Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

TW 2.0 #3 - Ojciec dobrodziej

Postać: Ojciec dobrodziej

Miejsce: Domek na pustyni

Zdarzenie: Zwrot koszulki

Emocje: Wściekłość / Żal

 

Samochód zahamował tuż przed gankiem, podrywając z podjazdu obłoki kurzu, którego solidna warstwa opadła na świeżo nabłyszczone szyby. Spieszył się srodze, pisk opon wytłumił grząski piach. Trzasnęły drzwi od strony kierowcy, pasażer nie ruszył się z miejsca. Mężczyzna zerknął znad przeciwsłonecznych okularów, omiatając wzrokiem okolicę — dom, stodoła, prerie. Jak na pieprzonym końcu świata, pomyślał. Drewniane schody skrzypiały pod naciskiem butów. Z drzwi odłaziły strupy starej, zielonej farby. Spojrzał w okna — matowe, okurzone, z wyblakłymi ramami. Wszystko wokół nosiło znamiona ciągłego omiatania promieniami bezlitosnego słońca. Zapukał, czekając na reakcję domowników, jednocześnie zerkając na wóz, gdzie kobieta na przednim siedzeniu przygryzała nerwowo wargę. Zdjął okulary, starannie zawieszając je na kieszonce sutanny, tuż obok różańca. Ponowił próbę kulturalnego dostania się do środka. Jedynym ruchem, jaki zarejestrował kątem oka, było drgnięcie popielatej szmaty w oknie, którą z dużym marginesem błędu można by nazwać firanką. Nacisnął klamkę, tępy zgrzyt sugerował konieczność naoliwienia zawiasów, w środku przywitało go uczucie zatrzymania czasu. Jakby ktoś pięknie urządził ten samotny domek, a potem niczego nie ruszał, nie sprzątał i nie naprawiał przez siedemdziesiąt lat. Krzesło z urwanym oparciem, spalone garnki, pokryte pajęczynami badyle, które kiedyś zapewne były roślinami, jedna żarówka wisząca pod sufitem i lokatorzy. Mały, biały kotek liżący łapki na parapecie i stara kobieta kucająca na brunatno-bordowym fotelu, z przestraszonymi oczami i krzyżem ściskanym w obu rękach. Podszedł bliżej, dostrzegając, jak bardzo się trzęsie.

— Gdzie ona jest? — zapytał.

Kobieta milczała, błądząc wzrokiem w nieudolnej próbie zebrania myśli. Położył ciepłą dłoń na jej ramieniu, chcąc ją zarazem uspokoić i zastopować regularne, bujające się ruchy, świadczące o kiepskim stanie psychicznym gospodyni tego przybytku.

— Widzę, że jest źle. Gdzie? — ponowił pytanie.

Staruszka zacisnęła powieki z malującym się wyrazem bólu na zmęczonej twarzy. Pośród zmarszczek i bruzd popłynęły strużki wilgoci.

— W stodole — wychrypiała.

Facet o wyglądzie zakonnika odwrócił się na pięcie i kierując w stronę wyjścia, zatrzymał jeszcze na moment z zamiarem pogłaskania zwierzęcia. Powstrzymał go jednak wrogi syk, nastroszona sierść i złote, niczym u gadów, oczy.

— Dziękuję, ojcze. — Kobieta za jego plecami zdawała się lekko ożywić. Jakby tchnął w nią ostatnią nadzieję.

— Podziękuje pani, jeśli się uda — odparł. Schody zaskrzypiały ponownie. Wiedział, że się nie uda. Wiedział to, zanim jeszcze zaparkował wóz przed tą obskurną, nic niewartą budą.

 

Przeszedł obok samochodu, wymieniając krótkie, porozumiewawcze spojrzenie z pasażerką. Refleksja, że zostawią ten habit, gdyż wygląda w nim kurewsko seksownie, uderzyła szybciej, niż zdążył skarcić się za brak skupienia i profesjonalizmu. Jedno stare drzewo, rozłupane zapewne przez piorun, zdobiło tę nędzną posesję. Pokaźne wejście do stodoły w kolorze ciemnego brązu stanowiło drzwi i ścianę frontową jednocześnie. Włożył sporo siły, by odsunąć solidną, zardzewiałą zasuwę. Drewniana drzazga bądź opiłek metalu zanurzył się głęboko w jego kciuku, serwując ukłucie lekkiego bólu i znacząc czarną kropką miejsce, gdzie powinien spodziewać się ropnego obrzęku. Wściekł się jeszcze bardziej. Już wiedział, że całą akcję można zaliczyć do spartaczonych. Dom nie przedstawiał żadnej wartości, nie nada się pod nocny rabunek. Złość podładowała jego żądze. Miał ochotę kogoś zarżnąć i zerżnąć, w obojętnie jakiej kolejności. Duszenie jako substytut obszernych modlitw, czytania psalmów i wody święconej, musi wystarczyć. W środku panował półmrok, wąskie snopy światła wpadały jedynie przez szczeliny pomiędzy spaczonymi od słońca i starości deskami. Wszedł pewnym krokiem i jeszcze pewniejszym wzrokiem omiótł przybytek. Wychudzona postać z miotłą w ręce stała pochylona w kącie, całkowicie bez ruchu. I bez koszulki. Małe, nie do końca uformowane piersi sugerowały nastoletni wiek. Nogi zakrywała staroświecka, kwiecista, długa do kostek spódnica. Umorusane prawie na czarno stopy były bose. Pomyślał, że bez walki nie będzie takiej zabawy jak ostatnio, ale skoro na zyski również się nie zanosi, to w zasadzie wszystko jedno. Mimo to chciał powalczyć. Głosy w jego głowie podjudzały go jeszcze intensywniej niż dotychczas. Słyszał ich dziesiątki, nigdy nie zamykał oczu, starał się nawet nie mrugać, bo od razu rysowali się wyraźniej niż w snach, a w zasadzie jednym śnie. Od miesięcy tym samym. Tłumy twarzy za każdym z okien w małym pomieszczeniu, w którym stał. Szepczące głosy, usypiane jedynie przez kolejne posunięcia oddalające go od normalności.

Dziewczyna miała może piętnaście lat, włosy nie myte, nie czesane i nie strzyżone od bardzo dawna. Zaczęła chaotycznie dźgać powietrze miotłą, mamrocząc coś pod nosem. Podszedł bliżej.

— Pan mi pomoże? — szepnęła pełna rezygnacji i żalu, unikając jego wzroku.

— Gdzie masz koszulkę? — zapytał.

— Kazał mi ją zdjąć... — wysyczała. I wtedy nastąpił zwrot. Na jej twarzy pojawiły się pierwsze oznaki obłędu. Zacisnęła posiwiałe wargi, oczy otworzyły się szerzej, sutki stwardniały, a na ściskających trzonek miotły dłoniach uwidoczniły żyły. Rzuciła się na niego z siłą dwóch rosłych mężczyzn, powalając na twardy beton posadzki. Kijem miotły przycisnęła grdykę mężczyzny do podłoża tak mocno, że w próbie odkaszlnięcia wypluł jedynie resztki śliny. Nie spanikował, przeturlał ją, szamocząc się przez kilka sekund i ostatecznie odwracając role. Zaatakowała rękoma, orając jego twarz długimi pazurami. Poczuł pierwszą falę przyjemności. Dokładnie jak wtedy, gdy jako mały chłopiec przeciął sobie przypadkiem palec brzegiem kartki, spostrzegł czerwony ślad i zapragnął mieć ich więcej. Znacznie więcej. Gdyby zdążyła się przyjrzeć, może zauważyłaby szereg zabliźnionych ran na jego przedramionach. Zdawała się jednak nie widzieć niczego ze świata wokół, istniała jedynie w swoim. Dał jej jeszcze chwilę, pozwalając na kilka kolejnych porcji zadawanego bólu. Chciał, żeby się broniła, wierzgała, a nawet miała nad nim przewagę. Wtedy zakwalifikowałby całą sytuację w kategoriach wyzwania, podniesionej poprzeczki, czegoś ponad standard. Tymczasem ta mała była jak pierdnięcie.

Udusił ją gołymi rękami po niespełna kwadransie.

 

Pasażerka obserwowała, jak wychodził ze stodoły i ponownie zniknął za drzwiami domu. Usłyszała szloch kobiety, przechodzący w bezsilne, rozżalone wycie. Wiedziała, że nie może wysiąść, usłyszał by lub zauważył, przesiadła się więc, przeczołgując nad drążkiem zmiany biegów. W przebraniu było jej niewygodnie, gorąco i, biorąc pod uwagę zamiary towarzysza, upokarzająco. Zacisnęła palce na kierownicy, wbijając w nią czerwone, wypielęgnowane paznokcie. Spuściła ręczny, wcisnęła sprzęgło, wrzuciła jedynkę. Czekała. Pomyślała, że gdy on pojawi się w drzwiach, ona przekręci kluczyk. Gdy on zejdzie ze schodów, ona ruszy na pełnym gazie. Wprost w niego. To był ostatni dzień i żadnego więcej nie przeżyje w ten sposób. Ani dnia, ani nocy. Była zdecydowana, spocona i gotowa. Drzwi otworzyła stara kobieta. Szlochając i zerkając na stodołę, tłumaczyła mu coś w kolejnych falach histerii. Zaczęli schodzić po schodach. Dziewczyna wymacała miejsce, gdzie powinien znajdować się kluczyk. Słowo „powinien” było aż nazbyt adekwatne. Mężczyzna nie przestając rozmawiać, dostrzegł, że miejsce kierowcy zostało zajęte. Jego miejsce. Sięgnął do kieszeni, zdobiąc porytą świeżymi ranami twarz szyderczym uśmiechem. Wyciągnął z kieszeni kluczyk, prezentując go z oddali swojej towarzyszce. Fala gorąca przeszyła jej nogi od stóp aż po biodra. Otworzyła drzwi i w panice zaczęła biec. Jak najdalej i jak najszybciej. Nogi motały się w habit, a uczucie głupiej porażki wynikającej z braku zachowania zimnej krwi, produkowało łzy.

Nie spieszył się, uspokajając staruszkę, która w dławiącej rozpaczy zdawała się niczego nie dostrzec, jeszcze dobre dziesięć minut, po czym wsiadł do wozu i nastawił radio na ulubioną stację. Niespiesznie wycofał, pozwalając dziewczynie przebiec się i ciut zmęczyć.

 

Dogonił ją pół mili dalej. Posłusznie wsiadła, zanosząc się płaczem. Za odjeżdżającym samochodem, w falującym, rozgrzanym powietrzu powoli opadał kurz.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • spreket ponad tydzień temu
    Fajne, piąteczka
  • Ritha ponad tydzień temu
    W moim odczuciu przekombinowane ;) Ale dzięks, ps. "fajne, 5" to opowijski symbol komentarzy, które nic nie wnoszą ;D I to nie zarzut, raczej przestroga na przyszłość, bo wiem, ze pierwsze kroki tu stawiasz ;)) Pozdrawiam
  • Canulas ponad tydzień temu
    Ritha, eh. Słitaśna piątunia jeszcze jest
  • Ritha ponad tydzień temu
    Can, słitaśnej jeszcze nikt mi nie zaanonsował :D
  • pasja ponad tydzień temu
    Fajnie wybrnęłaś z tematu. Ojciec dobrodziej lubi szybką jazdę i podnieca go krew. Szkoda dziewczynki i pasażerki. Świetne opisy chatki i jej właścicielki.
    Pozdrawiam gorąco. :))
  • Ritha ponad tydzień temu
    Z niego taki ojciec dobrodziej jak ze mnie baletnica ;D Opisy zdominowały, dialogu praktycznie nie ma, ot opko. Grazie Pasjo. Ps. Przypominam, że dzis losowanie tw! ;)
  • pasja ponad tydzień temu
    Ritha z Ciebie jeszcze może być baletnica, aż niego już nie. Złób tylko.
  • Ritha ponad tydzień temu
    pasja haha, no nie, chyba jednak nie ;)
  • Justyska ponad tydzień temu
    Dobrodziej to z niego był jak nic. Fajnie napisane czytało się płynnie. Pomysł jak dla mnie zaskakujący jak na ten zestaw. W pozytywnym sensie oczywiście.
    Pozdrawiam :)5
  • Ritha ponad tydzień temu
    Fajnie, cieszę sie Justyska. Zestaw mi się widzial nawet. Grazie :)))
  • Canulas ponad tydzień temu
    No to łodadajmy Padre Good-czyńca.

    "Z drzwi odłaziły strupy starej, zielonej farby." - me gusta

    "Jedynym ruchem, jaki zarejestrował kątem oka, było drgnięcie popielatej szmaty w oknie, którą z dużym marginesem błędu można by nazwać firanką. " - I to, i to.

    Reflaksja: Kurde, czasem jak Cię czytam, to mam wrażenie jakbym czytał siebie. Zwłąszcza na podtawie krókiego (teoretycznie niedbałego) opisu. Odwrócenia od czegoś uwagi. - Przednio grasz słowem.


    "Dziewczyna miała może piętnaście lat, włosy nie myte, nie czesane i nie strzyżone o bardzo dawna. " - od

    "Udusił ją gołymi rękami po niespełna kwadransie." - łądnie. Nic lepiej nie oddaje beznadziei, przewagi i nieważności jak skwitowanie zamknięte w jednym puentującym zdaniu.Ładne.

    "Nogi motały się w habit, a uczucie głupiej porażki wynikającej z braku zachowania zimnej krwi, produkowało łzy." - to tera tak. To kolejne ładne. Czuć pęd i to, że tekst nie jest zapchajdziurą. Gdyby nie to jak bardzo absorbująca jest seria, to... rokująco jest.

    "Dogonił ją pół mili dalej. Posłusznie wsiadła, zachodząc się płaczem. Za odjeżdżającym samochodem, w falującym, rozgrzanym powietrzu powoli opadał kurz." - tu masz mili, a wszędzie wcześniej metry. Można się zdecydować. Ładna końcówka.

    Przypomina mi opowieść Ketchuma. Chyba tytuł "Róża" miało. Z Królestwa Spokoju.
    Dobry tekst. Jako jednostrzał chyba nawet lepszy, bo kilkuczęściowość mogłoby zawartą mu magię rozwodnić.

    Very git i nie na odpierdol.
  • Ritha ponad tydzień temu
    Hej, hej. Błędy obadam jak się na kompa przesuade, metry mialam? Dzizas, moze piszac machinalnie, a to, że ją dogonil pol mili poznoej byli zamierzone (wiec wtedy myslalam, wiec cudem nie przeoczylam). Nareperuje. Opko nie na odpierdol, ofkors, raczej sie przykladam jak pisze (Stefan ino figuruje jako plan Be, czyły zapchajdziura), ale cos mi tu brakuje. Niby ok, ale cos tak, hm, nie wiem. No Hans to to nie jest.
    Róża, Róza... nie batdzo pamietam po tytule.
    Jednostrzal, Cmyk ino serią poki co. Grazie Canulaso :)
  • Canulas ponad tydzień temu
    Nooo, ładne, łądne. Mi nie brakuje nic. Kawał chuja z tego księdzula (czy kto to). Może EMi go polubi ;)
  • Ritha ponad tydzień temu
    To nie ksiadz, ino zlodziej-psychol. Sam deczko opetany.
  • Felicjanna ponad tydzień temu
    Wszystko wokół nosiło znamiona ciągłego omiatania promieniami bezlitosnego słońca. - i czytelni, gdzie są.
    Kobieta milczała, błądząc wzrokiem w niedolnej próbie zebrania myśli - nieudolnej*
    pomiędzy spatrzonymi od słońca i starości deskami. - spaczonymi*
    Dogonił ją pół mili dalej. Posłusznie wsiadła, zachodząc się płaczem. - zanosząc*
    Bez początku i bez końca. Właściwie trudno się rozeznać, chyba że chciałaś odmalować egzorcystę, którym dawno zawładnęły demony. Albo kościół, jako taki.
    Pozdrówka
  • Ritha ponad tydzień temu
    Po prostu psychola-oszusta przebranego za księdza-egzorcyste. Z jednej strony moze przekombinowane (tak coś czuję), z drugiej - lubię niedopowiedzenia. Dzieki Fel, błędy poprawię ;)
  • Felicjanna tydzień temu
    Ritha niczego nie przekombinowałaś, po prostu zapis sugeruje księdza na złej drodze(albo mój odchył, bo ich nie trawię), ale akcja super i postaci żywe i prawdziwe.
    Tylko ja zawalona robotą i zdechła tka, że ni czytać ni pisać
  • Ritha tydzień temu
    Fel ja zanim opublikowałam miałam wrażenie, że za bardzo skomplikowane, za mało roztłumaczone itp. Ale ludzie, krzyczo, że nie, więc git :))
    ps. Też nie trawie księży.
    Odpoczynku życzę w takim razie ;)
  • Elorence ponad tydzień temu
    Technicznie - Ritha, jest cudownie! Fabularnie - genialne!
    Mi tam się mega podobało. Opisy świetne, postacie różnorodne. Nie wpadłabym na coś takiego... A tu wpadł zestaw i spisałaś się. Nie wiem, gdzie Ty tu widzisz przekombinowanie. W moim odczuciu, wszystko jest na właściwym miejscu. Nie ma do czego się przyczepić.
    Szkoda mi dziewczyny.
    Rozumiem, że była opętana czy coś w ten deseń? A on miał ją uratować?
    Nadawałoby się to na serię :D
    Ja lubię czytać o paranormalnych rzeczach!

    Wiadomo, że piątka! Pozdrawiam :*
  • Ritha ponad tydzień temu
    Wow, dziękuję :> Miło czytać. Sądziłam, że przekombinowałam, bo pomysł był taki:
    1. Laska w stodole jest opętana
    2. Gość nie jest żadnym księdzem-egzorcystą ino
    a) psychopatą-sadystą-masochistą
    b) oszustem-złodziejem
    c) sam jest deczko opętany (słyszy głosy, widzi twarze, ustają dopiero jak robi ziazi komuś albo sobie)
    3. Laska w aucie (przebrana za zakonnicę) jest jego panną, bo generalnie nie bardzo ma wyjście

    No. tak to wygląda. Jak wyszło to gites :))
  • Elorence ponad tydzień temu
    Czyli idealnie wyczułam temat dla siebie :D
    Tekst Ci wyszedł! Dobrze kombinowałaś :)
  • Ritha ponad tydzień temu
    Elorence no to fajnie. Wisz, ja lubię niedopowoedzenia i pole pod swobodna interpretacje. Jak w Hansie, tam nic nie bylo jasne. Tu zestaw mnie ograniczał, i po napisaniu jakos nie moglam tego czytac. Gdzies mi sie cos gryzlo. Moze mam kuku na muniu po prostu ;D
    Dziena raz jeszcze;)
  • Elorence ponad tydzień temu
    Ritha, obstawiam kuku na muniu :D
  • Ritha ponad tydzień temu
    Elorence :D Taa. Chyba tak ;)
  • Blanka 7 godz. temu
    Fajne ujęcie tematu, fajne opisy, szczególnie chałupki, ciekawi bohaterowie i niebanalny pomysł - dobra robota. "Niedopowiedziana" końcówka - lubię. Dreszczyk był. Przyjemność z czytania była.:) Zazdraszczam wyobraźni;)
  • Ritha 6 godz. temu
    Hihi, dzięki Blanka. No staram sie jak moge. Niedopowiedziana końcówka musi być! Taa, opisy - siadajac do tego tw wlasnie opisy chcialam pocwiczyc. Zapadlam na syndrom Hansa. Napisalam tekst, ktory uwazam za swoj szczyt i tera nie moge nijak go przebic :/ Dlatego deczko stopuje ostatnio z pisaniem, troszku przestrzeni mi trza.
    Dziekuje pieknie, klaniam sie w pas.
    Ps. Losuj ;)
  • Ritha 5 godz. temu
    (dotlumacze, bo dziwnie prawie: w sensie - kiedys uznalabym ten tekst za bardzo dobry, po Hansie uwazam powyzsze wypociny za "ujdzie"):)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania