Wilczy bilet

(Zima panoszy się za oknem, wiosny ani widu, ani słychu, ciepła też nie odczuwam... Ale, jako życiowy optymista, widzę też dobre strony - dzięki takiemu klimatowi nadganiam z nową książką "CZAS DOROSŁOŚCI". więc... mały, świeży fragmencik z tej nowo pisanej ):

 

WILCZY BILET

(...) Kolega Krzysiek, z którym kilka lat wcześniej przeżyłem niezapomniane chwile w czasie wycieczki zakładowej do NRD, dalej pracował w dziale zbytu, jako kierownik ekspedycji pomp. Ja byłem na początku produkcji w zakładzie, on na końcu. Moja premia zależała od zabezpieczenia na czas surowców i półproduktów, jego od wysłania w świat naszej produkcji do końca ściśle określonego terminu. Tyle że jego czas kończył się dokładnie o północy na koniec kwartałów oraz roku. Socjalistyczna gospodarka była nienasycona, ciągle żądała więcej i więcej. Zwłaszcza w stanie wojennym. Krzysiek, jako kawaler, zawsze był dyspozycyjny. Na ekspedycji często decydowała ostatnia godzina, a nawet minuta przed północą okresu rozliczeniowego. Ważna była data i godzina wysyłki na wuzetce – dokumencie „wysyłka zewnętrzna”, oraz data na fakturze. Dlatego załadunek na samochody w dwa-trzy ostatnie dni kwartału nie miał przerw, trwał dwadzieścia cztery godziny na dobę; nieważne czy te dni wypadły w piątek, sobotę, niedzielę czy inny świątek. Ekspedycja była na uboczu fabryki, nad Wisłą i miała oddzielną bramę wjazdową. Kiedy w wolne dni wysyłano z niej towar, wtedy pracownicy, mimo obciążenia załadunkiem, mieli większą swobodę i mniej zważali na regulamin pracy. Zdarzało się, że po pomyślnym odesłaniu ostatniego samochodu, tuż przed graniczną północą, dla odzyskania sił przed wyjściem do domu wzmacniali się procentowym napitkiem. Krzysiek przymykał na to oko; jeżeli chciał mieć dyspozycyjnych pracowników, zdolnych zostać w nadgodzinach na każde zawołanie, nie mógł być rygorystycznym szefem. Najważniejsze zadanie wyekspediowania w terminie produkcji wykonane? Wykonane. Pracy więcej nie będzie? Nie będzie. To i czas chwilowego oddechu ludziom się należy.

 

Tak podchodził do nich Krzysiek, podobnie i jego wyżsi przełożeni przymykali oko. Pracownik łatwo mógł się obrazić i odejść do innego zakładu. Socjalistyczna gospodarka, przeciwnie niż kapitalistyczna, była rynkiem niedoboru pracowników. Większość firm ciągle miała z tym problemy; robotnik wyrzucony z jednej fabryki od razu znajdował pracę w innej. Dlatego musiał porządnie narozrabiać, aby pożegnać się z miejscem pracy z własnej winy.

 

Stan wojenny wszystko zmienił. W dużych fabrykach pojawili się komisarze wojskowi, strażnicy na bramach wejściowych kontrolowali dokładnie wchodzących i wychodzących. Zaostrzono dyscyplinę pracy, wprowadzono surowsze kary za naruszenie regulaminu. Nie wszyscy potrafili się dostosować, stare nawyki trudno wykorzenić z dnia na dzień…

 

(...) Na początku stycznia 1983 roku do mojego pokoju w zaopatrzeniu zaglądnął Krzysiek. Akurat trwała przerwa śniadaniowa.

– Cześć. Stary, przyszedłem się pożegnać.

– O kurde, odchodzisz z roboty?!

 

Krzysiek?! Ten, który mówił, że będzie siedział w „Pomorskiej” do emerytury, bo nie chce mu się zmieniać pracy?

– Noo, odchodzę – westchnął. – Tak wyszło.

– Sam rezygnujesz?

– Niee. Chodź na korytarz, pogadamy.

 

Wyszliśmy. Byłem oszołomiony. Kto jak kto, ale Krzysiek?

– Widzisz… – zaczął i przerwał. Zapalił papierosa, zaciągnął się i kontynuował: – Wiesz, kończył się rok, urwanie głowy z wysyłką pomp. Sylwester, a my zapierdalamy jak dardanelskie osły. Skończyliśmy dopiero o dziewiętnastej. Ludzi musiałem prawie na siłę trzymać. Ich baby już postrojone na zabawę, a oni w robocie… Udało się, szef premię obiecał. No i…

– Co i? – wszedłem Krzyśkowi w słowo. – Chlapnęliście na zakończenie, czy co?

– No właśnie. Koniec roku, naharowaliśmy się, po robocie. Chłopy wzięli po jednym i szybko do domu, baby czekały. Ja nigdzie się nie wybierałem, siadłem jeszcze na chwilę, aby papiery skończyć. Flaszka została, to jeszcze wziąłem z dwa kielichy. Przecież nikogo już nie było.

– Oprócz strażników na bramie… – dokończyłem domyślnie.

– No właśnie. – Skrzywił się. – Kiedy wychodziłem, jak na złość komendant straży przylazł na kontrolę. Miał, cholernik, kiedy. W sylwestra! No to i mnie poczuł. Kazał dmuchnąć i wyszły te promille. Notatkę sporządził… No i zaraz po Nowym Roku dyrektor na dywanik mnie wziął.

– Od razu cię wyrzucił?!

– Co ty. Później pani Basia, no wiesz, sekretarka, chlapnęła mi, że chciał tylko opierdolić. – Zaciągnął się głębiej papierosem. – Że stan wojenny, że komisarz wojskowy, że dyscyplina, że regulamin. Miał mi wsadzić jakąś naganę, po premii, a później by się zatarło.

– No to dlaczego…

– Dlatego – wszedł mi w słowo. – Przecież nie wiedziałem. Gdyby mi powiedziała przed wejściem do dyra…

– Kurde, przestań kręcić jak na karuzeli – teraz ja mu przerwałem. – Czemu więc cię zwolnił?

– A bom raptus. Jak zaczął mnie opieprzać, to, myślę, wywali mnie. Takie podziękowanie, że zawsze do końca w robocie, świątek, piątek, po godzinach. No i odbiło mi i mu powiedziałem.

– Coś ty mu powiedział?!

– No wiesz, tę fraszkę Sztaudyngera, o przełożonym.

– Którą? Mówże wreszcie. Chyba jej nie znam.

– Nie znasz? No tę… – Zdusił papierosa w popielniczce i kontynuował: – O ty, co ustalasz gaże, o ty, co ustalasz stawki, o ty, mój przełożony, z lewej do prawej nogawki.

 

A niech go kule biją! Przełożonemu, taką fraszkę?! Wiedziałem, że Krzychu jest dowcipnisiem, również nerwusem, ale żeby aż tak…

 

Nie odezwaliśmy się przez chwilę. Wreszcie przerwałem ciszę:

– Czyś ty z byka spadł? Musiałeś?! Nie mogłeś stanąć, opuścić główkę, pokiwać nią, że już nigdy w pracy, ani ciut, ciut? Opierdol ci się należał, a ty z takim tekstem. Też bym chyba nie wytrzymał na miejscu szefa. Daj fajkę. – Wyciągnąłem do Krzyśka rękę. – Dostałeś chociaż zwykłe wypowiedzenie?

– Nie. – Pokręcił głową. – Tak się wkurzył, że w kadrach odebrałem wilczy bilet. Dyscyplinarkę „za ciężkie złamanie obowiązków pracowniczych”. A, tam – skrzywił się i machnął ręką – na szczęście nie mam rodziny na głowie. Robotę gdzieś znajdę, chociaż szkoda mi odchodzić po tylu latach. Muszę już iść. Cześć, Zdzisiek.

– Kurr… – zmełłem przekleństwo, gdyż obok przeszła koleżanka. – Echh… Trzymaj się. Wpadnij kiedyś, powiesz, co u ciebie.

– Jak będę miał z czym – zaśmiał się. – Ty też się trzymaj.

 

Jednak sowizdrzał z niego. Dostał dyscyplinarkę, a jeszcze się śmieje. Szkoda chłopa. Chociaż robotny, powinien sobie poradzić…

 

… Nie minął miesiąc, a Krzysiek odwiedził nas. Żeby tylko odwiedził – przyniósł dla działu dwie duże siatki cudownie pachnących pomarańczy. Pięknych, czerwonych, z Hiszpanii, jak nie omieszkał dopowiedzieć. Zresztą od razu było widać, że to nie kubańskie, które były małe i zielonkawe. Te pierwsze bardzo rzadko się pojawiały w sklepach; te drugie częściej można było dostać, zwłaszcza przed świętami, jeżeli statek z Hawany zdążył na czas przypłynąć do Gdańska. Podzieliliśmy „hiszpanki” sprawiedliwie, po dwie sztuki na pracownika. Będzie święto w domach, nasze małe dzieciątka posmakują coś pysznego.

 

Po zakończeniu ochów i achów pożegnał się z wszystkimi i kiwnął na mnie, wskazując na drzwi. Wyszliśmy.

– Żyjesz. No mów, co i jak? – ponagliłem go. – I skąd te pomarańcze?

– Pomarańcze? Stamtąd, gdzie teraz pracuję – roześmiał się w głos.

– Dostałeś pracę? U nas w mieście, czy w porcie? Te pomarańcze…

– U nas, w Warmie. – Ponownie się zaśmiał. – Jak widzisz, żyję i nie jest źle. Przyniosłem nawet koniaka dla dyrektora. W podzięce. – Tym razem zaśmiał się w kułak.

– Co ty pieprzysz? Odbiło ci?! Przecież wywalił cię z wilczym biletem. Zresztą, bogiem a prawdą należało ci się. A właśnie, jak dostałeś tam pracę z dyscyplinarką?

– Chłopie, gdyby mnie nie wywalił, to siedziałbym tu do usranej śmierci. Nie mam pretensji. A tak… należy mu się koniak.

– Zawsze byłeś zgrywus, ale teraz to przesadzasz. A zresztą – wzruszyłem ramionami – chcesz, to zanoś. Nie wiem, czy przyjmie.

– Przyjmie, nie przyjmie, ale pójdę. Wyrzucił mnie i wpierw polazłem do Warmy, bo blisko ode mnie. Słuchaj, pokazałem im papiery, co robiłem tutaj. Od ręki, mówią, mam pracę, bo potrzebują właśnie doświadczonego na ekspedycję. Wiesz, robią te kuchnie okrętowe na statki i też u nich termin rzecz święta.

– Z dyscyplinarką, tak od razu? – Zaskoczył mnie.

– Noo… nie od razu. Dopiero jak powiedzieli, że przyjmują, powiedziałem o tym. Trochę też kadrowy zrobił oczy. Powiedziałem, jak było, jak na świętej spowiedzi. Kazał poczekać i wyszedł. Jak wrócił, powiedział, że jednak przyjmą, ale żadnego alkoholu, chociażby robota skończyła się minutę przed końcem roku. No to obiecałem.

 

Wypuściłem wolno powietrze z płuc. Kumpel w czepku chyba jest rodzony.

– A forsa? I te pomarańcze, ze statku?

– Forsa? – Uśmiechnął się od ucha do ucha i powtórzył: – Forsa? Dostałem jeszcze stawkę wyższą niż tu! A pomarańcze, jasne że z portu. Warma ma też kontakty, tylko nad morzem, a nie w Krakowie. Przyniosłem, bo tyle lat dobrze nam się współpracowało. Tam co chwila dostają. Nie zubożeję.

– Masz cholerne szczęście, jak ta lala.

– No widzisz. Należy się koniak dyrowi? Przecież, gdyby mnie nie wyrzucił, siedziałbym tu dalej. A tak, mam nawet lepiej i bliżej robotę. Nie wiem, czy przyjmie, ale honorny jestem. Trzymaj się zdrowo.

 

Poszedł, a ja wróciłem do swojego pokoju. Biurko miałem przy samych drzwiach. Po kwadransie uchyliły się i ujrzałem roześmianą twarz Krzyśka.

– Wziął – szepnął do mnie, szelmowsko mrużąc oko. – Wpierw zrobił oczy, potem nie chciał, ale w końcu wziął. Tyle lat przecież pracowałem pod nim. Dusza człowiek. Cześć, lecę.

 

Krzysiek też był dusza człowiek. Nie można go było nie lubić. Żartowniś, a do tego koleżeński i uczynny innym.

Spotkałem go po kilku latach. Nie zmienił się, dalej rzucał dowcipami. Jak wspomniał, dotrzymał słowa, danego kadrowemu w „Warmie” – nigdy już nie tknął alkoholu w pracy (...)

---

© Z.B.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Tomek Bordo rok temu
    ten facet na zdjęciu to ty?
  • Zdzisław B. rok temu
    Przecież nie mój dziadek ani ojciec.
  • Nuncjusz rok temu
    Tomek Bordo a na tym zdjęciu to ty?
  • Tomek Bordo rok temu
    Zdzisław B. To masz chyba z 50 lat
  • Tomek Bordo rok temu
    Nuncjusz. To ten nauczyciel z pana kleksa co śpiewał o dyscyplinie
  • Zdzisław B. rok temu
    Tomek Bordo Już dawno je mam, natomiast fotka sprzed kilku lat. Ale to są prywatne sprawy. Wolałbym komentarze odnoszące się do tekstu.
  • Ozar rok temu
    Pamiętam te czasy. Opisałeś to bardzo dobrze. Może teraz młodym się wydaje, że za tamtych czasów nikt nie patrzył na plan itd. Hm cóż nie ma jak propaganda. Ja wiem jak to było, bo pracowałem w b. dużym zakładzie i jak kończył się kwartał, to było istne szaleństwo. Co prawda czasami sprzedawano nawet nie kompletne produkty, ale potem po cichu u użytkownika wszystko robiło się na cacy i wszyscy byli zadowoleni. Stare dobre czasy... 5 za znane mi klimaty i ciekawy opis.
  • Zdzisław B. rok temu
    Ozar, mamy więc podobne wspomnienia. Co się działo, kiedy kończył się "okres rozliczeniowy" i o podmienianiu lepszych surowców i półproduktów gorszymi, za to dostępnymi i tańszymi (dewizy!), aby tylko wykonać plan i ludzie mogli dostać premie... oraz o handlu wymiennym między fabrykami typu "pompy za słodycze..." - też mam, tylko nie w tym fragmencie książki. Pozdrawiam :)
  • Elizabeth Lies rok temu
    Bardzo przyjemnie mi się czytało, chociaż pierwszy akapit był taki czysto informacyjny. Niemniej wprowadził mnie w klimacik zakładu. Co do poruszonego wątku, nie był on jakiś spektakularny, ot zwolnienie z pracy, ale chyba taki miał być. W ogóle takie teksty są ciekawe. Są dla mnie innym światem, bo ja z tych młodszych. Choćby fakt, że to firmy walczyły o pracownika, nie on o pracę. Gdzie teraz trzeba mieć wykształcenie, doświadczenie, a do tego najlepiej być ładnym i komunikatywnym, przed 25. A i tak znajdą się trzy osoby na twoje miejsce.
    Zawsze też wzmianka o egzotycznych owocach mnie cieszy i w pewien sposób wprawia w melancholijny nastrój. Gdy starsi opowiadają, jak to kiedyś mandarynki, arbuzy, pomarańcze były tylko na święta, jak wszyscy o to walczyli. Inny świat.
    A co do fraszki, to musiałam przeczytać ją kilka razy, żeby zrozumieć żart (w sumie nadal nie wiem, czy dobrze ją interpretuję, ale jakąś własną teorię mam)
  • Zdzisław B. rok temu
    Elizabeth, moje wspomnienia piszę na tle ówczesnego życia. Dlaczego? Napisałaś już w komentarzu - niektóre zdarzenia dla młodszych brzmią jak opowiadania o żelaznym wilku. Spotykałem się z niedowierzaniem... a tak właśnie było. Niech zostanie w pamięci.
    Co do fraszki... facecjonista przyrównał szefa do... no właśnie ;)
  • Elizabeth Lies rok temu
    Zdzisław B. Czyli moja interpretacja jednak trafiona :)
  • Canulas rok temu
    Muszę przeczytać to opowiadanie, bo zakażdym razem jak widzę "Wilczy Bilet", to... no normalnie.
  • Canulas rok temu
    Duperele wpierw.

    "– Widzisz… – zaczął i przerwał. Zapalił papierosa, zaciągnął się i kontynuował : – " - bliżej dwukropek
    "– Co i?– Wszedłem Krzyśkowi w słowo. – Chlapnęliście na zakończenie, czy co?" - uciekła spacja
    "Poszedł ,a ja wróciłem do swojego pokoju." - sam znajdziesz

    Ok, przeczytałem, bo ten tytuł, nooo. Ten tytuł właśnie.
    Świetny tekst. Jeden z tych życiowych, co mogą mieć stron i stron - nie zanudzą. Wiem, że gustujesz we fraszkach, a i tu nawet przemyciłeś, ale stanowczo Cię wolę w takiej formie.
    Bardzo pięknie oddany klimat.
  • Zdzisław B. rok temu
    Dzięki za wychwycenie błędnego zapisu w kilku miejscach. Małe literki, kilka godzin pisania i zmęczenie wzroku.
    Przyjemnie, że tekst się spodobał. Zawsze lepiej dla autora. Jak napisałem we wstępniaku, to jest fragment z kończonej nowej książki (z cyklu "Zza zasłony czasu"). Jak to u mnie, kanwą są wspomnienia. Wystarczy ich na jeszcze kilka książek ;)
    Pozdrawiam.
  • Zdzisław B. rok temu
    Zdzisław B. PS. Poprawiłem te literówki w tekście powyżej.
  • Canulas rok temu
    Zdzisław B. – dzięki za bardzo zacną lekturę.
    Pozdrox
  • Bożena Joanna 10 miesięcy temu
    Znam lata 80-te i 90-te z autopsji. Nie pracowałam nigdy w zakładzie produkcyjnym, lecz w biurze. Bohaterowi opowiadania udało się pomimo wypowiedzenia złośliwych słów do szefa. Zdobył nową lepszą pracę, odbieram to jako cud, gdyż z reguły lepiej płatne stanowiska należały się tylko tzw. znajomym królika. Zdobyć lepszą pracę bez znajomości to raczej ewenement. Podziwiam Krzyśka za odwagę i wizytę po latach w zakładzie. Świetnie zakpił z przełożonego podarowując mu koniak, prezent dość kosztowny. Pozdrowienia!
  • Zdzisław B. 10 miesięcy temu
    Nie pracowałaś w fabryce, tylko w biurze, więc może trudniej było otrzymać pracę. Natomiast większość fabryk przeważnie borykała się z niedoborem pracowników na stanowiska fizyczne lub związane bezpośrednio z produkcją.Oczywiście, robotnikowi z wilczym biletem było dużo trudniej znaleźć nową pracę, ale przeważnie znajdował.
    Pozdrawiam również :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania