"Wędrówka dusz"-Tom IV-Rozdział XXIII-Ratunek i poświecenie. Czyli czas na pożegnanie z PRL.

Ostrze błysło w ciemnościach, a posoka zabarwiła podłogę namiotu, znacząc miejsce zbrodni. Kratos poderżnął gardło liderowi, a z pleców jego pomocnika sterczała rękojeść broni Leona. Chwycili za martwe ciała i wtaszczyli je do środka, rozejrzeli się, czy ktoś to widział i zaczęli planować dalsze kroki:

– I co dalej Kratosie? Mogliśmy wziąć tego rzeźnika za zakładnika.

– Nic to by nie dało. Nie ustalisz logicznego planu dotyczącego porwanego, jeśli jest on wariatem. Zbyt dużo nieprzewidywalnych czynników.

– Masz trochę racji. Jego ludzie pewnie by się nie wstrzymali przed strzelaniem, to czyści fanatycy bez serca i skrupułów. Bierzesz naganta czy karabin?

– Z tym ciężkim rewolwerem miałem do czynienia, więc wezmę go. Z Mauserem nie mam dobrych wspomnień... – Przeszukali trupy i wzięli broń.

Prawie godzina zabrało im przejście do uwiezionych, po drodze musieli jeszcze po cichu zająć się strażnikami przed celą. Kratos przypomniał sobie, jak dawno temu w starożytnym Rzymie spotkał gladiatora, który nauczył go rzucania nożami, wprawdzie tamte były sztyletami, ale nie było innego wyboru. Wziął od kolegi nóż i skupiając się, rzucił w krótkim odstępie czasu, w obydwu Ukraińców przed drzwiami. Fart nadal był po jego stronie, dwa na dwa trafione. Podbiegli do wejścia i wyważyli drzwi. W środku zastał ich makabryczny widok, niemal cała podłoga była we krwi, a w niej leżeli ranni koledzy. Filip z ledwością wstał i uściskał przyjaciela. Padło krótkie pytanie:

– Ilu przeżyło?

– Ja, Tomasz i dwóch innych – odpowiedział smutno, odsuwając się od kolegi.

– Czyli dwudziestu czterech wspaniałych młodych ludzi, poszło do piachu. Dacie radę iść?

– Raczej tak, gorzej było, by gdybyście przyszli jutro. Podobno coś wielkiego dla nas szykowali – Zabrali broń zabitym. Mieli już dwie MP-40, jeden rewolwer Nagant, karabin Mauser i dwa pistolety TT. Filip powiedział:

– Słuchaj Kratos, nie damy rady dojść do najbliższego posterunku z uzbrojonym pościgiem na ogonie. Nie w tym stanie – Zagadnięty zamyślił się. Po chwili odpowiedział:

– Weźcie moją broń, a w zamian dajcie mi jeden pm i TT. Wezmę pościg na siebie.

– Ty chyba żartujesz, ich tu jeszcze z ponad dwudziestu jest.

– Poradzę sobie, zresztą muszę odpokutować, bo to moja żona przekazała informacje o naszym ataku, to przeze mnie, straciliśmy tylu ludzi.

– Może masz trochę racji, ale głównie w tym, że zaniedbałeś swoją żonę, która dała się uwieść temu kozakowi. Pewnie wcisnął jej jakąś bajkę, a ta wiedziona miłosierdziem mu powiedziała co i jak. Prawie ponad połowa wszystkich zdrad popełniona jest z powodu zagubienia się. Jestem pewien, że nikt nie ma ci tego za złe i żaden z nas nie będzie mieszać do tego twojej żony, a jak dorwiemy tego mąciwodę, to wtedy wymierzymy mu sprawiedliwość.

– Dzięki chłopaki, ale i tak będziemy musieli się przenieść, jeśli oczywiście przeżyjemy. A teraz bywajcie – Odbiegł szybko w kierunku bazy, reszta skierowała się w kierunku najbliższego posterunku WOP.

Kratos westchnął, musiał przypomnieć sobie wszystko dotyczące praktyki snajperskiej i kamuflażu oraz działań na terytorium wroga. Sporządził sobie na szybko maskowanie i ukrył się niedaleko. Po dwudziestu minutach zabrzmiały krzyki, na głównym placu zebrali się bandyci i jeden z oficerów. Na to czekał, oparł pm na gałęzi i oceniając rozrzut pocisków na takiej odległości, zaczął strzelać seriami. Nikt się nie spodziewał, że nieuzbrojeni ranni mogą stawić opór, stąd brak ostrożności. Pierwsi ranni i zabici padli na ziemie, wybuchła lekka panika, udało się im, zreorganizować tylko dzięki oficerowi i braku amunicji u Kratosa. Nasz snajper wyrzucił MP-40 i powoli podszedł blisko namiotu. Wrogowie ukryli się za licznymi osłonami, a ich oczy wypatrywały strzelca. W takiej sytuacji nie mogli myśleć o pościgu, ba! Nawet nie wiedzieli, że w szachu trzyma ich jeden człowiek. Zdecydował się na ostateczne wyjście, żegnając się w myślach z żoną. Odbezpieczył pistolet, w drugiej ręce chwycił nóż, ostrzem ku ziemi, następnie w śmiertelnej ciszy rzucił się na pierwszego wroga...

 

Tymczasem grupa, dzięki forsownemu marszowi dotarła do posterunku WOP, sam diabeł ich chyba gonił, że aż taką długą drogę przebyli w tak krótkim czasie. Wyczerpani legli tuż przy samym budynku. W środku słychać było śmiech i drzwi się otworzyły. Wesoły grymas twarzy żołnierza zmienił się w zaskoczenie, zawołał do kolegów:

– Chodźcie tu szybko, mamy rannych naszych – Wszyscy wyskoczyli na zewnątrz. Miejscowy komendant zaczął wydawać polecenia:

– Kapralu Śmierczewski, gazem po kapitana Guzdrałę i innych sanitariuszy. Reszta dawać jakieś nosze i ostrożnie wnieść ich na stołówkę. Gówno mnie obchodzi, że trwa obiad i nasi jędzą. Ludzkie życie ważniejsze jest od ich zasranych żołądków. Chłopaki tu powoli zdychają, a wy się o pierdoły martwicie... Jezu... Kto wam to zrobił – powiedział, z niedowierzaniem obserwując rannych. Wopiści wtargnęli szybko do jadłodajni LWP, wszystkie spojrzenia zwróciły się ku nim. Nikt nie protestował, gdy powiedziano, że potrzeba miejsca dla potrzebujących, natychmiast uprzątnięto potrzebne stoły. Do noszących podszedli dwaj oficerowie:

– Jesteśmy lekarzami, co się stało?

– Nie wiem obywatelu oficerze, tak ich zastaliśmy przed naszym posterunkiem, wygląda na to, że przyszli pieszo z lasu...

– Odsuńcie się. Matko Boska, przecież to wygląda, jak przypalanie papierosami, a to jak rana zadana jakiś postrzępionym ostrzem – Lekarz koszarowy pochylił się nad rannym i spytał:

– Z jakiego posterunku jesteście? – Usłyszał cichą odpowiedź i prośbę. Natychmiast się wyprostował i krzyknął do jednego ze swoich ludzi:

– Mariusz, generał Tulczyk jeszcze tu jest?

– Właśnie wsiada do UAZ-a.

– To biegnij go zatrzymać. Sprawa jest pilna.

– Tak jest – Żołnierz podbiegł do auta i zapukał w szybę:

– Co się stało? – spytał niecierpliwie Generał.

– Obywatelu generale, nasz doktor ma sprawę do pana, bardzo, ale to bardzo pilną.

– No dobra, ale jeśli tak nie jest, zostanie zdegradowany. Dupę człowiekowi zawracają pierdołami. A ja już taki młody, nie jestem – marudząc, wysiadł z wozu i ruszył za posłańcem. Będąc w środku, zawołał:

– Doktorze, co jest tak ważnego, że muszę spóźnić się na kolacje z ministrem?

– Melduje obywatelu generale, że znaleźliśmy zaginionych Wopistów.

– Mów dalej.

– Nasi koledzy z WOP-u, znaleźli ich pod swoją bazą i przynieśli tutaj, udało mi się chwile porozmawiać z rannym, zanim stracił przytomność. Okazało się, że pochodzą z załogi zaginionego posterunku, który miał...

– Wiem, wiem do rzeczy.

– Podał mi dane przydziału i powiedział ledwo słyszalnie, że w bazie wroga został jeszcze jeden z naszych i kilkoro ciężko rannych.

– UPA... Wiedziałem, że tych ciał było za mało. Co powiesz o obrażeniach?

– Ślady licznych tortur, ogromnego wyczerpania...

– Wiadomo, skąd przyszli?

– Szepnął, że kilkaset metrów na północ od miejsca, gdzie wpadli w zasadzkę.

– Dobra, nie ma czasu, nie pozwolę tym bydlakom, by uszło im to na sucho. Kapitanie Guzdrała, podejdź do mnie.

– Tak ojcz... Znaczy się obywatelu Generale.

– Zorganizujcie wraz z komendantem swoim ludzi, posłużycie nam jako przewodnicy – Godzinę później wyruszyli w siedem ciężarówek aż do miejsca, gdzie nie mogli przejechać. Zeskoczyli z pojazdów i rozciągając się szeroko, ruszyli dalej. Przebyli dość długą drogę, gdy usłyszeli strzały. Odbezpieczyli broń i zachowując formację. Zastrzelili pięć osób i weszli do obozu. W koło było mnóstwo trupów, jedni pocięci, drudzy zastrzeleni. Na środku siedział zakrwawiony Kratos w strzępkach munduru, z zakrwawionym nożem w jednej ręce i rozładowanym zakrwawionym pistoletem w drugiej. Generał podszedł do niego i uklęknął na jedno kolano. Ciężko ranny z niknącym wzrokiem spojrzał na niego i delikatnie szepnął:

– Bezpieczni?

– Tak synu, dotarli do nas. Teraz odpocznij sobie, dokonałeś cudu. Możesz sobie wreszcie odpocząć.

– To dobrze, jestem taki zmęczony – Generał ściągnął z głowy czapkę, inni postąpili tak samo, chyląc głowy przed zmarłym. Wyższy oficer cicho powiedział:

– Chłopaki, pochowajcie tamtych zabitych. Z tego, co widzę, już zdążyli poznęcać się nad ciałami. Nie chce, by ich rodziny musiały patrzeć na swoich bliskich, którym nawet po śmierci, nie dały spokoju te bydlaki. Potem wrócimy po nich. Jego zaś weźmiemy ze sobą. Uratował, dzięki swojemu poświeceniu pięciu swoich kolegów i zanim zmarł, pomścił swoich, zabijając tylu wrogów. Straciliśmy panowie, dzisiaj wspaniałego żołnierza. Znajdzie się ktoś, kto go poniesie? – spytał. Wszyscy się zgłosili, pierwsi dwaj pomału podnieśli go na prowizorycznych noszach, nawet generał pod koniec drogi niósł go wraz z innymi.

Dwa dni później odbył się pogrzeb dwudziestu pięciu zabitych, najwięcej płakała Sara, która nie śmiała dołączyć do korowodu pogrzebowego. Jeszcze tego samego dnia zniknęła i nikt nie wiedział, gdzie jest. Przyjaciele ją szukali, ale bez skutku. Nad ranem znaleźli owego Ukraińca, który uwiódł ich przyjaciółkę. Niestety nie mogli się z nim policzyć, leżał on bowiem w kałuży krwi, z raną na gardle i jak miało się okazać później, z obciętymi klejnotami rodzinnymi, a na ciele miał liczne rany kłute. Śledczy stwierdzili, że zostały zadane w ogromnym szale, nie mieli poza tym żadnych śladów czy świadków. Śledztwo umorzono, a ofiara pochowano na cmentarzu prawosławnym. Dwa kochające serca, znów się oddaliły.

Czy odnajdą się nawzajem i przełamią klątwę raz na zawsze? Zapraszam na ostatnie rozdziały tomu IV-Czasy współczesne.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania