Poprzednie częściTrzy przystanki na północ  

TW 6 - Trzy wiadra

Psychiatra

Wskrzeszenie umarłych

 

 

 

Rozbił filiżankę o jej łeb. Porcelana roztrzaskała się na kawałeczki po całym gabinecie. W gęstej tytoniowej mgle z trudem odnalazł drugą bliźniaczą filiżankę, widząc, że kobieta pomimo zakrwawionej twarzy nie krzyczy. Leżała spokojnie na podłodze jak zimny trup, ograniczając do minimum ruchy klatki piersiowej. Zdradzały ją policzki pokryte soczystym rumieńcem i nadal żądny życia wzrok. Tym bardziej starał się ukrócić to pragnienie. Obdrapane gdzieniegdzie ściany dodawały otuchy, uświadamiały mu, że jeśli nie on, to następny zgasi tlący się w głębi ognik nadziei na jutro i tylko jutro. Tam nie liczyło się nic więcej i nic mniej.

Druga filiżanka roztrzaskała się o bladą już twarz. Strach zawładną jej ciałem nagle, tak jak chciał. Dopełnij jedynie formalności. Płytki oddech zamilkł, klatka piersiowa nie unosiła się choćby na milimetr. Wystarczyły dwie porcelanowe filiżanki... i jeszcze ze dwadzieścia solidnych kopniaków w losowe części ciała, ale głównie w brzuch i głowę. Choć to tylko, tak dla pewności.

Obrośnięte bluszczem okno otworzyło się z cichym skrzypnięciem. Zataszczył na parapet martwe ciało, po czym ocierając blade czoło z ziarnistych kropli potu, zrzucił kobietę. W locie przyjęła losową pozę i trwała tak do momentu głośnego zetknięcia się z betonowym parkingiem. Rozbryzgana krew spłynęła wąskimi korytarzykami między betonowymi płytami, po raz kolejny zapełniając już dość nasączoną, jałową ziemię. Westchnął cicho i zamknął okno. Miał wiele sposobów, żeby zakończyć to inaczej. Mógł jej równie dobrze pomóc. Ale to takie niemodne, niesmaczne. Pierwsza wizyta ledwie tydzień wcześniej trwała pięć minut. Hektolitry jadu tryskającego z ust najlepszego psychiatry w szpitalu trawiły w bólu uszy pacjentki, przegryzając się do mózgu. Wychodząc z gabinetu, nie była już człowiekiem, nie takim jak wcześniej. Ale zdecydowanie żywszym niż jak leżała pod szpitalem. Półmartwa, blada o pustym wzroku pozbawionym życia. Kuszącym było wylać na jej twarz wrzątek przygotowany do porannej kawy, ale nie zdążył. Spojrzał jeszcze na zegarek, odhaczył w notesie kolejną porąbaną duszyczkę i wyszedł. Wisząca na drzwiach tabliczka z napisem: Huklin Mihyliko zadrżała zupełnie jak rzędy ofiar spoglądające na swojego przyszłego mordercę słodko, nieświadome i bezbronne.

Szedł korytarzem prostym jak droga do magicznego, drewnianego pudła, upodobanego szczególnie przez doktora Huklina Mihyliko w kolorze sztucznie pociemniałego buku — trumny. Lśniący kitel nie wyróżniał go spośród innych lekarzy. Wszyscy mijali się w milczeniu, do czasu, gdy nie nadszedł obchód. Jęki przeplatały się wtedy z wrzaskami wykwalifikowanych ratowników umysłu, rzucającym linę, gdy spadasz w otchłań własnego niepohamowanego szaleństwa. Radość znika, gdy orientujesz się, że chwytasz za przerdzewiały drut kolczasty rozdzierający skórę, grawerujący na kościach fantazyjne znaki. Do następnego obchodu było jeszcze trochę czasu. Martwa cisza drylowała uszy równie intensywnie co dźwięk szurających butów.

— Czternastu, czternastu — usłyszał za plecami pogrążony w abstrakcji wyobraźni.

— Tak? Znaczy się jak to?

— No czternastu. Tak miało być. Tak mówili...

— Dobra. Pamiętam. Te ćwiczenia wyobraźni odcinają mnie od rzeczywistości.

— Czyli podpisuje pan? — Stażysta spojrzał niepokojąco na przeszywaną drgawkami prawdą rękę Mihyliko.

— Dobra, niech stracę, ale ile....

— Pięć, wyselekcjonowane — przerwał, oblizując kąciki ust. Po miesiącu spędzonym w tych murach był to odruch praktycznie bezwarunkowy.

Mężczyzna zamyślił się na dłuższą chwilę. Nawet miał coś odpowiedzieć, ale tylko machnął ręką w stronę stażysty i odszedł, kierując się do piwnicy.

— Ja wiader z tym gównem nie zamierzam nosić — burknął do siebie stażysta, wchodząc do toalety. Instynktownie zaczął szorować dłonie, widząc na nich tę samą breję co wtedy.

Przestronna sala na drugim poziomie pod budynkiem urządzona była jak typowa kostnica. Czternaście nieboszczyków leżało oddzielnych stolach w oczekiwaniu na lepsze jutro. Mimowolnie podszedł do jednej z kobiet, dwudziestodwuletniej modelki. Nawet jako trup wyglądała wspaniale. I wcale nie przeszkadzało mu jej milczenie. Lubił wygadane dziewczyny, a że przy okazji był psychiatrą to i sztuczki na rozkręcenie rozmowy znał. Tu ta strategia nadawała się do kubła razem z niepotrzebną zawartością niektórych pań.

— Dajcie kogoś do pomocy, na wczoraj! — ryknął do stojącego przy drzwiach ciecia. — Ty na szczęście byłaś mądra, po co paskudzić taki piękny brzuszek?

Trzy spośród pięciu kobiet jak to mawiał, były nieczyste. Prościej, za życia były w ciąży. Szykowała się brudna robota. Trzy wiadra czekały cierpliwie pod ścianą, słychać już było kroki jakiegoś stażysty. Młody wbiegł do sali zdyszany, ale zaciekawiony.

— Numer.

— 178.

— Dobra, młody. Ja rozcinam, ty wyjmujesz i do wiadra. Szybko, sprawnie i bez zbędnego rzygania. Rozumiemy się?

Pokiwał tylko głową. Mihyliko rozciął delikatnie brzuch. Stażysta wyjął martwy płód bez choćby krzty obrzydzenia.

— Oślizgła zaraza — skwitował, wrzucając płód do wiadra.

— No, uczysz się. Będą z ciebie ludzie chłopaku, takich w tym piekle potrzeba.

Kolejne dwie wyczyścili w mniej niż pół godziny, po czym Mihyliko został sam. Wspomniał przez chwilę w głębi umysłu marzenia z dzieciństwa i kolejnych późniejszych lat. Zawsze chciał zostać chirurgiem. Miał do tego smykałkę. Leczenie świrów było katorgą, z której nie mógł się wymigać. Do czasu, gdy odkrył, że zawsze można zabić, aby uleczyć.

Resztę truposzy przejrzał pobieżnie. Przygotował sprzęt i zakazał wchodzenia do sali. Krew buzowała w całym ciele, adrenalina potęgowała zapał i narastającą ekscytację. On był po prostu geniuszem.

 

Trzy godziny później.

 

Zapach mięsa kusił zewsząd, rozchodząc się po ciemnych zaułkach korytarzy i opustoszałych z życia sal. Jedynie fragmenty ciał spokojnie czekały na zakrwawionych łóżkach na kolejną głodną abominację. Uchylone drzwi skrzypiały pod napływem zimnego powietrza z zewnątrz, rozpraszając martwą ciszę. Błogi spokój w końcu nastąpił. Po krzykach agonii i paniki w końcu nastało zwątpienie i nicość. Kroki nieumarłych rozchodziły się głucho na parterze i pierwszym piętrze budynku. Wyżej nie było już nic oprócz obgryzionych kości i poszarpanych kitli. Jedna strzykawka z magicznym płynem tchnęła życie w zimne trupy. Ale nie o takie życie chodziło. Zimna kupa mięsa i kości obdarzona potwornym apetytem i rządzą krwi, ruszyła pewnie. Kolejni lekarze i pacjenci padali rozszarpani jak szmaciane laleczki z przepysznym wypełnieniem. Mihyliko zdążył wbiec do windy i wszcząć alarm. Trupom zostały schody. Panika ogarnęła wszystkich bez wyjątku, paraliżując logiczne myślenie i rozsądek. Jak dzieci we mgle wybijani byli po kolei, taśmowo. Gdy upłynęła godzina, oprócz pchanych niezaspokojonym głodem trupów nikt nie utrzymał się na nogach. Stare wierzby wokół szpitala szumiały żałobną pieśń. Doktor Mihyliko poległ jako jeden z pierwszych. Żaden nieumarły nie zatopił w nim zębów, jedynie oderwały mu głowę, która razem w martwym płodem leżała w jednym z trzech wiader.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Trening Wyobraźni 5 miesięcy temu
    Witamy nowy tekst! :)
  • Trening Wyobraźni 5 miesięcy temu
    Marok, wrzuć w wolnej chwili link do stosownego wątku :)
  • marok 5 miesięcy temu
    Trening Wyobraźni, stosownym będzie to uczynić w tej chwili :)
  • Trening Wyobraźni 5 miesięcy temu
    Świetnie :)
  • Cofftee 5 miesięcy temu
    Bardzo podobają mi się dialogi. Zgrabne, naturalne. Makabryczny pomysł z wyjmowaniem płodów - wiem jak to zabrzmi - także świetny, odpowiednio szokujący i brudny jak na realia tego świata.
    Troszkę jednak na początku gubiłam się w opisach. Powracalam do wcześniej czytanych zdań. Nie wiem, może to ja mam jakiś problem, lecz w moim odczuciu były nieco... nieuporządkowane? Być może to właśnie to słowo, którego szukam. Dalej w tekście problem zniknął, więc może takie przebicie się do przedstawionego świata po prostu nie poszło płynnie.
    Ogólnie bardzo udana moim zdaniem praca z naprawdę dobrze napisanymi dialogami i oryginalnym pomysłem.
  • marok 5 miesięcy temu
    No ten początek mógł być trochę niejasny, jakoś w trakcie dopiero wszystko ułożyłem. Ale dzięki za przeczytanie.
  • Mia123a 5 miesięcy temu
    Kurde Marok! Ty kradzieju, bo to ja żem chciała ten zestaw. I już za to na wstępie jeden! A tak pozatym to mi się bardzo podobało. Znów takie, takie.....dziwne. No takie Twoje. No i tyle.
  • marok 5 miesięcy temu
    No pacz, ależ mnie przykro, bo tak, że aż wcale ;)
    Ale tak serio to sorki, są inne zajebiste, wybierz coś. I dzięki za komentarz
  • Mia123a 5 miesięcy temu
    O dziękuję za Twoją troskę. Ale już wybrałam, gdy tylko zgarnołeś ten zestawik, spanikowałam i chwyciłam za pierwszy lepszy (nie myśląc co biorę) w obawie, że kolejny ktoś mi coś ukradnie. A więc brawo Ty :)
  • Mia123a 5 miesięcy temu
    *zgarnąłeś
  • pkropka 5 miesięcy temu
    "Mógł jej równie dobrze pomóc. Ale to takie niemodne, niesmaczne." - <3
    Pokręcone, ale niezłe. Szkoda tylko, że nie pokusiłeś się o dłuższy opis tego, jak przebiegało wskrzeszenie i jego konsekwencje. Czegoś mi zabrakło, zdezorientował mnie taki przeskok.
    Poza tym super. Szczególnie początek. Uderzasz w jeden z moich lęków - psychiatrów. Mają zbyt dużą władzę, tym bardziej, że przychodzą do nich ludzie złamani, podatni na sugestie.
  • Ritha 5 miesięcy temu
    „ Rozbił filiżankę o jej łeb.” – fajny start

    „Obrośnięte bluszczem okno otworzyło się z cichym skrzypnięciem. Zataszczył na parapet martwe ciało, po czym ocierając blade czoło z ziarnistych kropli potu, zrzucił kobietę. W locie przyjęła losową pozę i trwała tak do momentu głośnego zetknięcia się z betonowym parkingiem. Rozbryzgana krew spłynęła wąskimi korytarzykami między betonowymi płytami, po raz kolejny zapełniając już dość nasączoną, jałową ziemię. Westchnął cicho i zamknął okno.” – przerażające, a to dlatego, że napisane tak zimno i bezemocjonalnie, lubię takie czytać

    „Jęki przeplatały się wtedy z wrzaskami wykwalifikowanych ratowników umysłu, rzucającym linę, gdy spadasz w otchłań własnego niepohamowanego szaleństwa.” – to

    „Radość znika, gdy orientujesz się, że chwytasz za przerdzewiały drut kolczasty rozdzierający skórę, grawerujący na kościach fantazyjne znaki.” – i to też bardzo sugestywny opis, bene

    „pogrążony w abstrakcji wyobraźni” – 10/10

    „Tu ta strategia nadawała się do kubła razem z niepotrzebną zawartością niektórych pań.” – i to

    Potem jest po bandzie z tym płodami i wiadrem. Bez pierdolenia w tańcu, brawo. Ponadto lakoniczność dialogu pasuje tutaj bardzo.


    Wsparcie techniczne:
    „W gęstej tytoniowej mgle z trudem odnalazł drugą bliźniaczą filiżankę[,] widząc, że kobieta pomimo zakrwawionej twarzy nie krzyczy.”
    „Wisząca na drzwiach tabliczka z napisem: Huklin Mihyliko zadrżała zupełnie jak rzędy ofiar spoglądające na swojego przyszłego mordercę słodko[,] nieświadome i bezbronne.”
    „Szedł korytarzem prostym jak droga do magicznego, drewnianego pudła, upodobanego szczególnie przez doktora Huklina Mihyliko w kolorze sztucznie pociemniałego buku — trumny.” – półpauza zamiast pauzy
    „— Tak? Znaczy się jak to?- No czternastu. Tak miało być. Tak mówili...” – a co tu się odgdańszczyło z kreskami i spacjami?
    „Stażysta spojrzał niepokojąco na przeszywaną drgawkami prawdą rękę Mihyliko.” – jaką rękę?
    „Czternaście nieboszczyków leżało na* oddzielnych stołach* w oczekiwaniu na lepsze jutro.”
    „— Dajcie kogoś do pomocy, na wczoraj! - ryknął do stojącego przy drzwiach ciecia. - Ty na szczęście byłaś mądra, po co paskudzić taki piękny brzuszek?” – kreski
    „Kroki nieumarłych rozchodził się głucho na parterze i pierwszym piętrze budynku.” - rozchodziły


    Tworzysz klarowne, wyraziste obrazy. To jest wręcz niesamowite jaka jest różnica, pomiędzy tym jak pisałeś powiedzmy rok temu, a tym jak teraz. Powiem Ci, że dziś przeczytałam przed Tobą dwa inne opowiadania z głównej, ale nie zostawiłam komentarza i łapię się na tym, że coraz częściej odpuszczam komentowanie, bo no… musiałabym być średnio miła (a nie zawsze mam melodię na dyplomację). A u Ciebie nie. Wchodzę i jest co poczytać, jakieś tam duperele interpunkcyjne są ale jest progres w tworzeniu scen i klimatu, są klarowne obrazy, jest zatrzymanie chwili, zbliżenie kamery, ba, są emocje (dawniej nie było), jest większa równowaga opisu i akcji (dawnej przeważał opis), słowem – jest co poczytać. Nie nadążam czytać wszystkiego u Ciebie, bo produkujesz tego sporo, ale co nie trafię ostatnio to jest git. Tak trzymaj.
    Pozdro :)
  • marok 5 miesięcy temu
    Za wsparcie jestem wdzięczny, za garść pochwał też. Się tak zastanawiam czy ja kiedyś pozbędę si ę tych dupereli z tekstów moich. Za każdym razem przeczesuję, a i tak od groma tego się znajdzie. No nic, jeszcze dzięki :)
  • Agnieszka Gu 5 miesięcy temu
    Witam,
    Odkąd cię czytam, a czytam od dawna, widzę ogromne postępy. Nie tylko w sposobie pisania, ale i w sposobie wyrażania myśli ale w samym sposobie myślenia - dużo dojrzalszym.
    Świetne opowiadanie.
    Pozdrawiam
  • Canulas 5 miesięcy temu
    "Czternaście nieboszczyków leżało oddzielnych stolach w oczekiwaniu na lepsze jutro." - być może: czternastu.

    Świetna końcówka w miarę dobrego tekstu.
    Początek taki, jak już u Ciebie wielokrotnie czytałem. Chodzi o konstrukcję poszczególnych zdań i dość płasko nakredlonego bohatera.
    Twist jednak wyszedł, bo nie jest rzucony nachalnie

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania