"Wędrówka dusz"-Tom IV-Rozdział XXII-Zdrada,pojmanie i próba ucieczki.

Dni mijały, a wszystko wydawało się, że idzie dobrym torem. Niestety, tak nie mógł myśleć Kratos, od ponad miesiąca zauważył dziwne zmiany, w zachowaniu żony. W domu bywała rzadziej tłumacząc się pracą, choć jej koleżanka mówiła co innego, delikatnie go odpychała, gdy próbował ją przytulić i pocałować. Młody Wopista był całkowicie skołowany tą sytuacją, wyjaśnienia dostarczył mu jeden z kolegów, który zauważył, jak jego żona przechadza się z przystojnym Ukraińcem. Gdy tylko to usłyszał, cały poczerwieniał z gniewu, ledwo się opanował, by nie zrobić Sarze awanturę w jej pracy, dzięki doświadczeniu, wiedział, że szał nie jest rozwiązaniem. Zdecydował, że po pracy porozmawia z żoną bez nerwów i na spokojnie, do tego czasu skupi się na pracy. Długo przy biurku nie siedział, w końcu dziś mają zaczaić się na tą bandę UPA, która dopuściła się straszliwych rzeczy zarówno na Polakach, jak i na swoich. Szczegóły operacji zostały dopracowane już miesiąc temu, a tydzień temu dzięki pewnemu człowiekowi, ustalono pozycję bandy.

Prawie cały posterunek, był na nogach, odbierano broń, pobierano amunicję, sprawdzano wyposażenie, na koniec wszyscy wraz z majorem zapakowali się do ciężarówek, które podwiozły ich blisko puszczy. Następnie pieszo udali się parę kilometrów w głąb. Będąc bardzo blisko podanych współrzędnych ludzie, rozciągnęli się w szereg, zbliżyli się do dawnych poniemieckich bunkrów. I nic... Pusto. Ani jednej żywej duszy, tylko po spalonym ognisku, można było zauważyć ślady niedawnej obecności. Rozeszli się po obozie, jeden z nowych rekrutów po szkole zbliżył się do dziwnego pakunku, przy jednym z porzuconych namiotów. Major kątem okiem zobaczył, co robi i wrzasnął:

– Nie ruszaj tego! – Wielki wybuch wstrząsnął okolicą, a ze wszystkich stron zabrzmiały strzały. Wopiści zaczęli padać jak muchy, próbowali się bronić, lecz nikogo nie widzieli, nawet major został ranny w ramię. Gdy minęło dziesięć minut tej gęstej strzelaniny, wszystko ucichło. Ci żołnierze, co ocaleli, zostali otoczeni przez wroga i rozbrojeni. Stali w grupce z rękoma ku górze, mierzyli do nich uzbrojeni po zęby Ukraincy, mieli stare mausery, MP-40, rosyjskie PPSze czy nawet brytyjskie Steny. Padł rozkaz, zabrać ich. Ustawieni w szereg pod zbrojną eskortą ruszyli w kierunku podziemnych schronów, kazano im usiąść na betonowej podłodze w przestronnym bunkrze. Przywódca tej bandy, uzbrojony w rosyjski rewolwer Nagant, stanął przed jeńcami, chwile błądził po nich oczyma, aż jego wzrok stanął na rannym majorze. Skinął lufą na niego i wyprowadzono go z grupki, posadzono na jedynym krześle. Zbliżył się do niego lider i zaczął mówić:

– Widzicie moi bracia? Wstrętne lachy są w naszych rękach. Chcieli polować na nas, a sami stali się zwierzyną. Cóż za ironia... Nieprawdaż majorze? – spytał zdumionego rannego. Kontynuował:

– Uciskacie nasz biedny ukraiński naród i to od czasów Chmielnickiego. Teraz nam za to zapłacicie, cała Ukraina powstanie przeciw wam.

– Chciałbyś... Jesteś... Tylko... Nędznym mordercą... Którego wstydzą się nawet twoi krajanie... – Oprawca stanął nad rannym majorem i nagłym ruchem, wbił lufę broni w jego ranę, krzyk mężczyzny rozbrzmiał donośnym echem. Jego ludzie chcieli mu pomóc, lecz zostali odepchnięci kolbami karabinów i pm-ów. W końcu przestał, ranny dyszał ciężko, a bandyta dalej mówił:

– Już tak mocny w gębie nie jesteś. Podobają mi się, te nienawistne oczy twoje i twoich ludzi. Tak nienawidźcie więcej. Czas wpoić wam pewne elementarne prawdy. Lach i kozak nigdy się nie polubią, a o to prezentacja – Skierował naganta na majora i pociągnął spust. Komendant WOP zwalił się martwy z krzesła. Morderca odezwał się kolejny raz:

– Tak i o to jest prawidłowy wzrok... Dam wam prawdziwą szkołę życia, wiecie? Wypielęgnuje w was, to przebrzydłe ziarenko, jeśli oczywiście przeżyjecie. Dawać tu kolejnego. Czas wypróbować zakup od jednego z członków ZOMO. Zobaczymy, czy tak ciągnie, jak mówił – Przyprowadzono kolejnego jeńca, na oczach piętnastu ocalałych, katował ich kolegę do chwili, gdy nawet woda nie ocudziła go, taki los spotkał następnych trzech. Na koniec zabrali wszystkich do ciasnego pomieszczenia, gdzie spędzili noc.

Nazajutrz, znowu pobił tych samych czterech, jednemu z ofiar organizm nie wytrzymał i zginął. Gdy znudził się biciem, kazał wtoczyć wielkie drewniane koło, do którego przywiązał z obu stron następnych żołnierzy, razem z innymi pili wódkę i rzucali w nich nożami, raz po raz trafiając, kolejny umarł. Koniec dnia, bilans dwóch zabitych czterech ciężko rannych, w nocy umiera kolejny. Rannych zostawiają, wybierają pięciu w tym kolegę Kratosa Tomasza Ziębę. Co tym razem? Przebiegną po polu minowym, podczas gdy jeden z bandytów do nich strzela. Dwóch wyleciało na minie, jeden wykrwawia się po postrzale w płuco, jeden przeżywa cało, Tomasz dostaje kule w ramię. Oddzielają rannych od reszty, pozostało czterech zdrowych. Wyprowadzono ich na zewnątrz, wpakowano do głębokiego rowu i przykryto kratką z drewna. Na niej stanął ten sam oprawca, co zawsze, zawołał do nich:

– Macie się, bić ze sobą, przeżyje tylko dwóch. Jeśli nie, zaleje was – Na potwierdzenie słów przez jeden z otworów wpuszczono dwa gumowe węże, które powoli wlewały brudną wodę do środka. Jedna z ofiar spytała:

– I co teraz? Nie mogę umrzeć, w domu czeka na mnie mała córeczka – Nagle Filip uderzył Kratosa i z łamiącym głosem powiedział:

– Przykro mi przyjacielu, Małgośka jest w ciąży, lekarz mówił, że to bliźniacza. Muszę przeżyć, by zobaczyć swoje dzieci – Zamachnął się w kierunku kolegi. Ten uchylił się i syknął:

– Uspokójcie się... Leon byłeś najlepszy, na szkoleniach z pływania czyż nie?

– Zgadza się, potrafiłem wstrzymać oddech na prawie pięć minut.

– Bardzo dobrze, z tego, co słyszałem, zaraz rzucą nam jakieś noże. Do czasu, aż woda nie będzie do połowy, kontynuujemy walkę, przynajmniej tak udajemy. Gdy woda będzie, miała wystarczającą głębokość, ja udaję, że jestem dźgnięty przez Filipa i upadam twarzą do wody, zaś ty Franciszek udajesz, że topisz Leona. Ty, Leon pamiętaj, by wstrzymać oddech i udawać, że się opierasz. My niby nie żyjemy, a was wyciągają z wody. Z tego, co zauważyłem, ciała sprzątają dopiero później, nie próbując nawet sprawdzać, czy rzeczywiście ktoś nie żyje. Wiec to nasza szansa... My „trupy”, zabieramy noże i was uwalniamy. A potem zobaczymy, co dalej... Pasuję? – Wszyscy skinęli głowami, usłyszeli dwa pluski i głos znad kraty:

– Tu macie coś, co przyspieszy akcje, mamy o wiele więcej atrakcji dla was, by czekać, aż się potopicie – Skończył, obserwując ich. Tak jak planowali, po podniesieniu broni przez odpowiednie osoby, toczyli udawaną walkę i w odpowiednim momencie „zabili” wyznaczonych. Wyciągnęli dwóch zwycięzców z wody, uprzednio sprawdzając, czy nie mają nic przy sobie i odeszli zabierając ich ze sobą.

Kratos z głośnym wdechem wynurzył się z wody, sprawdził, czy Leonowi nic nie jest i zabierając noże, wspięli się z wielką trudnością, w kierunku wyjścia. W okolicy nie było żadnych patroli, drżąc z zimna podkradli się pod namiot, gdzie usłyszeli rozmowę:

– Wasyl ty to masz głowę, uwieść żonę oficera i zaplusować u szefa, wiadomością o obławie na nas.

– Ona sama wpadła w moje ręce, była tak podniecona, jak wylądowaliśmy w łóżku. Potem to już sama mnie o to prosiła. He he. To co, do dna.

– Do dna – Kratos zgrzytał zębami, rozpoznał ten głos i wiedział, o kogo chodzi, ale ich było za dużo, by skurczybyka ubić.

Z drugiej strony zasmucił się, dlaczego tak ochoczo, skorzystała z propozycji tego kozaka? Co z nim było nie tak, że aż do tego doszło? Nigdy go nie zdradziła, przez te wszystkie życia. Nie miał jednak czasu na rozpamiętywanie, weszli do drugiego namiotu, ze zgrozą stwierdzili, że w skrzyniach znajdują się nowiutkie mundury WOP. Cały namiot był wypełniony różnymi tajnymi rzeczami, raporty, meldunki, rozkazy, wszystko leżało na polowym stole. Na ścianie wisiała mapa jakiegoś terenu z oznaczeniami różnych punktów, niestety po ukraińsku, więc prawie nic z tego, nie dało się przeczytać, był to język podobny do rosyjskiego, ale zawierający trochę inne wyrazy niż ten drugi. Skojarzył tylko słowa o jakimś konwoju i zasadzce, broni. Usłyszeli głosy, dwoje ludzi wchodziło do środka. Ku im wielkiemu szczęściu, był to ich największy wróg z pomocnikiem. Schowali się głębiej i wznieśli wyżej noże, które błysnęły w ciemnościach namiotu, zwiastując przyszłość, wchodzącym do środka...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania