Wianki

Wiła wianki i wrzucała je do falującej wody.

Wiła wianki i wrzucała je do wooodyyyy!

Kilkanaście dziewczęcych głosów zjednoczonych w kakofonii, którą tylko one mogły uważać za śpiew, zawodziło kolejne akordy jarmarcznej piosenki, równocześnie wrzucając w fale nurtu rzeki, niezgrabne jak one same, sploty kwiecia. Zmierzchało.

Baśka przystanęła, by obserwować zjawisko. Panny z poświęceniem godnym lepszej sprawy zaplatały i wyrzucały wieńce z lekko przywiędłych ziół i kwiatów. W każdym usiłowały umieścić zapaloną świecę, jednak większość źle umocowanych światełek tonęła w odmętach po kilku metrach przebytej drogi, a i samo kwiecie, najpierw przywiędłe w południowym skwarze, a potem gwałtownie nasiąknięte wodą, prędzej czy później zaczynało tonąć. Inne wianki, nie dość mocno uwite rozpadały się, pozostając tylko pojedynczymi gałązkami różnorakiego ziela. Nie wróżyło to dobrze puszczającym, jakby już sama aparycja dziewcząt nie była wystarczająco złą wróżbą. Widocznie to miejsce przy korycie rzeki było przeznaczone dla brzydkich i starych panien. Sama przestrzeń była również nieatrakcyjna. Lekko błotnisty brzeg porastało gęste, ostre sitowie i pożółkła trawa. Widnokrąg zasłaniały powyginane wierzby, których korzenie wchodzące w rzekę powodowały, że mulista woda płynęła ospale, rozlewając się przy brzegach w cuchnące kałuże. Przynajmniej całość oglądanego krajobrazu stanowiła spójną kompozycję.

Baśkę zastanowiło nie tylko nietypowe, jak na ten obrzęd miejsce, ale i pora. Wszak najczęściej rozśpiewane dziewczęta rzucały wianki na wodę z pięknych, piaszczystych, lub trawiastych brzegów, ciemną nocą, gdy podnieceni ogniem i miodem młodzieńcy nabierali i ochoty i odwagi by wyławiać je z nurtu, co z kolei dla puszczających było wróżbą szybkiego zamęścia. Często już tej samej nocy następowało przypieczętowanie paktów między puszczającą a wyławiającym, przy czym nikt nie miał tu na myśli przysiąg, czy spisywania umów. Tymczasem dopiero zmierzchało i jeszcze żadne z ognisk kupalnych nie płonęły. Dodatkowo, nawet przy użyciu wyjątkowo dużych pokładów fantazji, trudno było sobie wyobrazić chłopca przedzierającego się przez chaszcze, a potem brodzącego po pas w mule tylko po to, by wyciągnąć z mętnego nurtu smętne gałązki. Jak wiadomo, wszelka chęć do poświęceń w imię miłości, ma swoją granicę, a mętne bagno pełne pijawek, stanowi jej linię demarkacyjną.

Do wsi pozostał jeszcze kawałek drogi. Baśka ruszyła więc żywiej. Chciała dotrzeć do zabudowań, zanim noc całkiem owładnie ziemię, a ludność, zgodnie z wielowiekową tradycją ruszy świętować dzień, gdy bóg słońca panuje najdłużej, i zanim chwilowa nabożna cześć ustąpi miejsca panującej dużo dłużej szalonej radości, podsycanej pitnym miodem, by ostatecznie zamanifestować się w jakże wymownym ludowym śpiewie w stylu „ Laska maga ma na końcu gałkę”. Oczywistym nawet dla bogów było wszak, że nabożna cześć wymaga wielkiego skupienia umysłu, skutkującego silnym zmęczeniem i bólem głowy, podczas gdy szalona radość jest niemal pierwotnym instynktem i nie potrzeba specjalnych pokładów energii, by ją podtrzymać. Co prawda efekt końcowy jednego i drugiego jest taki sam, ale ludziom jakoś lepiej się go znosi po długotrwałej zabawie.

Dotarła do wioski, gdy ognie już płonęły. Żercy skończyli obrzędy a miód, którego nie poświęcono bogom, krążył wśród ludności. Szczerze powiedziawszy, bogowie musieli zadowolić się zaledwie niewielkim ułamkiem napitku. Jednak wierni wynagradzali im to chóralnymi śpiewami do białego rana. Faktem było, że gdy zapłonie trzeci ogień tej nocy, większość uczestników zobaczy go jako świetlistą smugę, w dodatku obserwowaną jednym okiem. Wszak miód w odpowiednich ilościach źle wpływa na zborność gałek ocznych, ale za to doskonale otwiera umysł na sacrum!

Baśka podeszła do smętnego młodzieńca, trzymającego się na uboczu i wpatrującego się melancholijnym wzrokiem w głębinę zupełnie pełnej butelki. Nie wróżyło mu to udanego wieczoru, ale dla Baśki było gwarantem, choć częściowo, rzetelnej informacji

- Witaj, wiesz może, gdzie znajdę Białą Babkę? - zagadnęła, uśmiechając się równocześnie. Młody człowiek popatrzył na nią wzrokiem wyjątkowo starego spaniela i obdarzył przeciągłym westchnieniem. Uśmiech Baśki gasł równolegle do cichnącego dźwięku wydychanego powietrza. Chłopak jeszcze raz popatrzył na nią, jakby na coś czekał, a potem z apatyczną niechęcią machnął ręką. Zrezygnowany, butelką wskazał przed siebie i wrócił do studiowania odmętów bursztynowego płynu. Baśka podążyła we wskazanym kierunku. W wielobarwnej tłuszczy dostrzegła starą, przygarbioną kobietę, której twarz mogłaby przywodzić na myśl wyjątkowo wyschniętą rodzynkę, gdyby nie jej kolor, nie odbiegający od barwy lnianego płótna, uśmiechającą się szeroko bezzębnymi ustami. Spod kraciastej chusty, wyraźnie w trendzie letnim, wystawał długi, gruby jak przedramię marynarza, biały warkocz. Kobiecina otoczona tłumkiem tubylców pociągała od czasu do czasu z butelki i przytupywała nogą w rytm śpiewanej piosenki. Jako jedyna w grupie siedziała na krześle. Baśce udało się dotrzeć tylko do obrzeży zgromadzenia. Babka znajdowała się w samym środku, a mimo to wypatrzyła obcą. Jej, do tej pory, dość rozmyte spojrzenie stało się w jednej sekundzie ostre jak u polującego sokoła. Podniosła się powoli ze swojego krzesła i wsparła szponiastą dłoń na sękatym kosturze. Ludzie natychmiast poczęli się rozstępować, tworząc drogę dla staruchy, jakby automatyczną wobec niej bojaźń i szacunek wyssali z mlekiem matki. Babka szła w kierunku Baśki przez chwilę, która mogłaby śmiało pretendować do miana wieczności. Stanęła i mimo że była od dziewczyny wiele niższa, spojrzała na nią z góry.

- Witaj Babko – Baśka skłoniła się lekko.

- Ni jam ci brat, ni swat, a już na pewno nie babka – wysyczała Babka, nawet bez przesadnej domieszki jadu, ot tak z przyzwyczajenia z lekką nutą złośliwości, ale i tak osiągnęła piorunujący efekt - Po coś przylazła, nie widziała, że świnto !?

Baśka odczuła nagle przemożną ochotę, by powiedzieć „przepraszam” i odejść najszybciej jak to możliwe. Dopiero wspomnienie dwunastogodzinnej podróży parowozem, który, umówmy się, nie należał do klasy exclusive, powstrzymało dziewczynę przed tym krokiem.

- Babko... Pani – poprawiła natychmiast nietakt – podobno macie Wiedzę, przyszłam po nauki. Po porady.

- W świnto przylazła, bezczelno dziołucha! O rady pyto! Czy jo wieszcza jezdym!? Nie jezdym! I czasu ni móm! A nawet jakby miała, nie dla psa kiełbasa, nie dla świni miód! Poszła won! - Odwróciła się i stukając laską wracała do swojego krzesła. Zanim osiągnęła cel, młodzieniec, który wcześniej wpatrywał się w bezdenną czeluść butelki, podbiegł do niej i nieśmiało zagrodził drogę.

- Babko, choć słowo z nią zamienię.

- Jo ci pedziała, ni jednygo słówka.

- Babko, toż ona wianki poszła puszczać! - W jego oczach odbiła się rozpacz granicząca z obłędem – Wianki puszcza! - Wyciągnął ręce, jakby chciał złapać staruchę za poły, ale przyrodzony respekt, nakazał rękom zastygnąć w połowie drogi. Kobieta przystanęła i zmierzyła go wzrokiem.

- A widzioł ty, kaj puszczała? Tam żodny nadziei lo panny ni ma. Bedzie, jako jo pedziała drzewi.

-Babko, ja muszę. Nie zniosę życia bez niej! Babka, rozumie?! Nie zniosę! – Chwycił się dłońmi za jasną czuprynę i wykonał gest jakby chciał opaść na kolana. Zanim jednak to uczynił kij staruchy trafił go w goleń.

- Ni słóweczka, ni spojrzynio ! Ino nie dotrzymosz, parchym obrośniesz, wszy ci pod skórę wlizóm, świżb ci przyrodzynie skrynci! A una... - tutaj zapatrzyła się w przestrzeń i głos jej zmienił się, przybierając nutę troski - Una ino grobowe deski oglóndać bedzie. Ino dym ze stosu pogrzebowego westchnie, kiej dech jóm opuści. Rozumisz?! - Młodzieniec patrzył na nią ogłupiały, szturchnęła go ponownie – Rozumisz?! - powtórzyła z naciskiem umieszczając we wzroku tyle mocy gromu, że niemożliwym było wyobrażenie sobie takiej jego ilości w spojrzeniu drobnej staruszki. Młodzieniec przygarbił się i odszedł, niczym pies z podkulonym ogonem, a kobieta, jakby nic się nie stało, powróciła na swoje krzesło, chwyciła niedopity trunek i pociągając mały łyk, uśmiechnęła się bezzębnymi ustami. Tupnęła dwa razy po czym zaintonowała:

 

Żebyś ty chmielu na tyczki nie lazł

Nie robiłbyś ty z dzieweczek niewiast.

 

Po chwili wszyscy już śpiewali radosną piosenkę. Baśka zrozumiała, że tej nocy niczego już nie wskóra, więc postarała się wmieszać w tłum tubylców. Na początku autochtoni podchodzili do niej sceptycznie, wszak była obca, do tego Babka kazała jej się wynosić, zatem jej obecność była niepożądana, jednak w miarę jak butelki miodu krążyły z coraz większą częstotliwością, wzrastała tolerancja i sympatia mieszkańców. Gdy wygaszono stare paleniska, a dwaj bliźniacy z nabożnym skupieniem, na na co dzień jowialnych gębach nieszkodliwych osiłków, rozpalali żywy ogień, by wzniecić drugie ofiarne ognisko, co niektórzy wykazali się nawet pewną empatią, wspominając nieśmiało, że Babka jest bardzo wrażliwa na punkcie świąt, i że żal im Baśki. Przy trzecim, porannym ogniu, właściwie już wszyscy byli przyjaciółmi dziewczyny, choć prawdę mówiąc, trudno byłoby znaleźć dwóch z którymi można rozmawiać inaczej niż bełkocząc. Ten fenomen działania trunków zawsze zadziwiał Baśkę. Po odpowiedniej ilości napitku dogadywali się wszyscy, nawet ci na co dzień mówiący innymi językami, jednak wystarczyło mieć we krwi nieco mniej szlachetnej domieszki, by nie zrozumieć krajana.

Jedyna osoba, wystarczająco trzeźwa, by racjonalnie ogarniać rzeczywistość, czyli żyżec, odpalił wiekowy paramobil i gestem zaprosił Babkę do środka. Starucha z lubością rozsiadła się we wnętrzu. Chwilę po odjeździe maszyny, Baśka ruszyła drogą, którą pojechał pojazd, przeklinając z cicha. Rozpoczynając tę, o jedną za dużo, butelkę miodu zupełnie zignorowała fakt, że szeptuchy zwykle mieszkają za wioską i jeśli chce spotkać babę rano, musi tam dotrzeć, a wszechogarniająca senność nie była w podróży pożądanym kompanem. Powłócząc nogami mijała grupę panien. Jedna z nich, tak chuda i blada, że z pewnością zrobiłaby karierę udając śmiertnicę, pochlipywała z cicha.

- … nawet nie spojrzał, tylko popijał miód – użalała się – Kpił ze mnie. Oszukał! To przez to że jestem taka gruba! - rozpaczała na głos, uzyskując nieśmiałe zaprzeczenia przyjaciółek. Baśka spojrzała na nią zaskoczona. Nawet przez lekką lnianą sukienkę było widać żebra. Kości policzkowe dziewczyny niemal przebijały się przez cienką, szarą skórę, a włosy umęczone brakiem pokarmu zwisały w smętnych strąkach. Baśka przyjrzała się jej jeszcze raz usiłując zestawić to co słyszała z obrazem i odnaleźć źródło wewnętrznego dysonansu, ale alkoholowe zaćmienie znieczuliło zmysły, więc tylko machnęła ręką i ruszyła drogą, na której jeszcze unosił się kurz wzniecony przez paramobil.

Grzmiący, dudniący w głowie milionami młotów tłukących o czaszkę ryk, wyrwał dziewczynę z sennego odrętwienia. Ostre słońce gwałtem wdarło się pod powieki, sztyletami promieni informując o swojej, wysokiej pozycji na nieboskłonie. Baśka niezgrabnie wygramoliła się z przydrożnej trawy, równocześnie usiłując zapanować nad falą mdłości. Spojrzała na drogę, w kierunku, z którego dochodził drażniący odgłos. Niemal frunąc nad nierównościami traktu, z nieprzyzwoitą prędkością i hałasem, gnał jednośladowy parocykl. Urządzenia te były stosunkowo nowym wynalazkiem, jednak zdążyły okryć się złą sławą. Jeździli nimi głównie wielbiciele wysokiego poziomu adrenaliny, często pozostawiając swój ślad na publicznych drogach. Konkretniej rzecz ujmując, wiele śladów, w postaci fragmentów rąk, nóg, bądź wnętrzności, rozbryzganych teatralnie, po bliskim kontakcie pędzącej maszyny z zupełnie statycznym drzewem. Dodatkowo, by osiągnąć odpowiednią moc, sprężano parę do niewyobrażalnego poziomu i wtłaczano, w absurdalnie małą kubaturę baku. Czasami pojemnik na parę wybuchał z hukiem. Efekt końcowy był dokładnie taki sam, jak podczas bliskich spotkań z drzewami. Niektórzy kierowcy dwuśladowych maszyn naklejali sobie nalepki głoszące „Patrz w lusterka, paracykle są wszędzie” , stanowiło to swoiste ostrzeżenie, by zwolnić lub skręcić, gdy jadący jednoślad wyraźnie gotował się do wybuchu, tudzież slalomem omijać zalegające drogi szczątki. Do tego paracykle ryczały niczym stada rozbuchanych turów, budząc dzieci i powodując, że krowy traciły mleko. Dziś maszyna sprawiła, że Baśka straciła dobre samopoczucie, choć, mówiąc szczerze, miała na nie niewielkie szanse.

Droga była malownicza; polny trakt z zieloną wstęgą trawy pośrodku, z boków porośnięty starodrzewem lip i buków. Rowy, niegdyś służące melioracji pól, dziś zarosły sowicie mieszanką różnorakich traw, które zapewniły Baśce tej nocy dość przyjemnie lokum. Drugim przymiotnikiem, po malownicza, jaki narzucał się, by opisać drogę i jaki przyszedł dziewczynie do głowy, było słowo pusta, a nawet zupełnie pusta, bez choćby śladu zabudowań.

Baśka przypomniała sobie niejasno, jak senność brała górę nad determinacją, każącą jej dotrzeć o domu szeptuchy i jak w końcu, w porozumieniu z wypitym miodem, zmusiła ją by zalec w wyjątkowo zachęcająco wyglądających mchach i trawach. Niestety pamięć milczała uparcie w kwestii kierunku z którego dziewczyna przyszła. Wytężyła całe jej pokłady, przywracając mgliste obrazy wspólnych śpiewów z mieszkańcami wioski i krążących butelek przeróżnych napojów. Mnóstwo osób zostało jej serdecznymi przyjaciółmi, choć pamięć milczała również w kwestii ich imion. Przypomniała sobie grupę dziewcząt i ich dziwną rozmowę, jak również odjeżdżający paramobil, uwożący cel jej podróży, czyli Białą Babkę w nieznane. Tylko kierunek wciąż pozostawał nieznany. Niespodziewanie trakt, który stał się przyczyną zmartwień, przyniósł też rozwiązanie. Majacząc niewyraźnie w południowym słońcu, z pyłu wznieconego przez parocykl, wyłoniła się przygarbiona, niewielka postać. Koszyk zawieszony na zgięciu łokcia wyraźnie ciążył, co jednak nie przeszkadzało postaci wygrażać drugą ręką w kierunku odjeżdżającego pojazdu. Baśka zrozumiała, kto idzie, w momencie, gdy zorientowała się, że twarz i włosy zbliżającej są zupełnie białe. Wyszła na środek drogi czekając, aż kobieta zbliży się do niej.

- Witaj ponownie – zaczęła, gdy Biała Babka podeszła na odległość odpowiednią, by wypowiedzieć przywitanie, nie podnosząc niepotrzebnie głosu.

- Uparto kiej koza. - Babka skrzywiła się z niesmakiem – Czy jo jinzykim inszym godóm niźli ty pojmujesz? Toć ci kozała iść do czorta.

- Babko... – jedno spojrzenie staruchy, przypomniało Baśce o panujących zasadach sawuar vivr – Pani, jechałam szmat dogi, by panią spotkać. Choć kilka słów zamienić.

- Z łowcamy nie po drodze mi godać.

- Skąd wiesz... pani wie? - Dziewczyna wytrzeszczyła oczy na szeptuchę.

- Toć ci upirze knykcie na szyi śram zostawiły. Żywoś, czyliś upira ubiła. A jakeś ubiła, to z cechu do ciebe przyśli. A mnie z łowcamy godać nie po drodze. Każde tałatajstwo za tobóm będzie lazło. Braknie mi tylko takie kukułcze jajo pod dach se brać.- Baśka odruchowo dotknęła delikatnych nierówności ciągnących się od połowy szyi z prawej strony, aż do obojczyka. Wydawało jej się, że blizny są prawie niewidoczne, a już na pewno nie na tyle, by rozpoznać po nich, czyje łapy były ich przyczyną. Babka przyglądała jej się obserwując każde drgnienie ciała. Oczy prześwietlały dziewczynę, docierając tam, gdzie nikt inny by nie trafił. Celując w samo sedno. Baśka zrozumiała, że starucha ma bystry wzrok i bynajmniej nie chodziło o fizyczny aspekt widzenia. Wzięła głęboki oddech i zaciskając pięści w determinacji zdecydowała się na prawdę, nagą i całą.

- Jestem łowcą, ale ciągle czuję brak... czegoś... Usłyszałam o pani i pomyślałam, że może... może... Znajdę... to... coś... To więcej – Popatrzyła na staruszkę, która milcząc przyglądała jej się wciąż z niezmienionym wyrazem twarzy. Trwało to tak długo, że Baśka doszła do wniosku, iż właśnie poniosła klęskę. Spuściła głowę i już miała zacząć się żegnać, gdy Babka odezwała się. Mówiła niespiesznie, z ociąganiem, ważąc każde słowo.

- Duszno choroba na cie przyszła. Ni ma rady ino szukać trza, coś zgubiła. Pódźmy, zobaczym, kiej tyn kawołeczek duszy się podzioł, co ci go zbraknie. - Baśka uśmiechnęła się szeroko i ruszyła za staruszką, pewna, że teraz wszystko potoczy się po jej myśli. Babka odwróciła się do niej i wyciągnęłą w stronę dziewczyny koszyk.

- Nieś. Młodymu zawsze sładni. - Baśka chwyciła pałąk, wypełnionego ziołami i jagodami, kosza i poszły drogą.

Chałupa, to było najbardziej odpowiednie miano dla budynku, który był siedliskiem szeptuchy. To oczywiste, że babce, traktującej poważnie swe stanowisko, nie przystoi mieszkać w pięknym zadbanym domu. Jednak ta musiała swoje powinności traktować z wyjątkową estymą. Dach zapadał się w kilku miejscach, a w jednym ział poważną dziurą. Gliniane mury powyszczerbiane tu i ówdzie stanowiły doskonałe siedlisko dla ptactwa, uwijającego się teraz gromadnie wokół swojego piszczącego i poświstującego potomstwa. Ogólnie, całość wyglądała jakby ktoś zasadził chacie porządną sójkę w bok, a ta zwinęła się w proteście. Front porastały chaszcze piołunów, ostów i mniejszych pokrzyw i tylko wydeptana ścieżka i cienka stróżka dymu z komina świadczyły, że ktoś nadal tu mieszka.

Babka nie oglądając się na swego gościa podreptała do wnętrza. Chata przywitała kobiety chłodem, przyjemnym po panującym na zewnątrz południowym skwarze. Było nadzwyczaj czysto i schludnie. Ciemna podłoga, zbita z surowych desek pachniała igliwiem. Wielki stół przykryto jutowym obrusem, który jednak nie wyglądał jak rzucony na blat worek, ale jak małe, utkane dzięło sztuki. Olbrzymi piec oblegały gromadnie warkocze różnorakich ziół.

- No, postow koszyk i do roboty, dziołucha, do roboty! – Babka krzątała się po pomieszczeniu, przeglądając z zadowoleniem kąty. Podała Baśce kubek z białą, gęstą cieczą.

- Mliko siadłe, pómoże na twojóm głowe. Ino zimne pij.

Baśka wzdrygnęła się ze wstrętem, nienawidziła szczerze zsiadłego mleka, ale nie śmiała zaprotestować. Babka patrzyła wzrokiem zadowolonego kota, jak dziewczyna pochłania zawartość kubka.

- No, to tero ci co pokożę. Ino munke dej z ty skrzyni- wskazała zbity z nienajlepszego rodzaju sklejki, prosty mebel z wiekiem. Zaskoczona Baśka bez słowa wykonała polecenie. Babka tymczasem mieszała coś przy kuchni. Gdy dziewczyna postawiła na stole worek, starucha nalała do misy szarawej gęstej cieczy, pachnącej trochę jak tani jabłecznik.

- Chlib robić umisz?

- Chleb?

- No co tak gały wybałuszyła? Chlib, chlib!

- N.. nie...

- Widzisz, a każdo powinna umić chlib zrobić. No nic, naumisz się piorunym. - Starucha wyszczerzyła się w bezzębnym uśmiechu, tym szerszym im większa konsternacja malowała się na twarzy dziewczyny.

Promień słońca wpadł przez okno i zaplątał się we włosach Danki. Dziewczyna była tak chuda, że można by wysnuć wniosek, że prześwietlił ją na wylot, gdyby nie było to absolutnie niemożliwym. Okryta wełnianym kocem drżała z zimna w czerwcowym upale. Po sinobladych, zapadniętych policzkach toczyły się łzy, jak ostatni relikt życia na martwym obszarze. Dziewczyna płacząc wpatrywała się w lustro. W pewnej chwili ze złością chwyciła talerz z nietkniętym posiłkiem. Pobiegła z nim schodami wprost do kuchni i z hukiem postawiła na blacie.

- Nie utuczysz mnie! - wrzasnęła do zaskoczonej matki.

- Skarbie, przecież...

- Co, przecież?! Chcesz, żebym była grubą świnią! Nie martw się, już i tak jestem obrzydliwa, nikt nawet nie chce na mnie spojrzeć! - wykrzykując ostatnie słowa, wybuchnęła głośnym szlochem i pobiegła w kierunku schodów, zostawiając matkę, na której twarzy smutek mieszał się ze zmęczeniem szarymi barwami.

Mąka cienką warstwą pokrywała podłogę, stół i frustrację Baśki. Dziewczyna z niesmakiem usiłowała usunąć z dłoni lepką szarawą substancję. Na desce położonej na stole pysznił się wyjątkowo nieforemny zlepek ciasta, udający bochenek. Babka, w zupełnie odmiennym, niż Baśka nastroju, zartarła ręce z satysfakcją.

- No, tero posprzuntej i napolisz w piecu – zaskrzeczała radośnie.

- Chyba nie o to chodziło, kiedy... - Baśka usiłowała wyplątać się z niewygodnej sytuacji.

- O co chodzi, to nie tobie, panna, myślić! - Babka uderzyła laską w podłogę, aż podskoczyła porzucona na stole, metalowa pokrywka. - Tobie w piecu polić! - W momencie, kiedy starucha wykrzykiwała ostatnią sylabę, skrzypnęły drzwi chałupy. Stanął w nich niewielki, łysawy człowieczek z czerwoną twarzą i olbrzymim brzuchem. W dłoniach miętosił wyświechtaną czapkę.

- Czego? - zagadnęła Babka przyjaźnie.

- Babko, problem mam w obejściu... - Chłopina niepewnie przekroczył próg chaty.

- Gdzie żeś wloz, Maciej?! Nie widzisz, że mónka rozsypano? - Babka powstrzymała jego zapędy, ewidentnie pragnąc załatwić petenta od progu, a potem zwróciła łaskawą uwagę na Baśkę – A ty sprzóntej, a nie gały wytrzyszczosz! To czegoś chcioł? - jej wzrok spoczął ponownie na chłopie.

- Maciora się oprosiła. Trzynaście młodych, Babko. Trzynaście!

- No to chwolić bogów.

- Piękne dorodne, jeden w drugiego.

- I przyszedeś się chwolić. Szczynścio tedy, szczynścio. - Babka z czystą premedytacją usiłowała oczywisty przebieg rozmowy wepchnąć na nowe, wyboiste tory, jednak chłop szedł po prostej.

- A gdzie tam. Od przedwczoraj prosiaki jakby oczadziały. Gryzą się, ogony użerają, krew po chlewie pryska, a one jak w amoku. Maciorze cycki obgryzły, karmić ich nie chce. Zdechną wszystkie. Albo się zeżrą, albo zagłodzą. - Mówiąc to Maciej kiwał z rezygnacją głową. Babka tylko wzruszyła ramieniem.

- Kto był?

- Co?

- Kto je przedwczora widzioł?

- Nikoguśko. Przecie bym do obory nie puścił.

- Glindzisz, Maciej. Kto był?

- Toć mówię...

- To przestań melić ozorym, a włóncz kopułe, jak nie możesz obu użyć wespół. - Chłop zamiast w oczywisty sposób okazać urazę, pochylił tylko głowę i widać było jak intensywnie analizuje wypadki pamiętnego dnia.

- Ino stara Wasikowa po jajka przyszła wieczorem...

- Wasikowo oko ma kaprawe. Do obory zajrzała?

- Chyba by przez wrota.

-No to będzie, że zajrzała. Halke weź niepranum, żóny może być, i każdygo świnioka bez halkę przepuść, od nogów ku głowie, powtorzej przy tym przy kożdym: Kto pozazdrościół, niech mu krzywda stanie kościóm. Jutro świnioki bedóm jak nowe. - Chłop uśmiechnął się, rzucając szybkie dziękuję i puścił biegiem drogą. Widocznie chciał zdążyć, zanim jego baba zacznie planowane pranie. Baśka stała chwilę usiłując nie wybuchnąć śmiechem. Kiedy wzrok Babki padł na nią ponownie, skonsternowana wbiła spojrzenie w podłogę i udała, że jest zaabsorbowana zamiataniem. Równocześnie w jej głowie kołatała się, a właściwie waliła jak pijak późną nocą do drzwi sąsiada, myśl, że przyjeżdżając w to miejsce pomyliła się strasznie, a Babka to zwykła wiejska starucha z przerośniętym ego, wykorzystująca do pracy naiwnych przyjezdnych i prawiąca dyrdymały, a nie ktoś, kto może odnaleźć odpowiedź na jakiekolwiek wątpliwości.

Wieś obudziła się po święcie. W obejściu Babki ten fakt nie mógł zostać niezauważony. Wkrótce po wyjściu Macieja na ścieżce prowadzącej do chałupy dał się słyszeć wrzask tak nieznośny, jakby wydającego go malca ktoś polał wrzątkiem. Tym razem Babka wybiegła przed dom i przejęła dziecko z rąk roztrzęsionej matki. Malec uspokoił się i nawet lekko przymknął oczy, kołysany w ramionach staruchy. Ta zgarniając niedbale ręką resztki mąki ze stołu, położyła na nim dziecko i sprawnie rozwinęła. Tu chwilowa cisza dobiegła końca. Niemowlak ponownie zaczął wrzeszczeć i wić się. Baśka z niedowierzaniem patrzyła, jak Babka z namaszczeniem dociąga łokieć malucha do przeciwległego kolana, przygina główkę na oba boki i zwija wrzeszczące dziecko w przeróżne, niewiarygodne wręcz pozy. Nagle malec wrzasnął jeszcze bardziej przeraźliwie, a potem tylko cicho zakwilił.

- Nakarm go tero, Wiśka – Babka podała młodej matce niemowlę, które łapczywie przyssało się do piersi.

- Od wczoraj prawie nie jadł...

- Przełomany – zawyrokowała starucha – Bedzie dobrze, ino przy przebiraniu uwożej, coby plecy i łebek trzymać. I na wiatr nie wystowiej – Popatrzyła w lekko wyblakłe oczy Wiśki, po czym zakrzątnęła się przy suszu z ziół. Mamrocząc coś szykowała woreczek. Podała go młodej kobiecie – Pij wieczorym. Wisz na co.

Drzwi chałupy w zasadzie się nie zamykały. Co chwilę przybywał ktoś ze swoimi problemami, oznajmiając się cichym skrzypnięciem drzwi, lub głośnym „Chwała bogom”. Ze względu na specyfikę poprzedniej nocy, przychodzili głównie ci, którym wypity wczoraj miód, dziś dawał się ostro we znaki. Ich wizyty były też najkrótsze. Babka leczyła ich dolegliwość krótkim, acz treściwym „idź precz”,bądź bardziej finezyjnym „sie przejdziesz, ci przejdzie”. Zdarzyło się też kilka innych przypadków, którym starucha poświęciła więcej uwagi. Lecząc, paliła len nad czerwonymi wybroczynami. Obchodziła ze świecą w rękach człowieka przykrytego białą chustą. Lała wodę na węgiel i wosk na ziemię, mamrocząc przy tym i wyśpiewując sobie tylko znane frazy. Pacjenci odchodzili wdzięczni, choć wcale nie wyglądali na zdrowszych.

Baśka natomiast cały dzień pełniła rolę popychla. Nosiła wodę, świece, len, zioła. Gotowała kaszę z mięsem, którą ostatecznie dane jej było zjeść na stojąco. Sprzątała, myła, ogarniała. Wszystko na wyraźne polecenie Babki. I tylko uporczywa myśl „po co?” nie dawała jej spokoju. Ludzie przychodzili i odchodzili , a stan ducha Baśki był coraz bardziej podły. Czuła się oszukana, naciągnięta, okantowana, jednym słowem wściekła. Przebyła wiele kilometrów tylko po to, by nasłuchać się impertynencji nawiedzonej staruszki, porobić za jej osobistą pomoc domową i być świadkiem farsy w kilku odsłonach, zwanej uzdrawianiem. Gdyby nie fakt, że było późno, do stacji parowozowej daleko, a sama dziewczyna niewyobrażalnie wręcz zmęczona, opuściłaby dom szeptuchy natychmiast. Jednak póki co, postanowiła zostać do rana. Babka chyba zorientowała się w sytuacji, bo bez słowa postawiła na stole kolację w postaci gorzkiego naparu i chleba z ogórkiem, a kiedy zjadły rzuciła tylko zdawkowe „pora spać”, po czym wskazała Baśce szopę wypełnioną sianem. „Dobrze, że nie musiałam go sama wcześniej nakosić” - pomyślała dziewczyna z przekąsem, zapadając się w aromatycznej miękkości.

W pięknej jadalni, pięknego domu panowała napięta atmosfera. Tylko czasami ktoś nieuważnie szczęknął sztućcem, po czym natychmiast zapadała cisza. Oczy całej rodziny były dyskretnie zwrócone w jednym kierunku, w kierunku Danki. Matka spróbowała podjąć błahą dyskusję, jednak po dwóch monosylabach odpowiedzi, rozmowa umarła. Dziewczyna siedziała z miną męczennicy nad kawałkiem mięsa wielkości kciuka i dwoma pomidorami. Kroiła każdy kęs, po czym żuła w nieskończoność, a każdy z pozostałych członków rodziny mierzył w myślach objętość znikającego pokarmu.

- Kochanie... może soku. - matka uśmiechnęła się do córki zachęcająco. Ta tylko pokiwała przecząco głową, nabijając na widelec absurdalnie mały kawałek pomidora.

- Skarbie, a może pojedziemy na lody jutro po południu ?– zagadnęła siedzącego naprzeciw męża.

- Może...

- Danusia, ty zawsze lubiłaś karmelowe. Podobno ciągle je robią.

- Nie jem lodów.

- A cokolwiek jesz?! - pięść ojca opadła na stół przełamując napięcie strzegące kruchej równowagi. - No powiedz, ile dni nie miałaś nic w ustach?! Oświeć nas! A może znowu upchniesz coś w doniczkach?! - Dyszał ze wściekłości i bezsilności. - Jeśli zaraz nie zjesz tego mięsa wepchnę ci go w usta siłą!

Danka wybuchnęła płaczem i rzucając widelec pobiegła na górę. Matka chwyciła mężczyznę za rękę.

- A tak dobrze szło. Widzisz, co narobiłeś! - wykrzyczała z wyrzutem. Spojrzał na nią tylko kamiennym wzrokiem i wyszarpując rękę z uścisku wyszedł z domu.

Na zewnątrz natknął się na młodego chłopaka wpatrującego się w okna.

- Pójdziesz stąd! Psami poszczuję, gówniarzu!

Młodzieniec stał nie rozumiejąc co się dzieje. Ojciec podszedł bliżej, tak, że jego twarz prawie dotknęła twarzy chłopaka.

- To twoja wina. Dla ciebie zaczęła to całe odchudzanie..

- Nigdy nie chciałem, proszę pana... - zanim skończył, pięść mężczyzny wylądowała na jego nosie. Zalewając się krwią i śluzem, młody chłopak uciekał, nie rozumiejąc, czemu wszyscy, którzy kiedyś sprzyjali jego związkowi z Danką, teraz chcą odseparować go od ukochanej. Dziewczyna tymczasem stojąc w oknie swojego pokoju, wpatrywała się w mrok, licząc, że dojrzy jego sylwetkę, tak jak to bywało dawniej, ale zobaczyła tylko ciemność. Zrezygnowana zamknęła za sobą drzwi łazienki, oddając to co przed chwilą z takim trudem i obrzydzeniem w siebie wtłoczyła.

Zanim słońce zdążyło podnieść się znad porannych mgieł, Baśkę obudził potworny harmider na podwórku. Ludzkie głosy mieszały się z rytmicznymi uderzeniami tłoków paramobila i zajadłym ujadaniem psa, który przypałętał się nie wiadomo skąd. Wysupłując pojedyncze źdźbła z włosów i ubrania, wyszła w chłód światu. Na podwórku jakiś mężczyzna wyciągał w pośpiechu coś dużego z tylnego siedzenia paramobila, a zapłakana, roztrzęsiona kobieta, wspierała się na ramieniu młodego chłopaka, prawdopodobnie jej syna. Babka stała w drzwiach, w pełni odziana, skupiona.

-Danusia zaniemogła – zwróciła się do niej płacząca. W tym momencie Baśka dostrzegła z czym też mocował się mężczyzna. Niósł oto na rękach wynędzniałą, wręcz przezroczystą dziewczynę, z której ust powolutku sączyła się stróżka krwi, oczy miała zamknięte i nie było żądnych wątpliwości, że to nie sen je zamknął.

-Czekała jo kiedy... - Babka była stropiona – Wnieśta jóm do dómu.

-Oszalałaś?! - Baśka zainterweniowała – Tej dziewczynie potrzeba szpitala, porządnego szamana, a może nawet medycyny! - Wszyscy jak jeden spojrzeli na Baśkę, ojciec zawahał się, a nawet zrobił krok w tył.

- Wnieśta jóm – powtórzyła Babka z naciskiem, nie zaszczycając oponentki nawet jednym spojrzeniem. Baśka błyskawicznie znalazła się między szeptuchą, a jej pacjentką.

-Widziałam twoje gusła. Bądź rozsądna, nie pomożesz jej lnem i świecą! Nie widzisz?! Ona umrze! - Baśka miała nadzieję poruszyć resztki zdrowego rozsądku, które powinny gdzieś tam się kołatać, choćby głęboko ukryte.

-Wnieśta jóm – powtórzyła starucha po raz trzeci. Mężczyzna niepewnie wyminął Baśkę.

-Ona nie pomoże twojej córce – desperacko usiłowała doprosić się o rozsądek i uratować życie dziewczyny – Jedź z nią do szpitala, zamiast marnować tu czas, ratuj ją! - Mężczyzna znowu rozejrzał się niepewnie, a Baśka postanowiła chwycić jego niezdecydowanie, jako iskierkę nadziei. - Starucha nie potrafi leczyć, no może biegunkę i wymioty, ale nie twoją córkę. Tylko jest zbyt uparta żeby się do tego przyznać. Woli żeby dziewczyna umarła, niż... - W tym momencie chora bluznęła krwią, sowicie rosząc koszulę ojca.

-Żołóndek pynk! Na zimię! – Babka rzuciła się do nieprzytomnej. Wyrwała z zapaski jarzębinowe korale i rozsypała na ziemi, zamykając w kole siebie i dziewczynę. Baśka była wściekła, sfrustrowana i zdeterminowana jednocześnie. Postanowiła uratować dziewczynę, choćby za cenę porwania jej i kradzieży paramobilu, którym notabene nie umiała jeździć. Ruszyła, by dokonać zamierzonego przedsięwzięcia, a wtedy Babka zaśpiewała. Jej głos porzucając starczą zgrzytliwość, zaszumiał milionami źdźbeł traw, gotowych do sianokosów. Rozbił się delikatnym, tysięcznie zwielokrotnionym dźwiękiem uderzających o siebie, pełnych kłosów. Wysycił czerwień maków porastających w zbożu i lunął rzęsistym deszczem. Krople biły rytmicznie o suchą ziemię, a głos płynął z nimi dalej. Uderzył burzą na lasy, wicher świszcząc przygiął wierzchołki drzew, odbił się od skał ryczącym szumem fali. Popłynął dalej wstęgą rzeki przez żyzne pola. Ziemia odpowiedziała mu cichym westchnieniem, drżeniem, które ledwo dało się wyczuć, a jednak na tyle potężnym, że nie oparła by mu się góra. Baśka powiodła wzrokiem po obecnych. Poza nią wszyscy stali obojętnie. Nie usłyszeli, nie dostrzegli, podobnie jak ona wcześniej. Dotarły do nich tylko szepty.

Danka otworzyła oczy. Zaskoczona rozejrzała się po zapuszczonej chudobie szeptuchy. Spróbowała zerwać się z miejsca. Babka powstrzymała ją ręką.

-Słaboś. Poleżyć ci trza. - A potem zwróciła się do Baśki jakby nigdy nic – Przynieś chlib.

-Nie potrzebuję jeść – dziewczyna momentalnie zaparła się w sobie.

-Ano racja, jedzynio ci nie trza – Babka tym razem zaskoczyła nie tylko Baśkę, ale i wszystkich obecnych. - Poleżysz u mnie dziń, może dwa, bo nie wim, co z tobóm i na co cie przywieźli.

- Babko, przecież Babka mówiła... - ojciec dziewczyny wyglądał na zdezorientowanego, ale jedno spojrzenie staruchy osadziło go w miejscu i zamknęło usta.

- Nadrażliwe ludzie, ale ostać się możesz, jeszcze jedno dziewucha mi się przydo. - Babka wstała i gestem zachęciła dziewczynę do tego samego. Dopiero teraz Baśka dostrzegła, że staruszka drży i idzie nieepewnym krokiem. Baśka chwyciła ją za łokieć w drzwiach.

- Słyszałam.

- Wim, całoś blado. - Babka pokiwała z powagą głową

- A jarzębina, czemu ją rozrzuciłaś?

- Przodki po nióm szli, trza im było drogę zasłónić

Zaraz po odjeździe rodziców Danki, Babka zniknęła w czeluściach spiżarki. Dziewczyny pozostawione same sobie, przelewały się po chacie, a raczej Baśka się przelewała, Dance ewidentnie brakowało na to sił. Wszelkie próby podjęcia rozmowy spełzały w końcu na krępującej ciszy. Ostatecznie Baśka wyniosła się z chałupy i zaczęła rąbać drwa, na podwórku, byle nie musieć oglądać dłużej osoby, której osobowość zasuszyła się wraz z fizjonomią. Od zajęcia odciągnęło ją dopiero wezwanie Babki na obiad. Szeptucha zdawała się nie zauważać, że porcja Danki pozostaje nietknięta. Dziarsko opowiadała obojętne historyjki. Baśka natomiast traciła apetyt z każdym spojrzeniem na wystające kości i wszechobecne ścięgna towarzyszki.

-Nie jesz? - nie wytrzymała w końcu.

- Ji tyle ile jeji trzeba. Tu nikt nikómu nie dzieli. - Babka, osadziła Baśkę spojrzeniem.

Do kolacji czas ciągnął się niemiłosiernie. Babka wychylała się ze spiżarki tylko po to, by zabrać któryś ze swoich ziołowych pęczków, a potem dawało się słyszeć jej mamrotanie.

Przy kolacji Danka znowu siedziała, jakby ostatnia iskra życia miała w niej zaraz zgasnąć. -Markotnoś, Danusia. - zagadnęła ją Babka. Baśka uznała, że bardziej na miejscu byłoby pytanie „żywoś”, bo patrząc na dziewczynę, można było mieć wątpliwości.

-Nic mi nie jest, Babko.

- Duszno choroba na cie przyszła. Ni ma rady ino szukać trza, coś zgubiła. Pódźmy, zobaczym, kiej tyn kawołeczek duszy się podzioł, co ci go zbraknie. - Baśka niemal spadła z krzesła, ale Babka wyszczerzyła tylko do niej dziąsła, bez choćby najmniejszego skrępowania.

-Oj ,Babko, ja wiem, gdzie mój kawałek duszy. Bartek go ma i nic sobie z tego nie robi – Łzy popłynęły po wysuszonych policzkach.

-Miłowanie... Głupota młodości. Same przechodzi.

- Babko, mi nie przejdzie. Ja bez niego... dla niego...

- Ej, głupioś. Tylko chłop. Chociaż sposób na to jest jedyn...

- Jaki...

- E, nie dla cie. Do bogów modły trzy razy w dziń wznosić trza, ochfiarę dawać.

-A to by coś dało? Jak, Babko to się robi - Dziewczyna zerwała się z miejsca.

- E, dla ciebie ochfiara za cinżko.

- Jaka.

- Każdygo rana, wieczora i kiedy słóńce najwyży, wznieść trza modły do Swaroga, coby cie urodóm słónecznum okrasiół. Do Welesa, coby jego serce przysingóm na miłość zwiónzoł, a potym swicę zapolić i ochfiarę dać. Każdygo dnia do mie by trz przyjść, trzy takie kule wziónć – Baśka patrzyła z niedowierzaniem na wyciągniętą z kieszeni niewielką bułkę pachnącą chlebem, rybą i dużą ilością ziół. - Zjisz, na chwałę bogów i ku ich przychylności. A jako nie zjisz, na gniw siebie wystawisz i mnie tyż. Ty wisz, że jo z bogamy czasym godać mogę.

- Codziennie będę musiała to zjeść trzy razy? – widać było, jak dziewczyna się waha.

- Ano. I oddawać nie wolno, by ofiary nie uszczknóć, bogów nie łobrazić.

- Ale nic więcej nie trzeba.

- Nie trza.

- Zadziała.

- Pewnikim. - Babka patrzyła gdzieś w dal.

- D...dobrze. Kiedy mogę zacząć

- Eh, nie wim, czy możesz. Wyplujesz, bogów my obrazisz, niczego nie wyproszę. Schowosz, abo co wymyślisz, nie... chyba nie dla cie tako magia.

- Ale jakbym to zrobiła, to bym go odzyskała?

- Ano.

- I tylko jeść, modły składać i świecę palić?

- Ano.

- Przecież wiem, że ani wypluć nie mogę, ani schować, Babko...

- Nie dla cie.

- Babko, przecież ja dla niego to tyle bym mogła.

- Głupioś, tylko chłop, będzie inny. - Danka podniosła się delikatnie, po czym przyklękła przy Babce i pogładziła jej dłoń.

- Babko, tak proszę. Daj mi chociaż spróbować. Przysięgam, wszystko będzie jak trzeba...

- Nie wim...

- Babko, przecież ciebie nie oszukam. Wiem, że nie wolno bogów obrażać.

- Smarkato jeszcze jezdeś. Jo wim co ci we łbie?

- Przecież ja Babce przysięgnę, na wszystko. Ja mogę przy Babce te modły i to jedzenie.

- No może jak przy mnie...

- Będę przychodzić trzy razy na dzień, przecież to niedaleko. Babka wtedy dopilnuje.

- Przychodzić to nie. Najwyży u mie pomiszkosz na czas zabobunu.

- Dobrze! Ale zgadza się Babka? – Danka poderwała się i klasnęła w dłonie.

- Ano.- potwierdziła starucha.

- To... kiedy zaczniemy?

- Zaro. O słóńca zachodzie najlepszo pora coby bogów zaczónć prosić.

Baśka patrzyła z niedowierzaniem, jak dziewczyna, która jeszcze pół dnia wcześniej umierała z niedożywienia pochłania chleb zmieszany z rybą i popija wodą, niemal całując Babkę po rękach.

Gdy Danka poszła spać, Babka podeszła do Baśki.

-Rano polecisz do Dąbroszów, Bartka znajdziesz i powisz mu, że za pół kwadry mo być u mnie. Jak nie przydzie, zrobie, że mu gały zaropiejum. A i powidz mu, że Danka będzie, mo się uśmichać, ale ani słóweczka, a potym jo mu powim co i jak. Zrozumiałaś, Baśka. - Baśka pokręciła tylko głową. Starucha już miała odejść, ale dziewczyna ją zatrzymała.

- Ta... magia, to ani modły, ani ofiara. Nie boisz się, że naprawdę bogów obrazisz?

- No widzisz Basia, Bogów kłopotać ni możno bez potrzeby. Jako trzeba,to trzeba, ale póki człowiek mocyn, własnygo konceptu użyć musi, co go w kóńcu od bogów dostoł. Uni użycie mózgownicy pochwolajóm, dla dobrygo celu zawsze sprzyjać bedóm.

Rankiem przy „obrzędzie” babka napoiła Dankę mlekiem i wcisnęła w nią kulkę kaszy z mięsem.

- Z ty ofary, prosim coby umiłowany pojawiół się u nos za połowe kwadry.

- I co teraz? - zapytała Danka

- Ano nic, czekóma na bogów łaskawość.

 

Baśka szykowała się do drogi. Bartek, zgodnie z łaskawym życzeniem bogów pojawił się po połowie kwadry, Danka z tym większą ochotą pochłaniała ofiary, a jej policzki lekko zaczęły nabierać koloru. Babka każdego wieczoru nuciła, gdy dziewczyny kładły się spać, kołysanki życia, ale to wiedziała tylko Baśka. Nawet świniaki Macieja chowały się zdrowo, czego nie omieszkał oświadczyć dziewczynie przy spotkaniu we wsi.

Babka wyciągnęła zza zapaski sznur suszonych jarzębin i podała Baśce.

- Jakbyś kiedy potrzebowała kawołka spokojny zimi rozerwij, rozsyp. Jak daleko upadnóm, spokój będziesz mieć. I pamintej Basiuchna, dusza jako wianki, z różnygo kwiecia. O każde źdźbełko musisz dbać, bo jako kwiecie, jak uwindnie, albo nasiunknie za wiela, wieniec zniszczy. I jako wianek kożdóm czunsteczkę musisz zapliść z innymy.

- Czym?

- Ty wisz najlepi – Babka uśmiechnęła się tym charakterystycznym chytrym uśmiechem staruchy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Karawan rok temu
    No więc tak. Opowieść i owszem owszem. Pomysł moim zdaniem świetny. Realizacja jednak psuje go równie doskonale. To co mnie mocno zdegustowało to zderzenie średniowiecza z teraźniejszością. To nie jest tak, że nie można tego zrobić. Można. Jeśli jest to tajemnicza osada - trzeba pokazać jej wyjątkowość. Jeśli nie jest, bezzasadne moim zdaniem jest przeskakiwanie w żerców i inne utensylia sugerujące średniowiecze. Wieś polska ciągle jeszcze trwa w gusłach, przesądach etc. Wystarczyłoby więc pokazać, że to taka wieś, ale by tak było trzeba by odejść od Baśki, babki a dodać detali o wsi. Wtedy zniknęłoby drażniące pomieszanie epok. Moja permanentna wada - złe postaci - występuje tutaj bardzo wyraźnie. Nie widać bardzo długo jaką osoba jest bohaterka Baśka. Nie wiadomo dlaczego reakcje Babki są tak wrogie...
    Uff. Tak długiego komentarza już dawno nie wygenerowałem. Proszę jednak pamiętać, że to moje subiektywne wrażenia, a tekst Twój!!
    Za pomysł dziesięć. Za realizację dwa. Razem pięć z nadzieją na progres i dalsze wysiłki ;)
    PS. Z gwarą ostrożnie - lepiej za mało niż za wiele. ;)
  • Belladonna rok temu
    Hmmm, może źle podałam zamysł. Nie chodzi o mieszanie epok, ale o rzeczywistość alternatywną, gdzie chrześcijaństwo nie dominuje i nadal panuje rodzimy politeizm :)
  • Nefer rok temu
    Pomysł bardzo dobry, sugerujesz świat alternatywny, w którym przetrwało pogaństwo oraz istnieją różne demony z ludowych wierzeń (bohaterka zdaje się zwalczać, jako członkini specjalnego cechu). Do tego zręcznie podajesz w fabule oraz dialogach rozrzucone informacje o tym świecie (poziom techniki, zacofany w sumie charakter osady - duża odległość od kolei parowej, przedpotowy wehikuł, którym porusza się Babka itp.). Mamy też szczegóły obyczajowe, a nawet ekonomiczne (radość chłopiny z udanego miotu maciory). Po prostu, palce lizać. Bardzo ciekawy zamysł, świat warty rozbudowania i kontynuuacji. Teraz szczegóły techniczne. Nie jestem zwolennikiem nadmiernej archaizacji języka i posługiwania się pseudogwarą (utrudnia to trochę lekturę), ale to rzecz gustu i wyboru autora. Zwroty gwarowe stosujesz wyłącznie w dialogach, co można uznać za właściwe. Natomiast zwróciłbym uwagę na partie narracyjne. Mamy fragmenty z nadmierną obecnością czasownika "być" (np. wstępny akapit, opisujący puszczanie wianków, trzy kolejne zdania oparte o orzeczenie "być"). To slowo-wytrych, zastępujące wiele innych czasowników. Używamy go bardzo często, dla ułatwienia, w mowie potocznej. W prozie literackiej wypada już jednak gorzej i warto zawsze zastanowić się, czy nie można zastąpić "intruza" innym wyrażeniem.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania