W.O. Część czwarta. "Operacja Karnawał" VII

- Skorupiak - powtórzyła lekko zachrypniętym głosem McKenna Applegarth. Nikt poza nią się nie odezwał. Mało kto miał jakiekolwiek doświadczenie ze skorupiakami: Oxley i Tussenvoegsel, choć ludzie morza, to jednak raczej od strony ślizgania się po powierzchni i załatwiania ludzkich spraw. Pewnie gdyby kazać im wymienić z dziesięć gatunków, to po czwartym byłoby "eee... hmmm..." i tak by się to skończyło. Parker jako komandos jadła zdrowo i często, ale w dzisiejszych czasach owoce morza nijak się mają do stanu faktycznego - trzeba iść na targ rybny, żeby zjeść świeży owoc morza i może się dowiedzieć czegoś więcej o tym, co się wkłada do buzi. Krabschnittz, świadom pochodzenia swojego nazwiska, w pewnym momencie przyjął na klatę ksywkę Krab i to były jego jedyne nawiązania do skorupiaków, jakie czynił w życiu. Unikał jedzenia czegokolwiek, co miało więcej niż cztery nogi i spierdal... uciekało pod nogami. Poza tym jemu, jako kapitanowi, przynoszono najczęściej porządne rzeczy do jedzenia, a przynajmniej chciał w to wierzyć. McHenry zaś jadł wszystko, co akurat dawali, bo ostatni raz, kiedy kupił coś sam i usiłował to zjeść, kulturalnie, we własnym domu... Nie pamiętał, kiedy ostatni raz jadł w domu, albo na dobrą sprawę w nim był, ani, czy wie, gdzie są do niego klucze. Naturalnie, gdzieś były, wszak nie wysłał ich nigdzie w czasie, ale...

- Ludzie, chyba mi nie powiecie, że jestem tutaj jedyna, która wie, co to jest sashimi? - powiedziała McKenna, gramoląc się z ziemi, w czym umiejętnie przeszkadzały jej jej własne buty, więc po prostu odwróciła się do Tussa i spytała: - Czy mógłby pan mnie doprowadzić... - urwała, czując, że się rumieni. Skarciła się w myślach. Niby stara baba, a taki podlotek! - Proszę mnie postawić, drogi kapitanie. - To był rozkaz, ale kapitan "Kaszalota" ani myślał go nie spełniać. Był wszakże dżentelmenem. No, może to za dużo powiedziane. Był kapitanem, oficerem, przynajmniej tu i teraz mógł być dżentelmenem. Posłusznie obszedł kobietę, stanął przed nią w rozkroku, pochylił się i ujął w talii. Podniósł jak lalkę, postawił na stopach i zabrał ręce. McKenna miała nadzieję, że nie ma rumieńców. Rozejrzała się. Nikt niczego nie zauważył... Może poza Hankiem, który uśmiechał się głupkowato. Pokazała mu środkowy palec, ale wyraz twarzy brata się nie zmienił.

Krabschnittz podszedł do akwarium i postukał w nie nakręconym na lufę tłumikiem. Szyba zrobiła głuche "brzdynk". Pomacał gładką powierzchnię, szukając nie wiadomo czego na jej powierzchni.

- Czego szukasz? - spytał Hank, odwracając się od Kenny, która postanowiła go ignorować i udawać zainteresowanie w akwarium. Przeszła obok niego i poczęła przyglądać się całej konstrukcji: od gumowych gąsienic, do gładkiej powierzchni szyb. - Uważaj, skoro mówiłaś, że jest tam Fergus... Wiesz, żeby ci się nic nie stało. Wiesz, tam. - Popukał się w głowę z autentyczną troską, jednak Kenna nie zwracała na niego uwagi, pochłonięta gładką powierzchnią przypominającą obsydian.

- Tu jest... Jakieś coś - powiedział, dając popis elokwencji Krabschnittz. Parker podeszła bliżej.

- Panel dotykowy z suwakiem - zameldowała, odwracając głowę do Hanka. Hank patrzył na siostrę. - A, chuj, co się może stać? - spytała po cichu sama siebie, a Krabschnittz wzruszył ramionami. Przesunęła suwak.

Przez chwilę nic się nie działo, a potem w mgnieniu oka szyby z czarnych stały się przezroczyste. Przytulona do szyby McKenna podskoczyła i byłaby może i zemdlała ponownie, ale tym razem była już, na całe szczęście, uodporniona - wiedziała wszakże, że Fergus znajduje się w środku i nie było to już zaskoczeniem. Zaskoczeniem było jedynie to, że niemalże całe akwarium, niezdolny do poruszenia się bardziej niż odrobinę w dowolną stronę, wypełniał homar wielki jak samochód.

Parker i Krabschnittz odskoczyli, i gdyby nie bezpiecznik na verdunie dziewczyny, prawdopodobnie pojechałaby serią po podłodze. Oxley stał z otwartymi ustami, którymi poruszał bezgłośnie.

- Co? - spytał Hank, patrząc na niego. Parker wyrwała się do odpowiedzi, zaznajomiona z czytaniem z ruchu warg, ale Oxley przytomnie powtórzył na głos.

- Król oceanu...

Krabschnittz popukał pięścią w szybę i zaczął robić miny do zamkniętego za szybą stworzenia. Gdy doszło do tego, że wepchnął pistolet do kabury i zaczął robić głupie miny z użyciem obu rąk, w tym znane wśród wszystkich dzieci na całym świecie wystawianie języka i machanie rękami z kciukami wciśniętymi do uszu. Wszystkim zebranym podniosły się kąciki ust, gdy Krab zaczął klekotać językiem i cały opluł siebie, podłogę i szybę przed sobą. Parker parsknęła.

- Eikelvreten... - powiedział Tussenvoegsel, podsumowując. Hank poklepał się po kieszeniach i zaczął terkotać do interkomu w opasce, wywołując po kolei wszystkich dowódców grup, komandosów przebranych za kelnerów i całą resztę. Gdy skończył, wszyscy: Oxley i Tussenvoegsel, Krab i Parker, Kenna - wszyscy czekali, aż coś powie. Stali tylko i patrzyli.

- Parker, otwórz przeskok do Kwiatuszka, spierdalamy stąd. Misja zakończona. - I odpalił papierosa. Gdy rudowłosa dziewczyna ustawiała przeskok, do pomieszczenia już wbiegali technicy w białych uniformach, którym Hank opowiadał: co jest w akwarium, co się stanie, jak akwarium się cokolwiek stanie, albo jego mieszkańcowi, i że panel z tyłu ma coś na kształt sterowania. Oraz dokąd mają to zaparkować. Patrzył, jak pracują. Minutę później poprosił dowódcę Narvików o przydzielenie dwóch ludzi do całodobowej ochrony akwarium, zaznaczając, że stworzenia wewnątrz nie można naruszyć w żaden sposób, choćby nie wiem co, i że, fakt, jest w nim Fergus, potwierdzone info, ale nie, nie można go zabijać, bo nie wiadomo, czy nie zrobi tricku z ucieczką świadomości jak ostatnio, i na chuj ta cała impreza. Dowódca skinął głową i zasalutował, zachowując pełne profesjonalizmu milczenie.

Gdy technicy przeciągnęli akwarium na gąsienicach, Kenna zaprosiła do przeskoku Oxleya i Tussenvoegsela, trzymając jednak bezpieczny dystans. Krabschnittz i Parker przeskoczyli, trzymając się za ręce. Za te ręce, którymi nie trzymali broni oczywiście.

Gdy wszyscy opuścili kuchnię a technicy wymienili drzwi, rozpoczęło się wielkie audiomagowanie wszystkich kucharzy, którzy ocknęli się, wszyscy razem, dokładnie pięć minut później i rozpoczęli przygotowywać gulasz z Listriodona, odłowionego przez Dziedzinę z Miocenu i dotąd trzymanego w obszernych lodówkach w podziemiach firmy.

Martwemu mistrzowi Hito zgaszono światło, pozostawiając jego zwłoki do odkrycia po imprezie. W kuchni nastała cisza.

*

Po przeskoku Hank zwolnił Kwiatuszka ze stanowiska i nakazał mu wybrać zaległy urlop, najlepiej gdzieś jak najdalej i nie mówiąc nikomu, gdzie się wybiera, żeby w razie czego gromy Lady Warfare do niego nie dotarły. Krabschnittzowi i Parker wystarczyło powiedzieć, że są wolni i po chwili zniknęli z pola widzenia, odłożywszy wcześniej broń na zapomniany wózek z żarciem stojący w rogu pomieszczenia. Chwilę trwało też odpinanie przez Parker wszystkich magazynków, szelek i innych komponentów z broni, którą dosłownie obwieszony był Krab. Przez pomieszczenie zaczęli przebiegać technicy, którzy wracali do swoich zajęć i sprzątali cały bałagan. Sytuacja zaczęła powoli wracać do normy.

Hank podziękował Oxleyowi serdecznie i uścisnął wielką grabę Tussenvoegselowi.

- Dziękuję wam za udział, panowie kapitanowie - rzekł, spoglądając to na jednego, to na drugiego. - Mogę liczyć na waszą dyskrecję i na to, że nikomu nie powiecie, co tu się dzisiaj stało i czego byliście świadkami? Losy świata od tego zależą, możecie mi wierzyć. - W twarzy ani w głosie Hanka nie było fałszu, co obaj panowie wyczuli i nie powiedzieli nic.

Oxley spojrzał na Holendra, o którym rzec, że jest gadatliwy, to jak opisać lawinę śniegu jako przyjemne i częste zjawisko w tropikach. Przeniósł wzrok na Hanka i pokiwał głową.

-Czy wyczyści nam pan pamięć? - spytał jeszcze, wskazując na audiomagi na stole.

- A chcecie? - Hank uniósł brwi.

Spojrzeli na siebie i pokręcili głowami.

- Jeszcze się spotkamy - powiedział Hank, otwierając przeskok i przechodząc z nimi na moment, upewniając się, że trafią do właściwego miejsca.

- A wie pan, McHenry...? Czułem, że pan to powie. - Uścisnął go lekko Oxley. - Proszę przekazać panu Krabschnittzowi, żeby się nie śpieszył... - Szturchnął lekko Hanka, który uśmiechnął się półgębkiem.

Hank zapowiedział, że jak odpocznie, na pewno zajrzy do Oxleya na herbatę któregoś dnia. O ile go nie wyrzucą z roboty na zbity pysk za tą akcję, dodał w myślach. Przeskoczył z powrotem, nim przeskok się zamknął. Obok kontrolera stał facet.

- McHenry, tak? - spytał jeden z techników, którym wcześniej uległ Kwiatuszek. Mężczyzna miał wyraz twarzy i aparycję wioskowego fachowca z gatunku tych, który na fuszki bierze swoje dziecko i usiłuje wycyganić ekstra zapłatę. Podszedł do Hanka z rękami w kieszeniach.

- Jak nie wiesz kim jestem i musisz pytać, to co ty tu w ogóle robisz? - zmęczenie dawało się Hankowi we znaki, ledwo na oczy widział i właściwie był pewien, że to koniec na dziś, a tu jeszcze ten... Wyprostował się. - No? - ponaglił faceta.

- No bo my z kolegą żeśmy chcieli zagadać o wpis do akt za brawurową tutaj, prawda, akcję, jaką żeśmy z tym mózgiem w tej rybie... - wspomniany kolega nie wyglądał, jakby miał cokolwiek wspólnego z tym pomysłem, dodatkowo usiłował wtopić się w otoczenie, wyraźnie zażenowany zachowaniem drugiego.

Hank westchnął i wypuścił dym. Patrzył na faceta wzrokiem pełnym zmęczenia i niedowierzania. Poszukał wzrokiem siostry i spytał półgłosem: - Czaisz tego faceta? Chce wpis do akt za brawurę przy pilnowaniu jebanego morświna. - Odwrócił się do technika, który na czerwonej gębie nawet nie krył uśmieszku starego bajeranta. - Będziesz miał ten swój wpis do akt, patrz, mam je tu w szufladzie...

Podszedł do konsoli, kopnął drzwiczki od szafki, która uchyliła się i pokazała kilkanaście płytkich szuflad z oznaczeniami. Westchnął i ominął ręką tę, w której pułkownik trzymał czasem flaszkę i gnata, i sięgnął do tej z papierami. Zakręciło mu się w głowie i przysiadł na krześle, z którego nie tak dawno temu zwolnił Kwiatuszka - było jeszcze trochę ciepłe. Westchnął jeszcze raz.

- Co ja miałem zrobić...? - spytał technika, rozglądając się po pomieszczeniu rozmazanym wzrokiem.

Cwaniak postąpił krok naprzód, zatarł ręce i nachylił się do Hanka.

- Wpis do akt z wyróżnieniem za brawur... - zaczął, ale McKennie, która stała tuż obok i paliła, opierając się o ścianę, nagle zrobiło się tego za dużo. W kilku ostrych krokach była już przy pochylonym techniku. Złapała go za ucho i stanowczym ruchem podprowadziła go do konsoli, gdzie leżały naładowane audiomagi.

- Co, ale co? Co wyrabiasz, kobieto?! - awanturował się, gdy Kenna ciągnęła nad wyraz mocno, wpijając paznokcie w ucho buca.

McKenna przyłożyła mu audiomag do skroni i nacisnęła spust. Facet zwisł i złożył się jak scyzoryk. Spojrzała złowrogo na drugiego typa, który już ciągnął Hawkinga w stronę drzwi.

- E! - zawołała, tupiąc nogą. Takiego dźwięku nie sposób zignorować, więc gość zatrzymał się i odwrócił, z rękami uniesionymi w geście: "co złego to nie ja".

- Ja nie mam problemu. W ogóle mnie tu nie było - powiedział technik, poprawiając zagniecenia na uniformie.

- No ja myślę. Ale i tak weź to. - Wskazała palcem leżącego na ziemi grubianina, któremu zaczęła cieknąć ślina z kącika ust. Kopnęła go z czuba, nielekko.

- Zaraz po niego wrócę, proszę pani - powiedział tamten ze spuszczoną głową, zupełnie nie zauważając, że rozkazy wydaje mu ktoś w ogóle w Dziedzinie niezatrudniony. I wyszedł przez szerokie drzwi do pomieszczeń, w których się wcześniej wszyscy przebierali.

Kenna podeszła do Hanka, który, dziwnie cichy, siedział ze spuszczoną głową.

- Śpisz? - spytała. Nie odpowiedział. Gdy technik wrócił po kolegę, kazała mu przywieźć dwa łóżka polowe i nie wracać, dopóki nie zostanie wezwany. Facet skwapliwie pokiwał głową i dwa składane łóżka, nowiutkie, wkrótce stały rozłożone obok konsoli.

Gdy kilka godzin później do sterowni wpadł pułkownik, pierwsze co zrobił, gdy wyszedł z szoku, to ucieszył się, że adiutanta z nim nie było; podczas akcji "Karnawał" Witche zaginął był w objęciach jakiejś wyjątkowo napalonej babki i słuch o nim zaginął. Młodość, pomyślał. Młodość, jurność... Westchnął. Sięgnął po filiżankę kawy do automatu w rogu pomieszczenia.

Młodość i nadgorliwość, pomyślał.

Dobrze, że chłopaka nie ma, pewnie wyrwałby Lady z łóżka, żeby jej powiedzieć o wrogu publicznym numer jeden śpiącym obok Hanka w sercu Dziedziny.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ritha 9 miesięcy temu
    "Krabschnittz, świadom pochodzenia swojego nazwiska, w pewnym momencie przyjął na klatę ksywkę Krab i to były jego jedyne nawiązania do skorupiaków, jakie czynił w życiu." ;)

    "w czym umiejętnie przeszkadzały jej jej własne buty" - tu to jej x2, wiem, ze logicznie ma sens, ale zapis deczko razi

    "Był wszakże dżentelmenem. No, może to za dużo powiedziane. Był kapitanem, oficerem, przynajmniej tu i teraz mógł być dżentelmenem. Posłusznie obszedł kobietę, stanął przed nią w rozkroku, pochylił się i ujął w talii. Podniósł jak lalkę, postawił na stopach i zabrał ręce. McKenna miała nadzieję, że nie ma rumieńców. Rozejrzała się. Nikt niczego nie zauważył... Może poza Hankiem, który uśmiechał się głupkowato. Pokazała mu środkowy palec, ale wyraz twarzy brata się nie zmienił" - słodziaszna scena :>

    "Krabschnittz popukał pięścią w szybę i zaczął robić miny do zamkniętego za szybą stworzenia" - cały Krab

    "Mężczyzna miał wyraz twarzy i aparycję wioskowego fachowca z gatunku tych, który na fuszki bierze swoje dziecko i usiłuje wycyganić ekstra zapłatę" :D (trafne)

    Mam zaległości, ale nadrobię :)
  • Canulas 7 miesięcy temu
    "Pewnie gdyby kazać im wymienić z dziesięć gatunków, to po czwartym byłoby "eee... hmmm..." i tak" - warte wyluszczenia, bo prawdziwe.

    Ogólnie cześć ok.
    Troche ta akcja z typem prowadzonym za ucho lekko z dupy.. no ale przeżyję.
  • Okropny 7 miesięcy temu
    Czemu z dupy?
  • Agnieszka Gu 3 tygodnie temu
    "Poza tym jemu, jako kapitanowi, przynoszono najczęściej porządne rzeczy do jedzenia, a przynajmniej chciał w to wierzyć. " — ;)))
    "Pokazała mu środkowy palec, ale wyraz twarzy brata się nie zmienił." — ;))) McKenna tysz jest spoko :))
    "- Tu jest... Jakieś coś - powiedział, dając popis elokwencji Krabschnittz." — ;))) drobna uwaga: gdyby przestawić szyk : - Tu jest... Jakieś coś - powiedział Krabschnittz, dając popis elokwencji — chyba było by lepiej ;))

    "- Co? - spytał Hank, patrząc na niego. Parker wyrwała się do odpowiedzi, zaznajomiona z czytaniem z ruchu warg, ale Oxley przytomnie powtórzył na głos.
    - Król oceanu..." — świetnie rozpisana scena zaskoczenia... :))

    "Martwemu mistrzowi Hito zgaszono światło, pozostawiając jego zwłoki do odkrycia po imprezie. W kuchni nastała cisza." — kurcze, zarąbiście zakończyłeś akcje w kuchni! :))

    Ok, super :))
    Na dziś kuniec.... Ale jeszcze tu wrócę :))
  • Okropny 3 tygodnie temu
    Dzięki, Agu, za wizyty, komentarze i podążanie po nitku do kłębku :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania