W ogniu

Paola wróciła do domu, jeszcze w progu zdejmując zakurzone buty. Na zewnątrz było tak sucho, że nawet błoto zamieniało się w pył. Paola chodziła teraz po polach z twarzą owiniętą chustką, która umożliwiała jej oddychanie. Zwykle las był tak wilgotny, że ciężkim powietrzem oddychało się trudno. W okolicach sierpnia i września można było jednak zapomnieć o typowym dla amazonki klimacie, a to ze względu na dłużącą się suszę.

- Vasco? – krzyknęła dziewczyna, po czym podreptała do kuchni. Tam wypiła duszkiem wodę stojącą w litrowej bańce.

Po chwili wyczekiwania w drzwiach kuchni pojawił się wysoki, muskularny chłopak. Był opalony, a włosy miał w kolorze hebanu, co było cechą charakterystyczną w rodzinie Paoli.

- Co chcesz? – zapytał lekko zaspanym tonem.

- Gdzie jest ojciec? Zaraz pora karmienia – Paola wskazała palcem na duży, stary zegar kuchenny.

- Ja to zrobię – Vasco wzruszył ramionami.

Paola spojrzała na chłopaka z wyrzutem.

- Znów go wezwali?

Vasco wahał się, ale w końcu pokiwał głową.

- Myślę, że ojciec dostanie w końcu wyrok. Najpierw matka, teraz ten chłopczyk...

Paola nie pomagała zazwyczaj przy karmieniu krów. Była na to zbyt wrażliwa. Vasco musiał iść zrobić to sam, chociaż też wzdragał się, jak widział ściśnięte bydło zżerane przez muchy w piekielnie gorącej, blaszanej konstrukcji, która służyła za przemysłową stodołę.

Jednak i tym razem wyręczył ojca, rozdając krowom paszę. Ojciec Vasca po raz kolejny wylądował w areszcie. To była kwestia czasu, kiedy zostanie oskarżony o śmierć tego chłopczyka sąsiadów. Vasco i Paola wiele razy próbowali namówić ojca na zaniechanie niebezpiecznej praktyki palenia kolejnego kawałka lasu pod pastwiska dla krów. Wystarczyło, że ich matka zmarła w szpitalu na skutek poparzenia. Czy potrzebne były kolejne ofiary?

Ale w tym roku ojciec zupełnie zwariował. Postanowił uprawiać soję, a do tego potrzebne było nowe pole. Ogień wyrwał się spod kontroli i zajął uprawę kukurydzy, która rosła u sąsiada. A w kukurydzy bawił się synek sąsiadów.

Za śmierć żony ojciec rodziny dostał tylko wyrok w zawieszeniu, z racji, że kobieta sama wbiegła w ogień ratować rzeczy z szopy. Teraz jednak nawet Vasco wiedział, że ojcu się nie upiecze. Przerażało go to. Nie był gotów na przejęcie całego gospodarstwa i biznesu. Liczył, że Paola zajmie się kontrahentami, ale nie mógł się łudzić, że będzie karmić krowy.

Gdy skończyła się pora karmienia, różowy zachód słońca rozświetlił niebo. Dzień powoli gasł, a Vasco siedział zmęczony przed stodołą, rozmasowując zbolałe dłonie. Z oddali zobaczył, jak Paola przemyka na pola soi, gdzie zapewne uruchomi zraszanie ziemi, jak codzień. Wrócił do domu i rzucił się na łóżko, a zasnął tak kamiennym snem, że nie zauważył nawet, iż jego siostra w ogóle nie wróciła na noc.

Paola włączyła zraszanie na polach. Soja wyglądała dość marnie mimo regularnego nawadniania. Zanim Paola włączyła wszystkie zraszacze, zrobiło się zupełnie ciemno. O dziwo, z oddali biła pomarańczowa łuna. Unosiła się jakby nad lasem. Dziewczyna nigdy nie widziała podobnego zjawiska – zwykle las o tej porze był tak ciemny, że nie dało się dojrzeć w oddali zupełnie niczego. Ruszyła w tamtą stronę, po chwili doznając olśnienia, że może ktoś się zgubił w lesie i próbuje rozpalić ognisko. To nie byłby pierwszy raz, podróżnicy często tracili orientację i nie wiedzieli, że byli już na obrzeżach dżungli.

Biegła wiele minut przez las, w którym – dla odmiany – było dość chłodno i przyjemnie. Po chwili musiała zwolnić ze względu na coraz gęstsze poszycie i zwiększoną ilość drzew. Zupełnie znienacka, gdy zdawało jej się, że jest blisko źródła światła, uderzyło ją w twarz ciepło. Powietrze niemal parzyło skórę.

Wówczas to zobaczyła: wielki ogień i las, który stał w jego płomieniach. Mnóstwo ludzi ubranych w kombinezony i maski walczyło z ogniem za pomocą strumieni wody, jednak ogień w najlepszym razie nie posuwał się do przodu, natomiast nie wydawał się wcale maleć.

Nagle usłyszała krzyk i zobaczyła, jak jedna z zamaskowanych osób rzuca wąż z wodą na ziemię. Człowiek ten pobiegł w stronę dużego wozu strażackiego, gdzie stało kilka osób w kombinezonach, ale bez masek. Paola zbliżyła się w ich stronę dyskretnie, chcąc jak najwięcej usłyszeć. Szybko zorientowała się, że mówią po angielsku. Nie dosłyszała wszystkiego, ale wyłapała ogólny sens rozmowy – zamaskowany człowiek, który nazywał się Philip, miał jakieś poparzenie, ale pozostali uczestnicy akcji nie byli w stanie mu pomóc. Mogli tylko powierzchownie opatrzyć ranę, co też szybko zrobili.

Paola bezwiednie przysunęła się bliżej. Nigdy nie widziała tak jasnej osoby. Włosy Philipa były niemal białe, jego skóra zaś tak jasna, że niemal świeciła w ciemnościach. Brwi i rzęsy miał natomiast ciemne, co stwarzało, w opinii Paoli, bardzo dziwny efekt, tym bardziej że twarz chłopaka była wykrzywiona z bólu.

Nagle zauważyła, że on na nią patrzy, że ją dostrzegł. Nie miała już wyjścia, musiała się pokazać pozostałym.

- Kim jesteś? – zapytał po angielsku, po czym obrzucił dziewczynę zaskoczonym spojrzeniem.

Philip pomyślał, że na pewno nie należy do żadnego z plemion mieszkających w dżungli. Była ubrana w nieco zniszczoną, ale w miarę zwyczajną letnią sukienkę i zabrudzone tenisówki. Czyżby w okolicy ktoś mieszkał?

- Paola – odparła dziewczyna i uśmiechnęła się promiennie – mieszkam tam – mówiąc to, wskazała kierunek, z którego przyszła.

Philip także się uśmiechnął, ale niemal natychmiast uśmiech zastąpił grymas bólu.

- Ach – westchnął mimo woli.

Paola chwyciła jego zdrową dłoń.

- Chodź ze mną, pomogę – wskazała ponownie w kierunku, z którego przyszła – jak się nazywasz?

- Philip – chłopak nadal wpatrywał się intensywnie w Paolę – jesteśmy z Greenpeace’u.

Paola nie wiedziała, czym jest Greenpeace, ale rozumiała, że chłopak jest poparzony i potrzebuje lepszego oparuntku niż zwykłego bandażu.

Philip obrócił się do kolegów, którzy uśmiechali się głupio i unosili brwi.

- No, idź – wymamrotał ten stojący najbliżej niego – tylko wróć tu jak już poczujesz się lepiej.

Chłopak potrząsnął tylko głową, poirytowany. Trochę niepokoił go pomysł wycieczki pieszej przez dżunglę w środku nocy. Nie do końca ufał tej dziewczynie – która młoda kobieta decyduje się biec po ciemku przez Amazonkę?

Dopiero, gdy szedł za nią, pojął, że ten las dla niej jest czymś zgoła innym. Intuicyjnie wymijała drzewa i inne przeszkody, wiedziała, gdzie przepływa mała rzeczka i gdzie jest skupisko mięsożernych mrówek, którego należy unikać. Philip odniósł wrażenie, że znała ten zakątek na pamięć.

Nagle las się urwał w sposób jakby nienaturalny. Weszli w pole, na którym rosła soja i przedzierali się pomiędzy młodymi, spragnionymi wody roślinami. W oddali, w słabym świetle księżyca, majaczył dom. Rzeczywiście, gdy przeszli przez pola sojowe, stanęli na ganku małego, ale zadbanego domku. Z zewnątrz wyglądał dostatnio, ale wewnątrz był urządzony bardzo staromodnie. Paola zapaliła światło w kuchni, po czym zaczęła wyjmować z kredensu różne medyczne utensylia. Wyglądała na to, że jest bardzo dobrze zaopatrzona.

- Często ulegamy oparzeniom – odezwała się z lekkim akcentem, który Philip zauważył już wcześniej – a szpital jest dość daleko. Musimy być przygotowani.

- Jak to się stało, że tak dobrze mówisz po angielsku? Nauczyłaś się w szkole?

- Nie – dziewczyna uśmiechnęła się, zerkając na niego – mój tata potrzebował kogoś do tłumaczenia podczas rozmów z kontrahentami. Mamy w domu komupter i to z niego się nauczyłam.

- Musisz dobrze się znać na handlu wobec tego – rzekł chłopak z nutą podziwu w głosie.

- Chciałam iść na studia, ale taty nie stać – dziewczyna wzruszyła ramionami – proszę, powinno być lepiej.

Philip spojrzał na opatrzone ramię. Ból był mniej dotkliwy, a po chwili – długiej chwili pełnej szeptów i bliskości - zupełnie przestał go odczuwać. Paola okazała się być świetnym środkiem przeciwbólowym.

Kiedy zaświtało, Philip uznał, że najlepiej będzie już wracać. Paola jeszcze spała, ale pomyślał, że nie może odejść tak bez słowa. Obrócił się do niej i pogłaskał ją po twarzy.

- Muszę iść – powiedział – tam na mnie czekają.

- A chciałbyś jeszcze się ze mną zobaczyć?

Chłopak uśmiechnął się i potaknął, czując, że jak dziś odjadą z tego miejsca w dżungli, w którym gasili pożar, to już nigdy więcej do niego nie trafi.

- Odprowadzę cię – Paola wstała, a koc opadł, odkrywając ją – i tak sam nie trafisz.

Dopiero gdy wyszli z domu, Philip zauważył wielką blaszaną stodołę.

- A co to jest? – machnął ręką w stronę blaszaka.

- Nasza stodoła. Mamy tam krowy - odparła Paola, nawet nie odwracając wzroku.

- A mogę zobaczyć?

Paola uznała tą prośbę za kuriozalną, ale nie skomentowała tego. Zaprowadziła Philipa do stodoły i otworzyła ją.

- Ja nie wchodzę – odparła, widząc jego pytające spojrzenie – nie lubię tam być.

Philip od razu zrozumiał, czemu Paola nie lubiła tam być. Krowy były przetrzymywane w nieludzkich warunkach, a żar i fetor bijące z wnętrza zwalały z nóg.

- Dlaczego wy im to robicie?! – krzyknął chłopak, wyskakując jak oparzony ze stodoły.

- Ale co? – zapytała Paola zdumiona.

- Dlaczego je trzymacie w ten sposób?

- A niby jak mamy je trzymać? – oburzyła się dziewczyna.

- Na pastwisku! Na dworze, żeby miały miejsce sobie chodzić swobodnie!

- Zwariowałeś? Musielibyśmy wypalić jeszcze więcej lasu!

Philip złapał się za głowę.

- To ty paliłaś las? – wrzasnął – a ja cię dotykałem!

- Co się dzieje? – krzyknął Vasco po portugalsku, zjawiając się znienacka przy swojej siostrze.

- A to kto?!

- Vasco, to Philip – powiedziała Paola ze złością – Philip, to mój brat, Vasco.

- Krzyczysz na Paolę? – Vasco zbliżył się do Philipa.

- Palicie las! Torturujecie krowy! A ja spałem w waszym domu! – ryknął Philip.

Vasco nie zrozumiał zbyt wiele, ale zrozumiał „spałem”. Szybko połączył ten fakt z rozrzuconymi ubraniami i kocem leżącymi na podłodze w kuchni.

Zanim Paola zdążyła go powstrzymać, uderzył Philipa w twarz.

- Znikaj stąd, bo cię zabiję!

Philipowi nie trzeba było powtarzać. Ruszył w stronę lasu, biegnąc tak szybko, jak tylko mógł. Paola ruszyła za nim. Vasco ją wołał, ale ona dogoniła Philipa na skraju pola sojowego.

- Nie odchodź – wydyszała, łapiąc go za rękę – proszę!

- Nie rozumiesz! Ja walczę z ludźmi, którzy robią naturze takie rzeczy – wymamrotał chłopak, wyrywając dłoń z jej uścisku.

Z oczu Paoli wypłynęły wielkie łzy.

- Ale... – wyszeptała – ja tylko chcę być taka jak ty... chcemy być tacy jak wy.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Cofftee miesiąc temu
    Zaznaczam
  • Ritha miesiąc temu
    Mamy w domu komupter i to z niego się nauczyłam. - komputer*

    Bardzo dobre. Fajne, spójne, przemyślane. Duży piątak.
    Pozdrawiam
  • Aisak miesiąc temu
    Bardzo interesujące opowiadanie. Poruszające niezwykle ważne sprawy.
    Szkoda, że takich opowiadań jest zdecydowanie za mało.

    Bardzo mi się podobało.

    ***
    Wczoraj oglądałam reportaż o suszy w Polsce na nielubianym programie.
    Jestem PRZERAŻONA!!!
    Naprawdę źle się dzieje :(
    Wypowiadali się profesorowie, naukowcy, a te barany z ministerstw są baranami.

    stopsuszy.pl
  • Aleksadu 3 tygodnie temu
    Tak, wiem! Susza, teraz te ścieki w Wiśle... dramat. Piszę o tym właśnie dlatego, że to część otaczającej mnie rzeczywistości - i to taka część, która mi leży na sercu.
  • Cofftee 3 tygodnie temu
    Cześć!

    "ręczył ojca, rozdając krowom paszę. Ojciec Vasca " - tutaj mamy powrótrzenie, może da się czymś je zastąpić? :-)

    Bardzo podoba mi się, jak rysujesz problem. Najpierw pokazujesz odrobinę, mówiąc o Paoli, o jej bracie, o tym, jaki mają problem z karmieniem krów, że są sami w domu, a dopiero potem wchodzisz w szczegóły - domniemane zabójstwa ojca, dlaczego to robi itp. Bardzo wzbudza to ciekawość, ale i klarownie rysuje sytuację. Brawo.
    Czytam dalej :-)

    A i odrobinkę zbyt często używasz "się", ale to jest oczywiście do naprawienia. Po prostu widziałam parę miejsc, gdzie bez problemu można by to "się" wyrzucić lub zastąpić czymś innym.

    "ielki ogień i las, który stał w jego płomieniach. Mnóstwo ludzi ubranych w kombinezony i maski walczyło z ogniem" - tutaj z kolei słowo "ogień" się powtarza, też pewnie można je jakoś zastąpić. Walczyło z płomieniami? Walczyło z żywiołem? ;-). Tym bardziej, że dalej znów jest słowo "ogień", czyli zobacz, w jednym akapicie trzykrotnie.

    Jej, cudne to zaintrygowanie Paoli Phillipem, to że nie widziała tak jasnej skóry itp. Bardzo fajnie opisane, jest taka ostrożna i nieufna.

    I tutaj mam jedną uwagę - z marszu przeskakujesz na narrację Phillipa. Zobacz, wchodzimy do jego głowy:
    "Philip pomyślał, że na pewno nie należy do żadnego z plemion mieszkających w dżungli. Była ubrana w nieco zniszczoną, ale w miarę zwyczajną letnią sukienkę i zabrudzone tenisówki. Czyżby w okolicy ktoś mieszkał?" - jak na mój gust, troszkę to zbyt gwałtowne jakoś tak. Myślę, że warto przemyśleć, czy nie da się tego ciut załagodzić ;-)

    "Ból był mniej dotkliwy, a po chwili – długiej chwili pełnej szeptów i bliskości - zupełnie przestał go odczuwać" - świetny zabieg. Czytelnik może domyślać się i zgadywać, o czym rozmawiali, co robili. Super.

    "ł się i potaknął, " - przytaknął

    Kurcze no, bardzo fajny tekst. Końcówkę bym ciutkę rozbudowała, wsadziła opisy, bo wydaje się lekko urwana, ale naprawdę super. Temat ważny, pokazuje, że tak naprawdę wcale się od siebie nie różnimy, po prostu brakuje nam często ludzkiego zrozumienia.
    Kosmetyka byłaby do poprawy, tam te powtórzenia, ale nie ma innych rażących błędów. Naprawdę dobry tekst! Ode mnie pięć, bo czuję się oczarowana ;-)
    Pozdrawiam,
    Kawa.
  • Aleksadu 3 tygodnie temu
    Dziękuję, skorzystam z Twoich uwag. Jest mi bardzo miło, że się podobało :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania