TW #15 ponury błękit

Bohater: Kichająca sklepowa

Zdarzenie: Statek pełen ognia

Gatunek: Groteska

 

Sławomira Kaseta masowała swoje policzki, gdyż to przynosiło jej po prostu ulgę. Okręty myśli igrające z horyzontami zdarzeń prostowały kursy. Budowały swoimi szlakami ziemskie figury, pozostawiając poczucie harmonii. Sławka zatrzepotała powiekami. Gdzieś na tyłach sklepu motyl-maskotka zapadł się w sobie. Dzwonek obwieścił wizytę klienta. Klientki. Zielone włosy do pasa. Paznokcie w deseń osy. Trzy centymetry krótsze od Sławomirowych różowców. Weszła i nie zastanawiając się długo wybrała jedną z nadmorskich pamiątek.

-Dzień dobry, proszę ten widoczek z cekinami.

Wskazała na jeden z kilku obrazków tego typu znajdujących się obok lady. Przedstawiał gęsto zaludnioną plażę. Błękitna woda jakby chciała pochłonąć wysokokaloryczna tłuszczę wielokolorowego ludzkiego melanżu woniejącego oddechem wieloryba niefrasobliwie eksperymentującego z dietą. Obrazek obramowany był rurką wypełnioną płynem z seledynowymi cekinami.

- Już podaję, Ulu Bączyńska, córko pediatry i kwiaciarki. Czyż praca kwiaciarza nie ponursza niż grabarza? - zainicjowała dyskusje sprzedawczyni i kichnęła przeszywająco w zgięcie ręki.

- Wie pani, że się w zupełności z przytoczona tezą zgadzam? Moja matka ma ze swoją pracą istne piekło. - Ula zaczerwieniła się i stuknęła w miejscu obcasami. Jest bardzo wrażliwą kobietą. A zawodowo szafuje agonią. Wiadomo, że nikt takiej pracy nie chce brać. No ale mama po prostu potrzebowała pieniędzy. Ojciec marnie zarabiał. No a w kwiatach rzecz jasna pensja musi kusić. No i siedzi moja mamusia po uszy w tym kwitnąco ulatującym życiu.

- Straszne. To jest na prawdę straszne - powiedziała przejęta Sławka i wyjęła spod lady kwadratową kopertę. Kichnęła potężnie przez ramię, przez co na mgnienie oka straciła świadomość, lecz już była tutaj i podała klientce pakunek.

- Żyletki proszę przekazać mamie z pozdrowieniami. Na koszt firmy. Zapobieganie ludzkiemu cierpieniu jest naszą misją.

Obie kobiety zachichotały przyjacielsko. Niezmiernie wdzięczna Ulka zapłaciła za obrazek i serdecznie podziękowała za miły gest. Rzuciła jeszcze, że przyjdzie jutro kupić jakieś łakocie, jak dostanie wypłatę, no a mama na pewno bardzo się ucieszy podarkiem.

W głowie Sławomiry łomotały idee. Pediatria funeralna. To nie mrzonka. To świat. Psik!!

Takim to przytulnym miejscem był sklep z pamiątkami "Gzyms".

 

Sławka spokojnie zajadała plasterek boczku, aż nagle rozległ się w sklepie dzwonek. Piotromir Piotrowski. Barczysty mężczyzna jak zawsze w garniturze szpeconym przez stopy ubrane w japonki. No musi przecież mieć w czym wyjść na plażę.

- Cześć, Sławciu, poleć mi, proszę, jakiś ładny kubeczek. Z takich z uchwytami w kształcie serca.

- A już, robi się. Akurat mieliśmy dostawę. Wybiorę coś szczególnego.

Sklepowa zniknęła na chwilę na zapleczu oddzielonym od reszty sklepu wiklinową kotarą. Wróciła trzymając dwa kubki. Obydwa nosiły dużą nazwę kurortu - "Śmiechów" zapisaną w krzykliwym Word Arcie. Poza tym napisem, roiło się na nich od wielokolorowych falbanek, których bezładna kompozycja jakkolwiek patrząc sprawiała wrażenie wyjątkowo bezładnej. Wprost abstrakcyjnej w swej rozpaczliwej brzydocie. Ale sprzedawczyni wiedziała co zaproponować podstarzałemu doktorowi sztuk plastycznych, żywiącemu słabość do zbierania pamiątek z nadmorskiej miejscowości, w której przecież i tak mieszkał.

- Oj, przecudne. Wezmę chyba ten z niebieskim fallusem. To znaczy z falbanką, hehe. Imają się mnie głupoty na starość. Przejadłem się Sartrem wiesz, Sławciu, i teraz mam taką sartrość, hehe. Zdziecinniałem. Hihihi.

- Psik! (na lewo) Psik! (na prawo). Niegdyś filozofowie byli atakowani jedynie przez innych filozofię, tłum nie rozumiał nic i nie miał żadnych kłopotów. A więc jesteśmy samotni. Ehh. Mi na starość jednak zostanie Stirner. Może nie skończy to się dla mnie źle. Chociaż może i od tego bezsensu dzieckiem byłoby być rześko. Ach a psik - dodała rozmarzona głosem spacerującym w błękicie między cherubinami. - Za kubek będzie 40 groszy, psik.

- Widzę, że podrożało, ale to nic, u Ciebie zawsze będzie kupować najmilej. A wokół setka straganów! Pamiętaj o tym! Bo tutaj jakoś zawsze najlepiej. Reszta szarość cherlawa, jak martwe ryby na brzegu. Do Gzymsu będę szedł, gdzie Sława kicha, a Piotromir zostawia na raz całą wypłatę! Hehehe! Miewaj sie, Sławciu. A najlepiej dobrze!

Już miał wychodzić, a tu nagle dzwonek powiadomił, że nie tylko on drzwiami był zainteresowany. Aajaj, jakie to drzwi nie były na marginesie. Plastikiem obite kolorowym - kicz. Co za niebiański, nieludzki kicz. No a kto nie kocha kiczu? Wszedł nimi Zenon we własnej osobie. Z maską koguta na twarzy, bo czemu nie. Przeszedł po sklepie od lewej do prawej. Następnie od prawej do lewej.

-Kukuryku! ...

Kukuryku!!

Ukłonili się przed ladą ze stojącym obok Piotromirem i razem krokiem defiladowym opuścili nasz przytulny Gzyms.

 

Tym razem Sławka nie robiła absolutnie nic, mądry dzwonek zadzwonił szybciuchno trzykrotnie, bowiem trzech gości przyjście obwieszczał.

-dryn!dryn!dryn!

Salwę dzwonienia na modłę polimetrii rozwinął tupot stóp trójki młodzików.

Benia, Benia i Benek. Dla potrzeb nie zgubienia się nazwiemy ich Benią Czarną, Benią Białą i Bernardem (bo pół roku starszy od dziewcząt był).

Bernard mówił dławiąc się co sylabę morskim powietrzem:

- Dzień do bry szu ka my cze goś wspa nia łe go ta kie go co nie po zwo li nam nie gdy za po mnieć o sło dkich sło ne cznych bło go sła wień stwach Śmie cho wa lu bię sło nie prze pra szam

Benie Biała i Czarna zaśmiały się zażywnie.

- Dzię ku je my za po moc lu bię sło nie prze pra szam

Sławka przełknęła ślinę, zastanowiła się chwilkę, wręczyła każdemu z dzieci po pistolecie na wodę i powiedziała:

- Zmykajcie, nie musicie płacić.

- Dzię ku je my na sza do bra pa ni do bro dziej ko nie chaj do bry Bó g ma pa nią i pa ni Gzy mssklep w swo jej błę ki tnej o pie ce lu bię sło nie prze pra szam

Sławka uśmiechnęła się promieniście odsłaniając wybielane zęby zawierające również kilka nadprogramowy egzemplarzy, o których pochodzeniu żaden stomatolog nic mądrego powiedzieć nie potrafił. Mimo komicznych prób uczonej mocy.

- Dziękuję. Pozdrów rodziców i stryjenkę Brunhildę.

- Dzię ku ję lub bię sło nie prze pra szam

Transakcja poszatkowanych słów dobiegła końca i dzieciaki wybiegły w popłochu, roznosząc w przestrzeni tętent spłoszonego stada słoni.

 

- Dzień dobry, Sławciu - te mało zaskakujące słowa dobiegające z pewnej zachrypniętej krtani rozpoczęły kolejny przemiły dzień w sklepie "Gzyms".

Wypowiedział je Staszek - młodzieniec o twarzy starca, wprawiony kolarz i znany, jak na swój wiek, teoretyk tego sportu. Oczywiście jak prawie każdy klient sklepu swoje życzenia miał sprecyzowane i jasno wyrażone.

- Wezmę dzisiaj trochę fikcyjnych banknotów ze zdjęciami zatoki i nazwą sklepu. Najchętniej 25 sztuk.

Sprzedawczyni podała sportowcowi plik pomarańczowych pieniędzy, a on zabrał się do ich przeliczania. W tym czasie w sklepie pojawił się kolejny gość, który swoim przybyciem wyjątkowo nie pobudził dzwonka i pozostał przez to niezauważony. Był muchą owocówką o imieniu nieznanym nawet Stanisławie.

-Psik!!

Krążył chwilę wokół sklepowych eksponatów, a w końcu, zwabiony słodką wonią perfum sprzedawczyni, usiadł na kasie fiskalnej, gdzie zastygł pomiędzy klawiszami "1" i "2", oszołomiony mocą rozpylonej w powietrzu słodyczy.

- 25, zgadza się.

- Czyli będzie 12 i pół grosza.

Staszek wręczył sprzedawczyni 13 groszy a ona dała mu czek na pół grosza do wykorzystania w sklepie przy dowolnej okazji. Wstukanie do kasy fiskalnej kwoty 12,5 okazało się jednak brzemienne w skutkach dla jednej z istot stacjonujących akurat w Gzymsie. Naciśnięte klawisze "1" i "2" w feralny sposób przytrzasnęły łapki owocówki, co skończyło się połamaniem czterech z sześciu nóżek łącznie w kilkunastu miejscach... Paniczne torsje. Nieludzko nieprzyzwoite cierpienie.

- Dziękuję - powiedział uśmiechając się Staszek.

Dźwięk dzwonka zlał tym razem z odgłosem drzwi, jak i wiklinowej zasłony. To oprócz kolorowych wrót wejściowych rozsunęła się kotara izolująca zaplecze. Do sklepu weszli Mietek - mąż sławki (z zaplecza) i Abraham (z zewnątrz) - grabarz o rozwichrzonych blond włosach. Pierwszy z nich stanął obok małżonki i chwycił ją pod rękę nie widząc chyba, że po drugiej stronie lady stała dwójka klientów. Abraham natomiast stał i myślał intensywnie z użyciem niebieskich oczu. I tak stali oni ze Staszkiem we czwórkę i intensywnie milczeli utkwionymi w siebie oczyma. Ta kongregacja wzbierającej ciszy. Debata z użyciem samych pauz. Rozmowa tych, którzy wiedzą. Zdawać by się mogło, że w samym centrum krystalizowała się modlitwa.

Mucha stoczyła się z kasy. Trzepotała w przestrzeni cierpienia, rzucając się panicznie na wszystkie strony, niemal tracąc swą muszą istotę od tego pierwotnego chaosu konwulsji. Wysokie tony rozstrojonego teorbanu. Prawdziwa matnia. Niemożliwość. Koniec. Zamęt. Uwięzienie w miliardzie ścian sytuacji. Owadzie. A wokół kolorowe milczenie. Czy to egoizm czyni nas obojętnymi na musze tragedyje?

 

U sufitu buchnął płomień. Iskry posypały się w nieskończoną przestrzeń wypalając w siatkówkach oczu błękitne powidoki. Makieta zawieszona pod sufitem zionęła jasnością. Statek płonął. Cztery głowy uniosły się w kierunku niespodziewanego światła. I patrzyły nieśpiesznie. Płomienie już pochłaniały łapczywie cały pokład. Wznieść by się chciały ku górze po topiących się plastikowych masztach. Aż po pojedynczą linkę mocującą statek do nieba. Trach! Okręt zleciał na dno sklepowej posadzki. Upadł przed stopy grabarza, który od razu wkopał go pod ladę. Płomienie jakby nie istniały. A dym wynurzał się powoli na powierzchnię świata obcego, stopniowo zakrywając osiem stóp. Po chwili również cztery połamane i dwa zdrowe odnóża. Unosił się w górę, aż do cna pochłonął sylwetki gzymsowej piątki. Już niknęły głowy naszej wesołej kompanii. Dym piętrzył się ku górze. Buchał skłębiony wypełniając powierzchnię sklepu. Maybe it's time to start swimming / Maybe it's time to find where we are at. Chwila i nie było już nic nigdzie. Dym na chwile przybrał barwę błękitu.

 

przerobiony cytat w języku angielskim pochodzi z utworu Porcupine Tree - Stop Swimming

https://www.youtube.com/watch?v=gcronNowm78

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • GrzybySąSpoko 10 miesięcy temu
    Kącik muzycznych inspiracji:
    https://www.youtube.com/watch?v=zTv_WsonBNE CARDIACS - SEASIDE
    https://sivyjyar.bandcamp.com/album/the-dawns-were-drifting-as-before SIVYJ JAR - THE DAWNS WERE DRIFTING AS BEFORE
    https://www.youtube.com/watch?v=9AXu5LHEDWQ FURIA - NIGDY I NIGDZIE

    Pierwszy link zupełnie najistotniejszy i warty zerknięcia.
  • JamCi 10 miesięcy temu
    Ojej. Niesamowite. Trochę błędów na początku widziałam, ale klimat bajeczny.
    Końcówka mię trochu zasmuciła. To sobie powinno tak trwać aż do skończenia swiata albo dłużej :-)
  • GrzybySąSpoko 10 miesięcy temu
    Ojej, Jak miło :)
  • pkropka 10 miesięcy temu
    Pięknie napisane. Wręcz się rozpływałam w opisach sklepikowego życia.
    Zgadzam się, że powinno trwać do skończenia świata. Z przyjemnością posiedziałabym w takim kiczu :)
  • GrzybySąSpoko 10 miesięcy temu
    O jak się cieszę. Szalony tekścik. Nie sądziłem, że tak miło wyjdzie :)) Dzięki!!
  • Cofftee 10 miesięcy temu
    Nie są to moje klimaty, ta tematyka, ale uważam, że Tobie się udało coś fajnego. Lektura była zabawna, abstrakcyjna, momentami karykaturalna i groteskowa :-)
  • GrzybySąSpoko 10 miesięcy temu
    Miło :)
  • Cofftee 10 miesięcy temu
    A, i co przeszkadza w odbiorze - ta interpunkcja. Brak spacji, tam jakieś przecinki, pauzy w dialogach. Do dopracowania ;-)
  • GrzybySąSpoko 10 miesięcy temu
    Siądę może jeszcze i popoprawiam
  • Kapelusznik 10 miesięcy temu
    Sklepikowe życie nie ma co - bardzo przyjemne opowiadanie
  • Trening Wyobraźni 10 miesięcy temu
    Witamy nowy tekst! :)
  • GrzybySąSpoko 10 miesięcy temu
    O, już
  • Aga jednostrzały 10 miesięcy temu
    Witam,
    Początek trochę mi się dłużył, w miarę upływu czasu zastanawiałam się, po co te opisy kolejnych zdarzeń. Całość dopełnia niezła końcówka.
    Pomysł na pewno tu jest. Wykonanie fajne.
    Dobre opowiadanie.
    Pozdrawiam
  • jesień2018 10 miesięcy temu
    Nie wiem za bardzo, o czym to było, ale bardzo fajnie napisane :-D
    Pozdrowienia!
  • Canulas 10 miesięcy temu
    Helloł

    "-Dzień dobry, proszę ten widoczek z cekinami." - uciekła spacja

    "Błękitna woda jakby chciała pochłonąć wysokokaloryczna tłuszczę " - brakuje ogonka

    "- Wie pani, że się w zupełności z przytoczona tezą zgadzam? Moja matka ma ze swoją pracą istne piekło. - Ula zaczerwieniła się i stuknęła w miejscu obcasami. Jest bardzo wrażliwą kobietą. A zawodowo szafuje agonią. Wiadomo, że nikt takiej pracy nie chce brać. No ale mama po prostu potrzebowała pieniędzy. Ojciec marnie zarabiał. No a w kwiatach rzecz jasna pensja musi kusić. No i siedzi moja mamusia po uszy w tym kwitnąco ulatującym życiu. " - po "obcasami" powinna być chyba kreska, żeby móc wrócić ponownie do wypowiedzi.

    "- Straszne. To jest na prawdę straszne " - naprawdę.

    "Rzuciła jeszcze, że przyjdzie jutro kupić jakieś łakocie, jak dostanie wypłatę, no a mama na pewno bardzo się ucieszy podarkiem." - tu tez mam (pół wątpliwość) z podarku może. No nie wiem.

    Druga część tekstu, kiedy już abstrakcyjny kurz nieco osiada, zajebista, ale uczciwość każe mi dodać, że czytałem Twoje dużo lepsze teksty.
    Sporo błędów na początku. Niby duperele, ale noo...
    Floretujesz słowem wzorcowo, ale były momentyu w tekście – przynajmniej dla mnie – zbytnio poskręcane. Nie wiem, może wyminięcie na odbiorczej linii.
    Sorex, wolę szczerze.
  • GrzybySąSpoko 10 miesięcy temu
    Okey, poprawię te drobiazgi w wolnej chwili

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania