Więzień

Obudził się w celi, zdezorientowany. Który to już mijał dzień od kiedy został sam? Nie pamiętał. Nieważne ile minęło od trafienia w to miejsce, nieważne jak skutecznie zdołał się dostosować do ciężkich warunków Czarnego Więzienia, ranki pozostały ciężkie. Jak ołów.

 

Po nocy pełnej koszmarów - dezorientacja. Dzień po dniu. Cykl powtarzał się bezustannie. Żaden sposób na wyrwanie się z niego mu nie pomógł, choć próbował wielu. Wszystko poszło na marne. Mężczyzna nie wiedział kiedy trafił do celi, ani za co. Nie było procesu, aktu oskarżenia. Niczego. Prawdę o winie znali jedynie bogowie, ci co go nie opuścili. Jeśli jakikolwiek się jeszcze ostał, ciężko w to uwierzyć.

 

Dla jego szarych, skurczonych oczu skromny kawałek ziemi wyłożony zimnym kamieniem był całym światem. W cywilizowanych miejscach mieli chociaż pryczę lub okno na świat. U niego? Absolutnie nic. Pusty, samotny świat - jak i jego życie. Pozostała deprymująca pustka. Jedyną iskierką nadziei, wąskim przejściem prowadzącym do ciepła krain poza więzieniem był szereg prętów stanowiących drzwi do jego samotni.

 

Pręty były jak jego przyjaciele, którzy odeszli. Zniknęli, powoli popadając w niepamięć. Pozostały jedynie wspomnienia - ostatnia rzecz chroniąca go przed śmiercią z rozpaczy. Pręty przypominały mu o nich. Powiedziałem przyjaciele? To za wiele. Byli współtowarzyszami w niedoli, winni w innych sprawach o, których nie mieli pojęcia. Kobieta zgwałcona przez potężnego lorda. Mężczyzna odprawiający zakazane przez królestwo rytuały podczas pogrzebu swojego ojca. Poborca podatkowy pobity przez bandę zdegenerowanych dzieciaków, zbyt głupich by dożyli dwudziestego roku życia. Zmiennokształtny, który znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, jak i wielu innych. Zbyt wielu, by wszystkich spamiętać. Nie przy jego sukcesywnie ulatniającej się pamięci. Wszyscy zabrani, bezpowrotnie przepadli.

 

Więzień usiadł pod ścianą ciężko wzdychając, rozmyślał co go teraz czeka. Czy zakapturzone istoty w czarnych płaszczach wyślą go na kolejną zmyślną, bezsensowną i wyczerpującą pracę, podczas której będzie czuł jak kolejne warstwy jego skóry są boleśnie odrywane od jego ciała a nowo powstałe rany posypywane są solą przez jakąś niewidzialną siłę? Może zapewnią mu łaskawy los i spotka się z najwspanialszą kochanką - Śmiercią? Lub wymyślą jeszcze coś innego. Nie miał pojęcia.

 

Słodkie zapomnienie, marzył o nim od tak dawna. Jeszcze zanim został sam. Życie zdawało mu się teraz jedynie odległą ułudą. Z rozmyślań wytrącił go stukot dochodzący z korytarza prowadzącego do jego celi. Dźwięki stawały się coraz głośniejsze, aż po chwili stanęły przed nim smukłe postacie. Łącznie było ich cztery. Jedna trzymała pochodnię. Pomarańczowe światło było zbyt delikatne, by mogło przejrzeć zawartość kapturów. Jak mężczyzna się im nie przypatrywał, to widział tylko nieprzeniknioną ciemność. Robił to już wiele razy, nigdy nie przestając.

 

Tym razem jednak wstał, podszedł do prętów i przyłożył do nich twarz. Zimno przeszyło jego ciało dochodząc aż do serca. Kolana mu się ugięły, chwilę później pewnie stanął na nogach. Potraktował to jako ostrzeżenia. Postacie, które stały po bokach niespodziewanie wyjęły zza pazuch ostrza kierując je na więźnia. Drzwi zostały otwarte, mężczyzna wyszedł. Podejrzane postacie, które więźniowie nazywali Czarnymi wyrzuciły go z celi i zaczęły prowadzić przez korytarz, który zaczął opadać w czeluście tego obrzydliwego miejsca. Droga zdawała się nie mieć końca.

 

Wiezień tego nie wiedział, ale nadszedł jego koniec. Moment, kiedy przestał być użyteczny. Ludzie, z którymi przeżywał swoje ostatnie chwile życia mieli rację w jednym. Ich los został przypieczętowany przez Czarne Dusze. Mieli jednak o nich mylne pojęcie. Legendy i opowieści były przekłamaniem. Nie byli kanibalami, nie porywali dzieci z kołysek. Nie powodowały duszności ani czarnej śmierci. Prawda nie była wcale bardziej pozytywna. Nikt kto, by się dostał pod ich wpływ, nie wracał żywy do świata. Ani nieżywy. Ciała bezpowrotnie ginęły. Ludzie zapominali o istnieniu porwanych, wspomnienia wyparowywały.

 

Ostatecznie Czarne Dusze wrzuciły mężczyznę do przestronnego pomieszczenia. Całe było przesycone subtelnym, bladożółtym światłem pochodzącym z lamp w kształcie owadów rozmieszczonych na ścianach. Wylądował na kolanach, zastygł, nie mógł się ruszyć ani o milimetr. Zupełnie jakby coś trzymało go w tej pozycji. Krzyknął błagając o wytłumaczenie, odpowiedziało mu jedynie echo. Nie wiedział ile czasu siedział w tej pozycji, dla niego były to długie godziny.

 

Z sufitu dobiegł szczęk metalu i przeciągły syk. Coś leciało przez powietrze. Mężczyzna zadrżał i napiął mięśnie. Wyczekiwał, ale nic się nie działo. Kiedy całkowicie zrezygnował i rozluźnił mięśnie syk stał się nie do zniesienia. Więzień momentalnie poczuł dotyk zimnego metalu, na szyi, to było coś bardzo ostrego. Wrzynało się w skórę. Na posadzkę spadło kilka kropel krwi. Wystraszył się. Można oczekiwać śmierci, witać ją z otwartymi ramionami, ale kiedy sama przychodzi do nas, to ciężko opanować strach. Świadomość mężczyzny zaczęła szaleć, gardło momentalnie zamieniło się w pustynię, pod czaszką z tyłu głowy mózg zaczął go jednocześnie swędzieć i palić. Zmysły oszalały. Czuł wszystko nie dotykając niczego. Pachniało węglem i kwiatami. Wszystko mieszało się ze sobą. Nic nie było jednolite. Bezkształtna masa, która niszczyła kolejne bastiony obrony zdrowego rozsądku. Szalał. Spalało się jego jestestwo. Słyszał i widział rzeczy, których nie miał prawa doświadczać. W kątach obu oczu widział jak gdzieś na górze do Czarnych Dusz trafia kolejna partia więźniów. Kiedyś był taki jak oni. Przestraszony, ale nie zrozpaczony. Czy to możliwe, że kiedy tu przybył gdzieś w piwnicach w agonii umierali inni? Myśl była przerażająca, zmroziła go. Gorąco i zimno. Zimno i gorąco. Proszę niech to się skończy, błagam - wył żałośnie, nikt go nie słyszał.

 

Podobnie jak nagle poczuł metal zatapiający się w szyi, tak nagle ten metal go przeciął. Rozpruł go. Strumień krwi rozlał się po posadzce. Siła, która trzymała go na kolanach znikła, spadł twarzą na zimną posadzkę lekko ją sobie gruchocząc. Wykrwawiał się. Przez kilka sekund będzie jeszcze świadomy, a później odejdzie. Całkowicie. Świat zapomni, że kiedykolwiek istniał. Zakapturzeni mężczyźni wrócili do pomieszczenia. Światła zgasły.

 

Zdradzę wam jedno. Maliz, bo tak nazywał się więzień, nie popełnił żadnej zbrodni. Był jedynie kolejną ofiarą bezlitosnych Czarnych Dusz, istot obcych i niezrozumiałych. Nie pierwszą ofiarą i zdecydowanie nie ostatnią. Coś się jednak zmieniło, z nowym transportem więźniów pojawiła się postać odmienna od wszystkich. Okutana w karmazynowy płaszcz, ze stalową maską przybitą gwoździami do jej twarzy. Wydała szereg dźwięków przywodzących na myśl skrzyżowanie konika polnego, niedźwiedzia i osy. Czarne niebo wokół Więzienia nabrało jeszcze ciemniejszego odcienia. Burza Ciemności na ziemiach króla Lannisa właśnie przybrała na sile. W oddali słychać było pioruny. Rozlało się na dobre.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Mistrz Rzeczywistości tydzień temu
    Czarne Dusze wrzuciły "mężczyzna".. chyba powinno być mężczyznę
  • Szada tydzień temu
    Tak, musiało mi to umknąć. Zostało już poprawione.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania