TW #14 W lodowym potrzasku

Postać: Zbyt wrażliwa

Zdarzenie: Dwuznaczne spojrzenia w autobusie

Gatunek: Opowiadanie przygodowe/drogi, horror oraz postapo

 

Mówią, że problemy to rezultat serii drobnych pomyłek czy porażek następujących tuż po sobie. Początkiem dzisiejszych była zbyt gwałtowna reakcja kierowcy autobusu. Koła wjechały na lód w momencie, gdy kazał im skręcić, w wyniku czego straciły przyczepność i wpadły w poślizg. Autobus zatoczył duży łuk, kierowca próbował skontrować, ale koła nie odpowiadały na ruch kierownicą. Walczył zaciekle przez kilka długich sekund. Poślizg nie dawał się opanować, autobus nabierał impetu, chwilę później koła odzyskały przyczepność, gdy był zwrócony w stronę pobocza. Kierowca ostro hamował, ale autobus nie zwolnił. Przednie opony przecięły skraj drogi i zjechały wprost do płytkiego rowu wypełnionego śniegiem. Pojazd zatrzymał się przechylony w dół i zawisł nad prawym pasem ruchu. Silnik zgasł, odezwały się krzyki pasażerów, przerażonych, rannych, pokaleczonych, połamanych, uwięzionych pośrodku śnieżycy całe mile od bezpiecznej przystani.

W ciągu godziny opanowali chaos. Obrażenia podróżnych skończyły się na kilku wybitych barkach, wstrząśnieniach mózgu, dwóch złamanych obojczykach i dziesiątce lżejszych potłuczeń. Szczęście w nieszczęściu, jednak najgorszą bolączką był brak perspektyw na wydostanie autobusu z lodowej pułapki. Mogli tylko czekać, unieruchomieni w ciszy przysypanego śniegiem świata.

Sam Browning, dowódca grupy przydzielonej do ochrony pojazdu był wysokim, barczystym mężczyzną. Weteran wojny w Zatoce, w dniu gdy obcy zaatakowali ziemie, pełnił służbę na jednym z posterunków przy granicy z Meksykiem. Jak większość ludzi zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak, dopiero kiedy jego towarzysze upadli bez życia. Przetrwał pierwszą falę i jako jeden z nielicznych okazał się odporny na wirus. Potrafił tylko zabijać, więc po upadku cywilizacji został najemnikiem, ale Sam nie był pospolitym opryszkiem, swoje umiejętności wykorzystywał do ochrony słabszych. Właśnie skończył usztywniać zwichnięty nadgarstek kilkuletniego chłopca. Dzieciak dzielnie znosił ból i tylko pochlipywał cicho, ale podkrążone i zaczerwienione ze zmęczenia oczy wskazywały, że przeżył trudne chwile.

– Jesteś dzielny, gdy będziesz duży, chętnie widziałbym cię w mojej drużynie – powiedział Sam, po czym poczochrał smyka po głowie.

W oczach chłopca błysnęły iskierki nadziei i podziwu. Wszyscy słyszeli o dokonaniach Sama w walce z najeźdźcą, dla wielu młodych stanowił wzór do naśladowania. Człowiek postury niedźwiedzia z włosami przetkanymi siwizną niósł nadzieje w zniszczonym przez obcych świecie. Sam uśmiechnął się szeroko i ruszył na przód pojazdu, potem posadził swoje zwaliste cielsko obok swojego zastępcy, Micky'ego, zamknął oczy i głośno wypuścił powietrze.

– Nie możemy dłużej czekać, czas gra na naszą niekorzyść. – Micky z niepokojem wpatrywał się w sypiący za oknem śnieg.

– Wiesz że to nie wina Bena? – odparł Sam, nie otwierając oczu. Nie usłyszał odpowiedzi, więc odwrócił głowę i popatrzył na zamyślonego przyjaciela. Micky wyczuł spojrzenie.

– Co z nim? – spytał.

Micky widział, że Ben podczas wypadku uderzył z dużą siłą o kierownicę i stracił przytomność, zdawał sobie sprawę, że kierowca i tak świetnie sobie poradził, pomimo zmęczenia po kilkunastu godzinach za kółkiem. Z całego oddziału liczącego piątkę ludzi, właśnie Bena lubił najbardziej. Poczuł się trochę winny, że zajęty opatrywaniem innych, a później próbą wydostania autobusu, zapomniał o przyjacielu, jednak po chwili zdał sobie sprawę, że Ben wychodził bez szwanku z gorszych opresji.

– Ma paskudnego guza i chyba wstrząśnienie mózgu, ale ani kropli krwi – uśmiechnął się Sam.

– Zawsze był z niego gruboskórny sukinsyn – odparł Micky. – Paliwa nie starczy na długo, jak wysiądzie ogrzewanie wszyscy zamarzniemy.

– Zapominasz się! To nie są żołnierze. Popatrz na nich, kobiety i dzieci. – Sam odwrócił się, ale uświadomił sobie, że Micky musiałby wstać, żeby zobaczyć wystające zza siedzeń przerażone twarze pasażerów. – Teraz po wypadku grupa jest zbyt wrażliwa, poza tym nie mamy pewności czy znajdziemy lepsze schronienie przed zmrokiem. Przeczekamy śnieżyce.

– Wtedy nie zostanie ani kropla paliwa.

– Powtarzasz się Micky! – Sam zdał sobie sprawę, że wypowiedział słowa zbyt głośno, w myślach policzył do pięciu, po czym wziął głęboki oddech. – Co chcesz zrobić?

Micky wyciągnął mapę. Wskazał na niewielką miejscowość położoną kilka mil od ich aktualnej pozycji.

– Kiedyś robiliśmy ten kwadrat, pamiętam fabrykę, w garażu stały ciągniki.

– Nawet jeśli ciągle tam są, akumulatory rozładowały się i nie ma paliwa. Poza tym chyba pamiętasz, dlaczego tak szybko opuściliśmy ten kwadrat? – powiedział Sam i poczuł przy tym nieprzyjemne mrowienie w okolicy karku.

– To nasza szansa. Zapasy paliwa powinny być nienaruszone, nikt się tam nie zapuszcza, potrzeba dużej grupy, żeby oczyścić teren, a tu takiej nie ma i nie było.

– Więc skąd pomysł, że dasz radę sam? To zbyt ryzykowne. Potrzebuje cię tutaj, Micky. – Sam wziął mapę i rozłożył na kolanach, przebiegł palcem wzdłuż trasy w odwrotnym kierunku niż wskazywał Micky. – Tutaj powinien być stary obóz przejściowy, ale nie będę prowadził wszystkich, jeśli okaże się, że nie ma po co. To jest robota dla ciebie. O tym co dalej pogadamy, gdy grupa będzie bezpieczna.

– Byliśmy tam pół roku temu, ogołocony do cna, ludzie Halsolma zabrali ze sobą nawet beczki. Ta fabryka to nasza jedyna szansa, nie doczekamy pomocy, kolejny konwój dopiero się zbierał, będą tu za tydzień. Poza tym na zwiady możesz wysłać Liama.

– Jeśli to zrobię, pozostanę tylko ja i Han, bo Ben chwilowo nie nadaje się do walki. Liam jest za wolny, nie ma szans wrócić przed zmrokiem. – Sam pokręcił głową.

– Może pobiec – odparł Micky.

Sam zmrużył oczy, Micky był młody i narwany, a przede wszystkim uparty, dostrzegł tak dobrze znane nieustępliwe spojrzenie w jego oczach, ale z drugiej strony, Micky był z nimi od lat i zapracował na swoją pozycję, Sam wiedział że pomysłowość i intuicja młokosa, już nie raz uratowały im dupy.

– Masz zamiar tachać jeden z tych wielkich akumulatorów z autobusu?

– Ciągniki to proste diesle, potrzebują napięcia, żeby rozgrzać żarniki, gdy uruchomię silnik, prąd będzie zbędny. Zresztą i tak nie mógłbym zapalić świateł.

– Więc? – spytał Sam. Był świetnym dowódcą i ludzie bez szemrania słuchali jego rozkazów podczas walki, ale odznaczał się pewną ignorancją, jeśli chodzi o zdobycze techniki.

– Wezmę cztery baterie z wiertarek, mają takie samo napięcie i wystarczą, by odpalić.

– Mamy mało amunicji. – Sam nie dawał za wygraną, szukając dziury w całym.

– Wezmę tylko pistolet – odparł Micky. Brak karabinu stanowił istotną lukę w jego planie. W razie zagrożenia był pozbawiony ochrony, ale zdawał sobie sprawę z kruchości zapasów, a jego snajperski Sako TRG był ciężki, nieporęczny i kompletnie bezużyteczny w zamieci. Przez chwilę chciał zostawić nawet broń krótką, ale wiedział że bez ciężaru przy pasku, czuł się nagi.

– I tak pójdziesz, co? – spytał Sam.

Micky już miał odpowiedzieć, ale Sam powstrzymał go ruchem dłoni.

– Masz dwanaście godzin, później ruszamy na północ.

– Sama droga w obie strony zajmie dziesięć godzin.

– Możesz pobiec. – Sam uciął dyskusję.

Przygotowania zajęły zaledwie kilka minut, Micky wyładował z bagażnika baterie i wrzucił do plecaka. Potem przebrał się w biały kombinezon, podszyty watówką, która chroniła przed mrozem. Wychodząc, popatrzył na pasażerów, żegnały go spojrzenia kryjące mieszaninę nadziei i strachu. Później z sykiem otworzyły się drzwi, do środka wpadło mroźne powietrze i tumany śniegu. Zamieć rozszalała się na dobre.

– Jesteś pewny, że sobie poradzisz? To nie będzie łatwe – spytał Sam.

Micky odwrócił się i spojrzał na dowódcę.

– Nigdy nie jest – odparł.

Micky zeskoczył do rowu, pobrnął po lodzie i błocie w stronę pobocza, potem wdrapał się na jezdnie i pobiegł. Śnieg sypał mu w twarz, nagle we wszechobecnej szarości pojawiło się światło latarki, ale zaraz zgasło.

Han nie obijał się na warcie.

Po pierwszej mili Micky musiał zdjąć kaptur i rozpiąć kurtkę. Brodząc w zaspach, odczuwał pierwsze oznaki zmęczenia. Śnieg gęsto sypał, duży i ciężki, gdyby człowiek zgubił kierunek, mógłby iść przed siebie tak długo aż by zamarzł. Micky wyciągnął kompas, wtedy dopadły go pierwsze wątpliwości, ale po chwili uświadomił sobie, że jeszcze nigdy nie zgubił kierunku i zastanawia się nad tym tylko po to, żeby odwlec chwilę, w której będzie musiał znowu ruszyć.

Monotonnym rytmem sto kroków truchtem, sto marszem parł przed siebie jak taran, Po każdych skrupulatnie odliczonych dwóch tysiącach robił krótkie przerwy, aż dotarł do celu w dolince. Miasto zbudowano bez planu, domy po prostu wyrastały tam, gdzie odpowiadało ich właścicielom. W rezultacie powstała chaotyczna mieszanina krętych alejek, porozrzucanych tu i ówdzie budowli i przedziwnie poprowadzonych ulic, kiedyś tętniących życiem, dziś pustych i cichych, okrytych śnieżnym całunem.

Interesowała go wyłącznie fabryka, duży kompleks na skraju miasta otoczony siatką. Powoli, ostrożnie stawiając kroki, zagłębił się między budynki. Wiedział, że dzięki wrodzonemu zmysłowi orientacji nie zgubi kierunku, choćby nie wiem jak kręte i zawiłe były uliczki. Szybko zmierzał w stronę fabryki, ale zatrzymał się przed ostatnim skrzyżowaniem. Domy kończyły się, a teren opadał stopniowo, czego nie zauważył przez wszechobecne zaspy, ale teraz sobie uświadomił, że jeszcze kawałek i jego sylwetka będzie się wyraźnie odcinać od linii zbocza. Do tej pory nie zauważył nic podejrzanego, ale wolał nie ryzykować. Ostatecznie ostrożności nigdy za wiele. Oddalił się łukiem, żeby podejść do ogrodzenia od strony budynków gospodarczych, dzięki czemu mógł przejść ostatnie metry niezauważony. Z zadowoleniem stwierdził, że siatka tu i ówdzie oklapła, dzięki czemu łatwo zwolnił zaczepy na dole i przeturlał się pod spodem.

Wślizgnął się między blaszane budy. Cicho posuwał się naprzód, ostrożnie stawiając kroki. Uszedł już spory kawałek. Garaż był na wyciągnięcie ręki. Później usłyszał odgłosy, dochodziły zza linii baraków, które zasłaniały mu widok. W dźwięku było coś jednoznacznie groźnego. Brzmiało jak wiele głosów szepczących lub syczących jednocześnie. Micky poczuł, że włosy jeżą mu się u nasady karku.

Mutaki.

Obcy, którzy opanowali ziemie, stworzyli zabezpieczenie przed tymi, których nie powalił wirus. Stwory stanowiły hybrydę kilku gatunków na czele z człowiekiem. W rezultacie powstały dwunożne jaszczury. Wysokie i szybkie. Ich pokryta łuskami skóra tworzyła pancerz zdolny zatrzymać małokalibrowe pociski, a długie pazury z łatwością wgryzały się w miękkie ciała przeciwników. Bezrozumne stwory mające na celu zabicie każdej żywej istoty. Micky wiedział, że musi zrezygnować, może pokonałby jednego, ale kilku nie dałby rady. Co prawda mutaki nie były zbyt inteligentne, przypominały zwierzęta spuszczone ze smyczy, dodatkowo wierzył, że jest ich tutaj zbyt mało, żeby miały dowódcę, ponieważ w połączeniu z obcymi działali skoordynowani niczym jeden organizm, zabójczo skuteczni. Wzdrygnął się na myśl o upiornie bladych istotach z czarnymi oczami. Podczas ostatniego spotkania ledwo uszedł z życiem.

Świadomość że ktoś taki mógłby krążyć w pobliżu, wprawiała nerwy w stan nieustannej gotowości. Zaczął się wycofywać, a powszechnie wiadomo, że jak coś może pójść nie tak, to z pewnością tak będzie, więc dała o sobie znać prawidłowość dotycząca powstawania problemów. Micky instynktownie chciał się ukryć, więc mocniej przywarł do ściany, czym spowodował niewielki wstrząs, który wystarczył, żeby śniegowa czapa spadła z dachu i z głośnym łupnięciem uderzyła o ziemie.

Micky pobiegł co sił w nogach, czuł pod podeszwami skrzypiący śnieg i nierówny grunt, ale jakoś udawało mu się utrzymywać równowagę. Starał się rozwijać jak największą prędkość, nie zwracając uwagi na ryzyko upadku oraz kontuzji. Musiał być szybki jak wiatr, dobiec do siatki, zanim odetną mu drogę ucieczki. Za sobą słyszał syczenie mutaków i ciężkie uderzenia stóp. Gdyby go złapali, oznaczałoby to okropną śmierć, co do tego nie miał wątpliwości. Zmiana kierunku dała mu chwilową przewagę, od ogrodzenia dzieliło go tylko kilkanaście metrów, ale popełnił błąd i odwrócił się. Zobaczył bladoniebieską skórę i czarne oczy obcego. Obcy ruszył z zabójczą prędkością, a Micky potknął się i z impetem uderzył o ziemię. Świat rozbłysnął potokiem gwiazd, później zgasł, a obraz zwęził się do rozmiarów tunelu.

Micky niezdarnie wstał, ostatkiem sił ruszył na oślep i rzucił się pod siatkę. Instynktownie rozluźnił mięśnie, skulił się, przetaczając przez ramie, później usłyszał głośny trzask, obcy wpadł w siatkę tuż za nim. Micky natychmiast zerwał się na nogi. Głowa pękała, bark pulsował bólem, a na policzku miał krwawe zadrapanie, ale zignorował obrażenia, chciał tylko brnąć naprzód, przestając uważać na cokolwiek i mając nadzieję, że nie potknie się i nie przewróci, jednak zawroty głowy po uderzeniu szybko dały o sobie znać. Ziemia uciekała spod stóp, stracił równowagę i opadł na kolana. Wiedział że nie ma najmniejszych szans, sam wśród lodowej zamieci, popatrzył za siebie, żeby przywitać śmierć. Wtedy zobaczył zaplątanego obcego. Przerdzewiałe zaczepy nie wytrzymały impetu, siatka pękła na łączeniu. Obcy wił się i walczył zaciekle, z każdym ruchem pogrążając się bardziej w plątaninie drutów i lodu. Przez chwilę Micky poczuł przypływ nadziei, a później zobaczył pełznące po dachach mutaki.

Świat wirował przed oczami, a śnieg tańczył pochwycony w wietrzną pułapkę. Micky kątem oka wyłapał niewielki ruch, później na tle budynku zobaczył człowieka. Szedł wprost na obcego, pewnym siebie, miarowym krokiem, jakby zmierzał do sklepu po bułki. Potem Micky usłyszał strzał, a później dwa kolejne tuż po nim. Mutaki na dachach powstały, łapiąc się za głowy. Wydały z siebie potworny skrzek, później padły bez ruchu. Micky uświadomił sobie, że nie jest mu zimno ani ból mu nie dokucza. Później biel zmieniła się w czerń i upadł, niczym szmaciana lalka, której przecięto sznurki.

Następne częściTW #16 W lodowym potrzasku część 2  

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Trening Wyobraźni miesiąc temu
    Witamy nowy tekst! :)
  • Kapelusznik miesiąc temu
    Początek bardzo dobry, przekonujący lód, śnieżyca i tak dalej
    Potem słowa o kosmitach - bardzo fajnie
    ...
    a potem walnąłeś mutantami i klimat mi spadł o kilka stopni
    Końcówka też jakoś mnie nie zachwyciła
    Początek był dobry - ale zakończenie złamało klimat - strasznie clishe - ale nadal dobrze wykonane
    Ale tylko dobrze - szczere 4
    Pozdrawiam
    Kapelusznik
  • Marzyciel miesiąc temu
    Nie zastanawiałem się, czy wszystkim podejdą mutaki. Okiem wyobraźni widziałem to tak, jak opisałem. Zakończenie plot twistem, ze względu na kolejną część, w pełni zamierzone.

    Pozdrawiam.
    M.
  • Karawan miesiąc temu
    Czepialski;

    kierowca próbował skontrować, ale koła nie odpowiadały na ruch kierownicą. - Czyli były uszkodzone! Koła odpowiedziały, a pojazd nie! Jam kierowca :)

    Weteran wojny w Zatoce, w dniu gdy obcy zaatakowali ziemie, - literówka Nazwa własna Ziemia :)

    Teraz po wypadku grupa jest zbyt wrażliwa - Autor miał na myśli, że grupa jest osłabiona? Wypadek nie ma wpływu na wrażliwość najwyżej na drażliwość. Proponowałbym rozbudować i zmienić zdanie :)

    Sam zmrużył oczy, Micky był młody i narwany, a przede wszystkim uparty, dostrzegł tak dobrze znane nieustępliwe spojrzenie w jego oczach, ale z drugiej strony, Micky był z nimi od lat i zapracował na swoją pozycję, - a nie możnaby zrezygnować z powtórzonego imienia i uzupełnić rysopis przymiotnikiem?

    i pobiegł. Śnieg sypał mu w twarz, nagle we wszechobecnej szarości pojawiło się światło latarki, ale zaraz zgasło. - To znaczy, że biegł tyłem do przodu! Autobus został za jego plecami a tu latarka... :)

    że jak coś może pójść nie tak, to z pewnością tak będzie, więc dała o sobie znać prawidłowość dotycząca powstawania problemów. - od słowa "więc..." wyciąłbym - zbędne toto i niczego nie wnosi :)

    Tyle sugestii od Czepialskiego. Czy zasadne? Autor sam odpowie to przecie Jego tekst, a Czepialskiego tylko sugestie!!
    Ja zaś dziękuję za opowiadanie :) uznając wbrew przedmówcy, że zakończenie w punkt - daje bowiem nowe otwarcie na ciąg dalszy - Czytelnik wstaje od stołu głodny wiedzy o dalszych losach :)
    Dziękuję :)
  • Marzyciel miesiąc temu
    Co do kosmetycznych potknięć, to niestety zawsze zdarzy się jakiś nieszczęsny punkt g lub zderzenie z ziemią. Zresztą trzeba dać zarobić redaktorowi i korektorce.

    Kierowca próbował skontrować, ale koła nie odpowiadały na ruch kierownicą. - Czyli były uszkodzone! Koła odpowiedziały, a pojazd nie! Jam kierowca :)
    W przypadku osobówki masz rację, że koła zareagowałyby inaczej, ale nie w takim pojeździe jak autobus. Kwestia masy i działanie siły odśrodkowej, no i oczywiście długość pojazdu, wysokość i wielkość kół.

    i pobiegł. Śnieg sypał mu w twarz, nagle we wszechobecnej szarości pojawiło się światło latarki, ale zaraz zgasło. - To znaczy, że biegł tyłem do przodu! Autobus został za jego plecami a tu latarka... :)
    Wartownik w bezpośrednim sąsiedztwie autobusu to nie najlepszy pomysł. Z autobusu równie dobrze widać. Znacznie lepiej, żeby wartownik krążył kilkadziesiąt metrów dalej.

    że jak coś może pójść nie tak, to z pewnością tak będzie, więc dała o sobie znać prawidłowość dotycząca powstawania problemów. - od słowa "więc..." wyciąłbym - zbędne toto i niczego nie wnosi :)

    To kwestia melodyki. Cała końcówka jest napisana podobną składnią.

    I jak się słusznie domyśliłeś, to jeszcze nie koniec opowieści.

    Pozdrawiam.
    M.
  • jesień2018 miesiąc temu
    Mhmm technicznie bardzo dobre, wydarzenia, opisy itd., ale mimo dramatycznych wydarzeń - zabrakło mi emocji. Tak sobie myślę, że życzyłabym sobie dwóch bohaterów: jeden to Micky, tak jak jest, a drugi to jakiś pasażer autobusu. Urosłaby Ci wtedy stawka. A czytelnik łatwiej się zżyje ze zwyczajnym bohaterem, który ma zwyczajne życie...
    Aha i wydaje mi się, że nie jest dobrym pomysłem dawać w opowiadaniu w języku polskim imienia Sam.
    Czytało się lekko.
    Pozdr:)
  • Marzyciel miesiąc temu
    Wziąć na taką wyprawę pasażera, to się kupy nie trzyma, ale rozumiem, co masz na myśli. Tylko że gdyby w tym fragmencie pojawił się dodatkowy bohater, to szlag by trafił całą fabułę. Struktura jest dopasowana do całości, a przy tym fragmencie, czyli budowie tła, postawiłem na pokazanie izolacji i kilka innych pierdół.

    Aha i wydaje mi się, że nie jest dobrym pomysłem dawać w opowiadaniu w języku polskim imienia Sam.
    Imienia nie zmienię, wiem nawet gdzie Ci chrupnęło, tydzień pamiętałem, a i tak zostawiłem.
    Ech, niechluj ze mnie.

    Pozdrawiam.
    M.
  • jesień2018 miesiąc temu
    Marzyciel nie dawałabym pasażera na wyprawę, tylko zrobiłabym drugi plan w tym autobusie. Ale rozumiem, że może Ci nie pasować do większej całości. :)
  • pkropka miesiąc temu
    Popieram Karawana z kołami. Na lodzie odpowiedziałyby na ruch kierownicą, ale brak przyczepności sprawiłby, że samochód by nie odpowiedział. Zakładam, że mogę się mylić, na autobusach się nie znam, ale biorąc pod uwagę przeciętnego czytelnika jest to wątpliwe stwierdzenie.
    "potem posadził swoje zwaliste cielsko obok swojego zastępcy" - 2x swoje
    "ale wiedział że bez ciężaru przy pasku, czuł się nagi." - wycięłabym "wiedzał", albo dała "czułby się"
    "Potem Micky usłyszał strzał, a później dwa kolejne tuż po nim." - coś mi tu nie gra. Nie do końca mogę ugryźć, ale później sugeruje dla mnie czas dłuższy niż "tuż po nim".
    "Mutaki na dachach powstały, łapiąc się za głowy. Wydały z siebie potworny skrzek, później padły bez ruchu. Micky uświadomił sobie, że nie jest mu zimno ani ból mu nie dokucza. Później biel zmieniła się w czerń i upadł, niczym szmaciana lalka, której przecięto sznurki." - Razem z tym wyżej jest 3x później

    Ogółem warsztat masz porządny, o czym wiesz. Zbudowałeś przemyślany świat, ale jeżeli mam być szczera, akcja jest trochę wolna. Wygląda mi to bardziej na prolog książki, co niekoniecznie jest minusem. Zależy czy zamierzasz robić coś dalej, a już podejrzałam że wspominasz o kolejnych częściach, więc powyższą uwagę policz sobie na plus ;)
  • Marzyciel miesiąc temu
    Zakładam, że mogę się mylić, na autobusach się nie znam
    Ja jestem pewny, pomijając, że kieruje się całkiem inaczej, gdy koła skrętne masz za plecami, to jednak masa robi swoje. Dziś autobusy mają pełne wspomaganie, ale wcześniej nie bez kozery montowano wielkie kierownice. Zresztą, zobacz sobie na youtube, pewnie są jakieś filmiki z poślizgów autobusu.

    Zdaję sobie sprawę z potknięć językowych i wiem, że przydałoby się poczyścić, ale najpierw musi poleżeć. Najgorsze, że o tych "później" na końcu wiedziałem, ale zapomniałem.

    "Potem Micky usłyszał strzał, a później dwa kolejne tuż po nim." - coś mi tu nie gra. Nie do końca mogę ugryźć, ale później sugeruje dla mnie czas dłuższy niż "tuż po nim".
    Może powinienem pokombinować z wyrazistością zdania, ale układ strzałów jest dość istotny.

    akcja jest trochę wolna
    Co kto lubi. Całość ma 40k znaków, więc podzieliłem na trzy części. Może dlatego trochę chrupie, bo zawiązanie akcji jest dopiero w kolejnym fragmencie.

    Pozdrawiam.
    M.
  • Ritha miesiąc temu
    Oki, jestem i ja. Noo jak to u Ciebie, poziom jest ;) Fajne opku. Dwie mam wątpliwości:
    Obcy, którzy opanowali ziemie - w sensie, nie ze planetę tylko tamte ziemie?
    I imię Micki się powtarza często w ostatnim akapicie.
    Poza tym wszystko gra i buczy, sory za lakoniczność alem w pędzie okrutnie.
    Pozdrówki!
  • Marzyciel miesiąc temu
    Obcy, którzy opanowali ziemie - w sensie, nie ze planetę tylko tamte ziemie?
    Taa, ziemie tamtego farmera. Powszechnie wiadomo, że kosmici zawsze wybierają jułesej i jakąś dziurę w Wisconsin. A poważnie, nieładnie tak się z literówek nabijać. :P

    I imię Micki się powtarza często w ostatnim akapicie.
    Bo to o Micky'm. A poważnie zdaję sobie sprawę z ułomności w postaci powtórzeń. Za miesiąc (jak nie zapomnę) wezmę szczoteczkę i wypucuje na błysk.

    Pozdrawiam.
    M.
  • Ritha miesiąc temu
    Nie nabijam sie! :D
    Nie miałam czasu, bo bym pogrzebała głęębiiiej :P
    Gites, szoruj szczoto :D
    Pozrdo
  • Aga jednostrzały miesiąc temu
    Hej,
    Dość sprawnie napisane, choć miejscami akcja była w moim odczuciu... hm, dość rozwlekła.
    Ponadto rzuciła mi się w oczy powtarzalność "Micky" to, "Mickey" tamto. Wiadomo, że to on- więc po co ta powtarzalność. Napewno można wrzucić jakiś synonim albo cześć obejść.
    Pozdrawiam
  • Marzyciel miesiąc temu
    akcja była w moim odczuciu... hm, dość rozwlekła.
    I taka miała być, ten element u mnie kuleje, więc ćwiczę. W dodatku chciałbym napomknąć, że ostrzegałem.

    Ponadto rzuciła mi się w oczy powtarzalność "Micky" to, "Mickey" tamto. Wiadomo, że to on- więc po co ta powtarzalność. Na pewno można wrzucić jakiś synonim albo cześć obejść.
    Pewnie tak, ale musiałem Ci wtłoczyć do głowy tego Micky'ego. Mam w związku z tym niecne zamiary. Właśnie tu się kłania wrzucanie we fragmentach. Nic to, jak dotrwasz, zobaczysz.

    Pozdrawiam.
    M.
  • krajew34 miesiąc temu
    Fajny tekst, choć te mutanty nie pasowały mi do narracji. I rzucają się w oczy powtórzenia imion. Mimo to czytanie nie było stratą czasu.
  • Canulas miesiąc temu
    Całkiem zacny tekst. Cóż więcej dodać. Czapki z głowy nie zdmuchnął żadnym twistem, ale rzetelna robota. Dobra końcówka. Lubię tak
  • JamCi miesiąc temu
    Trochu nużące chwilami, ale bardzo ciekawe. Końcówka zaskakująca. Dezorient totany, chyba że to jest początek czegoś większego.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania