Uczta dla grzeszników Rozdział 1

[Mam nadzieję, że horror wam się spodoba, gdyż rzadko podchodzę do długich historii z tej kategorii. Pierwszy rozdział jest wstępem więc nie spodziewajcie się wiele^^]

 

Można powiedzieć bez grama przesady, że Don Sewyers - wykończony po długiej podróży czterdziestolatek - nie chciał niczego więcej jak porządna dawka snu. Ustawił poprzedniego wieczora alarm na godzinę siódmą trzydzieści, aby posiadać dokładnie pół godziny na przygotowanie się do pracy. Wstał co prawda leniwie, ale nie pozwolił by zmęczenie odebrało mu to, na co tak ciężko się starał, czyli nowe miejsce do życia po niedawnej stracie ojca. Zabrał się za picie kawy, lecz zrezygnował, gdyż owa smakowała niczym siedem nieszczęść. W następnej kolejności chwycił za wcześniej doręczoną gazetę i zakładając buty, przystąpił do czytania. Nie było nic, co by go interesowało, ani czegokolwiek co powinien wiedzieć. Zrobił to jedynie z rutyny, której był więźniem od blisko dwudziestu lat. Ostatecznie wyszedł na zewnątrz pośpiesznym krokiem.

Na dworze powitał go porywczy jesienny wiatr, który kapryśnie roznosił zapach ziół ze straganów kupieckich oraz pomiatał mu ubraniami zupełnie jak żagle podczas wzniosłej burzy. Don zajrzał do długiego płaszcza, a potem wyciągną z małej kieszonki paczkę papierosów "Red's", w którą to zaopatrzył się na długo przed podróżą od kupca po promocyjnej cenie. Co prawda wiedział, że robi czarne interesy i zakupuje część kontrabandy zza granicy, nie mniej jednak pozwalało to na zaoszczędzenie paru złociszy.

- Są rzeczy ważne i ważniejsze - powiedział, ale jedynie wiatr odpowiedział na te słowa, unosząc je silnie na wszystkie strony świata. Szedł tak przez kwadrans, obserwując uważnie warunki w jakich żyli tutejsi mieszkańcy; Nokton nie było dużym miastem, żyło tu może z trzy tysiące osób, jeśli nie mniej, a trudzili się oni głównie w uprawie roli, czy hodowli zwierząt, a biorąc pod uwagę początek jesieni, nie zostało długo zanim będą musieli zaprzestać pracy. Jednak uwaga Dona skupiała się na prostocie budowy domów i sklepów; były one w większości wykonane z czerwonej cegły a dachy - może i posiadały solidną blachę - to całun czasu przejawiał się na nich w postaci pojedynczych pęknięć i dziur. Zadziwiała go też różnorodność zapachów; raz czuł straszliwy fetor, raz przyjemną woń kwiatów, a jeszcze innym razem wiezione przez chłopów kłosy zboża.

Krótko potem zniknął w uliczce ukrytej pośród cieni...

- A więc przybyłeś...Jak widzę podróż nie należała do tych przyjemniejszych, co? - zapytał go młodszy o jakąś dekadę mężczyzna o tłustych rudych włosach i nędznym ubiorze - Może chcesz coś do picia? - dodał, kiedy ten jedynie badał go wilczym spojrzeniem. Abraham Clark był to rosły facet o ogromnym piwnym brzuszysku, który w dodatku odziedziczył po teściu restaurację, na której wystrój wybrał motyw średniowiecznej karczmy. Dawniej serwowano tu głównie proste, domowe potrawy z ziemniaków i schabu, ale na dzień dzisiejszy każdy mógł liczyć na starannie upieczone ciasto, chleb o chrupiącej skórce, czy nawet szaszłyki prosto z grilla, zrobionego prowizorycznie ze zużytego żelaznego kosza na śmieci. Cóż, bieda zmusza do wszystkiego...

- Wódki... - zażądał Sewyers, na co rozmówca pokiwał głową i odchylił się, starając złapać za drewniany kufel - Nie, ma być w butelce! - powiedział.

Gdy Don chował poproszony przedmiot, Clark zaczął nerwowo naciskać koniuszkami palców na blat drewnianego stołu, tworząc cichy dźwięk i powodując tym samym drżenie mebla. Sewyers jednak siedział cicho, przez długą chwilę.

- Słuchaj...Nie po to jechałem setki kilometrów pociągiem, by teraz bezczynnie siedzieć - rzekł w końcu - Powiedz gdzie go znajdę, a odejdę stąd tak szybko jak to możliwe - Wiedział, że mieszkańcy tego miasteczka dziwnie na niego patrzyli. Przyzwyczaił się do ponurych i pozbawionych empatii spojrzeń, teraz nie było inaczej, tak jak zwykle chciał wykonać to, co do niego należy, by potem się wynieść i modlić, aby nigdy nie powrócić.

Abraham starał się nachylić do niego tak blisko, jak tylko to było możliwe, ale jego brzuch mu na to nie pozwalał, ograniczył się więc do ściszenia głosu.

- Mówi się - powiedział z otwartymi ustami, ujawniając swe żółte zęby - ...że pojawia się właśnie w tej oto karczmie, na krótko przed północą, ale mi się zdawało, że to zwykła gadka pijaczyn!

- Zdawało?

- Ano...Ostatnio też słyszałem odgłosy drapania na poddaszu i powiem ci szczerze...Prawie się posrałem ze strachu! - chwycił za pęto kiełbasy o dziwnej barwie, a następnie zaczął ją jeść - Następnych poranków, gdy wchodziłem na górę, widziałem ślady zadrapań, zupełnie jakby ktoś, lub COŚ, wbijało swoje szpony w podłoże...Obok była też krew...Jak to mówię to zbiera mi się na---

- Rozumiem - przerwał mu - Dam ci radę: Zostań dzisiejszej nocy u kogoś z daleka od tego miejsca tak daleko jak to możliwe...

- Ale--

- Żadnych "ale"...Załatwię ci ten problem, ale nie obejdzie się to bez zapłaty - znowu mu przerwał, ale tamten ostatecznie przystał na warunki przybysza i odszedł na noc, ratując tym samym swoje życie.

 

***

Jak na wczesną jesień, noc zapadła zaskakująco szybko, a następstwem tego było lodowate zimno, które pociągnęło również mgłę. Nokton popadło w sen, jedynie w nielicznych oknach paliły się jeszcze żałosne namiastki światła, co miały zapaść w głęboki sen na parę minut przed godziną jedenastą. Liczył na to, nie chciał bowiem, by blask przykuł niepotrzebną uwagę. Nie marnując czasu, rozwinął zapakowany starannie w ćwiekowaną skórę przedmiot, a potem go uniósł, aby padł na niego blask sierpowatego księżyca. Przedmiotem była kusza - prosta drewniana konstrukcja o wyjątkowo długiej kolbie i dźwigni spustowej, zakrzywionej na kształt poziomo położonej litery "J", której zakrzywienie było jego własnej roboty, chciał by by dźwignia była prosta do użycia i nie irytowała jego palca, gdyby przyszło mu za nią pociągnąć, uwalniając śmiercionośny bełt.

- Dochodzi północ, póki co jest cicho - powiedział, spoglądając na tarczę kieszonkowego zegarka. Ukląkł i zaczął się modlić - O panie Boże, wybacz, ale odbiorę dziś kolejne życie... - zakończył, kreśląc w powietrzu znak krzyża.

I właśnie po tym rozległ się ryk - doniosły i przerażający- który z pewnością sparaliżowałby pierwszego lepszego kmiecia, jednak na nim nie zrobił żadnego wrażenia, po prostu ruszył w jego kierunku.

Towarzyszyły mu odgłosy skrzypiącej podłogi oraz głębokie oddechy, których sam nie produkował, odwracał się raz na parę sekund, aby sprawdzić czy żadna maszkara nie depcze mu po piętach, nie deptała, lecz panowała ciemność. Szedł po prawdzie kilka sekund, co wydawało się być wiecznością, aż w końcu dostrzegł główną przyczynę hałasu. Poprawił swą bujną czuprynę czarnych włosów.

Stała przed nim istota na wysokość dwóch metrów o nieregularnej postawie i dwóch rzędach, pokrytych śluzem zębach, która omylnie przypominała człowieka jedynie z twarzy. Był to wampir... Człekokształtna istota odbiwszy się od ściany, popędziła z żądzą mordu w jego stronę. Sewyers zrobił piruet, powodując, że stwór uderzył z impetem w ścianę, a następnie wycelował z kuszy, by wyprowadzić śmiercionośny strzał. Przeciwnik szybko pokonał oszołomienie z uderzenia, po czym ponowił próbę ataku. Don wyciągnął szybko butelkę wódki, rzucił ją na stwora i widząc, że ten zaczyna łapać się z powodu drażniącego działania substancji, odpalił zapalniczkę i się zbliżył...

- Wracaj do piekieł, pomiocie szatana! - tym zwrotem dodał sobie animuszu i rzucił zapalniczkę przed siebie, sprawiając, że wampir zaczął płonąć i drzeć się w niebo głosy. Posłał na sam koniec bełt w cieniste serce bestii, zapijając ją raz na zawsze. Płomienie jednak nie ugasły, atakując wszystko co popadnie i tworząc tym samym pożar.

Sewyers - nie myśląc nad tym co robi - wyskoczył przez okno, a szok jakiego doznał był tak duży, że stracił przytomność...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun tydzień temu
    Aż mi się przypomniał Van Helsing. Ciekawy początek. Zobaczymy jak się rozwinie :D
  • DEMONul1234 tydzień temu
    Bo sie troche wzorowalem tym ^^
  • Shogun tydzień temu
    DEMONul1234 tak myślałem :D
  • sisi55 5 dni temu
    Czy główny bohater to łowca potworów? Bo jeśli tak to dziwne, że od razu zemdlał skoro się tym zajmuje.
  • DEMONul1234 5 dni temu
    Istnieje różnica między byciem w danym zawodzie od lat, a robieniem sporo w danym zawodzie. Wampiry(jak i inne potwory) występują naaaapraaawdę rzadko.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania