TW #7 Posłaniec (cz. 6): Oko cyklonu

Osoba: złodziej paluszków

Zdarzenie: oko cyklonu

Gatunek: kryminał... mnie zrobił się fantastyczny :-)

 

Są ślepi i głusi.

 

Nie dlatego, że nie widzą,

Nie dlatego, że nie słyszą.

 

Nie chcą słyszeć,

Nie chcą widzieć.

Al Whitmoore był niskim, mocno przysadzistym pięćdziesięciolatkiem. Przy Emily Drive nie był od czasów szkolnych, czyli od chwili, kiedy huragan zmiótł jego dom. Uśmiechnął się do swoich myśli. Zawsze wydawało mu się, że jako dzieciak mieszkał w prawdziwej rezydencji, ale pewnie niewiele różniła się ona od tych małych parterowych domków zbudowanych głównie z drewna i gipsowych płyt. Szedł jezdnią obserwując krzątających się w pośpiechu ludzi. Wynosili z budynków pakunki i wrzucali je do samochodów stojących na podjazdach, albo wprost na ulicy. Jakiemuś szczęśliwcowi udało się znaleźć półciężarówkę, która zatarasowała niemal całą szerokość jezdni. Dwóch mężczyzn ubranych w brązowe robocze uniformy uginało się pod ciężarem sporych rozmiarów kanapą. Starsza pani szła obok niemal mdlejąc przed każdym wypowiedzianym “ostrożnie panowie”. Al przystanął obserwując scenę. To z kolei zwróciło uwagę kobiety:

— Pan tu czegoś szuka? — Ton jej głosu można było uznać za agresywny.

Al podszedł bliżej odchylając poły marynarki. Na pasku spodni pobłyskiwała odznaka agenta FBI.

— Policjant? — zapytała z niedowierzaniem staruszka lustrując postać Whitmoora, który z uwagi na kształty i rozmiary nie pasował do zwyczajowo przyjętego obrazu rosłego i dobrze zbudowanego stróża prawa.

— Tak — odparł agent przyzwyczajony do takich pytań. — W razie potrzeby służę pomocą.

— No właśnie, dobrze pilnujcie naszych domów. Lepiej żeby nic nie zginęło.

— Wątpię, żeby z tych pudełek coś zostało. — Odwrócił się od rozwścieczonej kobiety i skierował kroki do stojącego kilkadziesiąt metrów dalej samochodu.

***

— Myślisz, że znów uderzą? — Zajmujący całą ścianę ekran odbijał się w srebrnych guzikach granatowej marynarki i na twarzy szefa biura FBI w Miami.

Whitmoore spojrzał jeszcze raz na migoczące zdjęcie satelitarne. Białoszary okrąg wyraźnie odcinał się od szafiru oceanu i malachitu półwyspu.

— To jest ogromny huragan. Oko cyklonu może trwać nawet cztery godziny.

— Ale w Fort Myers nie ma niczego szczególnego — wtrącił ubrany w białą mundurową koszulę mężczyzna. Stał z boku i wyglądał na nieco przerażonego. Obaj agenci zareagowali tak, jakby byli zaskoczeni obecnością kogoś trzeciego. Jednocześnie odwrócili głowy w kierunku szeryfa hrabstwa Lee.

— Wytłumaczysz? — Szef biura wyszczerzył zęby. Al przysiadł na brzegu biurka splatając ramiona na piersi:

— To fakt. Nic szczególnego nie ma. Jednak, jak na taką mieścinę to macie ponad dwadzieścia banków. I okazja się nadarza. To jest jak szwedzki stół dla złodziei. Budynki banków są gorzej chronione i najczęściej z uwagi na dynamiczny rozwój wypadków nie udaje się uciec przed żywiołem z całą zawartością skarbców.

***

Zielona furgonetka skręciła z międzystanowej dziewięćdziesiątki piątki w J Turner Butler Boulevard i po kilkuset metrach zjechała na stację benzynową.

— Tu też coś zjemy — Ron rzucił do siedzącego obok pasażera widząc jego niemal nienaturalnie skręconą głowę i oczy tęsknie wpatrujące się w pylon Mc Donaldsa po przeciwnej stronie ulicy. — Ale jeszcze trzeba przy okazji nakarmić auto.

— Ok. To ty karm auto, a ja zadbam o siebie. -—Pasażer otworzył drzwi zanim jeszcze pojazd całkowicie zatrzymał się.

— Ricky, kurwa, myśl co robisz! — krzyknął kierowca instynktownie dociskając pedał hamulca. — Przez ciebie w końcu narobimy sobie biedy.

Ricky zdążył już dobiec do drzwi sklepu.

Mieszkańcy Jacksonville czuli się w miarę bezpiecznie. Co prawda wiało trochę i w najbliższym czasie pewnie powieje mocniej, ale to nic, co czekało tych na zachodzie półwyspu. Głośniki telewizora ryczały niemiłosiernie. Wszyscy wpatrywali się w ekran i słuchali z uwagą słów reportera. Trwało oczekiwanie na uderzenie huraganu, a Fort Myers miał być pierwszy. Relacje „na żywo” przeplatane były reportażami ze zniszczeń, jakie Irma zostawiła po sobie przechodząc nad Kubą i innymi wyspami karaibskimi.

— Można hot doga? — Ricky musiał powtórzyć prośbę znacznie głośniej, by oderwać sprzedawcę od obserwowania telewizyjnych wiadomości.

— Jakie sosy? — stojący za kasą mulat nie był zachwycony faktem, że ktoś ośmielił się złożyć zamówienie w takim momencie.

“Biuro gubernatora potwierdza, że skutecznie przeprowadzono ewakuację już czterech milionów mieszkańców”— -Postać z ekranu skupiała na sobie całą uwagę.

Ron wszedł niezauważony. Szybko dostrzegł Rickiego zajętego konsumpcją.

— Miał rację. — Klepnął go po ramieniu.

— Co takiego? — Ricky nie odrywał wzroku od zmielonego mięsa wbitego w pszenną gąbkę.

— Wszyscy są bardzo zajęci huraganem.

***

Szeryf oparł się o maskę samochodu, jednak w tej postawie nie było nic z pewności siebie amerykańskiego pogromcy bandytów, kreowanej przez filmowe obrazy. Zdradzały go splecione dłonie ściśnięte między kolanami.

— Wygląda na to, że jesteśmy gotowi. — powiedział nieco ściszonym tonem.

— Gotowi na co? — Whitmoore oderwał wzrok od pustego parkingu centrum handlowego przy Gladiolus Drive. Podszedł do szeryfa i nie czekając na odpowiedź dodał:

— Jesteśmy przygotowani. A czy gotowi, to się okaże.

Porywy wiatru były coraz dotkliwsze.

***

Choć Biuro Szeryfa Hrabstwa Lee miało adres przy 6 Mile Cypress Parkway, to na parking przy głównym wejściu trzeba było wjechać od Independence Circle. Whitmoore doskonale o tym wiedział, toteż nie zbłądził, jak kierowca nieoznakowanej furgonetki S.W.A.T., która przejechała zjazd i gwałtownie zahamowała. Al mrugnął światłami i na zderzaku furgonetki zapaliły się lampy biegu wstecznego. W mieście, z którego ewakuowano wszystkich mieszkańców wykonywanie wszelkich manewrów na jednej z głównych ulic było bardzo łatwe. Kiedy pojazdy podjechały pod wejście budynku, dowódca antyterrorystów podszedł do agenta chcąc się przywitać.

— Mogliby to lepiej oznakować.

— Jak Irma tu posprząta, będzie ku temu okazja — odparł Al ściskając dłoń potężnego mężczyzny. Wyglądali jak Dawid i Goliat.

W środku czekali już szef biura FBI w Miami, miejscowy szeryf i kilku innych mundurowych, czy też cywilnych przedstawicieli służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.

— Jesteś Al. – Przełożony serdecznie uśmiechnął się do swojego podwładnego. — Nie traćmy czasu. Referuj.

Agent Whitmoore stanął przy konsoli oficera dyżurnego i przez chwilę wpatrywał się w ekran monitora z mapą Fort Myers.

— Mam nadzieję, że zdają sobie panowie sprawę z tego, że pewności nie mamy. Jednak na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat mieliśmy pięć przypadków rabunków bankowych w trakcie huraganów. Dodam, skutecznych napadów. Żaden ze sprawców nie został zatrzymany. Schemat działania przestępców zdaje się wyglądać następująco. Po pierwsze w czasie uderzenia żywiołu wszystkie służby koncentrują się na zabezpieczaniu ludności i monitorowaniu zagrożeń. Newralgiczne miejsca, co prawda są zabezpieczane, ale w raczej wszyscy myślą o tym, jak to przetrwać. Trudno też o wsparcie w razie napadu. Łączność praktycznie nie istnieje. Po drugie, sytuacja jest tak dynamiczna, że trudno dokładnie wskazać zagrożone placówki. Jest na to stosunkowo mało czasu. Te okoliczności sprzyjają bandytom. Po trzecie, huragan ułatwia im ewakuację. Jeśli uda im się wytypować bank i dostać w pobliże tuż przed najsilniejszym wiatrem, mogą ukryć się i być niezauważonym. Oko cyklonu pozwala im wedrzeć się do banku i mają mnóstwo godzin, by penetrować budynek odcięty od świata w czasie drugiego uderzenia wiatru. Kiedy ten zaczyna słabnąć na tyle, by móc się przemieszczać, ewakuują się wzdłuż drogi huraganu dotąd, dopóki nie znajdą bezpiecznego miejsca. Tak było do tej pory i jest szansa, że podobnie będzie tym razem.

Jeden z nieumundurowanych mężczyzn uniósł dłoń. Al skinął głową dając znak, że wysłucha pytania.

— Ok. Ale dlaczego Fort Myers, a nie Cape Coral na przykład? To większe miasto i większe możliwości dla złodziei.

— Coś musieliśmy wytypować — zaczął swoją odpowiedź Whitmoore. — Braliśmy pod uwagę wiele lokalizacji, stąd do Tampy włącznie. Przy czym, doszliśmy do wniosku, że choć przestępcy nie boją się ryzyka, to nie są samobójcami. W Tampie huragan będzie już prawdopodobnie dużo słabszy, więc skuteczna akcja policji jest bardziej prawdopodobna. O odrzuceniu Cape Coral zdecydował fakt, że jest bliżej linii brzegowej i fala sztormowa będzie dużo groźniejsza niż tutaj. W tak krótkim czasie nie jesteśmy w stanie ściągnąć takich sił, by zabezpieczyć wszystkie budynki na całej trasie huraganu...

— A miejscowa ludność — wtrącił szeryf — nie oczekuje, że policja w trakcie huraganu będzie zajmowała się wyłącznie ochroną banków. Dobrze, że władze hrabstwa nic nie wiedzą o tej akcji, bo musiałbym się gęsto tłumaczyć.

— Jak się uda, to będzie pan bohaterem.— Szef FBI, jak to miał w zwyczaju, zaprezentował wszystkim równe rzędy zębów.

— Nie muszę być bohaterem. Chcę spokojnie dotrwać do końca kadencji.

Al klasnął w dłonie ucinając dalszą dyskusję:

— Panowie. Za kilka godzin będzie tu piekło. Na stanowiska. Tylko macie się dobrze ukryć i zamaskować, aby nie wzbudzać czujności przestępców. Kiedy nadejdzie oko cyklonu nadal siedzimy cicho i obserwujemy…

— A dlaczego — przerwał ten sam nieumundurowany mężczyzna — nie możemy wejść do banków teraz albo przeszukać okolicy?

Szef FBI zgromił go wzrokiem ale mówił spokojnie:

— Mamy ich schwytać na kradzieży, a nie na złamaniu nakazu ewakuacji. Proszę zastosować się do poleceń. Al, kończ już.

— Więc, siedzimy cicho — ciągnął Whitmoore. — Przy odrobinie szczęścia zaobserwujemy jak wchodzą. Wtedy będziemy mogli rzucić większe siły w konkretne miejsce. Jeśli nie, dopiero tuż przed drugim uderzeniem huraganu zajmujemy placówki. Wytypowaliśmy piętnaście lokalizacji, w których jest jakikolwiek sens próbować coś ukraść.

***

Parking centrum handlowego przy Gladiolus Drive nie przypominał tego, jakim był jeszcze dobę temu. Po asfaltowej płycie walały się konary drzew, deski, fragmenty blach, elewacji, wyposażenia sklepów i towaru.

— Cisza, spokój — rzekł doniosłym głosem Adam idąc powoli w kierunku zabudowań. Schylił się po leżące pod stopami jabłko. — Jak to mówią, oko cyklonu to najbezpieczniejsze miejsce na ziemi.

Whitmoore oderwał wzrok od ściany budynku, na której ocalały plastykowe profile układające się w nazwę supermarketu. Nie spodziewał się spotkać tu kogokolwiek. Odruchowo sięgnął do kabury pistoletu.

— Spokojnie... To nie będzie konieczne. — Adam wyraźnie rozluźniony zbliżał kiwając się na boki, rozkoszując ciepłem i ciszą. — Jestem tu tylko przejazdem. Coś będzie się działo w tym mieście? Bo jakoś nigdzie publiki nie widzę.

Przybysz mógł sprawiać wrażenie wariata i właśnie to wzbudziło czujność agenta. Albo rzeczywiście był to jakiś szaleniec, albo ktoś, kto doskonale wie co robi. Zważywszy na okoliczności, druga ewentualność była groźniejsza. “Chociaż, może to okazja? Mam złodzieja” — pomyślał a mięśnie palca wskazującego napięły się. Język spustowy pistoletu delikatnie drgnął. Uniósł wysoko dłoń. Huk wystrzału w bezwietrznej atmosferze zdawał się nie milknąć. Gdzieś w oddali trzasnęły drzwi samochodu, zawarczał załączany silnik, ciężkie buty z łoskotem torowały sobie drogę wśród resztek miasta.

— To nie był dobry pomysł. — Adam skrzywił usta w grymasie rozżalenia, ugryzł jabłko i rzucił je pod nogi Whitmoora. Ten odruchowo powiódł za nim wzrokiem. A kiedy znów spojrzał przed siebie, postaci w czarnym płaszczu już nie było.

Na parking z impetem wjechał radiowóz. Ledwo się zatrzymał a na płytę parkingu wybiegło czterech mundurowych z bronią gotową do strzału. Gorączkowo rozglądali się wokół.

Whitmoore podniósł jabłko. Było nienaruszone.

***

Ron i Ricky siedzieli na kanapie w tylnej części furgonetki całkowicie osłoniętej blachą karoserii.

— Wiesz Ron. — Ricky po raz kolejny sprawdzał, czy magazynek walthera na pewno jest pełny. — Tak sobie myślę, że to chyba zbyt proste.

Ron miał zamknięte oczy i nie poruszał się. To, że żyje zdradzały jedynie falujące na brzuchu dłonie. Nie odpowiadał.

— Ron. A jeśli nas wykiwa? — Pchnięty gwałtownie magazynek uruchomił zatrzaskującą się blokadę. Na ten dźwięk Ron poruszył się.

— Zamknij się Ricky. — Warknął z wściekłością i natychmiast dodał zaciskając pięści — I przestań się tym bawić do cholery, bo faktycznie będzie dupa a nie robota. A teraz odpoczywaj. Za dwie godziny zaczynamy.

Ulica opustoszała. Całe Jacksonville tego dnia było wpatrzone w ekrany telewizorów. Do tych sklepów, które były otwarte i tak nikt nie zaglądał. Czasem tylko ciszę rozrywał ryk syren pojazdów służb ratunkowych.

***

— Lubi pan to miejsce. — Adam wysunął się zza pleców Ala powodując u niego ciarki, które były jak nagłe porażenie prądem. Mimo to, agent szybko opanował się. Tysiące niebezpiecznych sytuacji wryły w jego podświadomość instynkt zachowywania spokoju nawet w najbardziej nietypowych momentach.

— Czego pan chce? — Znacząco położył dłoń na kaburze pistoletu. Adam kompletnie się tym nie przejmował. Wymownie spojrzał na zegarek. Ten gest spowodował, że Al także odruchowo spojrzał na swój.

—Wygląda na to, że się uda, panie Whitmoore.

— Pan mnie zna? — agent autentycznie był zaskoczony.

— I tak i nie. Ale proszę się nie obawiać, nie jestem ze służb federalnych, wywiadowczych i takich tam. To byłoby zbyt… — Adam teatralnie wykrzywił usta.— …oczywiste.

— To kim pan jest? — Al starał się nie okazywać speszenia.

— Sumieniem. Dziś pańskim.

— Co ty bredzisz, człowieku? — W umyśle agenta mieszały się zaskoczenie, lęk, zażenowanie i ciekawość.

— Ma pan jeszcze szansę wycofać się — Adam powiedział to najpoważniejszym tonem i z najpoważniejszym wyrazem twarzy na jaki potrafił się zdobyć.

Agent spojrzał na południe. Granatowe niebo zbliżało się. Do uderzenia huraganu zostało może kilkanaście minut. Uśmiechnął się.

— Zanim pana zastrzelę, opowiem panu pewną historię. Jako dzieciak uwielbiałem paluszki… takie długie, chude ciasteczka z przyklejonymi do powierzchni drobinkami soli. — Spojrzał na ścianę i plastykowe litery układające się w napis „Publix”. — Kiedy miałem, trzynaście lat też tu był sklep. Teraz to wszystko jest centrum handlowym, ale wcześniej stały różne takie sklepiki. I wśród nich ten mój, z paluszkami. Typowy spożywczak. Prowadził go niejaki Roger Pierce. Wracając ze szkoły przy Alexandria Court zawsze tędy przechodziłem. Wchodziłem codziennie i stawałem przy regale, gdzie leżały równo poukładane opakowania paluszków. I tak każdego dnia przyglądałem się im. Mama kupowała mi jedną paczkę w miesiącu.

Jego wzrok jakby uciekł gdzieś w przestrzeń, której już nie ma. Po chwili jednak wrócił.

— Któregoś dnia, stary pan Pierce zaproponował mi, żebym mu przez godzinę pomagał po zajęciach w szkole. A on da mi pięć dolarów. Zgodziłem się natychmiast. Za taką dniówkę mogłem mieć dziesięć paczek paluszków. Robiłem różne rzeczy. Układałem towar, żeby ładnie prezentował się w regałach. Zamiatałem podłogę, wycierałem kurz. Czasem pozwalał mi segregować i liczyć pieniądze w kasie.

— Aż? — Adam zadał to pytanie mimochodem, bynajmniej nie będąc zniecierpliwionym.

— Nie było żadnego “aż” — Whitmoore spojrzał na rozmówcę z wyrzutem. — Nigdy nie było “aż”.

— To co było dalej?

— Dalej był huragan i władze stanowe przydzieliły nam mieszkanie socjalne w Orlando.

— Zatem dlaczego opowiada mi pan tą historię?

Agent milczał dość długo szukając w umyśle czegoś, co upewniłoby go ostatecznie, że chce wyjawić swoją tajemnicę nieznajomemu. Odetchnął głęboko ciężkim powietrzem i kontynuował:

— Chodzi o te paluszki. Zawsze za zarobione pieniądze kupowałem jedną paczkę a resztę pieniędzy oddawałem mamie, która bardzo cieszyła się z faktu, że pomagam w sklepie i, że zarabiam i oddaję pieniądze — głos się załamał, a w oczach pojawiły się łzy.

— To cudowne — wybuchnął entuzjastycznie Adam, choć brzmiało to raczej jak sarkazm.

— Kradłem — Al powiedział to nadzwyczaj spokojnie. — Kupowałem jedną paczkę a drugą kradłem.

— Nie musiał pan przecież, mógł pan kupić dziesięć za jedną godzinę pracy...

— A jednak. Drugą paczkę dawałem kolegom z klasy, żeby mnie nie przezywali od grubasa i bili. Byliśmy biedni i nie mogłem jakoś powiedzieć jej, że kupuję sobie aż dwie paczki. Nie mogłem jej też powiedzieć, że jedną oddaję, by mieć spokój w szkole. Wtedy myślałem tylko o tym, że bardzo bym ją tym zmartwił. Dziś też tego nie rozumiem.

Do Adama zaczynało docierać na czym polegał problem agenta FBI z pokaźnym dorobkiem zawodowych sukcesów i z... wyrzutami sumienia z dzieciństwa.

— To się nazywa grzechy dzieciństwa. Jest pan na tyle doświadczony, że pan doskonale wie, iż takie rzeczy zdarzają się dzieciakom. Próbują, a potem na całe życie przestają.

— Tak. Wiem. — Słowa pocieszenia nie odbiły się żadną emocją na twarzy Whitmoore’a. Za to oczy zrobiły się wyraźnie podniecone:

— Nie to było najgorsze, że kradłem.

— A co takiego?

— Spodobało mi się to — agent wypowiedział te słowa niemal tryumfalnie.

— Złodziejstwo? - Adam nie krył zaskoczenia.

Whitmoore zaczął się śmiać, by po kilku sekundach spoważnieć i z niemal kamiennym wyrazem twarzy wycedził:

— Spodobało mi się to, że stary Pierce podejrzewał wszystkich tylko nie mnie. Nawet prosił mnie, abym odkładał swoje zajęcia na bok, kiedy wchodzi jakaś grupka dzieciaków i uważnie obserwował.

Nagły podmuch wzbił tuman kurzu. Agent instynktownie osłonił oczy przedramieniem. Doskoczył do ściany budynku i wślizgnął się do środka przez otwór po wyrwanych z zawiasów drzwiach. Wyjrzał na parking. Nieznajomy znów zniknął. Porozrzucane przedmioty powoli zaczęły się unosić.

***

Nocne życie zawsze zwycięża. Chodniki zapełniły się młodymi ludźmi, którzy spacerowali lub zbici w małe grupki rozmawiali. Z licznych rozświetlonych klubów dobiegała muzyka. Odpowiadało im dudnienie potężnych głośników w przejeżdżających niespiesznie samochodów.

Tymczasem w bocznym lusterku zielonej furgonetki zaczęły gasnąć wieżowce Downtown. Kierowca pewnie skręcił w Industrial Boulevard. Po lewej stronie przy rampie parterowego budynku stały w równym szeregu samochody dostawcze. Furgonetka zgrabnie wtoczyła się w lukę między nimi. Ron wysiadł z auta, wskoczył na rampę i otworzył drzwi magazynu. Spod odsuwającej się tylnej klapy auta wyjrzał Ricky.

— Podawać?

— Tak. — Ron odebrał dwa czarne worki i zniknął w czeluściach magazynu.

***

Al wtulił się w narożnik pomieszczenia i cierpliwie czekał, aż nawałnica uspokoi się na tyle, że będzie mógł wyjść. Wiatr, co prawda wdzierał się do środka, a po podłodze płynęły potoki wody, to konstrukcja samego budynku wydawała się być na tyle solidna, że jednak przetrwa. Zresztą, skoro stoi po pierwszym uderzeniu, to może uda się i tym razem.

Adama dostrzegł dopiero wówczas, gdy wyrósł na pół metra przed nim. O dziwo, słyszał jego słowa bardzo wyraźnie. Nie zagłuszał ich świst wiatru, czy łoskot poruszanych siłą żywiołu przedmiotów.

— Pierce doskonale wiedział, że to pan kradł te paluszki i pozwalał na to. On doskonale rozumiał pańskie położenie. Miał nadzieję, że kiedyś ten mały chłopiec zmądrzeje i zostanie kimś godnym zaufania. Podziwiał pańskie zaangażowanie w pracę.

Źrenice Whitmoora poszerzyły się.

— Skąd pan wie?

— Jest pan doświadczonym stróżem prawa. Proszę pomyśleć. Czy jest możliwe, aby Pierce w żaden sposób przez tak długi czas w określonych okolicznościach nie zorientował się, kto jest sprawcą tych kradzieży?

Wichura powoli traciła na sile. Adam podszedł do wyjścia i jego postać rozmyła się w tle wirującego kurzu.

***

Ostry zakręt radiowóz pokonał z piskiem opon. Zatrzymał się pod samymi schodami budynku biura szeryfa. Policjant jednym susem przeskoczył trzy stopnie i wbiegł do budynku. Rozejrzał się po zebranych i nie mogąc zorientować się kto tu jest najważniejszy wyciągnął dłoń, w której trzymał kartkę papieru.

— Przyszła do nas wiadomość z FBI w Miami z prośbą o pilne dostarczenie tutaj.

Mężczyzna w niebieskiej marynarce ze srebrnymi guzikami zerwał się na równe nogi. Dosłownie wyrwał kartkę z ręki funkcjonariusza i chciwie czytał.

— Niech to jasna cholera! — krzyknął uderzając pięścią o blat stołu. Pozostali milczeli. — Ile potrwa przywracanie łączności?

Odpowiedziała mu cisza. Agent zmiął w dłoni kartkę i rzucił nią w stronę okna.

— Wszyscy wypierdalać stąd. Najszybciej jak to możliwe proszę stawić się w moim biurze w Miami. — spojrzał na szeryfa i dodał nagle łagodniejąc z wyczuwalnym smutkiem w głosie. — Pan może zostać. Nie zostanie pan bohaterem. Zresztą my też nie.

Kiedy wszyscy opuścili budynek szeryf opadł ciężko na najbliższe krzesło. Omiótł wzrokiem pomieszczenie i poczuł, że nasilające się zmęczenie jest objawem spadku poziomu adrenaliny. Miał nawet ochotę na papierosa, mimo że nie miał w ustach żadnego od piętnastu lat. Odetchnął głęboko i odszukał papier rzucony przez agenta. Podniósł, rozłożył na parapecie. Wygładził dłonią zagniecenia i czytał:

„Najbliższa jednostka, która odbierze ten meldunek, natychmiast dostarczyć do Biura Szeryfa Lee, 14750 6 Mile Cypress Pkwy, Fort Meyers, Fl.

W godzinach wieczornych dokonano włamania do siedziby CenterState Bank, Jacksonville. Sprawcy poszukiwani w trybie alarmowym.”

***

— Cóż, tym razem nie wyszło — rzekł Adam czując, że Achmetyst jest już wystarczająco blisko.

— Zdarza się. — Achmetyst oparł się o barierkę mostu. Od zatoki delikatny wiatr pchał rześkie powietrze. — Nie zrozumiał, nie chciał zrozumieć. Chciał wierzyć, nie chciał wierzyć. Pamiętaj, bez względu na nasze starania, decyzja i tak należy do nich. Możemy tylko podpowiadać, nie zmieniać.

Następne częściTW #8 Posłaniec (cz.7): Lustro  

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    Zaległe. Trochę się "zakorkowałem", bo chciałem przy okazji dopasować do swojego cyklu "Posłaniec".
  • Trening Wyobraźni 4 miesiące temu
    Witamy nowy tekst! :)
    ps. Mane, zmień kategorię na Trening Wyobraźni :)
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    Jak zejdę z mobilnej. Pod wieczór. Następnym razem będę pamiętał.
  • jesień2018 4 miesiące temu
    Tekst bez wątpienia dobrze napisany, płynna narracja, dobry język. Widzę w nim jednak zasadniczy problem: to kryminał, ale nie ma stawki. Mamy policjantów, których zadaniem jest uniemożliwienie napadu na bank w czasie huraganu. Kogo obchodzą banki i ich ewentualne straty? Skoro prawie nikogo, powinniśmy obawiać się o któregoś gliniarza. Powinien mieć coś stracenia, coś, co nas ruszy. A nie miał.
    Dlatego pierwsza część tekstu trochę mi się nudziła.
    Ciekawiej zrobiło się, kiedy pojawił się Adam - tu zaczęło się dziać coś tajemniczego i moja ciekawość dostała jeść;) Nawiasem mówiąc, uważam, że poza końcówką lepiej nie pokazywać jego punktu widzenia, czy jego uczuć, niech na razie będzie tajemniczą postacią. Można by wtedy rzeczywiście traktować go jak projekcję bohaterów.
    Zakończenie... cóż. Chyba nie do końca rozumiem, kim są te dwie postacie, trochę jak głosy z zaświatów, które mają pokazywać ludziom właściwe drogi? Coś w rodzaju aniołów? Jeśli zupełnie źle zrozumiałam, proszę o sprostowanie :)
    Na pewno chętnie zajrzę jeszcze do Twoich tekstów. Pozdrowienia!
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    Dziękuję, to cenne uwagi. Obawiałem się trochę podporządkowania tego teksu fabule całości "Posłańca". W TW istniało ryzyko wyrwania z kontekstu. Niemniej, z mojego punktu widzenia, myślę, że się opłaciło. Jak zwykle jest trochę rzeczy, które należy "wyrównać" i "wygładzić". W każdym razie gorąco zachęcam do przeczytania poprzednich części.
    Co do kryminału, faktycznie oddaliłem się od gatunku. Usprawiedliwiam się tym, iż zauważyłem to czyniąc stosowną adnotację na wstępie tekstu.
    Jeszcze raz dziękuję za uwagi i przypominam, że traktuje je bardzo poważnie.
  • jesień2018 4 miesiące temu
    Mane Tekel Fares tak, pewnie przeczytanie poprzednich części trochę mi rozjaśni zamysł :) Choć moim zdaniem udało się uzyskać wrażenie całości, tzn historia rozpoczyna się i kończy, i nie czuję, że czegoś mi brakuje, przez to, że nie wiem, co było wcześniej.
    Adnotację widziałam, to nawet nie chodzi o to, że nie całkiem kryminał, tylko o to, że lubię mieć na co czekać... Ale czuję, że doskonale mnie zrozumiałeś :)
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    jesień2018 Zrozumiałem. Rzecz w tym kontekście nieszczęsnym. Ale tak jak wspomniałem wcześniej zadanie TW siadło mi, jako element całości. Z własnej nieprzymuszonej woli nie grzebałbym się we właściwościach huraganu i nie zwiedzał Florydy z Google Street, zadając sobie pytania o strukturę odpowiedzialnych za bezpieczeństwo w USA, na kolorze munduru szeryfa hrabstwa Lee.
    I właśnie za to uwielbiam TW.
  • jesień2018 4 miesiące temu
    Ochhh czyli to wszystko sprawdzone! PIĘKNIE:)
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    jesień2018 Na rogu W 5th St i Indenpendence Blvd w Jacksonville jest parterowy budynek z rampą. Przy Gladiolus Dr jest supermarket z dużym parkingiem. W Miami jest biuro FBI, mimo, że nie jest stolicą stanu. Huragan Irma uderzył w Florydę od południowo-zachodniej strony. Miejscowe zagrożenie dla huraganu to dwie doby. I faktycznie do biura szeryfa hrabstwa Lee trzeba zjechać z 6 Mile Cypress Pkwy w Independence Cr i po kilkudziesięciu metrach wjechać na parking. :-)
    Trochę godzin mi to zajęło...
  • jesień2018 4 miesiące temu
    FIU FIU!
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    jesień2018 zastanawiałem się przez chwilę, jak ludzie radzili sobie bez Internetu... :-)
    Podróżowali, czytali i mieli wyobraźnię.
  • Ritha 4 miesiące temu
    Dzień dobry :)
    Fajny początek, lubię w ten deseń. Oki, najpierw wątpliwości:

    „Nie chcą widzieć.
    Al Whitmoore był niskim” – nie wiem czy tych początkowych, lakonicznych stwierdzeń nie oddzieliłabym od pierwszego akapitu (luźna sugestia)

    „Szedł jezdnią[,] obserwując krzątających się w pośpiechu ludzi.”
    „dwóch mężczyzn ubranych w brązowe robocze uniformy uginało się pod ciężarem sporych rozmiarów kanapą” – kanapy*, „pod ciężarem (…) kanapy”
    „Al przystanął[,] obserwując scenę.”
    „Al podszedł bliżej[,] odchylając poły marynarki.”
    „Lepiej[,] żeby nic nie zginęło.”
    „Odwrócił się od rozwścieczonej kobiety i skierował kroki do stojącego kilkadziesiąt metrów dalej samochodu.” – obadaj jednostki, nie wiem czy nie jardów (nazwiska brzmią dość amerykańsko)
    Fort Myers – ha! Floryda, czyli metry na jardy, Paniocku
    „Al przysiadł na brzegu biurka[,] splatając ramiona na piersi:”
    „— To fakt. Nic szczególnego nie ma. Jednak, jak na taką mieścinę to macie ponad dwadzieścia banków.” – zastanów się, czy nie zrobić z tego jednego zdania, bo to zaczynające się od „jednak” jest dziwne
    „Zielona furgonetka skręciła z międzystanowej dziewięćdziesiątki piątki w J Turner Butler Boulevard i po kilkuset metrach zjechała na stację benzynową.” – i tu na jardy (plus za „risercz”, widać dbałość o szczegóły, to bardzo wzbogaca)
    „Ron rzucił do siedzącego obok pasażera[,] widząc jego niemal nienaturalnie skręconą głowę” (z przecinkami wszędzie ten sam błąd, brakuje ich przed imiesłowami, masz zdanie złożone, musisz oddzielić w nim zdania pojedyncze)
    „a ja zadbam o siebie. -—Pasażer” – tu są dwie kreski i brakuje spacji
    „Pasażer otworzył drzwi[,] zanim jeszcze pojazd całkowicie zatrzymał się.”
    „krzyknął kierowca[,] instynktownie dociskając pedał hamulca.”
    „jakie Irma zostawiła po sobie[,] przechodząc nad Kubą i innymi wyspami karaibskimi.”
    „mieszkańców”— -Postać z ekranu” – tu też jest coś nie tak z kreskami (zdaje się, ze nadmiar :D)
    „że jesteśmy gotowi. — powiedział” – bez kropki po „gotowi”
    „Podszedł do szeryfa i nie czekając na odpowiedź[,] dodał:”
    „furgonetki S.W.A.T., która przejechała zjazd i gwałtownie zahamowała. Al mrugnął światłami i na zderzaku furgonetki zapaliły” – powtarza się furgonetka, można drugie zamienić np. na „wozu” (?)
    „W mieście, z którego ewakuowano wszystkich mieszkańców[,] wykonywanie wszelkich manewrów na jednej z głównych ulic było bardzo łatwe. Kiedy pojazdy podjechały pod wejście budynku, dowódca antyterrorystów podszedł do agenta[,] chcąc się przywitać.”
    „odparł Al.[,] ściskając dłoń potężnego mężczyzny.”
    „Newralgiczne miejsca, co prawda są zabezpieczane, ale w raczej wszyscy myślą o tym, jak to przetrwać.” – to samotne „w” jest albo niepotrzebne, ale brakuje jakiegoś wyrazu
    „Jeden z nieumundurowanych mężczyzn uniósł dłoń. Al skinął głową[,] dając znak, że wysłucha pytania.”
    „— Jak się uda, to będzie pan bohaterem.—„ – brakuje spacji przed drugą pauzą
    „Al klasnął w dłonie[,] ucinając dalszą dyskusję:”
    „Kiedy nadejdzie oko cyklonu[,] nadal siedzimy cicho i obserwujemy…”
    „Szef FBI zgromił go wzrokiem[,] ale mówił spokojnie:”
    „Przy odrobinie szczęścia zaobserwujemy[,] jak wchodzą.”
    „na której ocalały plastykowe profile” – plastykowe? A nie plastikowe?
    „rzekł doniosłym głosem Adam[,] idąc powoli”
    „Adam wyraźnie rozluźniony zbliżał[,] kiwając się na boki, rozkoszując ciepłem i ciszą.” – to zdanie jest deczko zrąbane, bo trzeba by było dać „zbliżał się” (bo co zbliżał?), ale wtedy będzie 2 x „się” :/
    „Albo rzeczywiście był to jakiś szaleniec, albo ktoś, kto doskonale wie[,] co robi.”
    „pomyślał[,] a mięśnie palca wskazującego napięły się”
    „Ledwo się zatrzymał[,] a na płytę parkingu wybiegło czterech mundurowych z bronią gotową do strzału.”

    „Ron miał zamknięte oczy i nie poruszał się. To, że żyje[,] zdradzały jedynie falujące na brzuchu dłonie. Nie odpowiadał.
    — Ron. A jeśli nas wykiwa? — Pchnięty gwałtownie magazynek uruchomił zatrzaskującą się blokadę. Na ten dźwięk Ron poruszył się.” – masz tu powtórzenie „nie poruszał się/poruszył się”, nie wiem czy celowe, ale zamieniłabym drugie np. na „drgnął”). A to zdanie: „To, że żyje zdradzały jedynie falujące na brzuchu dłonie.” bardzo gites gites, obrazowe (zdarza Ci się kończyć zdania na „się”, uważaj, żeby nie za często, bo to takie średnie)

    „— Zamknij się[,] Ricky.”
    „Warknął z wściekłością i natychmiast dodał[,] zaciskając pięści — I przestań się tym bawić do cholery, bo faktycznie będzie dupa[,] a nie robota.”
    „Adam wysunął się zza pleców Ala[,] powodując u niego ciarki”
    „—Wygląda na to, że się uda, panie Whitmoore.” – brakuje spacji po pauzie
    „Adam teatralnie wykrzywił usta.— …oczywiste.” – tu bez kropki i tez brakuje spacji

    „— Ma pan jeszcze szansę wycofać się — Adam powiedział to najpoważniejszym tonem i z najpoważniejszym wyrazem twarzy na jaki potrafił się zdobyć.
    Agent spojrzał na południe. Granatowe niebo zbliżało się. Do uderzenia huraganu zostało może kilkanaście minut. Uśmiechnął się.” – trzy zrazy kończysz na „się”, jest to drażniące

    Ok, tu muszę przerwać analizę pod kątem błędów, bo zaczyna mnie gonić czas, resztę doczytam stricte dla treści.


    Pomijając wątpliwości, wyłapałam parę wartych uwagi rzeczy :)
    „— Myślisz, że znów uderzą? — Zajmujący całą ścianę ekran odbijał się w srebrnych guzikach granatowej marynarki i na twarzy szefa biura FBI w Miami.” – bardzo fajnie, obrazowo. W ogóle podoba mi się Twoja narracja, zaciekawia, jest spokojna, ale nie nudna, chce się czytać, to duży plus.
    Kolejnym plusem jest zapis dialogów (pauzy, a nie dywizy, brawo). No i „risercz”, wspominałam, mega. Podoba mi się też klimat, można się wczuć, jest dość filmowo (lubię).

    „— Jesteśmy przygotowani. A czy gotowi, to się okaże.” – świetne stwierdzenie, 10/10

    „Choć Biuro Szeryfa Hrabstwa Lee miało adres przy 6 Mile Cypress Parkway, to na parking przy głównym wejściu trzeba było wjechać od Independence Circle.” – nie wiem czy to posprawdzane lokalizacje, czy zręczne tworzenie świata, ale brzmi przekonująco i robi świetną robotę
    „Whitmoore podniósł jabłko. Było nienaruszone” – fajny detal

    Kolejna sprawa (in plus) to wpasowanie tego tekstu w serię, choć serii nie czytałam, więc nie ocenię czy spójnie, ale za sam pomysł propsy. Szkoda jedynie, że się nie wyrobiłeś w terminie. Postać Adama bardzo interesująca. Potem opowieść Ala – wzruszająca. Złapała mnie za serducho. Zestaw wykorzystałeś w 300 %. Kurde, chyba trochę chaotyczny ten komentarz, ale tekst dług (nie wiem nawet czy nie za długi jak na portalowe standardy i czy nie byłoby dobrze, go ciachnąć na dwie części…, ale to taka uwaga bardziej na przyszłość).

    Okejos, chyba tyle. Reasumując – bardzo mi się podobało. Zostawiam gwiazdy :)
    Pozdrawiam :)
  • Ritha 4 miesiące temu
    ps. Sprawdziłam 21 tys. znaków, zdecydowanie za dużo jak na jedną część (moim zdaniem) ;)
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    Mój "risercz" w porównaniu do Twojej pracy redakcji to pikuś. Bardzo Ci dziękuję, że pochyliłaś się nad tym tak wnikliwie. Wszystkie uwagi oczywiście przyjmuje i są niezwykle cenne. Z tymi yardami to strzał w 10. Miejsca autentycznie posprawdzane. Nawet mnie wkurzało, że powtarza się na przykład "Boulevard" zbyt często. Ale faktycznie tak je nazwali. nic nie poradzę.
    Co do samej edycji. Do pisania używam worda przeglądarkowego i plik zapisuję w chmurze, gdyż piszę równoczesnie na trzech urządzeniach. Przeglądarkowy Word ma swoje ograniczenia. Np. dywizy trzeba wstawiać bez spacji, bo automatycznie robi wyliczankę, albo za każdym razem cofać autoformatowanie. Oczywiście skróty do pauz nie działaja. Potem przeklejam to worda i poprawiam. Często coś przeoczę.
    Naprawdę jestem pod wrażeniem, że chciało Ci się poświęcić mnóstwo czasu, żeby mi pomóc.
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    Ritha Tak nawet myślałem o tym. Ale pomyslałem też, że jesli tekst będzie ciekawy, to ktoś go przeczyta. Jeśli nie to bez względu na jego długość i ilośc części zostanie co najwyżej scrolowany.
  • Ritha 4 miesiące temu
    Nie ma sprawy, Mane. Z przyjemnością się czytało a "riserczem" mnie zaimponowałeś :D Oj, nie ufam takim sposobom pisania, po tym jak dwa razy zerwalo mi neta i tekst poszedł w pizdu (raz się nawet poplakałam!) Od tej pory zaprzyjaźniłam sie ze starym, dobrym pendrivem ;) (ze względu na to, że tez pisze w roznych miejscach)
    Ok, to czekam na Twój bieżący zestaw ;)
    Pozdro!
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    Ritha Mnie z kolei częściej przytrafiają się awarie pena.
    Co do zestawu, to wczoraj mnie oświeciło, że to też może być ciekawe zadanie dla Posłańca. Zaczynam nabierać przekonania, że TW pomoże mi szybciej uzbierać materiał na książeczkę i lecimy drukować. Za chwilę moim głównym zmartwieniem będzie znalezienie redaktora, który to wszystko wygładzi.
  • Ritha 4 miesiące temu
    Mane, więc najlepiej poprawiać błędy na bieżąco ile się da, bo potem całościowa korekta to betonowe kapcie. Ale podejście masz masz fajne, pozytywne. Trzymam kciuki za realizację planów :)
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    Ritha TW #8 wyrobiłem się. Teraz akcja koszenie trawy. Potem zabieram się za wprowadzanie zmian w tekście tu. Piszę o tym, żeby nie było, że olałem uwagi.
  • kalaallisut 4 miesiące temu
    Mane dwie pieczenie na jednym ogniu, super! Moim zdaniem się udało. Ja całą serię lubię bardzo więc tylko dobijam kolejną 5 i podoba mi się pomysł policjanta-złodzieja i nawiązanie do dzieciństwa :))
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    :-)
  • Aga jednostrzały 4 miesiące temu
    Hej, niezły pomysł z wpleceniem opowiadania w całą serię. Wymaga to sporej gimnastyki umysłowej, ale nieźle wyszło.
    Pozdrawiam
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    Wiesz co... nawet nie. Problem to miałem z serią i to właśnie TW przyszło na ratunek. W dwa tygodnie dwa pomysły. A zdarzały mi się przerwy po pół roku. :-)
    Dzięki za odwiedziny.
  • Mia123a 4 miesiące temu
    Hej, wiesz nie wiedziałam czy w ogóle czytać Twoje TW. Obawiałam się, że nic nie załapie, gdyż nie czytałam "Posłańca". A tu proszę, miłe zaskoczenie. Podobało mi się, zaciekawiło. Zostawiam gwiazdy i lecę do kolejnej części.
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    Dzięki :-)
  • pkropka 4 miesiące temu
    Bardzo mi się podoba Twój złodziej paluszków :) i zakończenie super, nic wprost, a wiadomo wszystko. Bardzo, bardzo takie lubię. Cała historia ma wtedy sens.
    Jedna uwaga ode mnie, nie widziałam, czy Ritha wyłapała (chociaż ona widzi bardzo dużo).
    "Jesteś Al" - przecinek zgubiłeś. Zatrzymałam się, zastanawiając, czemu ktoś mu mówi jak się nazywa.

    P.S. gdzie piąta część?
  • Mane Tekel Fares 4 miesiące temu
    Piąta w tworzeniu. W czwartej jest nawiązanie do piątej, więc jak mi siadł temat TW musiałem przeskoczyć numerek. Ale najprawdopodobniej te dwa ostatnie będą siódmą i ósmą częścią. W zasadzie, to każdą z historii można czytać osobno i w dowolnej kolejności...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania