Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

TW#12 Czekając

Postać: brat, którego nie było

Zdarzenie: nie możemy płakać

 

 

Krzyczeli. Znowu. Mimo że tak bardzo tego nie lubił.

Obruszył się niespokojnie, na swój ograniczony sposób przeżywając narastający wokół hałas. Wyczulony na każdą zmianę w częstotliwości wszechobecnego dudnienia, rozpoznał podległy mu, wzmożony bulgot. Tam, gdzie istniał, symfonia naturalnych odgłosów ludzkiego ciała towarzyszyła mu nieprzerwanie. Poczuł także gorąc i, pierwszy raz, ciasnotę. Jedyne co mógł zrobić w ramach protestu, to na wpół bezwładnie uderzyć pięścią w ścianę otaczającej go szczelnie, oddychającej kopuły.

– Mówiłem już – usłyszał. Głos był odległy, przytłumiony. Choć nie rozumiał sensu tajemniczej kombinacji dźwięków, wchłonął w siebie ociekający nią lęk. – Musimy stąd uciekać. Teraz, zaraz.

– Przecież w telewizji mówili, że nie ma się czym martwić – odpowiedział drugi, równie wystraszony, lecz łagodniejszy głos. Zawsze docierał do jego uszu wyraźniej niż inne. Kochał go, znał na pamięć. Uwielbiał otulać się jego czystym brzmieniem. Tym razem jednak nie potrafił odnaleźć w nim upragnionego pocieszenia.

– Nic nie rozumiesz, kobieto! – nieoczekiwanie blisko zagrzmiał ten drugi. Mały świat zaczął się trząść. – Do kurwy nędzy, próbuję cię ratować!

– Co ty wyprawiasz? Przestań!

Zaraz po ostatnim, najpotężniejszym wstrząsie, drgania ustały. Emocje kierujące oboma głosami uległy drastycznej przemianie.

– Dlaczego mi to robisz?

– Nie wiem. Próbuję…

– A niech cię, Hope. A niech cię.

Wzburzony szum opadł. Otoczyło go ciepło.

– Naprawdę zamierzasz…?

– Niewiele mamy. Muszę jechać. Ty zostań tutaj, będziesz bezpieczna. Ale… Hope?

– Tak?

– Wrócę po ciebie.

 

* * *

 

04 lipca, 2049

Milwaukee, WI

 

Najdroższy … !

 

Choć mówią, że świat się zawalił, dopóki nie wyjrzę za okno, dla mnie każdy dzień jest zwyczajny. Czuję się tak, jakbym po prostu miała grypę. Wieczory spędzam okryta kocem z kubkiem herbaty w dłoniach, biorę zalecane leki, głównie jod i witaminy, czytam dużo książek. To chyba one skłoniły mnie do pisania. Jak wiele piękna można ofiarować komuś za pomocą słowa…

Dziś czwarty lipca. Opowiedziałabym ci o tym, ale prawdę mówiąc, nie ma akurat nic ciekawego do opisania. Żadne kolory nie rozświetliły nieba, nie ma śmiechów i irytujących imprez sąsiadów zza ściany. Nie sądziłam, że kiedyś za nimi zatęsknię. Po wydarzeniach ostatnich tygodni i hałasie, w jakim się odbywały, trudno przywyknąć do tak przejmującej ciszy. Milczenie bywa drapieżcą, a przed napastnikami należy się bronić, dlatego śledzę zmysłem słuchu podrygi pląsającego bez celu powietrza. Kto wie, może wiatr zagląda w każdy kąt miasta i szuka tych, którzy pozostali? Może zbiera ich modlitwy i zanosi do Boga?

Dawno temu, na długo przed paniką, popłynęłam z rodzicami w rejs statkiem wycieczkowym. Tam to dopiero dmucha. Zabiorę Cię kiedyś na taką wyprawę. Obejrzymy razem wschód słońca, a jeśli nie będziesz chciał tak wcześnie wstać – zachód.

A propos świata z zewnątrz – przez rury w łazience czasem słyszę rozmowy państwa Wiggs mieszkających na dole. To spokojni, starsi ludzie, uroczy dziadkowie. Pamiętam ich wnuczki wpadające do miasta w Boże Narodzenie, bliźniaczki. Nie chcę teraz niepokoić Wiggs’ów, ale myślę, że niedługo wpadnę ich odwiedzić.

Jesteś moim szczęściem. Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie Cię zobaczę. Dziękuję, że dajesz mi tyle nadziei.

 

H. J.

 

* * *

 

07 lipca, 2049

Milwaukee, WI

 

Najdroższy … !

 

Przykro mi, ale znów nie ma nic ciekawego do zrelacjonowania. Tutaj nic się nie zmienia. Czas stoi w miejscu, a wraz z nim i życie, i ludzkie marzenia.

Głosy Wiggs’ów z dołu wciąż docierają do mieszkania, ale są jak widmo – podobnie nierealne i mgliste. Zaczynam się zastanawiać, czy wizyta u nich na pewno jest dobrym pomysłem.

Usiłuję wypełniać czas rozmaitymi zadaniami. Zawsze uważałam się za osobę kreatywną, ale, jak widać, nie jest to aż tak wysoce rozwinięta cecha, jakbym sobie tego życzyła. Ciekawe pomysły na zajęcie czymś rąk ganiają się ze mną bowiem psotnie po kątach. Na domiar złego odcięli prąd. Całe szczęście w schowku na korytarzu znalazłam kilka świec i latarkę oraz baterie, a dni są przecież nadal długie.

Przypomniałam sobie bajkę o Roszpunce. Poczytam ci ją kiedyś do snu, a teraz przytoczę tylko najważniejszy element. Otóż w tej opowieści pewna księżniczka, Roszpunka, zostaje zamknięta w wysokiej, wysokiej wieży, sama, samiuteńka. Nikt jej nie odwiedza i dlatego jest smutna. Wiesz, też troszeczkę jestem jak ta Roszpunka.

To trudne. Dzieją się rzeczy, których nie rozumiem.

Na całe szczęście, mam przecież Ciebie. Prawdziwy książę niedługo przyjdzie nas uratować, tak jak dzielny rycerz ocalił księżniczkę. I wszystko będzie dobrze.

Rośnij, kochanie. Będę przy Tobie.

 

H. J.

 

* * *

 

10 lipca – NIE IDŹ DO SĄSIADÓW

 

* * *

 

11 lipca, 2049

 

Najdroższy,

na dolnych piętrach zaszło coś bardzo niedobrego. Wybacz te bazgroły, od wczoraj dłonie nie chcą przestać mi podrygiwać.

Dochodziła północ. Paląca potrzeba pęcherza wywabiła mnie z łóżka. Księżyc świecił jasno, więc oszczędnie zostawiłam świecę w sypialni. Kiedy myłam ręce, usłyszałam w rurach niepokojący bulgot, przeplatany odgłosami nerwowej rozmowy. Rozpoznałam głosy sąsiadów z dołu. Ze strzępków zdań, jakie zdołałam rozróżnić wywnioskowałam, że zawiodła hydraulika i woda zalewała im mieszkanie.

W pewnym momencie głośny huk zatkał mi uszy, brzmiał zupełnie jak gigantyczny korek wyskakujący raptownie z butli od szampana, z tym że temu dźwiękowi towarzyszył dodatkowo jęk skręcanej blachy. Byłam przerażona, niezdolna do niczego więcej prócz stania w kompletnych ciemnościach i nasłuchiwania krzyków. „Wyłącz to!” – darła się staruszka. – „Wyłącz natychmiast!”, a gdy do hałaśliwej serii dołączyło łomotanie wyraźnie dochodzące z klatki schodowej, jej zawodzenie przeszło w rozpaczliwe wycie.

Adrenalina podyktowała dalsze działania, ocknęłam się i ruszyłam do wyjścia. Wiedziałam, że prócz mnie może nie być w budynku nikogo więcej zdolnego do udzielenia tym ludziom pomocy. Podbiegłam do drzwi i zaczęłam odbezpieczać zamki, lecz wtem, dzięki zwykłemu samozachowawczemu odruchowi, wyjrzałam najpierw przez wizjer.

Nie wiem, co to było i nie wiem, czy nadal tam stoi.

Dobry Boże.

Nie jestem pewna, co właściwie widziałam.

Podczas gdy na dolnej kondygnacji budynku w ciszę wystrzeliwały krwawe nawoływania, ja obserwowałam nieruchomą postać stojącą tuż przed drzwiami wejściowymi, zwróconą do nich plecami. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak normalny człowiek, a jednak ten alarmujący bezruch powstrzymał mnie przed opuszczeniem schronienia. Słyszałam jej sapanie. Ciężkie, przyspieszające, jakby w reakcji na walkę toczącą się pod naszymi stopami. Widziałam podskakujące w rytmie urywanych oddechów ramiona, rozczochrane włosy.

Wycofałam się w głąb mieszkania, wcześniej ostrożnie znów ryglując drzwi. Zasypiając słyszałam w głowie piski staruszki i ten wspinający się po rurach jazgot.

̶N̶i̶e̶ ̶w̶i̶e̶m̶ ̶c̶o̶ ̶r̶o̶b̶i̶ć̶

Przepraszam Cię ogromnie za te nerwy. Czułam, jak bardzo wierzgałeś nogami, kiedy się martwiłam. Wiem, że chciałeś mi o czymś w ten sposób przypomnieć. I nie kłopocz się, nie będę już zapominać.

Nadzieja to moje imię.

Będzie dobrze. Musimy tylko zostać tutaj.

 

H. J.

 

* * *

 

19 lipca

 

Zapasy znikają w oczach. Potrzebujemy ich, ale nie mogę wyjść, przepraszam. Wczoraj odważyłam się wyjrzeć przez wizjer – cokolwiek to jest, nadal tam stoi.

Skrupulatnie podzieliłam pozostałą żywność na dni. Jeżeli prawidłowo to obliczyłam, makaronu i kaszy, przy odpowiedzialnym racjonowaniu, starczy jeszcze na jakieś dwa-trzy tygodnie. Lodówka świeci pustkami, bo bezmyślnie wyrzuciłam do kosza nadpsute, wrażliwe na podwyższoną temperaturę produkty. Chyba muszę włożyć je tam z powrotem.

Teraz nie słychać już nikogo. Zaciągnęłam zasłony, pod drzwi podstawiłam kilka krzeseł. Planowałam przeciągnąć tam jakoś kanapę z salonu, ale bałam się, że narobię hałasu. Nie mam teraz pojęcia, jak Twój tata wejdzie do środka, kiedy wróci.

̶W̶r̶ó̶c̶i̶

̶?̶?̶?̶ ̶?̶?̶?̶

 

Trzymam się.

Trzymaj się, Hope. Nie pękaj. Zrobisz mu linę z prześcieradeł.

 

Ciekawe, do kogo będziesz bardziej podobny. Chciałabym, żebyś miał jego oczy. Moje są chłodne, tak przeraźliwie niebieskie, że niemal przypominają gładź lustra.

 

* * *

 

sierp./wrześ.

 

Idziemy do szkoły

 

Rozmawiam z Bogiem. Dopiero teraz zrozumiałam, na czym to naprawdę polega. Kiedy cały świat wreszcie przestał kwiczeć i pozwolił posłuchać ciszy, usłyszałam jego cichy szept, poczułam pocieszający dotyk na ramieniu.

Obiecałam mu coś. Przepraszam Cię, ale musiałam to zrobić, jeżeli chcesz, żebyśmy to przeżyli. Zaproponowałam, żeby, jeśli wyjdziemy z tego cało, kiedy to wszystko się skończy, wziął Ciebie na swojego sługę. Księdza albo zakonnika. Brata, braciszka. Ja nie mogę wstąpić do zakonu, bo mam już męża, ale Ty… Ty możesz to jakoś naprawić. Swoim życiem razem podziękujmy mu za to, że jesteśmy i że mamy siebie.

 

Boże, proszę Cię, wysłuchaj naszych pokornych próśb. Oddaję Ci swoje serce, składam w Twe ręce losy swojego syna. Niech swą posługą przynosi Ci wieczną chwałę, raduje niebiańskie zastępy.

 

Tylko zabierz mnie stąd, błagam

Dalej będę dzielna

 

* * *

 

̶?̶?̶?̶?̶

̶M̶A̶M̶ ̶D̶O̶S̶Y̶Ć̶ ̶N̶I̶E̶ ̶W̶Y̶T̶R̶Z̶Y̶M̶A̶M̶ ̶J̶E̶S̶T̶E̶M̶ ̶G̶Ł̶O̶D̶N̶A̶ ̶R̶A̶T̶U̶N̶K̶U̶ ̶B̶Ł̶A̶G̶A̶M̶ ̶R̶A̶T̶U̶N̶K̶U̶

̶J̶A̶ ̶J̶E̶S̶T̶E̶M̶ ̶T̶Y̶L̶K̶O̶

̶C̶Z̶Ł̶O̶W̶I̶E̶K̶I̶E̶M̶ ̶I̶

Dosyć. On nie wróci. Weź się w garść, suko. Zamknij mordę, zaciśnij pięści i działaj. Albo uratujesz teraz życie swoje i dziecka, albo to koniec. Masz jeszcze szansę. Działaj, planuj, rozważ możliwości.

Gdzieś MUSZĘ znaleźć dla nas miejsce, a zwłaszcza zapasy. Potrzebujemy jedzenia.

Teraz albo nigdy.

 

* * *

 

Wrzesień (?) 2049

 

Moje biodro nie wytrzymało. Trudno to dokładnie orzec, ale chyba nawalił dysk. Biorąc pod uwagę to, że przemieniam się w chodzący szkielet, a brzuch wciąż rośnie i odstaje teraz od reszty ciała niczym nienaturalnie wielki guz, wcale mnie to nie dziwi. Zamierzałam spróbować zejść na ulicę po linie, zaczęłam nawet łączyć prześcieradła, a teraz cały plan na nic. Pluję sobie w brodę, że nie zrobiłam tego wcześniej. Czekałam bez sensu. Pod drzwiami

To, co jest pod drzwiami, to osobny temat.

Ból nie daje mi ani spać, ani chodzić. Pełzam przez mieszkanie po podłodze jak wysuszony gad. Wyjście na zewnątrz dzięki wykorzystaniu jakichkolwiek akrobacji nie wchodzi w grę. Drzwi tak samo odpadają.

Nim moje kości zawiodły, postanowiłam zebrać się w sobie, przestać cykorzyć i wyjrzeć na klatkę przez wizjer. Podczas nasłuchiwania nic nie wskazywało na to, że czyha tam niebezpieczeństwo. Niestety, kiedy zadarłam metalowe wieczko judasza do góry, postać nadal tam była. Tym razem to ona patrzyła prosto na mnie.

 

* * *

 

2049

 

Pod umywalką znalazłam wysuszone pająki. Smacznego, Hope.

Jeden cień w szparze pod drzwiami zmienił się w dwa. One wiedzą, że tu jestem. Czekają. Sępy.

̶P̶i̶e̶p̶r̶z̶o̶n̶a̶,̶ ̶w̶y̶r̶o̶d̶n̶a̶ ̶m̶a̶t̶k̶o̶.̶ ̶G̶ł̶o̶d̶z̶i̶s̶z̶ ̶s̶w̶o̶j̶e̶ ̶d̶z̶i̶e̶c̶k̶o̶.̶

Próbowałam sama nastawić biodro. Żeby nie krzyczeć i ich nie drażnić, włożyłam książkę między zęby. Dwa wypadły.

̶C̶i̶ą̶ż̶a̶ ̶m̶n̶i̶e̶ ̶z̶a̶b̶i̶j̶a̶

 

* * *

 

WIDZIAŁAM GO

Nie wierzyłam własnym oczom, ale NAPRAWDĘ WIDZIAŁAM

Od kilku dni słaniałam się przy balkonie i właśnie próbowałam nieudolnie sięgnąć barierki, kiedy w oddali ujrzałam przemykający w dole ludzki kształt. Najpierw pomyślałam, że to jeden z nich, ale zaczęłam wierzgać rękami i nogami z podłogi. Wtedy mnie zobaczył.

Podszedł bliżej, na tyle, żeby móc nadal spoglądać w głąb balkonu. Kucnął, zakapturzony, w kominiarce. Wyjmował rzeczy z plecaka, który taszczył na ramionach – jak się potem domyśliłam, zeszyt i czarny pisak. Kreślił coś na kolanie. Gdy skończył, podniósł notatnik wysoko do góry.

„JESTEŚ SAMA?” – napisał, co potwierdziłam kilkukrotnym skinieniem głowy. Słabo widziałam z czwartego piętra i musiałam mocno mrużyć oczy, lecz litery były duże i, choć pisane w pośpiechu, czytelne.

Znowu przykucnął.

„SĄ W BUDYNKU?”

Z pewnością, mimo tej odległości, dostrzegł moje wahanie. Nie wiedziałam co począć, a decyzję należało podjąć natychmiast.

W końcu kiwnęłam głową na „tak”.

Bazgrał. Czekałam w napięciu.

Tym razem podzielił wiadomość na kilka części. Pokazywał je kolejno, powoli, monitorując bacznie otoczenie.

„POMOGĘ CI. MAM SCHRONIENIE I ZAPASY. DASZ RADĘ WSTAĆ?”

Pozostawiłam to bez odpowiedzi. Zamiast niej, chwyciłam mocno drewnianą poręcz, zaparłam się z całych sił i dźwignęłam na trzęsących jak liście na wietrze kolanach. Rozumiałam, że to jedyna, unikatowa szansa od losu i że jeśli teraz ją zmarnuję, prawdopodobnie nie doczekam następnego świtu.

To dało mi siłę. Czułam, że Bóg jest po mojej stronie, że jego niewidzialne, łagodne ręce pomagają mi wstać, podtrzymując za wychudzone łokcie. Paznokciami drapałam ścianę budynku, zdrapywałam zieloną farbę z balustrady. W górę, powtarzałam wkoło, w górę!

Prawie podołałam. Gdyby nie to, że gwałtem wydarto mi tę szansę z rąk, nadzieja z pewnością postawiłaby moje zmizerniałe ciało do pionu.

Mężczyzna w dole uniósł obie ręce i skrzyżował je, tworząc w powietrzu czarny X. Spojrzałam na niego, z nadludzkim wysiłkiem zamierając w pół swej krzyżowej drogi. Obserwowałam, jak nieznajomy kręci powoli głową. Z rezygnacją, przecząco. Wycofywał się.

Widok na szare miasto rozmyły łzy. Wyciągnęłam ku podróżnikowi kościstą rękę. Zignorował błaganie, zbierał naprędce dobytek. Nim zdążyłam opaść na podłoże, czarną sylwetkę wchłonęły miejskie labirynty. Zostałam sama.

Widziałam dokładnie, na co patrzył odchodząc.

Patrzył na Ciebie.

Nie wiedziałam, że umiem tak mocno nienawidzić.

 

* * *

 

Ujrzał światło, ogłuszany i straszony wrzaskami. Natychmiast objęło go złośliwe zimno, wcześniej przykurczone mięśnie nagle rozprostowały się, powodując drażliwy ból i zmuszając go tym samym do płaczu. Czuł szarpanie i ciągnięcie niewyćwiczonego, pokrytego oślizgłą powłoką ciała. Przy jego zaciśniętych piąstkach kręcił się pulsujący, lepki sznur.

– A jednak… – dotarła do niego znajoma melodia dźwięków, wyraźna jak nigdy dotąd, lecz na swój sposób osłabiona i rzadka. Coś w niej sprawiło, że zamilkł. Przy okazji odkrył, że, choćby chciał, nie ma siły na dalszy szloch. Czuł się źle. Tak, jak głos. – Jednak przeżyłeś.

Niewygoda, chłód i wyczerpanie nie pozwalały mu płakać, przez co zdezorientowanie i szok nie znajdowały ujścia. Nie mógł zareagować na dochodzące z oddali odgłosy łomotania. Zagrożenie zakiełkowało w jego umyśle jak abstrakcyjny pąk nieznanego dotąd kwiatu.

– Idą – szepnął głos, po czym uciekł w histeryczne, wysokie tony. – Idą! Cha, cha! Komedia! Cha, cha!

Coś silniejszego od niego samego pociągnęło go do siebie po podłodze. Głową odbił się od czegoś wystającego i ostrego.

– Chce zobaczyć, jakie masz oczy.

Pozwolił rozewrzeć swoje powieki, rozmazany obrazek pochylającej się nad nim, rozkraczonej istoty sprawił, że zakwilił żałośnie tak, jak umiał. Patrzyła na niego, podczas gdy rozrywające świat huki grzmiały raz za razem.

Istota prychnęła. Przestała go obserwować. Słyszał już tylko głos, nie rozumiejąc dłużej jego barwy.

– To twoja wina. Właściwie to ty powinieneś to zrobić. Powinieneś wziąć ten pierdolony nóż i… Słyszysz? Dobijają się. Zaraz tu będą.

Jęknął. Sapnął. Kreatura nie zareagowała.

– Co za różnica – mówiła. – I tak już byłam martwa. A ty… Ty żyj sobie. Tyle, ile zdołasz. Nie mogę ci pomóc. Wchodzą.

Jego uszu dobiegł krótki, pociągły dźwięk rozdzieranego, żywego płótna. Coś ciepłego trysnęło mu na brzuch. Bijąc w podłogę piąstkami, umazał lepką cieczą pokrywającą go błonę. Towarzyszył temu ostateczny, kolosalny łoskot.

Pędzące stado chaotycznych odgłosów ruszyło ku niemu zwartą zgrają. Mógł tylko czekać, aż pęki lodowatych, pożądliwych rąk przygarną go do siebie pierwszy, i ostatni raz.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Witamy nowy tekst! :)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Witam i ja, dzień dobry :-)
  • jolka_ka 3 miesiące temu
    Wieczorem tu przybędę. Zerknęłam na pierwszy akapit i już mi się podoba.
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Zapraszam ;-)
  • inkarnacja 3 miesiące temu
    Dość ekscytujące, zdecydowanie wciąga. Podoba mi się język, sposób w jaki formułujesz opisy dotyczące wrażeń węchowych i czuciowych. Spodziewałam się nieco więcej dreszczyku, ale opowiadanie jest godne uwagi; ma w sobie nutkę czegoś drażniącego i z małymi pazurkami, które wczepiają się w umysł mieszaniną niepokoju i prostego pytania: A jak ty zachowałbyś się w sytuacji bohatera?
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dziękuję za wizytę i opinie, pozdrawiam ciepło!
  • Canulas 3 miesiące temu
    Komentarz można zamknąć w WOW, ale co to, a komentarz?
    W każdym razie - na szybko - kapitalną robota i nawet jeśli ta edycja będzie przesztosem, ciężko będzie Cię zdeklasować.
    Bardzo dobrze napisany tekst.

    Pierwsze zdanie: być może "mimo że" nie rozdzielamy.

    Pozdrox
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Właśnie sprawdzałam to 'mimo że' w internecie i już sama zgłupiałam więc zostawiłam, jak było.
    Dziękuję Canu, pozdrówka! :-)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Coffee, aha, to sorrex za zamieszania.
  • Ant 3 miesiące temu
    Canulas ja bym nie rozdzielał
  • Cofftee 3 miesiące temu
    A to poprawiam, skoro tak mówicie ;-)
  • TrzeciaRano 3 miesiące temu
    Wow
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dzięki? :-P ;-)
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Witaj,

    podobało mi się. Przeczytałem z uznaniem i nawet ciekawością, mimo iż więcej tutaj zwykłych wydarzeń i szczegółów niż napędzającej akcji.
    Moim zdaniem powinnaś wybrać jakiś motyw przewodni i żonglować nim w odpowiedni sposób od samego początku do końca, tak, aby stał się "motorem napędowym". Osobiście brakuje mi tu właśnie czegoś takiego.
    A na plus to pięknie opisujesz całą sytuację. Bardzo dobry język, praktycznie brak wyraźnych błędów.

    Nie stawiamy przecinka w takich wyrażeniach: mimo że/iż, szczególnie że, chyba że, tylko że, dlatego że, zwłaszcza że, tak że.[to jeszcze zależy od rozdzielenia zdań podrzędnych]


    Pamiętam ich wnuczki wpadające do miasta w Boże Narodzenie, bliźniaczki.
    Ja napisałbym: pamiętam ich wnuczków wpadających do... bo pamiętam [kogo,co]

    Pozdrawiam.
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dziękuję Antoni :-) Przecinek ostatecznie usunięty, sama miałam tam wcześniej wątpliwości czy powinien być, czy nie. Miło, że wpadłeś!
  • jesień2018 3 miesiące temu
    Znakomite, Kawko! Czytałam z zapartym tchem, naprawdę się przestraszyłam! Zakończenie przejmujące. Brawo:)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dziękuję serdecznie, cieszę się, że się podobało! Pozdrawiam,
    Kawusia.
  • Mane Tekel Fares 3 miesiące temu
    To niesprawiedliwe, że takie krótkie. Domagam się rozwinięcia. tak na 300k zzs.
    Gratuluję.
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Hahah, dziękuję! :-) Ciepłe pozdrowienia!
  • ania_marzycielka 3 miesiące temu
    Bardzo wciągające i momentami straszne:)
    Super tekst i zakończenie, pozdrawiam i zostawiam 5 :)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dziękuję bardzo, pozdrawiam :-)
  • jolka_ka 3 miesiące temu
    Jestem ponownie. Klimat rzeczywistoście jest, czuło się, że to prawdziwy tekst pełen grozy, ale dopiero w połowie tekstu połapałam się do kogo bohaterka pisze. A może nie... Do męża? Do dziecka, które jest w brzuchu? Do siebie? Kto zanosi te listy, skoro otrzymuje odpowiedź? Z tą "suką" to już jest po prostu jakiś etap rezygnacji, bezsilności? Później tak samo zwraca się do niej odbiorca? Trochę mi się to wszystko pokręciło. Końcówki też nie rozumiem. Tam był ten "ktoś" i jakiś mieszkaniec, który chciał ją uratować? Muszę chyba jeszcze raz przeczytać, dokładniej. Nie mniej jednak to Twój najlepszy tekst.
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Listy i 'wpisy' piszę tylko jedna osoba, tak.
    Następnym razem postaram się, by było to bardziej oczywiste. Szlifowania nigdy za wiele.
    Dziękuję pięknie!
  • Karawan 3 miesiące temu
    Żeby nie krzyczeć i ich nie drażnić, włożyłam między zęby książkę. Dwa wypadły.- zmieniłbym szyk w zdaniu pierwszym; ...włożyłam książkę między zęby. Dwa wypadły.
    Proszę jednak zważyć, że to tylko subiektywna propozycja, a tekst Twój ;)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Właściwie, to trafna. Masz rację, tak będzie lepiej. Poprawie w wolnej chwili.
  • Dekaos Dondi 3 miesiące temu
    Cofftee→Właśnie piję kawę i czytam Twój tekst. Niewatpliwie jest w nim dużo takiego czegos ''niepokojącego''.
    Tzw: klimat nie nachalny, który jednak jest. Nic dziwnego. Napisałaś po temu, Już sam początek...
    Kojarzy mi się z jakimś filmem, ale tytuł zapomniałem. Na pewno nie można czytać po tzw; ''łebkach'' bo wtedy tekst dużo traci.
    Pozdrawiam:)→5
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dziękuję za wizytę i ocene, pozdrawiam! :-)
  • pkropka 3 miesiące temu
    Niesamowity horror. Pełen niepokoju, obrazowych niedopowiedzeń. Majstersztyk.
    Nie mogłam się od niego oderwać.
    Kawusiu, pięknie się rozwijasz. Kłaniam się nisko pod cudownym tekstem.
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dziękuję ślicznie kropeczko! Mam nadzieję, że tym razem obyło się też bez przecinkowych wpadek :-) Cieszę się, że się podobało, pozdrawiam!
  • Ritha 3 miesiące temu
    „– Naprawdę zamieszasz…?” – zamierzasz*

    „10 lipca – NIE IDŹ DO SĄSIADÓW” - dobra wstawka, 10/10, wiadomo, ze lubię takie momenty, klimat ewoluuje w jednej chwili, w jednej chwili następuje zmiana narracji, zaskoczenie, napięcie, bardzo dobry zabieg (choć nie można go stosować za często)

    Mało wyjmuje, bo narracja jest bardzo wciągająca. Forma listu sama w sobie ma coś przyciągającego, ludzka ciekawość, podglądanie czyjejś korespondencji, kusząco-nieodpowiednie, więc ten gatunek TW teraz fajnie siadł widzę. I u Ciebie w tym liście nie są jedynie wynurzenia (jak to bywa w listach), ale cała story – bardzo git.

    „̶N̶i̶e̶ ̶w̶i̶e̶m̶ ̶c̶o̶ ̶r̶o̶b̶i̶ć̶” – kolejny zabieg, który urzeczywistnia, pięknie
    „Wczoraj odważyłam się wyjrzeć przez wizjer – cokolwiek to jest, nadal tam stoi” – osaczenie, bezradność, czuć to wszystko w tym opku

    „Ciekawe, do kogo będziesz bardziej podobny. Chciałabym, żebyś miał jego oczy” – no i tutaj, ładnie to tak? Motać czytelnika! :D Nie no, czytam i jestem zachwycona. W końcu coś mnie szarpnęło (bo długo była posucha u mnie z tekstami wydziarajacymi z butów)

    „Pełzam przez mieszkanie po podłodze jak wysuszony gad” – zdanie, które łapie za serce, to zdanie wręcz boli

    „Widok na szare miasto rozmyły łzy. Wyciągnęłam ku podróżnikowi kościstą rękę. Zignorował błaganie, zbierał naprędce dobytek. Nim zdążyłam opaść na podłoże, czarną sylwetkę wchłonęły miejskie labirynty. Zostałam sama.
    Widziałam dokładnie, na co patrzył odchodząc.
    Patrzył na Ciebie.
    Nie wiedziałam, że umiem tak mocno nienawidzić” – ok, nie mam pytań, rozwaliłaś mnie, Cofftee, całkowicie, na kawałeczki

    Dalej jest jeszcze „gorzej”.
    Coś pięknego, Cofftee, majstersztyk. Biję brawo.
  • Cofftee 3 miesiące temu
    O, jaka paskudna wpadka na początku tekstu. Nawet nie zauważyłam. Dzięki!
    No i dziękuję za obszerny komentarz, wizytę. Fajnie, że się spodobało! :-) Zapraszam kiedyś znów!
    Pozdrawiam,
    Kawa.
  • Aga jednostrzały 3 miesiące temu
    Noooo, pani Kawo, powalilaś mnie a podłogę.
    Bardzo mi się podoba - styl, forma, klimat, wszystko. Widać, że dopracowałaś każdy szczegół. Każdy akapit jest przemyślany. Super.
    Pozdrawiam
  • Cofftee 3 miesiące temu
    A bardzo dziękuję, starałam się :-)
    Pozdrawiam!
  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Dzień dobry!
    Przypominamy o obdarowywaniu zestawami – dziś o godz. 20.00.
    Pozdrawiamy :)
  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Cofftee, oto Twój zestaw:
    Postać: Uzależniony od kawy
    Zdarzenie: 8 osób - 8 krótkich historyjek o tym, gdzie ośmiu bohaterów zaskoczył koniec świata. W skrócie (8 osób + The End)

    Gatunek (do wyboru): Western lub Romans/erotyk lub (pod kątem Antologii) Horror i pochodne
    Czas na pisanie: 4 sierpnia (niedziela) godz. 19.00

    Powodzenia :)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dziękuję bardzo, treningu!
  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Cofftee weny! :)
  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    https://treningwyobrazni.blogspot.com/2019/08/czekajac.html

    :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania