledwie). Zdziwiłbym się, gdybyś miała... poprawka: Gdyby ktokolwiek miał chęć się cofać aż tak, ale na przykłądzie Adelajdy, która chyba walnęła całość w dwa dni, widzę, że wszystko możliwe. Przeczytasz-nie przeczytasz. I tak dzięki ogólnie za obecność i każde z napisanych słów.
  • Mia123a 3 miesiące temu
    Taa jasne, wiem że masz mnie już dosyć :) A co by było gdybym sobie czytała Wilczka przed 500 mil?
  • Canulas 3 miesiące temu
    Mia123a, nie mam, czemu mialbym? Nic by się nie stało
  • Mia123a 3 miesiące temu
    Okej, czyli już wszystko jasne. Dzięks, lecę :)
  • Ritha 3 miesiące temu
    Czytaj, czytaj, Mia. Wszystko czytaj - Rurę, Pincet, Wilczka. Pincet i Wilczka. Pincet. Wilczka. Syćko. Warto. Polecam. Howgh!
  • Canulas 3 miesiące temu
    Ritha, no i "Pińcet" ;)
  • Mia123a 3 miesiące temu
    Ritha syćko chyba ni dam rady. Ale Wilczka to sobie zaraz do pączka czytne :)
  • Wrotycz 3 miesiące temu
    Lubię takie pogrywki narratora jak w prologu cz.1. - wmontowują niejako odbiorcę w tekst, sympatycznie nawiązują relację. Nie warto, nie warto, a teraz już warto byś, czytelniku, skupił uwagę. I faktycznie opowiadanie wymaga uważnego wodzenia po frazach i akapitach, treść nie płynie prosto gładko jak źródełko po równinie. Nie staje się lekturą miłą i przyjemną, i... zapominaną po przeczytaniu.
    Kapitalnie charakteryzujesz postacie, opis pośredni. Czy to poprzez wypowiedzi, strój, czyny - no taki narracyjny dramat. Jak diabeł święconej wody unikasz ich (postaci) wartościowania przez narratora. Pole do popisu wyobraźni odbiorcy. Duży plus.
    Pan Oz oczywiście skojarzył się z oszustem czarodziejem Ozem. Tu rządzi inną krainą, z prawnukiem ostatniego Daltona łączy go umiejętność sprawowania rządów silnej ręki.
    Dobrze, że nie od razu poznajemy przewiny tych już prawie wisielców. Ten od zaliczonych córek Oza - przykładnie ginie. Zresztą nieciekawy typ w przeciwieństwie do skaczącej w finale pary charakterniaków.
    Jak to u Cana przepych upiornego tańca tortur, strzelanina, pustynny pająk i koszmarna Jenga. Fabularne zło niknie podczas opisu wschodnich metod męczenia ludzi. Tak jakbyś chciał nimi zetrzeć w proch to, co dzieje się w fabule. Ciekawe, że tak mocno ten kontrast odczułam. Fikcja - historia faktów. Zawsze powtarzam, że real to najciekawsza, najokrutniejsza, najbardziej zaskakująca arena zdarzeń możliwych do pomyślenia i nie do pomyślenia. Wszechświat, w którym żyjemy - przegenialna - samo tocząca się powieść.
    Kto nie ryzykuje, ten ma niewiele do powiedzenia. Twoi bohaterowie też się tę prawdę wpisują.
    Na koniec warto podkreślić piękno surowej scenerii.
    Jest klimat stosowny do charakteru wydarzeń. Widzę bardzo wyraźnie wyschłe drzewo na pustyni.
    Teraz tylko z jednym 'lokatorem'.
    Wciągnąłeś w opowiadanie od pierwszego akapitu, potem było coraz ciekawiej.
    Oczywiście - pięć się należy z ogromnym plusem.
  • jesień2018 3 miesiące temu
    Po pierwsze: co za paskudni smarkacze!! A poza tym uniwersum nie znam, a i tak przeczytałam z przyjemnością, czasami rozbawiona, czasami obrzydzona, czasami oburzona. I myślę, że ta gałąź się złamała! Dobra robota! Pozdrowienia:)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Nooo taaa, słynne uniwersum. Nie no, stop nachalności reklam. Nie chcę mieć ksywy Polsat. Masz rację. Prawdziwi z nich nicponie, hultaje, huncwoty i łapserdaki. Wiwat powinien na nich poczewać i wedle obietnicy, przystęplować im łby oparciami krzeseł.
    No i tyle. Rówież Ci bardzo dizękuję za podróż w otchłanie zepstutego umysłu Canulardo.
    Dzienks, Jesień.
  • Canulas 3 miesiące temu
    "Jak diabeł święconej wody unikasz ich (postaci) wartościowania przez narratora." - to bardzo ciekawae. Być moze mam taką podprogową skłonność do uników. tak samo jak często ( o czym też już było nadmieniane) czasem przeskakuję moment kulminacyjny na "zaraz po". Se pomyślę nad tym. Do zbieżności Pana Osa z Panez Ozem się nie będe odnosił, ale na pewno na wypunktowanie zasługuje to: "Fabularne zło niknie podczas opisu wschodnich metod męczenia ludzi" - dokładnie to albo dokałdnie tak.
    Pechem Twoim, Wrotyczko, choć trudno tu mówić opechu, jest to, że już największe banki porozbijałaś na początku naszej, ekhm, współpracy. Słynne rozkodowanie "Wróć wcześniej" nie jest tu wyjątkiem. I ja już teraz nawet nie koduję wysoko, więc niejako z automatu wiem, że rozkodujesz Ty. Może kiedyś sie postaram o coś, a moze nie. Nie wiem.
    Nie ma o co piać ;)
    Jedna rzecz. Kurde, być może źle cuś objaśniłem, zamotałem czy cuś, ale od córek był średni. Ukrop. Ten, który przeżył. Grzechów najniższego nie zdołaliśmy postań. Być może nawet ich nie miał.
    No i cóż. No i tyle. Trzeba lubić talanie oceanach zwykłego gaworzenia. Się też nie dziwię i nie oskarżam, że dla niektórych był to zwykły bełkot. Lubię taki styl. Jest mi bliski. To chyba ważne, żeby robić coś, co się lubi.
    Dziękuję bardzo za podwójną wizytę.
  • Wrotycz 3 miesiące temu
    Jasna cho... za szybko czytałam i kodowałam wzrokowe przekłamania.
    Bardzo przepraszam. Wybacz.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Wrotycz, nie no. To się zdarza, a ja lubię zamotać. Znaczy nie lubię, ale coś we mnie lubi za mnie. Niekiedy tak się dzieje.
  • Wrotycz 3 miesiące temu
    Ja to akurat lubię, ale teraz poległam, cóż, zdarza mi się to wręcz systematycznie. Wrotycze tak mają:)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Wrotycz, heh, no ja jestem wikipedyjną definicją botanicznego (czy co to tam odpowiada za kwiaty#rośliny) uber-analfabety. Dla mnie Twój avatariusz przypomina bandę mleczy. A po powiększeniu żółte pączko-donaty rosnące na pokrzywach. Także tego. Chyba czas iść spać. Jeszcze raz dziękuję. Balsam radości płynie kanalikiem mych nad wyraz otłuszczonych żył.
  • Wrotycz 3 miesiące temu
    Canu, Ty nawet nie przypuszczasz, co potrafisz zrobić mojej psyche... notowania z - 100 do + 100 dla każdego pączka:)))
  • Canulas 3 miesiące temu
    Wrotycz, produkty z biedronki polecają się na święta. Cieszę się. Taki Patch Adams jestem. Może też się powieszę.
  • Wrotycz 3 miesiące temu
    Canu, mam biedronki w domu, chmary zleciały się pod koniec lata i ciągle gdzieś je odkrywam.
    Oszczędź jednak sobie scenerii Jengi:)
    A weź, nie żartuj, upadnie sens publikowania tutaj. Mówię serio.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Wrotycz, cynizm jest ostatnim stadium bezradności ;)
    Acz miłe słowa Twe.
    Podziękował.
  • Wrotycz 3 miesiące temu
    Dzisiaj zalałam sobie rano klawiaturę herbatą. Niesłodzony earl grey. Postawiłam wnętrze (częśc klawiaturową) na kaloryferze. Po południu się uruchomił, ale kursor nie chodził.
    Mój cynizm polegał na tym, że się nie zdenerwowałam, wręcz stwierdziłam, że obejdę się bez neta.
    Laptop wrócił na grzejnik. ale wieczorem, sam z siebie ruszył.
    Cyniczne podejście do wirtualnego świata przeszło natychmiast.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Wrotycz, o tym, co ja sobie i jak i ogolnie, to minimum Twa grube tomiszcza. No, ale nie dziś.
    Dzięki jeszcze raz za kolejną porcję energii.
    Ciao.
  • Wrotycz 3 miesiące temu
    Dobrej nocy, Canu.
  • Ozar 3 miesiące temu
    Dotarłem i muszę przyznać, że jakoś tak mi mniej stykło niż część I. Tu jakby mnie zajebistych zdań, choć od "
    „Trzy, czasem cztery doby wystarczały", do " mniej więcej pierwszej doby" znakomity kawałek. Aha jeszcze ten o samicy wieloryba. Jedno czego nie kumam, to jakby początku samej akcji, miejsca, czasu itd. To mi trochę wygląda jak kawałek wyciągnięty z większej całości, albo coś dopisane do czegoś poprzedniego. Pomysł na Pustynną Jengę dobry, ale twój czy gdzieś wynorałeś? Ogólnie jak zwykle tu i tam światełko przygasa, ale mieszcze się w normie hahahahaha. 5 dla mnie.
  • Canulas 3 miesiące temu
    To się tak niejako w połowie urywa. Liczę na domysły. Tak, racja. Nie tyle wycinek większej całości, co taki ochłap z mojego głównego uniwersum 500mil. Kiedyś czytałeś, ale nie kleiłeś chyba do końca i dałeś se spokój. Dzięki pinkne.
  • Ozar 3 miesiące temu
    Canulas Dokładnie w 500 światło mi zgasło, wolę twoje starsze teksty być może dlatego, że są jakby prostsze w odbiorze.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Ozar - wczoraj oddałem wszystkie, jak cuś ;)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Ozar, ale weź pod uwagę, żes też ewoluował.
  • Ozar 3 miesiące temu
    Canulas Tak i nie będę ukrywał, że wzoruje sie na twoich tekstach na tyle na ile potrafię. Twoje "szaleństwo" tak długo biło mi w łepa że wreszcie cos tam dotarło.
  • Agnieszka Gu 3 miesiące temu
    Witaj,
    No to jestem..

    Czytam... czytam... jest super.. i wogóle atmosferka...
    aż tu nagle: "...w stanie Kansas wystrzelany został gang Daltonów." — czar prysł, nie powiem "co" mnie strzeliło... Wypisz wymaluj, pojawił mi sie przed oczami błyskawicznie obraz Daltonów z... zajb...stej kreskówki — Lacki Luck...

    Potem była sielanka - starzy dobrzy znajomi: Ukrop i Wiwat :D Bosko to przesmyknął :))))
    Pozdrowionka :)
  • Canulas 3 miesiące temu
    No proszę. Dzięki za wizytex, A.Gu
  • 00.00 3 miesiące temu
    Gęsto, namacalnie i mniej zabawnie. Odniosłam wrażenie lekkiego pędu, ale później się wyrównało.
    Wszystko poza tym mieści się w superlatywie.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Haha, superos Szu... Dzięki za "mniej zabawnie" :))
  • Lamb 2 miesiące temu
    Ilez ja mam zaleglosci w Tobie.
    Noir spalonej ziemii to najcudniejsze ostanie Twe samodzielne, pocztowki w duecie.
    Ilez zaleglosci :(.

    Musze nadrobic.
  • Canulas 2 miesiące temu
    Jakoś nie wiem czy masz zaległości, bo odnotowałem Twe przybycie chyba pod większością tekstów, ale jeśli chcesz powrócić, to ja się oczywiście nie obrażę.
  • Ritha 2 miesiące temu
    „Na dodatek samochodowa szyba rykoszetowała promień słońca pod bardziej niż podłym kątem” – wydaje mi się, ze promień słońca nie może występować w liczbie pojedynczej, jest tak jakby, hm, niepoliczalny, pod rozważenie zostawiam

    „Po zwłokach zastrzelonego kwadrans temu ćpuna spacerowało coś, przypominające bezwłosego jeża.” – zastanawiam się nad zasadnością przecinka tutaj

    „Trzy, czasem cztery doby wystarczały, by nadzieja na ratunek była zaledwie czysto matematyczną.” – nie wiem czy nie matematyczna* (tak i tak chyba poprawnie)

    ‘Połowa koniokradów, indiańców, czarnuchów, czy kto tam się wtedy nie nawinął pod prężnie działające ramię sprawiedliwości” – nie nawinął czy nawinął? „czy kto tam się wtedy nawinął” (?)

    „W każdym razie Pan Os dał niefortunnej trójce swoje słowo, że za równo siedemdziesiąt dwie godziny wróci” – za równo wizualnie sugeruje, że powinno być „zarówno”, ale wiadomo, że o co inne chodzi, więc może „ za równe” (?)

    „— Zabiłeś gościa[,] kmiocie!” (fifty-fifty)

    „Wtedy do tej śmiałej wymiany zdań wtrącił zdanie najniższy” – zdań/zdanie, być może zamierzone

    „I jak? — gnój skierował pytanie do drugiego.” – zobaczy czy gnój z małej czy z dużej, bo tu też mam wątpliwości

    „Odwrócił się, kierując gębę w kierunku trójki umęczonych mężczyzn.” – kierując w kierunku

    Tyle :)
  • Canulas 2 miesiące temu
    Ok, nie ma dużo. Z tym zdanie/zdań, to dałem dupiszcza, aż piecze pod trzecim żebrem. Nareperuję. Dzienax
  • pasja 2 miesiące temu
    Witam i tu
    Kadr pod jałowcem i czekanie na egzekucję jak widać wcale nie musi być straszne. Można się dogadać z katem, czego dowodem jest Albert Pike vel Wiwat
    Prawnuk Emmeta Daltona zagrał z nimi w Pustynną Jangę, miał przed sobą dobrego gracza, chociaż nie wiedział o tym. Najniższy z trójki przegrał.
    Kundel, który mi wychędożył córki? Lissie i Gwen?... słowo wychędożył bardzo śmiesznie brzmi w ustach potwora i co sie okazuje, że Emerald vel Ukrop był tym Trojkątem.
    Ciekawy dialog wisielców z odrobiną krotochwili. Może dlatego czas im upływał spokojnie.
    Zresztą całość jest bardzo rozciągnięta w spokojnej narracji, bez krwi i strzałów. Pustynna nicość.
    Na koniec jednak wysuszony jałowiec babki spełnił swoje zadanie.

    a gorąc dowalał, jak u diabła w solarium. Na dodatek samochodowa szyba rykoszetowała promień słońca pod bardziej niż podłym kątem, ogniskując gorąc na... w bardzo bliskiej odległości powtórzenie "gorąc"
    Pozdrawiam
  • Canulas 2 miesiące temu
    Dziękuję i tutaj. Wszystko obadam. Taa, znasz bohaterów. Trochę uspokoiłem temat i rzuciłem pod innym kątem. Sporo tu jeszcze, widzę, do roboty.
    Pozdrówki, miss Pasją.
  • Komes 2 miesiące temu
    Oznajmiam, że jestem w posiadaniu gry "Call of Juarez". Próbując wyobrazić sobie ów bardziej niż podły kąt padania Słońca, zerkam na grę trzeci raz. Będziesz winien, że ją zainstalowałem:)
  • Canulas 2 miesiące temu
    Taaa, no pacz. A ja w posiadaniu Red Dead, ale nie startuję z tym, bo mi zje pół roku.
    Dzięki za (dość zaskakującą w sumie) wizytę.
  • Trening Wyobraźni 2 miesiące temu
    Dzień dobry!
    Przypominamy o obdarowywaniu zestawami – jutro o godz. 20.00.
    Pozdrawiamy :)
  • Trening Wyobraźni 2 miesiące temu
    Canulas, oto Twój zestaw:
    Postać: Dzieci bez ust
    Zdarzenie: Karaluchy na zapleczu smażalni ryb

    Gatunek (do wyboru): Kryminał lub Bajka/baśń/legenda/przypowieść lub Horror i pochodne
    Czas na pisanie: 12 maja (niedziela) godz. 19.00

    Powodzenia :)
  • Canulas 2 miesiące temu
    Taaa, dziena
  • Dagon 3 tygodnie temu
    Kurde, czytam Cię od dawna, jeszcze zanim założyłem konto i póki co jesteś w mojej czołówce.
  • Canulas 3 tygodnie temu
    Dziena
  • Tomek Bordo 3 tygodnie temu
    Czemu takie długie?
  • Canulas 3 tygodnie temu
    Niech mnie chuj zastrzelił, jeśli to nie jest pytanie w środek tarczy :)
    Poprawię się w tym segmencie.
  • Tomek Bordo 2 tygodnie temu
    Canulas co sądzisz o moich piosenkach disco polo?
  • Canulas 2 tygodnie temu
    Bordowy Tomaszu - nic nie sądzę, gdyż się z nimi nie zaznajamiam.
  • Tomek Bordo 2 tygodnie temu
    Chcę tylko przypomnieć, że niedługo kolejne opowiadania z Bordo Literary Universe - Furia, Prawo Ringu, Labirynt Minotaura, kontynuacja "Zemsty" Aleksandra Fredry etc.
  • Tomek Bordo 2 tygodnie temu
    I będę brał udział w kolejnym TW
  • Canulas 2 tygodnie temu
    Extra - I
  • Canulas 2 tygodnie temu
    Extra II
  • Tomek Bordo 2 tygodnie temu
    Canulas zapraszam do poczytania 1 rozdziału Dobermana 2
  • Something 3 tygodnie temu
    Masz talent do tworzenia zgrabnych, inteligentnych fabuł, z mocnymi postaciami. W to mi graj, Can - szkoda, że tekst dość stary. ;)
  • Canulas 3 tygodnie temu
    Teraz mnie mentalnie nie ma, ale już mniej mnie nie ma, niż mnie nie było.
    Sumując - dziękuję
  • Trening Wyobraźni ponad tydzień temu
    Canulas, oto Twój zestaw:
    Postać: Zmyślony przyjaciel-morderca
    Zdarzenie: Noc wisielców

    Gatunek (do wyboru): Thriller lub Opowiadanie obyczajowe lub Horror i pochodne
    Czas na pisanie: 23 czerwca (niedziela) godz. 19.00

    Powodzenia :)
  • Canulas ponad tydzień temu
    O proszę. Do 23 :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania