Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

TW#13 Jej koniec

Postać: uzależniony od kawy

Zdarzenie: 8 osób - 8 krótkich historyjek o tym, gdzie ośmiu bohaterów zaskoczył koniec świata. W skrócie (8 osób + The End)

 

* * *

 

Patrzył na zgromadzone tłumnie twarze, gdy nagle, zupełnie znikąd wpadło mu do głowy, że one same w sobie tworzą niesamowicie barwną, choć pesymistyczną w osobistym odbiorze galerię. Wymalowane na nich emocje prezentowały iście teatralny przekrój: od rozumnego zaangażowania, poprzez mdłe, grzecznościowe zainteresowanie, na bezkresnej nudzie skończywszy. Ta ostatnia dotykała go najbardziej, dlatego czasem udawał, że nawleka na siebie niewidzialną tarczę, od której podobne urazy odbijają się jak piłeczki pingpongowe od stołu.

Pok – nie bierz tego do serca. Pok – może mają zły dzień, pok-pok.

Ostatecznie przecież zapłacili, by posłuchać jego biadolenia.

– W porządku, drodzy państwo! – zawołał donośnym głosem, wykonując w powietrzu zagarniające ruchy rękoma, zupełnie jakby wierzył, że pomoże to zebrać grupę w wyznaczonym miejscu. – Przechodzimy dalej, proszę za mną!

Ze względu na konieczność stworzenia odpowiednich warunków do przechowywania dzieł sztuki, w muzeum panował przejmujący chłód. Joshua, choć przyzwyczajony do owych wczesnowiosennych warunków, tym razem zarzucił na ramiona rozpinany sweter. Gina lubiła drwić z beżowego koloru bawełny. „Zaczynam wątpić w przyszłość naszego małżeństwa, jak na niego patrzę”, mówiła, „jeszcze żeby nie był taki obcisły…”

– Dobrze – zagrzmiał znów jego donośny głos, gdy podeszli do wypełniającego całą gładź ściany płótna, osadzonego w czarnych ramach. Dzieło było tak ogromne, że nawet Joshua czuł niepokój, odwracając się do niego plecami. Gdyby jakimś cudem malunek spadł z mocowania, jego ciężar mógłby złożyć go jak harmonijkę z papieru. – Zatrzymujemy się właśnie przed jednym z najcenniejszych okazów naszego zbioru. Obraz autorstwa Brian’a O’Neil’a, namalowany w 2020 roku, nosi tytuł „Nie znasz dnia, ani godziny”. Patrząc na ten rarytas nie trudno zgadnąć dlaczego.

Joshua znał pracę O’Neil’a na pamięć. Studiował ją i analizował setki razy, toteż gdy opowiadał, wskazywał orientacyjnie poszczególne punkty otwartą dłonią, nawet nie spoglądając za siebie.

– Arcydzieło malarza przedstawia artystyczną wizję końca świata. Widzimy, że prezentuje ogromne miasto, być może San Francisco z przyszłości, w którym przyszedł na świat i żyje do dziś autor. Liczne, walące się budynki to pierwsze, na co zwracamy uwagę. Dopiero potem, idąc dalej w przedstawioną scenę, dostrzegamy kluczowe detale. Obraz prezentuje osiem osób, zaskoczonych przez Apokalipsę w różnych codziennych sytuacjach. Proszę popatrzeć o, tutaj. W prawym dolnym rogu autor uchwycił mężczyznę, którego dojrzały wiek rozpoznajemy po kiełkującej na bakach siwiźnie. Rozmawia przez telefon, oglądając się przez ramię. Po jego zszokowanej minie zgadujemy, że prawdopodobnie zaraz wypuści urządzenie z rąk. W wolnej dłoni natomiast trzyma kwiaty. Może planował podarować je żonie?

– Taa, jasne – wtrącił po cichu ktoś z tyłu.

– Tutaj z kolei – przewodnik odchrząknął. Łapało go lekkie przeziębienie. – O, tutaj, w oknie jednego z mających za moment runąć budynków, wprawne oko zauważy zarys odbywającej stosunek pary.

Wycieczka zachichotała. To także nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.

– Więc – podjął Joshua. – Jak widać, podczas gdy mężczyzna zamyka oczy i całkowicie wnika w ekstazę chwili, kobieta spogląda z roztargnieniem w okno, ewidentnie szukając źródła niepokojących wstrząsów. Ośmiu przedstawionych tu bohaterów to jednocześnie osiem osobistych historii końca. Wśród namalowanych jest także staruszka i mała dziewczynka. Największą zagadkę stanowi jednak ta oto osoba z ubocza kompozycji.

Przewodnik wskazał na niewyraźną plamę, mającą odzwierciedlać kontur siedzącego na dachu wieżowca człowieka. Budynek, na którym się znalazł, przechylał się wyraźnie na bok, podczas gdy twarz postaci chłonęła bezkres rozgniewanego nieba.

– Co w niej szczególnego? – zapytała kobieta z wysokim kokiem na głowie.

– Proszę rozpatrzeć rozplanowanie światła na obrazie. Siedem osób, niezależnie od ich położenia, autor pogrążył w ciemnościach. Jedynym, na kogo pada odrobina schowanego za zwałami chmur słońca, jest właśnie ten mężczyzna. Bądź chłopak, trudno z tak daleka ocenić jego wiek. Znawcy pieszczotliwie nazywają go „Szczęściarzem”.

Grupa milczała. Dokładnie tak, jak Joshua tego pragnął.

– W sztuce ciemność często kojarzona jest bezpośrednio ze śmiercią i przemijaniem – dodał. – Czy możemy zatem założyć, że wszystkie postacie prócz tej jednej, już za moment siła zagłady zmiecie z powierzchni ziemi? I, jeśli w odbiorze nie mijamy się z prawdą, dlaczego to właśnie ten odległy, siedzący na krawędzi mężczyzna zasłużył na przeżycie? Na te pytania muszą odpowiedzieć już sobie państwo samodzielnie.

Pojedynczy jęk zawodu przemknął po ścianach muzeum. Rozsiana przez przewodnika dramaturgia utrzymała resztę zwiedzających w idealnej ciszy.

Joshua z satysfakcją zadarł kącik ust.

– Proszę dalej.

 

Mimo iż trudno było o pracownika z lepszym nastawieniem do wykonywanego zajęcia, Joshua zawsze wyczekiwał przerwy na lunch. W południe, między jedną wycieczką a drugą, zszedł na dół do niewielkiej restauracji wychodzącej na główną ulicę i zamówił ulubiony zestaw: dużą kanapkę z tuńczykiem i kawę. Jeśli coś lubił bardziej na tym świecie niż sztukę, to właśnie ten napój. Pił go na potęgę jak alkoholik piwsko. Mała czarna pobudzała jego umysł, a co najważniejsze, pachniała aromatycznie i po prostu wyśmienicie.

Skończywszy jeść, odkrył, że zostało mu całe piętnaście minut. Za mało, by gdzieś jeszcze wyskoczyć i za dużo, by stać jak kołek przed restauracją.

Nogi powiodły go na górę. Z parującą kawą w ręku minął kilku ochroniarzy oraz ekipę remontową niosącą na dach wielgachną drabinę i wszedł po schodach do sali, po której jeszcze niedawno oprowadzał gości obiektu. Pokręcił się tam, lustrując dzieła, próbując wprowadzić do swojego spojrzenia powiew świeżości i nowy pomysł interpretacyjny.

Miał go zignorować, ale, zupełnie jakby widział ów fenomen po raz pierwszy w życiu, jego monumentalność w tajemniczy sposób przykuła uwagę Joshuy. W ten sposób ponownie stanął oko w oko z majstersztykiem O’Neil’a.

Był przy nim malutki i nic nieznaczący jak najwyższe ziemskie szczyty widziane z kosmosu. Podobnie wielkość, jak i zawartość obrazu usiłowała wgnieść przewodnika w ziemię, rozetrzeć w pył na podłodze.

Spojrzeniem odszukał ośmiu bohaterów płótna, Szczęściarza umyślnie omijając aż do samego końca. Gdy wreszcie zaczepił wzrok na jego rozmytych kształtach, palce aż świerzbiły go niemiłosiernie, całą duszą pragnąc smagnąć sylwetkę chłopaka opuszkami palców, jakby w ten sposób zastygły na wieczność młodzieniec mógł przekazać komuś swój sekret.

– Jak ty to zrobiłeś, przeklęty bachorze? – szepnął Josh, kompletnie zapominając o obecności zwiedzających muzeum turystów. Ich kroki były tak odległe i nierealne jak istniejące gdzieś we wszechświecie inne galaktyki. – Dlaczego akurat ty?

Huk.

Najpierw usłyszał krzyki, a dopiero potem poczuł przybierające na sile wibracje. Eksponaty zaczęły, drgając, przemieszczać się po podłodze, a stabilny grunt wyślizgiwać spod nóg.

Nim opadł w bezkresną ciemność, stoczył w głębi siebie wewnętrzną, zaciekłą walkę decydując, który numer wybrać.

 

Czas nie chciał mijać szybko i uparcie grzązł w błocie. Że tak w ogóle bywało, znacznie łatwiej szło zrozumieć; że zawsze tak będzie akurat wtedy, gdy potrzeba, by pędził – stanowiło gorszą część układu.

Gina odrzuciła włosy na plecy, wzdychając. Nie miała ani weny, ani ochoty, by cokolwiek tworzyć. Jej podświadomość od samego rana czekała na nadejście wieczoru i był to ten obszar jej umysłu, z którym nie potrafiła walczyć.

Zadzwonił telefon. Musiała wstać od biurka, aby go odebrać, co przyjęła niebywale ciepło. Tamtego dnia bowiem ochoczo wnikała w każdą próbę rozproszenia koncentracji.

Podeszła do nocnego stoliczka przy łóżku i sięgnęła po rozjarzone urządzenie. Ekran wyświetlał obwiedzione serduszkami imię męża. Tak, potrafiła być infantylna. I tak, także między innymi to go w niej ujęło.

Odebrała połączenie w naturalny, właściwy jej sposób obracając się przy tym w stronę źródła światła. Jej sylwetkę otuliło ciepło letniego słońca.

– Cześć, Josh – powiedziała, spoglądając życzliwym okiem na panujący na ulicy, codzienny gwar. A to ktoś przejechał pod ich mieszkaniem na rowerze, a to pies ciągnął właściciela na smyczy, a to mały brzdąc upadł na brodę i z rykiem walił pięściami w chodnikowe płyty. – Nie zgadniesz, ale dzisiaj znowu nie idzie mi praca. Ugh, jestem taka wściekła! – dodała, choć jej głos pozostawał nieskażony złością.

Zmarszczyła brwi, gdy odpowiedziała jej wymowna cisza, rozbrzmiewająca po drugiej stronie łącza. Milczenie zaraz obwarowała seria dziwnych trzasków.

– Josh? Jesteś?

Kaszel. Duszący, trudny do okiełznania.

Wreszcie jego głos.

– Tak, kochanie.

Ale jaki inny! Zmieniony i ochrypły. Jednocześnie należący i nienależący do osoby, którą tak dobre znała.

– Nic ci nie jest? – spytała. – Brzmisz jakoś nieswojo.

– Mówisz – przerwał mu napad kaszlu. – Mówisz, że nie możesz pracować?

– Tak, ale to nie ma znaczenia, jeśli źle się czujesz. Jesteś w pracy?

– Tak.

– Może lepiej weź wolne i idź do lekarza? Naprawdę, twój głos…

– Nie. Nie trzeba, Gina. Porozmawiajmy.

Pauza.

Kobieta intensywnie zbierała myśli.

– Dobrze – wypaliła wreszcie, nawet nie starając się zamaskować dystans, który zawsze szedł u niej w parze z niepewnością. – Ale jak wrócisz, to tak cię przemagluję, że popamiętasz.

Oddychał jakoś szorstko, głośno. Przypominało to Ginie napady astmy jej starszej siostry.

– Kochanie – podjął niezdrowy głos w słuchawce. – Chciałbym, żebyś usiadła.

Nie musiał tego nawet mówić, jej nogi bowiem zdążyły wystarczająco zwiotczeć i sama opadła na brzeg łóżka.

– Nic nie rozumiem, Josh.

– Posłuchaj. Bardzo… Bardzo bolą mnie nogi i…

– Josh, do licha! – wybuchnęła. Palce wolnej ręki wczepiła w materac. – Co się z tobą dzieje?!

– I nie mam za dużo czasu, ale chcę ci coś powiedzieć.

– Dzwonię po karetkę!

– Nie – zaprotestował słabo rozmówca, stale pokasłując. – Proszę, zostań.

Milczała.

– Proszę – nacisnął, ostatecznie łamiąc jej dziki opór.

– W porządku – odezwała się, z trudem wysypując z ust drżące dźwięki. Czekała w napięciu.

– Ja… Dziękuję ci – w jego głosie pierwszy raz od początku rozmowy odnalazła ślad po uśmiechu. – Dzięki tobie jestem jak ten Szczęściarz.

– Jaki znowu Szczęściarz? – wtrąciła płaczliwie, lecz jej pytanie wpadło w próżnię.

– I mając ciebie nawet teraz, kiedy dookoła jest tak ciemno, czuję…

– Do kurwy nędzy, Josh! Jak to ciemno, jak to…?!

– …na sobie ciepło.

– Kurwa! – Nie wytrzymała. Niewiedza gromadząca się na jej barkach zaczęła opuszczać je wraz z przedmiotami, jakie Gina rzucała w przypływie gniewu na podłogę. Brała wszystko, co dostępne na wyciągnięcie ręki: poduszki, budzik, książki z nocnej szafki. Płakała. – Josh! Powiedz… Powiedz mi…!

– Gina, chciałbym… – teraz oboje z trudem łapali w płuca powietrze.

– Co ty najlepszego zrobiłeś, co zrobiłeś?!

– Musisz pamiętać, że to nie koniec świata. Nie dla ciebie. Słyszysz? Zasługujesz…

– Zamknij się! Nie będę tego słuchać, pieprzona gnido! – zerwała się z miejsca. Zaraz po tym opadła jednak na podłogę, szukając oparcia, którego nic nie mogło jej zapewnić. Nawet tam nie uciekła od smugi pogodnego światła, oświetlającego jej wznoszące się i gwałtownie opadające plecy. – Masz wrócić do domu w tej chwili!

– Nie mogę, skarbie, nie mogę. Spotkamy się jeszcze, ale dopóki to się nie stanie…

Znikał, podobnie jak niknęły w słuchawce jego głos. Chciała powściągnąć krzyki i wycie, wiedziała, jak bardzo będzie żałować, że nie wzięła się w garść i nie wysłuchała z uwagą jego najdroższych słów, lecz nie potrafiła przestać.

– Wróć, błagam. Wróć do mnie… – wychlipała, przytykając usta dłonią. Łzy skapywały po niej perłowym łańcuchem. – Potrzebuję cię tutaj.

– Muszę kończyć, Gina. Proszę, obiecaj, że zadbasz o siebie.

– Nie rozłączaj się, nie waż się…!

– Obiecasz mi? – zdominowało go wycie syren.

– Sa…!

Przepadł.

 

Nie miał zielonego pojęcia, czy nadal je ma, czy tylko leżą pod przygniatającym go ciężarem, udając spójną z resztą ciała całość. W każdym razie teraz nie czuł ich istnienia ani trochę, a co za tym szło, także i bólu.

Tam, dokąd zabrała go jego własna podświadomość, poddawał w głęboką wątpliwość wszystko, co go otaczało.

Budynki tak naprawdę się nie zawalają. O tym trąbią tylko w wiadomościach.

Wypuścił telefon z dłoni i wykręcił szyję. Ujrzał przenikającą do wnętrza betonowych zgliszczy wąską stróżkę światła. Zupełnie jakby to Gina przesłała mu wiadomość.

Zabawne.

Nim pokryta pyłem klatka piersiowa opadła na zawsze, rozstrzygnął w sercu, jakiej odpowiedzi na jego ostatnie pytanie udzieliła żona.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 8

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • jolka_ka 3 miesiące temu
    Aleś Ty szybka! To teraz ja zaznaczam. :)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Jakoś tak miałam wenę, ale to raczej sama ocenisz, bo mi tylko może się wydawać, że mam :-P
    Zapraszam!
  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Witamy nowy tekst! :)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    A tekst wita Ciebie, Treningu! :-D
  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Trening się cieszy ;D
  • Aga jednostrzały 3 miesiące temu
    Kurcze Cofftee, no powiem ci, że bardzo fajny pomysł miałaś na to opowiadanie. Gdzieś w połowie zarysowało mi się kilka możliwych scenariuszy ciągu dalszego i finału, więc z niecierpliwością czytałam, ciekawa końca.
    Technicznie tekst jest bardzo zgrabnie napisany. Czyta się płynnie. Jest kilka drobnych literówek, ale je przeleciałam.
    Fajne opowiadanko.
    Pozdrawiam xd
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dziękuję! :-)
    Literówki postaram się wyłowić, kurcze, dziady jedne się pochowały...
  • Canulas 3 miesiące temu
    Bardzo liczyłem na ten zestaw. Intrygowało mnie w którą stronę autorka może pójść. Początek - opis obrazu - strasznie, ale to naprawdę strasznie kojarzy mi się z moim tekścikiem: "Odejście największej z gwiazd". No naprawdę ;)

    Ogólnie to już wczesniej było widać, a teraz jedynie potwierdzasz, że piszesz bardzo, bardzo dobrze i co ważniejsze: fajnie.
    Jedną sprawą ogarnianie ogonków, przecinków czy konstrukcja zdań, a czym innym zwykła umiejętność zbudowania plastcznych obrazów czy dynamicznych scen.
    Dialogi uber-naturalne, Nie widać u Ciebie słabych punktów.
    Zajebista historia.

    "– Zamknij się! Nie będę tego słuchać, pieprzona gnido! – zerwała się z miejsca. Zaraz po tym opadła jednak na podłogę, szukając oparcia, którego nic nie mogło jej zapewnić." - się tu zastanawiam czy "zerwała" nie z wielkiej.
    Pozdox
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Chyba muszę dopisać Twój tekst do listy zaległości, a niech mnie, powiększa się z dnia na dzień.

    Dziękuję Canulas za dobre słowo i odwiedziny. Z wielką literą masz rację, do poprawki.

    Pozdrowionka!
  • jesień2018 3 miesiące temu
    Hej Kawko!
    Świetne opowiadanie, bardzo mi się podoba!
    Po pierwsze - znakomicie opisałaś ten obraz, aż chciałabym go zobaczyć i mam wrażenie, że czuję to, co Josh, kiedy przed nim stoi.
    Miałaś też bardzo oryginalny pomysł, ja bym to zrobiła dosłownie, tzn opisała te scenki osobno, więc spotkało mnie przyjemne zaskoczenie.

    Aha, może kilka drobiazgów.
    "w którym przyszedł na świat i żyje do dziś autor" - lepiej "w którym autor przyszedł na świat i żyje do dziś".
    "O’Neil’a" - jeśli na końcu jest spółgłoska, apostrof nie jest potrzebny, więc O'Neila, ale Blake'a.
    "wypaliła wreszcie, nawet nie starając się zamaskować dystans, który zawsze szedł u niej w parze z niepewnością". - dystansu.
    A poza tym urzekło mnie to zdanie, bo jest jakby o mnie :)) Jak i jeszcze kilka innych, na przykład:
    "czasem udawał, że nawleka na siebie niewidzialną tarczę, od której podobne urazy odbijają się jak piłeczki pingpongowe od stołu". albo "Szczęściarza umyślnie omijając aż do samego końca". W ogóle bardzo znajduję siebie w tym opowiadaniu, naprawdę.

    "Że tak w ogóle bywało, znacznie łatwiej szło zrozumieć; że zawsze tak będzie akurat wtedy, gdy potrzeba, by pędził – stanowiło gorszą część układu" - tu się coś zakałapućkało, może dałoby się prościej? Plus porównanie czasu z błotem nie wydaje mi się w tym przypadku zasadne, nie widzę tego.
    Masz też kilka przecinków do poprawy.

    Ale ogólnie napisane jest bardzo dobrze.
    I bardzo wciągająco.
    Tylko napisz mi, pls, choćby na priv, co się tam wydarzyło?! Że u niego tak, a u niej nie. I on o tym wiedział...? Strrrasznie jestem ciekawa.

    Podsumowując - lektura była ogromną przyjemnością! Brawo:)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dziękuję Jesieni, zgadzam się z poprawkami jak najbardziej, czasem kurcze jednak umyka w wirze pisania.
    Jeśli masz maila w "o mnie", to zaraz się odezwę.
  • Ritha 3 miesiące temu
    „Obraz prezentuje osiem osób, zaskoczonych przez Apokalipsę w różnych codziennych sytuacjach” – bardzo sprytnie :)

    „Grupa milczała. Dokładnie tak, jak Joshua tego pragnął” – dobra wstawka

    Ogólnie pomysł świetny, bo zdarzenie jakie miałaś przedstawić wbrew pozorom wcale nie jest takie łatwe do realizacji – objętościowo może przytłoczyć, chcąc przedstawić osiem osobnych historii. Ty natomiast zrobiłaś to nader sprytnie kondensując wszystko w jednej opowieści, a nawet ciaśniej – w jednym obrazie, wokół którego toczy się opowieść.

    „palce aż świerzbiły go niemiłosiernie, całą duszą pragnąc smagnąć sylwetkę chłopaka opuszkami palców” – palce/palców dość blisko siebie
    „Że tak w ogóle bywało, znacznie łatwiej szło zrozumieć; że zawsze tak będzie akurat wtedy, gdy potrzeba, by pędził” – to zdanie jest jakieś strasznie pomotane
    „Jej podświadomość od samego rana czekała na nadejście wieczoru i był to ten obszar jej umysłu” – 2 x „jej”, no taki pół-zarzut (możliwe, że za bardzo się czepiam, ale nie lubię nadmiaru zaimków okrutnie)
    „I tak, także między innymi to go w niej ujęło.
    Odebrała połączenie w naturalny, właściwy jej sposób obracając się przy tym w stronę źródła światła. Jej sylwetkę otuliło ciepło letniego słońca” – tak samo tu, na dość małej przestrzeni jest niej/jej/jej
    „Ugh, jestem taka wściekła! – dodała, choć jej głos pozostawał nieskażony złością” – rozważyłabym ten wykrzyknik, bo niby pasuje do wypowiedzi, ale z tej części zdania: „jej głos pozostawał nieskażony złością” wynika, ze jednak miała spokojny głos
    „Znikał, podobnie jak niknęły w słuchawce jego głos” – niknął* głos albo niknęły słowa* (?)

    Zrobiło się w pewnym momencie melodramatycznie. Okej, więc tak – zgłupiałam pod koniec i to prawdopodobnie moja wina, bo chciałam poczytać tw, wrzuciłam Twoje na pierwszy strzał (bez rozgrzewki) i początkowe sceny płynne i klarowne, a potem się pogubiłam. Przepraszam! Niemniej narracja i pomysł obsadzenia zestawu kapitalny.
    Pozdrówki :)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Możliwe, że pokusiłam się też za szybko na wrzucenie opowiadania, także ja się tam w ogóle nie obrażam za uwagi :-P
    Dziękuję za wizytę, miłego dnia!
  • Ritha 3 miesiące temu
    Cofftee wzajemnie :)
  • Ritha 3 miesiące temu
    pssst, obadaj maila
  • jolka_ka 3 miesiące temu
    Jestem. Po pierwsze, to co wciskasz innym na temat swojego nieogarniania interpunkcji to bzdura. Według mnie wszystko dopracowane, nie ma kanciastych zdań (poza jednym, przytoczę ja końcu), narracja płynie swobodnie, dialogi naturalne i punkt kulminacyjny świetnie zarysowany. Trochę zgłupiałam jak Ritha w pewnym momencie, bo tu eksponaty, tu świadomość, tu coś jeszcze. Ale z drugiej strony taka niejednotorowość robi dobrze wyobraźni :) Trochę, jeśli chodzi o relacje tych dwojga, przypomina mi to pisanie jesieni :d
    Tu wspomniane zdanie:

    "Czas nie chciał mijać szybko i uparcie grzązł w błocie. Że tak w ogóle bywało, znacznie łatwiej szło zrozumieć; że zawsze tak będzie akurat wtedy, gdy potrzeba, by pędził – stanowiło gorszą część układu." Może niekoniecznie kanciaste, bo chyba zbudowane poprawnie, ale musiałam przeczytać z 4 razy, żeby ogarnąć co do czego się odnosi :D
    Tyle. Podobało mi się. Zwłaszcza historia obrazu!
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Hahah, tak, ja do tego akurat zdania także odnoszę się z pewną rezerwą. Do poprawy!

    Dziękuję, Jolka, za wizytę i komentarz :-)
  • pkropka 3 miesiące temu
    Masz niesamowita wyobraźnię i zmysł do tworzenia postaci. Serio!
    Przeczytałam z przyjemnością i nawet jakbym szukała, nie sądzę żebym znalazła do czego się przyczepić :)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dziękuję pięknie kropeczko! :-)
  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Dzień dobry!
    Przypominamy o obdarowywaniu zestawami – dziś o godz. 20.00.
    Pozdrawiamy :)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Będę obecna! I dziękuję za linka :-)
  • Trening Wyobraźni 3 miesiące temu
    Cofftee, oto Twój zestaw:
    Postać: Pirat z zadbanymi dłońmi
    Zdarzenie: Niewłaściwy smak krwi

    Gatunek (do wyboru): Opowiadanie przygodowe/drogi lub (pod kątem Antologii) Horror i pochodne
    Czas na pisanie: 18 sierpnia (niedziela) godz. 19.00

    Powodzenia :)
  • Cofftee 3 miesiące temu
    Dziękuję bardzo!
  • ania_marzycielka 2 miesiące temu
    Bardzo fajne opowiadanie. Podobały mi się opisy i sam pomysł- bardzo oryginalny. Przyjemnie się czytało, pozdrawiam :)
  • Cofftee 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo Aniu, miło, że wpadłaś! :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania